Wpatrywał się w Gabrielę i w końcu do niego dotarło, że tu nie chodziło o to, że nie pamiętał szczegółów choroby, czy tego, jak się skończyło, tylko o to, że kompletnie wymazał z pamięci fakt, że ten pies w ogóle istniał w jej życiu. Poczuł wyrzuty sumienia, że zapomniał tym fakcie. Spojrzał na jej zamknięte oczy i zrozumiał, jak wielką krzywdę wyrządził tą luką w pamięci. Wbił wzrok w chodnik, jakby szukał tam wyjaśnienia. Słowo „zależy” zawisło między nimi w powietrzu, sprawiając, że poczuł nagły przypływ irytacji wymieszanej z ulgą.
-
Kurwa, czyli to tak teraz wygląda? - wycedził, podnosząc na nią wzrok. –
Mam cię przepraszać za to, że jestem kretynem, czy za to, że w ogóle próbuję z tobą rozmawiać? Bo już sam nie wiem, co jest gorsze. - Zignorował, to, że psy znowu zaczęły szarpać za smycze i okręcać się wokół jego nóg. -
Skoro ci tak zależy, to dlaczego wciąż zachowujesz się, jakbyśmy byli obcymi ludźmi, którzy spotkali się przez przypadek na ulicy? – zapytał, a jego głos brzmiał szorstko. –
Powiedziałaś, że nie możesz mi dać tego, czego chcę. Dobra. Więc czego ty oczekujesz od tego wszystkiego? Powiedz wprost: kończymy to raz na zawsze, czy mam przestać zachowywać się, jakbyśmy byli w pieprzonej grze?
Noe słuchał jej i czuł, jakby z każdym kolejnym słowem grunt pod jego nogami stawał się coraz bardziej niepewny. Kiedy się odsunęła, poczuł nagły chłód, mimo że słońce nadal świeciło im w twarze. Zacisnął szczękę i wpatrywał się w punkt gdzieś ponad jej ramieniem, nie mogąc znieść tego dystansu, który między nimi powstała.
–
Osobno. Jasne. Brzmi prosto, co nie? – powiedział, choć jego głos był nienaturalnie niski. Podszedł do najbliższej latarni i oparł się o nią plecami, krzyżując ręce na piersi. Czuł, jak wewnątrz wszystko się w nim buntuje przeciwko temu, co powiedziała, ale wiedział, że nie ma już żadnych argumentów. –
Dobra. Skoro tak uważasz – rzucił w końcu, nie patrząc na nią. –
Jeśli to jest jedyne wyjście, żeby w końcu przestać się męczyć, to nie będę cię zatrzymywał. Również nie będę ci przeszkadzał.
Każde jej słowo o Francji i wróżbitce wydawało mu się nierealne, ale w tej chwili, kiedy patrzył na drżące usta Gabrieli, nie miał ochoty z tego drwić.
–
Wróżbitka? – zapytał głupio, bardziej do siebie niż do niej, kręcąc lekko głową. –
No jasne. Wszystko musi być skomplikowane, co? - Podszedł o krok bliżej, ale zaraz się zatrzymał. Czuł, że przestrzeń między nimi to teraz jedyne, co ich ratuje. Spojrzał na jej twarz, szukając w niej potwierdzenia, czy ona naprawdę chce, żeby on odszedł, czy to tylko kolejna próba ucieczki. –
Chcesz, żebym poszedł? Dobra, pójdę – powiedział cicho. –
Skoro uważasz, że to jedyny sposób, żebyś odnalazła to, czego potrzebujesz, to nie mam wyboru. Żyj dobrze, Gabriela – rzucił krótko, odwracając się na pięcie. Zrobił kilka kroków w stronę przeciwną do niej, ale po chwili się zatrzymał, nie odwracając się jednak. –
I nie czekaj na mój powrót, bo po tym wszystkim... sam już nie wiem, czy w ogóle będę chciał wrócić.
Nie zaczekał na odpowiedź. Ruszył przed siebie, a z każdym krokiem był coraz bardziej zły na siebie, że dał się wciągnąć w tę rozmowę. Nagle usłyszał zdanie, które sprawiło, że znieruchomiał. Przez kilka sekund w jego głowie panowała cisza, zanim sens słów do niego dotarł. Obrócił się powoli, wpatrując się w jej sylwetkę. Wypuścił powietrze z płuc, kręcąc głową z niedowierzaniem. Czuł, jak żołądek wywraca mu się na drugą stronę.
–
Żartujesz sobie? – zapytał, a jego głos był tak cichy, że niemal zagłuszył go przejeżdżający nieopodal samochód. –
Zaskocz mnie – rzucił chłodno, uśmiechając się,, choć w tym uśmiechu nie było ciepła. –
Ilu ich było? Muszę wiedzieć, na czym stoję, skoro już bawimy się w szczerość. Może zróbmy listę, co? Żebym wiedział komu mam gratulować, skoro ty sama nie potrafisz wskazać palcem, kto zafundował ci brzuch. - Popatrzył na nią, a potem zaśmiał się krótko, jednak bez cienia radości. –
Myślisz, że wzruszę ramionami i powiem „okej, zdarza się”? Gratuluję, Gabriela. Naprawdę wiesz, jak domknąć ten rozdział w najbardziej żałosny sposób z możliwych.
Widząc jednak jak po policzku płynie jej łza, poczuł, jak cała złość wyparowuje, zostawiając po sobie pustkę. Nie potrafił patrzeć na to, jak ona się uśmiecha w taki sposób, jakby żegnała się ze światem. -
Nie wiem, co ty chcesz osiągnąć tym uśmiechem – powiedział, patrząc na jej twarz, a potem na mokry ślad na jej policzku. -
Da się to jakoś sprawdzić? No wiesz, kto... - nie skończył zdania. Nie potrafił wyobrazić sobie siebie w roli ojca. Zresztą nie doszło do finału, więc raczej to nie on był tym, który ją zapłodnił, ale kto wie? Na pewno nie zamierzał uciekać od odpowiedzialności, jeśli faktycznie wyjdzie, że to jego sprawka. Musi jednak wiedzieć na sto procent.
Gabriela R. Blais