ODPOWIEDZ
23 y/o
For good luck!
168 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Szanowni Państwo, witamy w Toronto. Lokalny czas to 15:45, a temperatura wynosi 22 stopnie Celsjusza. Prosimy o pozostanie na miejscach z zapiętymi pasami do momentu całkowitego zatrzymania samolotu i wyłączenia sygnalizacji pasów bezpieczeństwa. Dziękujemy za podróż z nami i życzymy miłego pobytu w Toronto.. Samolot gładko usiadł na płycie lotniska, przypominając brutalnie że poza chmurami istnieje prawdziwe życie. Toronto pachniało inaczej. Pachniało domem, który w brutalny sposób został odebrany. Pachniało dzieciństwem i dobrymi wspomnieniami, których próbowała się kurczowo łapać w trudnych chwilach. Pachniało też żalem którego nie sposób było wymazać. Ale było coś jeszcze. Toronto było oddechem, który mogła złapać po 3 latach. Choroba matki nie była łatwą wiadomością, ale dobrym pretekstem by zaszyć się tu na kilka miesięcy i dokończyć staż w szpitalu….
Dom niewiele się zmienił od jej wyjazdu. Wszystko pozostawione prawie tak jak w trakcie wyjazdu, oprócz jej pokoju który zamienił się w gabinet ojca. Idealne podkreślenie tego, że miała tu już nigdy nie wrócić. Nie lubiła pytań o życie w Chicago, o narzeczonego i o cholerną datę ślubu, którą przekłada w nieskończoność bojąc się zostać panią Stones. Brzmiało to samolubnie, ale choroba matki była jej na rękę. Kochała ją całym sercem, jak dziecko rodzica. Wiadomo. Ale kiedy zaawansowany rak przykuł ją do łóżka, nagle każdy z nich miał w sobie tyle wyczucia by przestać pytać o ślub. Nawet Philip, który nie zaprotestował kiedy poprosiła by mogła przylecieć na parę miesięcy do domu. Pierwszy raz od 3 lat…. Wszyscy wiedzieli, że Iris Ravenheart była w złym stanie i to były ostatnie miesiące jej życia i nawet człowiek pokroju Philipa miał w sobie dość szacunku by pozwolić jej się pożegnać.
Kolejne dwa tygodnie w mieście wyglądały tak samo. Szpital, dom i spacery z Cezarem - Chartem, którego ojciec kupił sobie by sprawiać wrażenie bogatego. Zawsze kochała zwierzęta, a Cezar był dobrym pretekstem by wyjść z domu, w którym zapach choroby, żalu i niesprawiedliwości unosił się zbyt mocno by się nim nie dusić..
Dyżur był spokojny, nic nie zwiastowało huraganu który zaraz miał nadejść. Czekała na wyniki pacjenta spod trójki który został pobity i przywieziony w obstawie dwóch policjantów i Honey nie mogła skłamać, że jej myśli uciekły do osoby, o której myśleć nie mogła. Nie łudziła się nawet, że jest w mieście. Philip przecież wiedziałby doskonale i nigdy nie pozwoliłby jej tu wrócić. Raz próbowała podpytać mamę, kiedy ta miała lepszy dzień ale Iris pokręciła głową i cicho błagała córkę by zostawiła ten temat za sobą….
Skierowała się do pacjenta przywiezionego po bójce, z wynikami badań w dłoni. Przewieszony przez szyje stetoskop odznaczał się czernią na granatowym uniformie który miała na sobie, a długie blond włosy upiętę były w kitkę, która lekko podskakiwała w rytm jej kroków kiedy przemierzała szpitalny korytarz. Do sali weszła po cichu, wpatrzona w badania na tyle mocno, że nie zauważyła osób trzecich. Wyniki toksykologii było jednoznaczne i już chciała zbesztać pacjenta za kłamstwo na temat narkotyków, ale słowa ugrzęzły jej w gardle. Mózg rejestrował obraz z opóźnieniem, a serce zwolniło swoją pracę jakby bało się, że zbyt szybkie bicie doprowadzi Honey do udaru. Dobrze zbudowane ciało schowane pod policyjnym mundurem było, ciemne włosy i jasna karnacja. Nie musiał się odwracać by wiedziała, że to on. Uczucie, które rozlało się w jej wnętrzu na widok chłopaka było mieszanką czegoś, czego nie czuła jeszcze nigdy. Ból i strach znów zapanował w jej wnętrzu, a jednocześnie uczucie ciepła która niemal błagało by skrócić między nimi dystans. Ciało spięło się mimowolnie gotowe na polecenie ale nie mogła tego zrobić. Nie mogła nic zrobić. Poruszyć się nawet o pół kroku, złapać oddech którego tak cholernie jej zaczęło brakować, ani wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Ręce odmówiły posłuszeństwa, a trzymana w dłoniach karta pacjenta wypadła, uderzając z głuchym łoskotem o płytki szpitalnej sali. Dźwięk ten mimowolnie zwrócił na nią uwagę. Nie tylko leżącego na szpitalnym łóżku pacjenta i podpinającej kroplówkę pielęgniarki. Przede wszystkim zwrócił jego. A kiedy spojrzał na nią świat się zatrzymał. Jej serce na ułamek sekundy zabiło szybciej, bo nie ważne ile lat minęło. Jak bardzo Philip starał się wymazać z niej to uczucie. Ona nie potrafiła go zapomnieć…
Sama nie wiedziała co wymalowało się na jego twarzy. Zdziwienie? To na pewno. Oprócz tego cała mieszanka uczuć, która dosięgnęła oczu, bo twarz została bez wyrazu.
- Honey skarbie, dobrze się czujesz? - Głos Cassandry, starszej pielęgniarki dobiegał do niej jakby z oddali. Przez ułamek sekundy trwała jeszcze w zawieszeniu, zanim zmartwiona twarz kobiety pojawiła się przed jej oczami, brutalnie wzywając ją z powrotem do stanu świadomości. - Mówiłam Ci, że nie powinnaś brać kolejnego dyżuru po nocce. Wykończysz się.. - Mruknęła kręcąc głową, ale w jej głosie brzmiała wyraźna troska. Zaraz jednak z ciepłym uśmiechem opuściła salę, a Honey była pewna że jeśli nie zrobi tego samego to zaraz zemdleje. Schyliła się po badania i mrucząc niewyraźne zaraz wracam z prędkością światła opuściła salę. Oparła się niedaleko drzwi o chłodną ścianę, której zimno przyjemnie koiło rozgrzane od emocji ciało. Nie wiedziała co miała zrobić. A głos w głowie, który brutalnie przypominał ten należący do Philipa stał się niezwykle wyraźny i głośny. Niemal krzyczał na krótką chwilę znów odcinając ją od świata. Jeden twój niewłaściwy krok Honey i zniszczę mu życie. Obiecuję.. Znów poczuła się jak trzy lata temu, kiedy płuca ściskały się w strachu, ciało drżało a ona czuła się jakby przygniatał ją ogromny kamień. Po chwili jednak wszystko ustało. Gwizd w uszach minął, odrętwiałe ciało znów mogło się ruszać, a oddech dostarczył płucom wyczekiwanego tlenu. I kiedy odwróciła się, chcąc zachować się choć trochę profesjonalnie, wpadła prosto w niego…. A całe trzy lata starań by o nim zapomnieć właśnie poszły na marne….

Danielius Stones
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”