—
Masz tam rzeczy. Jesteśmy blisko, to je odbierzemy — powiedział, nie spuszczając oka z drogi, jedynie co jakiś czas przeskakując wzrokiem na nawigację, aby upewnić się, że dobrze jedzie. Nie mógł na nią patrzeć, gdy była w takim stanie. Sponiewierana, zbrukana, upokorzona, przez jakichś idiotów, którzy chcieli się pobawić. Sam był kiedyś bully, więc doskonale wiedział jak to działało. Może wyrósł już ze szkoły, ale pewne zachowania się nigdy nie wypleniły, zwłaszcza jak żyło się na ulicy, gdzie jak nie byłeś bully, to byłeś ofiarą.
A on nigdy nie był ofiarą. I nie zamierzał na to też pozwolić Soojin.
Wiedział, że nie chciała tam wracać. Że się bała. To była naturalna reakcja obronna, aby nie wracać do miejsca, gdzie działa ci się krzywda. Ale on nie umiał po prostu tego zostawić. Nie umiał pozwolić na to, aby jej dręczycielom uszło to na sucho. Wiedział, że brak reakcji, oznacza przyzwolenie na takie zachowanie, a on nie zamierzał pokazywać, że można było ją tak traktować tylko dlatego, że była grzeczna, cicha i spokojna. Może Soojin była tą zdrowo rozsądkowo osobą, ale to on był tym impulsywnym chujem, który nie pozwalał krzywdzić jego osób.
Auto zatrzymało się dość gwałtownie na żwirowej drodze ośrodka.
Hyunwoo.
—
Soojin, wszystko w porządku — powiedział, zostawiając działające, ale zaparkowane auto, aby wciąż chodziło ogrzewanie. I jakaś dziwna muzyka, która płynęła z radia. —
Nie musisz wychodzić. Zostań tu. Zaraz wrócę — powiedział, ale nie wiedział czy w zasadzie posłucha. —
Pilnuj jej — powiedział jeszcze do Hatiego, który do tego czasu grzecznie zajmował miejsce w bagażniku, ale na komendę wcisnął się przez górną szczelinę bliżej. Na siedzenie z tyłu, a potem na przód, w nogi Suczin, aby mordę ułożyć na jej nogach. Jak na dobrego psa ochronnego przystało.
Hunter miał plan wzięcia jej rzeczy. Po prostu. To miało być proste. I w miarę grzeczne.
Wyszedł i skierował się w stronę śmiechów oraz światła pochodzącego z rozpalonego ogniska. Grupka ludzi w dalszym ciągu tam siedziała, z piwem oraz w wyraźnie dobrym humorze. Jak podchodził, to już słyszał żarty z jej osoby. Że zniknęła, że może już nie wróci, bo się zgubi. Że pewnie jakiś dzik ją napadnie, albo że prędko wróci, bo przecież się wystraszy. A to jedynie podnosiło jego ciśnienie, które i tak było już na granicy.
Gdy go dostrzegli, spojrzenie całej piątki utkwiło w nim. Trzech chłopów i dwie dziewczyny. Znał ten typ ludzi. Niby już dorośli, szyderczy, bo życie ich nie przejechało, a ich nikt nie nauczył pokory, bo nikt im się w szkole nie stawiał. Grupa cwaniaczków, których mordy uśmiechały się w ten charakterystyczny sposób. Dziewczyny podsycane obecnością kolegów, których pewnie ruchały w kiblach, a oni chcieli zrobić a nich wrażenie swoim debilnym charakterem. I tym, że potrafią kogoś zmieszać z błotem, bo tacy są super.
No, w szkole był dokładnie taki sam. Dobra, miał nieco więcej rozsądku. I lepszy gust.
—
Zgubiłeś się? — rzucił do niego jeden z roześmianych kolegów, z piwem w ręce. Hunter się jednak nie odezwał. Podszedł prosto, pewnym krokiem, z rękami w kieszeniach i zatrzymał się metr przed nimi. Zmierzył każdego spojrzeniem, na koniec zatrzymując się na tym, który się odezwał jako pierwszy.
—
Który? — zapytał tylko.
—
Co który? — jeden z nich się zaśmiał, choć już z lekkim drżeniem w głosie.
Hunter spojrzał na niego. Długo. Bez mrugnięcia. Jakby sprawdzał, czy bardziej opłaca mu się złamać nos, czy palce.
—
Soojin. Dziewczyna, drobna, mokra. Kto ją wrzucił do jeziora? — spytał, każdego z nich lustrując spojrzeniem, jak gdyby szukając jakiejkolwiek oznaki, która miałaby wskazywać winnego.
Cisza. Nikt się nie przyznał.
—
Okej — powiedział cicho. —
Czyli wszyscy — podsumował, wyjmując ręce z kieszeni. I wtedy ten najpewniejszy siebie, wysoki, z nieśmiesznym dowcipem na mordzie, wstał i rozłożył ręce.
—
Ej, stary, nikt nikogo nie wrzucał. Jak dziewczyna nie radzi sobie z żartami, to może nie powinna tu przyjeżdżać. My się tylko bawiliśmy — rzucił z pogardliwym prychnięciem.
No tak, żarciki. On też się znał na żartach.
Hunter się uśmiechnął pod nosem, ale nie tym uśmiechem, który był rozbawiony, tylko tym, który zapowiadał koniec zabawy. Albo to, że teraz to on się pobawi.
—
Świetnie. To teraz się pobawimy inaczej — podsumował, po czym podszedł i złapał gościa za kurtkę, aby przygwoździć go do ściany domku. Nie mocno, ale wystarczająco, żeby zęby szczęknęły. —
Zobaczymy, czy będzie ci dalej śmiesznie, kiedy przez miesiąc nie zjesz nic twardego — rzucił jako zapowiedź, że nie była to tylko pusta groźba.
Pozostali nawet nie próbowali podejść. Dziewczyny tylko zakryły usta w zaskoczeniu. Jeden z kolegów wstał, ale zaraz cofnął się o krok, widząc jak Hunter wbija w niego spojrzenie. Twarde i ostrzegające przed wzięciem kolejnego kroku. Takie, które już widziało gorsze rzeczy niż oni wszyscy razem wzięci.
—
Żadnych wiadomości, żadnych komentarzy, żadnego nękania i jebanych podśmiechujek — zaczął, a gdy chłopak się szarpnął, to docisnął go jeszcze mocniej do ściany, wcześniej go od niej odrywając, tylko po to, by jebnąć nim mocniej. Kolejne ostrzeżenie. —
Jeśli ktoś z was, albo z waszych znajomych jeszcze raz spróbuje jej dotknąć albo choćby spojrzeć, jakby była mniej niż człowiekiem, to przysięgam, że dowiecie się, co znaczy bać się wyjść po zmroku. — A jak chodziło o ulice, to może jeszcze nie znał dobrze Toronto, ale to była tylko kwestia czasu. Z odpowiednią motywacją szybko się nauczy każdego zaułka. —
Jej rzeczy — rzucił ostro, mierząc wszystkich spojrzeniem. —
Gdzie?
Nikt się nie odezwał. Spojrzeli po sobie. Żadnemu już nie było do śmiechu.
—
Ten jej pluszak... no, wylądował w ognisku. Żart. — powiedział jeden, zerkając niepewnie w kierunku ognia.
—
Serio? Pytasz o misia? — spytała jedna z dziewczyn z tym prześmiewczym tonem.
—
Serio — rzucił nazbyt spokojnie. —
Telefon?
—
No… chyba w jeziorze. W sensie, ona tam wpadła z nim, nie? — Wpadła. Kolejny z nich próbował powiedzieć to na pół-żartem, ale głos mu ugrzązł w gardle, gdy Hunter puścił jego kolegę i zrobił krok w jego stronę.
Spojrzał po wszystkich. Może i był sam, ale w tej chwili
roztaczał wokół siebie taką aurę, że głupotą byłoby go jeszcze podjudzać. Bił się już z większą ilością ludzi, dla niego to żaden wyczyn brać trzech na siebie.
—
Więc który z was zapierdala po wszystko? — zapytał, mierząc każdego spojrzeniem, ale… Nikt się nie ruszył. No cóż. —
Ty — wskazał jednego z nich. —
Idziesz do ogniska. I wyciągasz wszystko, co zostało z pluszaka. Palce masz jeszcze całe, to ich użyj — nakazał.
Chłopak spojrzał na żarzące się drewna z niedowierzaniem.
—
Ale przecież to się...
—
To nie była prośba — rzucił ostrzegawczym tonem, aby nawet nie dyskutował, a potem przeniósł wzrok na drugiego. —
A ty. Do jeziora. Szukaj telefonu.
—
Nie masz prawa nam...
Hunter tylko spojrzał. To wystarczyło, aby zamknęli mordy.
—
Macie trzy minuty. Potem zrobię to sam. A nie chcecie, abym to zrobił, kurwa, sam. — Bo wtedy nie skończy się to zbyt fajnie.
Wszyscy po sobie spojrzeli. Dziewczyny próbowały jeszcze dyskutować, ale kazał im się zamknąć. Jeden z kolegów, ten wskazany, podszedł do ogniska i próbował patykiem wyjąć nadpalonego Pana Zębala, ale Hunter tylko uniósł brew. Zrezygnowany, jęknął i złapał kawałek drewna, parząc sobie dłoń, zanim udało się mu wyjąć pluszaka z popiołu.
Drugi chłopak z przekleństwem na ustach zdjął buty i wszedł do jeziora, warcząc pod nosem, jak zimna była woda. Trzeci próbował stać w cieniu, ale i jego Hunter objął wzrokiem.
—
Pomóż mu. Albo sam się tam znajdziesz. — For fun. Aby nie tylko dwójka zapierdalała. Skoro też robił podśmiechujki, to niech zapierdala, bo domyślał się, że to głównie koledzy byli tacy hop do przodu, próbując zaimponować koleżankom. Ale kto jak kto, on zdawał sobie sprawę z tego, że baby potrafiły być gorsze. —
Wy — zaczął, zbliżając się do nich na kilka kroków. —
Zapierdalać po resztę jej rzeczy. Każdy ciuch ma być złożony, każda rzecz włożona do torby, łącznie z tym co rozrzucone, zdeptane czy chuj wie co z tym robiliście. Jak znajdę chociaż jedną zniszczoną rzecz, która będzie do wyjebania, wasze telefony też znajdą się w pieprzonym jeziorze.
Koleżanki zastygły. Chyba nie spodziewały się, że one także będą musiały coś robić. Widać, że nie przywykły do tego, że są za coś karane.
—
Ruchy. — Nie krzyczał, nie podnosił ręki, ale jego głos był na tyle wymowny, że nie pozostawiał przestrzeni na odmowę.
Po kilku minutach wrócili. Pluszak, zwęglony z jednej strony, ale w miarę cały. Telefon, mokry, zgaszony, niemal wypływający z błota, ale telefon. Koleżanki niedługo później wróciły też z walizką. Tą samą, która była spakowana, gdy ostatni raz był u Soojin w pokoju. To miało być na tyle z ich dumy oraz podśmiechujek.
Hunter przejął wszystko bez słowa, wcześniej rzucając spojrzenie na rzeczy dziewczyny. Spojrzał po nich wszystkich po raz ostatni.
—
Nigdy, kurwa, więcej.
Raina Bouchard