31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W dziwny sposób jego śmiech i fakt, że udało jej się go rozbawić chociaż w minimalnym stopniu – sprawił jej radość i satysfakcję. Wydał się taki… normalny i naturalny, a przecież biorąc pod uwagę cały ten czas, który minął od ich ostatniego spotkania (i to tego ostatniego-ostatniego, a nie krótkiego w szpitalu) wcale nie musiał taki być. Wszystko się zmieniło. Świat, oni i zapewne ich uczucia. Prawdę powiedziawszy jeszcze się nad nimi nie zastanawiała i chyba trochę się tego bała, więc zostawiała to gdzieś z tyłu własnej świadomości. Nie chciała się do nich przyznawać nawet przed samą sobą. Zresztą… byli naprawdę, naprawdę w złym miejscu, żeby wyciągać to teraz na światło dzienne. Tym bardziej, gdy sunąc spojrzeniem po zebranych gościach, na krótką chwilę spojrzała w kierunku jego żony i zorientowała się, że ta szuka wzrokiem swojego męża. Naprawdę stali tutaj odrobinę zbyt długo, zbyt podejrzanie…
Mimo wszystko nie mogła się nie uśmiechnąć rozbawiona, gdy wspomniał o tym, że był doskonałym tancerzem – Nie mogę się doczekać – odpowiedziała zanim zdążyła się nad tym zastanowić i dotarło to do niej w tej samej sekundzie, gdy to powiedziała. Ale nie zaczęła się wykręcać, nie zaczęła mieszać… nie było najmniejszego sensu – Naprawdę. Nie mogę się doczekać. – potwierdziła patrząc mu w oczy o kilka uderzeń serca za długo – Miło było cię poznać. – wróciła do roli, uśmiechnęła się do niego miło i odwróciła się na pięcie, żeby zniknąć w tłumie, znaleźć jakichś znajomych i przeczekać do momentu, w którym będzie mogła iść do domu. Liczyła na to, że największa katastrofa minęła, ale to widocznie był tylko początek…
Bo dotarli do kolacji, a winietki na stołach jasno sugerowały, gdzie goście powinni usiąść przy stole. Może nie weselnym, ale Iris naprawdę podziwiała wystawność tego przyjęcia i bezustannie powtarzała sobie w głowie po co?!. Pożałowała też, że nie wypiła się pracą i nagłym wezwaniem do szpitala, gdy odnalazła swoje nazwisko przy stole tuż obok Jesse Hendersona i jego żony. Była skazana na kolację ramię w ramię z mężczyzną, którego musiała udawać, że nie zna. I naprawdę się starała. Zamieniła może parę uprzejmości z gośćmi siedzącymi mniej więcej w jego kierunku i skupiła się na znajomych po jej drugiej stronie. Tylko jednocześnie był tak blisko… jego kolano właściwie muskało jej nogę, a gdy w pewnym momencie sięgnęli jednocześnie po tą samą karafkę wody i musnęła jego dłoń aż wymowny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa. Jeśli ktoś powinien dostać Oscara za ten wieczór to Iris, bo naprawdę wbijała się na wyżyny swojej samokontroli i jednocześnie ignorowania mężczyzny, którego tak naprawdę ignorować wcale nie chciała.
Odetchnęła z ulgą dopiero, gdy po deserze goście znowu zaczęli wstawać od stołu i prowadzić rozmowy w mniejszych grupach z drinkiem w ręku. Sama też wstała, ale to dlatego, że musiała wyjść na świeże powietrze… naprawdę musiała. Jeden głębszy wdech, drugi i kolejny. A kiedy się zorientowała, że nie jest sama – podniosła wzrok znowu trafiając na spojrzenie Hendersona.
- Gdybym paliła to byłby ten moment, w którym naprawdę musiałabym zapalić. Szczerze mówiąc naprawdę żałuję, że nie palę. – mruknęła, opierając się o ścianę budynku i dając sobie jeszcze parę głębszych oddechów na odreagowanie tej przeklętej kolacji.


Jesse Henderson
44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

W szpitalu z impetem odszedł od Iris. Kipiał ze złości i nie chciał nawet ułamka sekundy poświęcić, aby spojrzeć na nią, a gdy już się przemógł, kobiety w zasięgu jego wzroku nie było. Tym razem było z lekka inaczej - wykorzystał każdy moment, jaki mógł, aby odprowadzić ją spojrzeniem na salę, nim zniknęła pomiędzy tłumem. Nieświadomie nawet uśmiechał się delikatnie. Zreflektował się dopiero, gdy barman zwrócił się do niego z pytaniem, czy jeszcze coś mu podać. Wówczas Jesse wrócił do rzeczywistości. Do tej, w której był mężem swojej ukochanej żony. Do tej, w której nie żywił żadnych uczuć względem Iris, a sama kobieta była dla niego jedynie nieznajomą.
— Długo ci to zajęło — rzuciła kąśliwie małżonka, kiedy Jesse w końcu pojawił się ponownie przy jej boku. Wręczył jej uzupełnioną winem lampkę.
Barman nie mógł znaleźć twojego wina — wytłumaczył. Nie kłamał. Była to część prawdy. Pominął tę drugą, zawierającą dyskusję z byłą. . . no właśnie, ciężko było określić ich status. Najprościej byłoby nazwać ją po prostu byłą kochanką, bo formalnie nią była. Niemniej jednak, Jesse unikał tego słowa jak ognia, bo czuł, że w tamtym czasie Iris była zdecydowanie kimś więcej. Ale mniejsza. Blondynka przyjęła do wiadomości słowa Hendersona, kiwając krótko głową. Widział jej minę. Wiedział, że nie była zadowolona i domyślał się, że nie chodziło jedynie o długi czas oczekiwania. Nie skomentował tego jednak. Zasugerował, aby zajęli już miejsca przy stole, tak jak reszta gości, na co kobieta przystała.
Winietki z ich imionami znajdowały się przy stole z bliskimi panny młodej, tak samo zresztą jak winietka Iris. Prawda była taka, że Jesse wyłapał to jeszcze znim własnie nazwisko znalazł. Przez chwilę rozważał nawet podmienienie tych przeklętych karteczek, jednak wkoło było zbyt wielu świadków, a przede wszystkim ten jeden, który patrzył mu na ręce - tak, chodziło o żonę.
Zajął miejsce, przywitał się z siedzącymi już gośćmi, którzy zajęli uwagę jego małżonki. Dzięki temu ta nie zauważyła, że Jesse jakiś bardziej spięty się zrobił w momencie, w którym Iris usiadła obok niego. Rzucił którkie “cześć”, tak jak powiedziałby do każdej innej osoby, po czym wziął do ręki szklankę z wodą. Z prawej strony miał swoją żonę, a z lewej Iris. W tak patowej sytuacji chyba jeszcze nigdy się nie znajdował, a w Afganistanie parę razy w bagno się wpakował. Najbardziej obawiał się ich interakcji, jednak do tego na szczęście nie doszło. Iris nie była do tego chętna (czemu się oczywiście Jess nie dziwił), a małżonka miała obok siebie kuzynkę do zaciekłych rozmów i obgadywania innych gości. Parę razy co prawda wychyliła się zerkając w kierunku brunetki, ale tylko po to, aby potem szepnąć coś do swojej kuzynki. Jesse nie angażował się w to i zwyczajnie czekał końca tego przedsięwzięcia. Myślał, że po obiedzie będzie już po wszystkim, jednak partnerka oznajmiła mu tuż przed deserem, że jeszcze się nie zbierają, bo to przecież dopiero początek. Czyli zapowiadał się długi wieczór.
Jesse zjadł więc truskawkowe ciasto oraz dołożył sobie kawałek brownie, a w międzyczasie żona uciekła gdzieś z panną młodą, mówiąc, że niedługo wróci. Najpierw minęło pięć minut, potem dziesięć, potem chwilę porozmawiał z bratem szwagra, który dopytywał o służbę, a po piętnastu minutach od jej zniknięcia Henderson uznał, że pójdzie się przewietrzyć, znaczy, poszukać jej. Wpierw zahaczył o barmana, który uraczył go tym razem klasyczna wódka z colą, a następnie już faktycznie na dwór bocznymi drzwiami wyszedł.
Ku jego zaskoczeniu nie było nikogo. Widać wszyscy wystarczająco miło spędzali czas w towarzystwie, że nie potrzebowali uciekać na dwór.
Nie wszyscy jednak. Okazało się, że poza Jess’em, świeżego powietrza potrzebowała również Iris. Zaśmiał się krótko widząc ją w drzwiach. Byli na siebie prostu skazani. — Poczęstowałbym cię, ale sam rzuciłem — odpowiedział, a na twarzy wciąż miał uśmiech. Przed wypadkiem popalał, a później lekarze mu to przy rehabilitacji odradzili. Nie był nałogowym palaczem, w wojsku po prostu każdy palił – tak z doskoku, bo kto nie palił, nie miewał przerw. — Aż tak źle jest? — zapytał, po czym wziął łyka swojego drinka. — Wydaje mi się, że na razie bardzo dobrze nam idzie bycie nieznajomymi. Chociaż może jakbyś się uśmiechnęła od czasu do czasu to jeszcze lepiej by to wyglądało — dodał żartobliwie. Cóż, prawda była taka, że poza żartem nic już im w tej sytuacji nie pozostawało. — To jest jakiś absurd — rzucił jeszcze. — Siedzę pomiędzy żoną a tobą — westchnął. — A może panna młoda coś wie i myślała że show zrobimy?

Iris Valentine
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To, że zapowiadał się długi wieczór było tylko i wyłącznie poważnym niedopowiedzeniem. Iris miała wrażenie, że ten wieczór ciągnął się w nieskończoność, a ona nigdy nie jadła tak długiej kolacji. I chociaż z całych sił próbowała odwrócić swoją uwagę od siedzącego obok mężczyzny – nie było to wcale takie łatwe. Mogła na niego nie patrzeć, mogła o nim nie mówić i przede wszystkim mogła z nim nie rozmawiać, ale jej myśli i tak ostatecznie uciekały w jednym kierunku. Ta kolacja to był koszmar.
I naprawdę liczyła, że uda jej się złapać chwilę oddechu. Może to byłby też dobry moment, żeby wyjąć swój telefon i znaleźć wymówkę, żeby stąd szybciej wyjść? Opcji było przecież tak dużo… wcale nie musiała tam wracać! Wcale nie musiała znowu skończyć na sali, w której znajdował się jej były i jego żona. Jeśli piekło istniało to właśnie tak wyglądało. Szybko jednak okazało się, że ucieczka wcale jej nie uratowała i znów znalazła się w towarzystwie Hendersona.
Towarzystwie, którego powinna unikać i jednocześnie którego tak bardzo pragnęła. Nie była pewna, czy dało się bardziej rozdrapać stare rany jak dzisiaj. Miło było na siebie nie krzyczeć i nie rzucać pretensjami jak to zdarzyło im się w szpitalu, ale jednocześnie podczas tego wieczoru tak wiele rzeczy było nie tak, że aż jej się od tego robiło niedobrze.
- Normalnie powiedziałabym, że jestem z ciebie dumna. Dzisiaj… żałuję. – bo gdyby zapaliła przynajmniej miałaby wymówkę dlaczego zrobiło jej tak niedobrze. A poza tym miałaby co zrobić z rękoma. I głową. I naiwnie liczyła, że mogłoby to jakoś ukoić jej nerwy. I dlaczego on się uśmiechał? Przecież jej ani trochę nie było do śmiechu. No właśnie…
- Czy ty właśnie zasugerowałeś, że powinnam się więcej uśmiechać, Henderson? – aż zamrugała wymownie i… parsknęła. Bo nadal nie było jej do śmiechu, a jednocześnie ta uwaga, coś co tak często słyszała, co właściwie ciągnie się za nią od dzieciństwa. Powinnaś się więcej uśmiechać, Iris. Oh, nie… wcale nie powinna – I wiem, że podejrzewasz, że przyjaciółki zawsze o wszystkim plotkują… – podeszła bliżej do mężczyzny – Ale praktycznie nikt o tobie nie wie. Ona na pewno nie. No… przynajmniej nie ode mnie. Powiedzmy sobie szczerze nieszczególnie chcesz się chwalić sypianiem z żonatym facetem. To średnie osiągnięcie. – przyznała, wzruszając ramionami i wyjmując szklankę z drinkiem z jego dłoni – Ta kolacja to piekło… – szepnęła i upiła spory łyk alkoholu, lekko się przy tym krzywiąc. Oddała mu go, zupełnie ignorując fakt, że na krawędzi szkła został ślad po jej błyszczyku. Może nie rzucał się w oczy mocno, bo jednak w większości starł się podczas kolacji, ale wprawne oko mogło go zobaczyć – Myślisz, że ktoś mógł nie uwierzyć, że widzimy się pierwszy raz na oczy? – zapytała niepewnie, odrobinę podejrzliwie i zmrużyła oczy przyglądając mu się. Kłopoty tego typu to naprawdę ostatnie czego potrzebowała.


Jesse Henderson
44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Pasował jej uśmiech, więc tak powinna. pomyślał, jednak stwierdzenie to było zbyt nieodpowiednie w ich sytuacji, aby mówić je na głos. Jeszcze Iris pomyślałaby, że dalej lubił ten widok, co z prawdą by się pokrywało, ale przecież nie musiała tego wiedzieć. Szczególnie, że sam Jesse się do tego nie przyznawał. Nie potrafił przyznać sam przed sobą, że jej śmiech, nawet ten krótki, sprawiał, że czuł się trochę inaczej. Lepiej, lżej, tak jak dawniej. — A co? Zaczęłaś bać się o zmarszczki, że wolisz się nie uśmiechać? — zapytał ze śmiechem. Miał wrażenie, że kiedyś częściej można było go zobaczyć na jej twarzy. — Czy może to twoja nowa standardowa mina w mojej obecności? — dodał.
Przeszła kilka kroków i znalazła się bliżej Hendersona. Na tyle blisko, że zaczął się zastanawiać czy odległość między nimi jest odpowiednia jak na dwóch nieznajomych, co było absurdalne, bo przy nikim innym w ogóle by się nad tym nie zastanawiał. Iris jednak była jedyna w swoim rodzaju.
To co mówiła miało sens. Słysząc takie historie najczęściej współczuło się zdradzanej żonie, a nie gratulowało ciekawego romansu – nawet jeżeli opowiadało się o tym najbliższym przyjaciołom. — Czyli byłem twoim małym sekretem? — powiedział, udając tym zaskoczonego. Humor zdecydowanie miał już za dobry. To chyba mieszanka tego whisky, wódki, innych drinków i stresu, jaki ciągle odczuwał będąc w jednej sali z żoną i Iris. Cóż, on też na prawo i lewo nie rozpowiadał wszystkim, jakie to romantyczne przeżycia miał na misji. W oczach wielu dalej był przykładnym mężem i ojcem. O Iris wiedział jedynie najbliższy kolega Jess’a, który na początku wręcz potępiał go za to. Z czasem jednak zrozumiał powody Hendersona i o ile zdrady nie mógł usprawiedliwić, o tyle chciał, aby mężczyzna trochę szczęścia w tym życiu jeszcze miał. Co prawda, owe szczęście zbyt długo nie trwało, ale nie miało to aktualnie znaczenia. Trochę go ukuło sprowadzenie ich relacji jedynie do sypiania ze sobą, aczkolwiek Henderson chyba powinien w końcu pogodzić się z faktem, że w oczach Iris tak właśnie było. Dopisywał tej relacji większe znaczenie, gdy w rzeczywiści nie była ona na tyle ważna dla dziewczyny, by chociaż się pożegnać. — Ja z żonatym facetem nie sypiałem, więc nie wiem, czy chwaliłbym się czy nie – wiesz, nieznana dla mnie sytuacja — rzucił, wzruszając ramionami. — Poziom osiągnięcia definiuje stan cywilny faceta czy coś jeszcze? — dopytał. Na szczęście na ogródku byli sami, a muzyka z Sali była na tyle głośna nawet tutaj, że nie musiał aż tak gryźć się w język.
Trochę go zaskoczyło, gdy wyjęła mu z ręki alkohol, aby samej się napić. Nie protestował jednak. — Z myślą o tobie to wziąłem, wiesz — powiedział, co by się bardziej nie krępowała. Upiła trochę i oddała mu szklankę. Miło z jej strony, że coś mu jeszcze zostawiła.
Zadała mu ciekawe pytanie, na które, aby odpowiedzieć zastanowił się chwilę. — Wydaje mi się, że tego dowiemy się dopiero po przyjęciu — westchnął, opierając się o ścianę tak jak wcześniej Valentine. — Teraz ludzie dopiero obserwują, plotkować zaczną później — dodał, wzruszając lekko ramionami. Iris zdawała się być tym jednak lekko zmartwiona, dlatego prędko postanowił dodać: Za dużo tu się dzieje, żeby na nas uwagę zwracali. I nie dajemy im powodów do gadania — stwierdził, próbując przekonać samego siebie. — Może odsunęlibyśmy od siebie wszystkie podejrzenia, gdybyśmy nie rozmawiali ze sobą, a już w szczególności sam na sam. Ale problem polega na tym, że poza tobą nie ma tu nikogo, z kim mógłbym tyle przegadać.

Iris Valentine
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W jego obecności, czy może w ogóle? Od razu przeszło jej to przez myśl. Stała się zgorzkniała i było to coraz bardziej widoczne. Coraz bardziej doskwierało to jej i ludziom dookoła. Zdawała sobie z tego sprawę, ale jeszcze nie do końca wiedziała jak mogła to wyłączyć. Bo dało się tak po prostu za pstryknięciem palcami? Czy sztuczny uśmiech na jej twarzy w tym momencie by coś zmienił? Jednocześnie zdała sobie sprawę, że dzisiaj, tego wieczoru… oprócz tego, że było nerwowo – wiele razy wywołał jej uśmiech, zażartowała pewnie więcej niż powinna i niż wypadało. Ciągle to jednak było za mało.
- Z tym małym to bym polemizowała… nie bądź dla siebie taki krytyczny. – rzuciła znowu zanim zdążyła ugryźć się w język. O to właśnie jej chodziło, gdy myślała, że i tak miał talent do przełamywania jej lodów albo raczej skrupulatnie budowanej w ostatnich latach twierdzi i wysokich murów, którymi się otaczała. Nie powinna tego mówić, nie powinna rzucać takimi komentarzami, to było nieodpowiednie… ale jednocześnie tak bardzo swobodne i naturalne, że była mocno rozdarta między tym, co podpowiadało jej serca a tym, co rozum. Dlatego właśnie jak najszybciej powinna zakończyć ten wieczór – Żartujesz sobie, bo jesteś w tym układzie tym żonatym facetem, Henderson. I jest to dla ciebie nieznana sytuacja. – potwierdziła, wbijając w niego uważne spojrzenie, a także trochę naturalnie poważniejąc, gdy przeszła do niesprawiedliwego traktowania kobiet i mężczyzn, bo to właśnie chciała mu teraz wytknąć – Gdyby nasz romans wyszedł na jaw… większość tych ludzi – wskazała gestem na knajpę, gdzie zostali wszyscy goście – Rzuciłaby się na mnie. To mnie obwinialiby, że do tego doszło. To ja dostałabym kilka średnich przydomków, a epitety w moją stronę na długo zostałyby mi w pamięci. To ty zdradziłeś, ale to ja poniosłabym tego konsekwencje. – możliwe, że jego żona nawet by mu wybaczyła, zrzucając winę na nią i na to, że przecież funkcjonowali wtedy w tak trudnych warunkach, więc trudno o logiczne zachowanie. To tylko głupi błąd, a on przecież i tak ostatecznie do niej wrócił, prawda? Tak to mogło wyglądać. I dlatego jak tylko sobie o tym pomyślała musiała to przepić sporą porcją alkoholu, więc to naprawdę dobrze, że wziął go z myślą o niej.
- I nie masz z kim… czy nie chciałbyś tyle przegadać? – odbiła piłeczkę, zerkając na mężczyznę, a wbrew drgnęła jej wymownie, bo lekko ją to zaciekawiło. Tym bardziej, że jednocześnie trochę zasugerowała jakiej odpowiedzi oczekiwała, która z nich przyjemnie połechtałaby kobiece ego. Bo to naprawdę miła odmiana po ostatnim spotkaniu w szpitalu i po tym jak zachowała się ze swoją ucieczką – I jesteś pewien, że nie dajemy? – zmierzyła go spojrzeniem, a żeby dotrzeć do jego twarzy musiała aż zadrzeć głowę do góry, co jasno sugerowało, że byli blisko… bardzo blisko. Prawdopodobnie bardziej niż powinna być dwójka zupełnie obcych sobie osób – Nie chcę ci robić problemów. – dodała – I sobie – dlatego zrobiła krok w tył, lekko chwiejąc się na obcasie, gdy ten wpadł w jakąś niespodziewaną dziurę między płytkami. Nie chciała stracić równowagi, więc w naturalnym odruchu sięgnęła jego ramienia, żeby się go złapać i przy okazji cicho zaklęła pod nosem.



Jesse Henderson
44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Schlebiała mu i to bardzo. Zaśmiał się jednak na jej uwagę. Możliwe, że nawet lekko się speszył, co wywnioskować można było po jego zaróżowionych policzkach, jednak sam Jesse obwiniłby za to akurat spożyty do tej pory alkohol, wysoka temperatura oraz sytuacja, w której aktualnie się znajdował. Bo sytuacja nie była za ciekawa, nawet Henderson przestał się oszukiwać, że byłby w stanie jakoś z tego wybrnąć. Rozmawiał z Iris i to tak swobodnie, z taką przyjemnością, z taką lekkością, z jaką nigdy z nikim innym nie miał. Nie powinno to tak wyglądać. Jesse mógł to przerwać, a nawet powinien, ale problem polegał na tym, że nie chciał.
Iris miała rację. Prawdopodobnie to ona poniosłaby większe konsekwencje, gdyby ich romans niespodziewanie wyszedł na jaw. Nawet, gdyby Jesse chciał wziąć na siebie całą winę i tak ludzie po kątach gadaliby, że młoda, piękna kobieta uwiodła zagubionego, zmęczonego misją i przede wszystkim żonatego faceta. Nikt nie patrzyłby na to, że jego małżeństwo od lat było fikcja na papierze, które i tak zmierzało ku końcowi. Nie myśleliby o rozwodzie, który już rozpatrywany był w sądzie i o tym, że data ich oficjalnego rozstania odkładana była jedynie z uwagi na zadania, które realizował za granicą. Gdyby nie ten przeklęty wypadek już pewnie wszystko byłoby po wszystkim i małżeństwo widywałoby się jedynie podczas opieki naprzemiennej nad synem. Kilka sekund, a tak wpłynęło na życie Hendersona. Z drugiej jednak strony, gdyby nie wypadek, nie ten prędki powrót, nie ta próba ratowania rodziny dla dziecka, czy teraz rozmawiałby z Valentine? Prawdopodobnie nigdy więcej by jej nie spotkał. I chociaż wcześniej powtarzał sobie, że tak byłoby lepiej, teraz wiedział, że do końca życia dręczyłyby go pytania, co się wtedy stało z Iris. Co prawda, tego jeszcze mężczyzna nie wiedział. Liczyło się jednak, że żyła. — Wiem, że powinienem był najpierw zakończyć jedną relację, zanim rozpocząłem drugą — przyznał. — Przepraszam, że kiedykolwiek postawiłem Cię w tej sytuacji — powiedział szczerze, a chyba nigdy wcześniej jej tego nie mówił. Aż dziwne, biorąc pod uwagę, ile czasu poświęcili na rozmowy na ten temat. Zanim zostali kochankami, byli przecież przyjaciółmi, a przynajmniej Jesse miał takie wrażenie, zwierzając jej się ze wszystkich swoich bolączek oraz błahostek. Tyle razy, a nigdy jej za to nie przeprosił, chociaż powinien.
Zadała dobre pytanie. Uśmiechnął się pod nosem, kręcąc lekko głową. — Masz mnie — powiedział, zerkając na dziewczynę. Wiedziała, co powie Jesse, za dobrze go znała. Nawet po takim czasie. — Nie dziw mi się, że po takim czasie chcę rozmawiać tylko z tobą — przyznał dość pewnie. Nawet i bez takiej przerwy chciałby i mógłby tylko z nią cały wieczór rozmawiać. Każda kolejna chwila mu tylko o tym niebezpiecznie przypominała. Po raz kolejny spojrzał na nią. Była blisko. Za blisko.
Obydwoje jesteśmy weteranami, o czym najpewniej wiedzą — zauważył, dopinając resztę drinka. — Myślą pewnie, że wymieniamy się doświadczeniami z pola walki, a nie, że planujemy uciec z imprezy i wynająć hotel — zażartował, aczkolwiek naprawdę w to wierzył. Henderson nie był babiarzem, o czym rodzina małżonki wiedziała. Nie spodziewał się, żeby o Iris mieli gorsze zdanie. Pielęgniarka, która niegdyś narażała swoje życie na Bliskim Wschodzie dla dobra innych – nigdy by jej nie posądzili o romansowanie ze szwagrem panny młodej. — Iris, nie zamartwiaj się tak. Problem mógłbym zrobić sobie sam i nie potrzebuję, żebyś brała to na siebie. To ostatnie czego bym chciał. — powiedział, chcąc prędko wyprowadzić ją z błędu. — Poza tym, my jedynie rozmawiamy. To tylko rozmowa — zaznaczył. Ujął to w ten sposób, chociaż wiedział, że przynajmniej po jego stronie nie była to jedynie rozmowa – Iris prawdopodobnie nawet nie wiedziała, jak jej towarzystwo było mu potrzebne. Szczególnie tego wieczoru.
Dziewczynka chyba zorientowała się, że stali za blisko, że z boku – mimo zapewnień Hendersona – mogło to wyglądać podejrzanie. Nie zwróciła jednak uwagi na nierówną nawierzchnię, przez co niewiele brakowało, a przewróciłaby się. Uchroniło ją przed tym jego ramię oraz ręka, którą ujął ją w talii, aby pewniej ustabilizować. Robiąc to, upuścił jednocześnie szklankę, która roztrzaskała się na małe kawałki. — Na szczęście była już pusta — powiedział, spoglądając na kawałki rozbitego szkła. — Nic ci nie jest? — zapytał, przenosząc spojrzenie na jej kostkę. Chociaż kobietą nie był, wiedział, że przy takich zdarzeniach mogło dojść do zwichnięcia albo innego naderwania – nie znał się dokładnie, ale kojarzył, że jego siostra przez takie coś z własnego balu maturalnego w połowie musiała uciekać. — Może usiądź na chwilę — zaproponował, kiwając w stronę ławki dla palaczy. — w mundurowych butach by ci to nie groziło — zauważył, gdy dziewczyna siadała. Wówczas Jesse schylił się, aby pozbierać resztki szkła. Lekko przyciął sobie dłonie, jednak były one już na tyle szorstkie i wyrobione, że nawet nie zwrócił na to uwagi. — Jak na moje będziesz żyć — stwierdził, zupełnie tak jak ona, gdy pierwszy raz się widzieli.

Iris Valentine
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Poczuła nieprzyjemny ścisk w żołądku, gdy ze strony Hendersona padły przeprosiny. Ściągnęła mocniej brwi, a jej głowa lekko drgnęła momentalnie w zaprzeczeniu. Nie chciała, żeby ją przepraszał. Tak… może i powinien zakończyć najpierw jedną relację przed rozpoczęciem drugiej, ale ona też powinna być mądrzejsza. Powinna się trzymać z daleka od zajętych żonatych mężczyzn. Oboje byli tutaj winni, a na dodatek przeprosiny… przeprosiny kojarzyły jej się z czymś, czego się żałowało. A ona wcale nie żałowała relacji z Hendersonem. Żałowała, że to wszystko było tak skomplikowane, że przy okazji zranili kogoś jeszcze i przede wszystkim, że zakończyła to w ten okropny sposób, ale nie żałowała, że kiedykolwiek cokolwiek ich łączyło. Nawet jeśli teraz było to ich tajemnicą.
- Właśnie dlatego mnie to dziwi. – przyznała szczerze i lekko wzruszyła ramionami. Przy pierwszym spotkaniu nawet nie chciał na nią patrzeć i właściwie zasłużyła sobie na takie traktowanie. Było miło nie krzyczeć na siebie i nie walczyć, ale jednocześnie wiedziała, że dużo bardziej zasługiwała na to pierwsze. Dużo bardziej niż na to, żeby w jej głosie zamieszkała myśl, że no właśnie - chciałaby uciec z nim z tej imprezy… do siebie, do hotelu, gdziekolwiek. Niebezpieczna myśl, którą powinna jak najszybciej od siebie odrzucić, nic dobrego nie mogła przynieść. Nie w tym świecie. Już nie byli na pustyni, już nie można było tego wytłumaczyć samotnością i tym, że rzeczywistość działała trochę inaczej. Byli w Toronto, w którym nigdy nie mieli się spotkać, bo i dlaczego, prawda? On był tu z żoną, miał rodzinę z którą został. A ona… ona i tak nie mogła sobie pozwolić na nic więcej. Nie czekało na nią żadne długo i szczęśliwie.
- To tylko rozmowa, tak. – zapewniła, jednocześnie robiąc ten nieszczęśliwy krok w tył. Sama nie zorientowała się jak do tego doszło, ale stało się szybko. Utrata równowagi, rozbite szkło, obejmujące ją męskie ramię… Jesse znalazł się tak blisko, że przez krótką chwilę do jej nozdrzy dotarła mieszanka zapachu jego perfum i skóry. Coś tak odległego i jednocześnie dobrze znanego, że aż zakręciło jej się w głowie. I to wszystko zadziało się tak szybko, że nawet nie zdążyła zaprotestować, skorzystała z jego pomocy i usiadła na ławce. Wpatrywała się w niego intensywnie, trochę z niezrozumieniem tego, co się właśnie stało… przesunęła spojrzeniem po męskiej sylwetce, aż do dłoni, gdy zbierał szkło.
– Z naszej dwójki to ty krwawisz, Henderson. Mi nic nie jest. – zapewniła, wstając i chociaż może kostka lekko pobolewała to faktycznie nie był to żaden poważny uraz. Po prostu tak się dzieje, gdy ktoś przyzwyczajony do chodzenia w sportowych butach zakłada absurdalnie wysokie szpilki, którymi pewnie można byłoby zabić, gdyby zaszła taka potrzeba. Oby nie. – Zostaw to szkło. – wskazała na najbliższy kosz tuż przy ławce dla palaczy – Poproszę, żeby ktoś to posprzątał. I przyniosę wodę, wypadałoby to przemyć… – zaczęła, podchodząc bliżej i złapała męską dłoń, żeby przyjrzeć się skaleczeniu.
Pech chciał, że dźwięk tłuczonego szkła wzbudził zainteresowanie i to nieodpowiednich osób. Dokładnie w tym samym momencie, w którym Iris dotknęła jego dłoni na tarasie powiła się żona Jessego, której mina była… no cóż, bardziej niż wymowna i przez kilka sekund wyglądała jak ktoś, komu coś bardzo brzydko pachnie pod samym nosem. Valentine poczuła jak krew odpływa jej z twarzy, ale na szczęście praca pod presją czasu była czymś, co opanowała do perfekcji.
- Zdarzył się mały wypadek, ale nic poważnego. Skaleczenie jest płytkie, wystarczy oczyścić ranę pod bieżącą wodą. – poinformowała rzeczowo zerkając zarówno na mężczyznę jak i jego żonę – A ja pójdę po kogoś z obsługi, żeby uprzątnęli ten bałagan. W każdym razie… miło było poznać, Jesse. – w końcu się nie znali, prawda? Dlatego teraz uniknęła jego spojrzenia, uśmiechnęła się za to do jego żony, gdy ją wymijała, żeby wrócić do restauracji. Faktycznie zaczepiła kogoś z obsługi, ale sama ruszyła prosto do wyjścia.
Szlag by to wszystko trafił.


/koniec
Jesse Henderson
ODPOWIEDZ

Wróć do „Archeo”