35 y/o
For good luck!
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

and then my eyes got used to the darkness
and everyone i knew was lost and so long forgotten after you
Skłamałby mówiąc, że wnętrze klubu wypełniała pełna napięcia atmosfera oczekiwania.
Wydzielona sekcja vipów w Rapture zwykle żyła własnym życiem i, w wieczory takie jak te, zaplanowane występy na wydzielonej ku temu scenie rzadko kiedy porywały tłum. Skąpane w czerwonym blasku neonowych świateł podwyższenie było puste, co nie przeszkadzało całej klienteli w odpowiedniej zabawie.
Dzieliła się na trzy kategoria - pierwsza z nich stanowiła grupę siedzących najbliżej, względnie podpitych gości, którym zależało na dobrej zabawie. Druga tkwiła przy wodopoju, rozświetlonym bursztynowym światłem barze, przy którym starannie dobrani barmani zapamiętywali każde zamówienie i nie wymagali od klientów ich powtarzania, gdy ci wracali po następne napoje. Trzecia zaś rozproszona była po całym wnętrzu, sięgającym po czarne kurtyny oddzielające tę strefę klubu od przeznaczonej dla zwykłych gości - niektórzy odbywali swoje biznesowe spotkania przy lampce wina, innych rubaszny śmiech wydobywał się z wnętrz loży takich jak ta, w której tkwił teraz.
Każda z trzech grup była dzisiejszego wieczora kurewsko męcząca.
Lód w jego szklance bębnił o ścianki, wodząc go na pokuszenie gdy walczył z chęcią wyjęcia go i przyłożenia go sobie do czaszki. Czarne włosy skutecznie zasłaniały miejsce uderzenia gdzieś w okolicy potylicy, którego nie potrafił zlokalizować już nawet czuciowo. W chwili, w której adrenalina opuściła jego żyły, odległe wrażenie zaczęło przekształcać się w coś na wzór nieznośnej migreny u podstawy jego czaszki i teraz było wyłącznie niedogodnością.
Tak, jak w czerwonym świetle klubu jego zaróżowione knykcie były wyłącznie padającym na nie cieniem, niemożliwym do odcyfrowania pośród kłębów tytoniowego dymu - dymu tworzącego swoistą, osobną strefę VIP, bo przecież jak w większości lokali w Toronto, oficjalnie nie wolno tu było palić.
Uniósł szklankę do ust i zwilżył je gorzką, rozwodnioną już wódką. Jego wzrok utkwiony był w jednym punkcie na oparciu naprzeciwległej kanapie - małym, czarnym punkcie poruszającym się z jednego rogu do drugiego. Z początku był skłonny założyć, że oberwał w głowę może zbyt mocno, ale im dłużej się mu przyglądał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że po kanapie poruszał się p a j ą k.
Nie wiedział, ile czasu minęło odkąd wyszedł z zaplecza i wsunął się do własnej loży, świadom tego, że w niej jednej nikt nie spróbuje nawiązać z nim rozmowy. Wiedział, że jego wsciekłość uleciała w stronę sufitu razem z dymem z drugiego - trzeciego? - papierosa, a on zastanawiał się co w samym sercu klubu robił pieprzony pająk.
I gdy kontemplował wezwanie menadżerki i pokazanie jej tego pieprzonego pająka, i zapytanie czy ekipa sprzątająca nie powinna zostać zwolniona, rubaszny śmiech dotarł do niego gdzieś zza ściany loży. Wypuścił powietrze przez nos, wraz z miękkimi, szarymi obłokami, które uderzyły w stół i rozlały się na jego powierzchni równą taflą. Rozpoznałby ten śmiech wszędzie, choć cichszy głos spierającej się z mężczyzną kobiety był dla niego nowością.
Anthony Bennet, krępy przewodniczący komisji bezpieczeństwa publicznego - zła osoba na złym stanowisku, ze skłonnością do alkoholu, kokainy i kobiet, które nieszczególnie często pytał o zdanie. Bardzo dobra osoba w Rapture, w miejscu, w którym wszystkie jego wybryki były dokumentowane i wymieniane jak vouchery na kolejne przysługi.
Zwykle jednak trzeba było po nim sprzątać.
Kobieca sylwetka nagle wtargnęła w jego przestrzeń osobistą ku wyraźnemu niezadowoleniu ze strony Benneta - mrugnął, a do jego oszołomionej głowy dotarło, że wsuwała się na kanapę naprzeciwko, gdzieś koło tego pająka. Dostrzegł tylko cień jej włosów, urywek sukni, którą miała na sobie gdy wsuwała się do środka z bezczelnością osoby, która bardzo desperacko chciała z nim porozmawiać - bądź nie wiedziała do czyjej loży weszła.
- Radny Bennet ma lepkie ręce - wyrzucił, wyłącznie dlatego, że nieświadom jego obecności w loży Anthony w tym czasie stał obok i nieustannie próbował zwrócić jej uwagę na siebie. - Powinnaś znaleźć sobie lepsze towarzystwo na ten wieczór.

Violet Haze
29 y/o
For good luck!
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie pasowała do takich miejsc. Nie pasowała do nich ani kiedyś, ani tym bardziej teraz.
Wiedziała to jeszcze zanim weszła do środka, zanim mrugające ofenwysnie światła przytępiły jej wzrok, zanim dudniąca muzyka zaczęła wwiercać się w jej czaszkę, zanim zobaczyła ceny przy barze i ludzi przy nim, którzy zamawiali kolejne drinki bo pieniądze nie stanowiły dla nich problemu.
Dla niej – wręcz przeciwnie. Ostatnie, spędzone w Toronto, parę miesięcy, miały w sobie zbyt wiele rachunków; oszczędności, które miała z dobrze płatnej pracy znikały w oczach, a ona nosiła się z wrażeniem, że nawet Waszyngton nie był aż tak drogi. Tyle tylko, że w Waszyngtonie żyła sama, nie z siostrą, której od tych paru miesięcy kupowała więcej niż powinna i potrzebowała, najpewniej chcąc uciszyć jej własne wyrzuty sumienia – za spóźniony przyjazd i te wszystkie długie wcześniejsze miesiące, kiedy ich kontakt wysychał.
Przyszła tu, bo znajomy znajomego potrzebował kogoś na zastępstwo, a ona – pieniędzy. Jeden wieczór, kilka utworów, dobre pieniądze od razu. Szansa na podreperowanie budżetu domowego.
Plan był prosty i nie uwzględniał jej obecności w klubie dłużej, niż pojawienie się na pół godziny przed występem, te kilka wspomnianych piosenek, odebranie pieniędzy od wskazanej przez znajomego osoby i powrót do domu. I trzymała się go niemal do samego końca.
Niemal.
Gdzieś pomiędzy końcem występu a oczekiwaniem na powrót managera z wypłatą, pojawiła się przeszkoda. Stała na uboczu, trzymała telefon w dłoni, torebkę blisko siebie i odliczała minuty do momentu, w którym będzie mogła wyjść. Wspomniana przeszkoda była mężczyzną, który zatrzymał się przy niej i patrzył w taki sposób, od którego jej trzewia ścisnęły się mocno i zaplątały w ciasny supeł. Jeszcze mocniej, kiedy uświadomiła sobie, że jedyna droga odwrotu była zablokowana krępą sylwetką.
Podpity, głośny i zbyt pewny siebie. Zbyt nachalny. Wszystko było w nim obrzydliwe – tęga sylwetka, spurpurowiała od alkoholu twarz, ale przede wszystkim – tembr głosu. I ten rubaszny śmiech, który rzęził jej głęboko pod czaszką, siejąc w jej umyśle spustoszenie.
Zbliżył się i dotknął jej ramienia, plotąc coś dla niej niezrozumiałego. Nie rozumiała nie przez to, że mówił w innym języku czy niewyraźnie, ona była zupełnie jak za wygłuszoną szybą i tylko ciałem w zasięgu jego dłoni.
Odsunęła się, co kosztowało ją znacznie więcej siły woli, niż można sądzić. A potem umknęła jego tłustej łapie, niemal tanecznym krokiem, przemykając pomiędzy korpulentną sylwetką mężczyzny na zimną ścianą. Ruszyła pospiesznie, nie biegnąc, na ślepo wybierając drogę, trafiając ostatecznie do loży, wybranej już w finałowym akcie własnej desperacji.
Wybrała losowo, ale z głupią nadzieją. Bez planu, a może właśnie z planem na niewinną mistyfikację, która zniechęci jej prześladowcę.
Dopiero teraz dostrzegła, że mężczyzna po drugiej stronie sprawiał wrażenie, jakby miał już dość całego wieczoru. Z drugiej strony – wyglądał jak ktoś, komu absolutnie nie powinna była naruszać przestrzeni; choć z konsekwencją, jaką niosło towarzystwo tęgiego mężczyzny. Nie wyglądał jednak na zaskoczonego; nie tak, jak powinien wyglądać ktoś, komu obca kobieta właśnie weszła do loży.
To chyba było jeszcze gorsze.
Niestrudzony rubensowy łowca damskiego towarzystwa wciąż był w pobliżu. Nie patrzyła na niego, ale niemal czuła jego obecność.
Powinnaś znaleźć sobie lepsze towarzystwo na ten wieczór.
L e p s z e to zdecydowanie za mocne słowo. Zbyt chciwe, ja na nią. Wystarczyłoby jej po prostu mniej nachalne.
Nie szukam towarzystwa — powiedziała, błądząc spojrzeniem, zupełnie nie intencjonalnie, poniżej oczu drugiego mężczyzny. — Rozumiem, że to prywatna loża, za chwilę wyjdę — dodała, nieświadomie i instynktownie przesuwając się w głąb kanapy, byle dalej od tego pierwszego.
Bez żadnej prośby o pomoc, bo nie potrafiła tego. Mężczyzna, a raczej jego loża były tylko przystankiem, który chciała wykorzystać do uwolnienia się od niechcianego towarzystwa. Wcale nie czuła się tutaj lepiej, bo nie znała go, nie wiedziała kim jest i nie miała żadnego powodu zakładać, że wybór między jednym mężczyzną a drugim nagle okaże się dla niej szczęśliwy.
Tyle że ten przy wejściu zdążył już ją dotknąć.
Ten drugi jeszcze nie. rsvp
Vincent Monroe
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Towarzystwo było tylko skutkiem ubocznym miejsc takich jak to. Nie Rapture, klub zgodnie ze swoją rolą stanowił towarzyski hub w mieście, ale ta konkretnie strefa służyła tym celom tylko w teorii. W praktyce większość osób szukało kontaktów, prowadziło interesy w staniu upojenia niewskazanym do wykonywania jakichkolwiek deklaracji bądź szukała chwili relaksu w miejscu, do którego pasowali.
Do którego nie pasowała o n a.
Jego wzrok prześlizgnął się po kobiecej sylwetce gdy gwałtownie wkraczała w przestrzeń prywatną nie tylko jego loży, ale i w ogóle j e g o. Dostrzegł elegancką sukienkę, błysk butów na niewysokim obcasie, torebkę trzymaną blisko siebie. Ciemne włosy upięte w sposób, który dla jego pozbawionego wiedzy w tym temacie umysłu wydawał się fantazyjny i skomplikowany. Ten jeden przebłysk, nim zniknęła za blatem dzielącego ich stołu, wydawał się plasować ją pośród innych - tych innych, którzy p a s o w a l i.
Ale nie robiły tego jej oczy.
Wyraz twarzy zbyt poważny jak na miejsce takie jak to, rozbiegany wzrok zerkający w stronę wyjścia z loży, usta zaciśnięte w wąską linię. Sposób, w jaki jej barki wydawały się napięte, plecy wyprostowane jak struna, dłoń zaciskała na torebce może zbyt mocno jak na względnie pustą kanapę, na której nikt nie mógł jej w tłumie jej zwinąć.
Jego brak zaskoczenia wsunięciem się kobiety do środka wyjątkowo w tej chwili nie był spowodowany tym, że był przyzwyczajony do ich obecności, a zwykłym przekonaniem, że w tej loży był nietykalny. W tej strefie wszyscy znali jego nazwisko i jego twarz, myśl, że ktoś mógłby tak po prostu się do niego przysiąść była tak niemożliwa dla niego do przyswojenia, że tkwił w tej niemożliwości gdy ona pokonywała odległość kanapy, wciskając się w jej róg jak przestraszone zwierzę.
Drgnął, słysząc jej głos przebijający się przez cichą muzykę. Myśl, że to w jego loży miałaby znaleźć schronienie przed mężczyzną, którego obiektywnie uważał za dużo mniej problematycznego od siebie, wydawała mu się na swój sposób zabawna.
- To dobrze - odrzucił niezobowiązująco, przysuwając bliżej szklankę z przeźroczystym napojem, którego co najmniej połowę musiał stanowić już rozpuszczony lód. - Ja też nie.
Jego plecy opadły na oparcie kanapy przy akompaniamencie cichego westchnienia, utopionego w dźwiękach muzyki. Powiódł za jej wzrokiem na zewnątrz, usiłując dojrzeć tego, którego tak skrupulatnie obserwowała, ale znajdował się poza zasięgiem jego spojrzenia - gdzieś za ścianą loży, za którą grasował, również nie widząc tego, kto siedział naprzeciw niej.
- Możesz z niej korzystać ile chcesz - dodał z obojętnym drgnieniem ramion, nie planując w niej zostać zbyt długo. On jeden szukał w tym miejscu czegoś zupełnie innego niż całość klienteli w strefie VIP - szukał miejsca, w którym mógłby o c h ł o n ą ć, co udało mu się osiągnąć. Z grubsza. - Nikt tu nie wejdzie.
Nie potrafił jednak powstrzymać się przed spojrzeniem.
Jej rysy wydawały mu się znajome - a może to głos, którym się posługiwała? Wspomnienie brzmiącego w tej strefie koncertu były poszatkowane wszystkim tym, co wydarzyło się w trakcie niego na zapleczu, zmuszając go do złapania jego końcówki. W czerwieni neonów wszystko zlewało się w jedno, pozostawiając po sobie wyłącznie wrażenie tego, że skądś ją już znał.
Jej czujne spojrzenie i mały, lekko zadarty nos. Bladą cerę zaróżowioną wpadającym do loży światłem. Pełne usta wygięte w wyrazie całkowitego niezadowolenia.
A także czarny punkt, wędrujący w stronę jej włosów po odsłoniętym ramieniu.
- Od tego jest tu ochrona - dodał, ochrona w tym miejscu częściej niż zwykle miała nakazane odwrócić wzrok, niż szczególnie go wytężać. - Którym zagrożeniem chcesz zająć się najpierw? - przekrzywił głowę, zerkając na jej ramię, na pająka powoli docierającego do luźnych kosmyków włosów puszczonych z upięcia. - Napastliwym radnym czy pająkiem w twoich włosach?

hej często tu przychodzisz
29 y/o
For good luck!
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie poczuła żadnej ulgi, a przecież powinna. Wsunęła się do loży, do której krępy mężczyzna nie odważył się wejść za nią. Między sobą a nim postawiła ciężką zasłonę, stół i kanapę, oraz czyjąś obecność – tak intensywną, że zamiast ulgi mogła odczuwać jedynie zmianę nacisku. I zastanawiać się, czemu nie zdała sobie z niej sprawy wcześniej; choć może należało to podpiąć pod zwykłą desperację.
Jego odpowiedź była na tyle obojętna, że przez moment nie wiedziała, co właściwie z nią zrobić.
Jego odpowiedź brzmiała jak proste, zwyczajne ustawienie granicy i tylko to, i chyba właśnie dlatego na chwilę ją to zatrzymało. Była przygotowana na większość z jego strony, na przejaskrawione zniecierpliwienie, na rozkaz wyjścia, na pytanie, co ona sobie wyobraża, i nawet na ten szczególnie protekcjonalny i tożsamy dla mężczyzn rodzaj rozbawienia, który dla niej był nawet gorszy od gniewu. Zamiast tego dostała brak większego jego zainteresowania, a ten w cudzej prywatnej loży, nadal nie był czymś, co ją uspokajało.
A wręcz przeciwnie.
Gdyby mogła, odsunęłaby się jeszcze dalej. Ale była w potrzasku i jeszcze nie zdecydowała, które zło było większe, a które mniejsze. Bo każdy mężczyzna był niebezpieczny.
Każdy.
Tylko nie zawsze w ten sam sposób, nie zawsze z tym samym zamiarem, a i czasem nawet bez zamiaru. A jednak jej ciało nie rozróżniało już tak sprawnie tych niuansów. Nie po Waszyngtonie, ani nie po miesiącach, w których za każdym razem powtarzała sobie, że jeszcze jeden dzień nie robi różnicy, a potem tych dni robiło się tyle, że nie umiała już wskazać miejsca, w którym powinna była przestać.
Nie wiedziała co ma zrobić z tą uprzejmością po jego stronie, gdy pozwolił jej zostać tu ile chciała – bo nie chciała ani trochę, ale natychmiastowo zwróciła uwagę na pewien mechanizm. Była pozornie bezpieczna, od momentu w którym głośny i odrażający facet pozostał tam i nadal nie przekroczył tej cienkiej, śmiesznej granicy materiału zasłony. Pozornie, bo nie ochroniła jej ani ochrona, ani uprzejmość usługi, ani czyjekolwiek poczucie sprawiedliwości. Chroniło ją to, że przypadkowo znalazła się w przestrzeni kogoś, kogo tamten zdecydował się nie trapić. A to nie było bezpieczeństwem – to było zależnością.
Od niego.
Dlatego ta deklaracja kameralności bardziej zaciskała się na jej gardle, niczym niewidzialny uścisk narastającego dyskomfortu, niż pozwalała odetchnąć w spokoju.
Nie odpowiedziała.
Czuła na sobie jego spojrzenie, ale nie potrafiła odpowiedzieć tym samym. Nie potrafiła tak po prostu sunąć po nim wzrokiem, prześlizgując się po każdym detalu jego urody – jedyne co do tej pory zdołała zapamiętać to usta i zarys szczęki w panującym półmroku, chwycone gdy próbowała usprawiedliwić swoją obecność na początku.
Radny.
Słowo osiadło w niej ciężko i nie wywoływało zdziwienia. Oczywiście, że tamten mężczyzna był kimś. Mężczyźni tacy jak on rzadko byli tylko mężczyznami. Zawsze mieli tytuł, funkcję, nazwisko, kogoś przy barze, kto odwracał wzrok, kiedy trzeba, i kogoś innego, kto później mówił, że nie widział nic szczególnego.
Potem dotarła do niej cała reszta.
Zastygła.
p̷a̷j̷ą̷k̷
Nie krzyknęła, nie zerwała się z kanapy, nie zaczęła wymachiwać rękami, choć przez ułamek sekundy każda z tych rzeczy przemknęła przez nią jako możliwość równie kusząca i naturalna dla sytuacji, co również absolutnie niedopuszczalna. Spięła się jeszcze mocniej, bo wciąż się dało. I spięła się absolutnie głupio, bo przecież w żaden sposób napięcie w jej ramionach nie mogło zachęcić wspomnianego ośmionoga do odwrotu.
Pająkiem — odpowiedziała, realnie traktując jego słowa jak ofertę pomocy. Nie jak głupi żart, ani drwinę, która miała ją pozostawić samą z tym problemem. — Proszę.
Miała za zasłoną człowieka, który przed chwilą kładł na niej dłonie bez pozwolenia, przed sobą drugiego, którego z jakiegoś powodu nie potrafiła uznać za bezpiecznego, i mimo to teraz największym problemem był mały czarny punkt wędrujący gdzieś w stronę jej włosów.
rsvp
the wrong kind of safe
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pająkiem.
Choć sam zaoferował pomoc, jego brew uniosła się lekko w górę w reakcji na to krótkie polecenie - bo w ten sposób brzmiało. Czarna kropka była tak mała, że siedząc naprzeciw przez pierwsze chwile zastanawiał się w ogóle nad jej istnieniem. Obiektywnie patrząc, stanowiła najmniejsze zagrożenie w tym obszarze klubu, tuż za krępym przedstawicielem lokalnego rządu.
Oraz nim.
A jednak mimo tego wylądował na szczycie listy, sprawiając, że Monroe zawahał się na sekundę. Odstawił szklankę, która była w połowie drogi do jego ust i przyjrzał się jej dokładniej, lokalizując mały, czarny punkt na jej ramieniu.
- Masz niecodzienną listę priorytetów - mruknął, odrywając się od oparcia kanapy. Nachylił się nad stolikiem, wodząc wzrokiem za usiłującym znaleźć punkt zaczepienia owadem. Owadem, który był poza zasięgiem jego dłoni gdy ona wciskała się w oparcie mebla jakby ten mógł ją pochłonąć. - Musisz się przysunąć jeśli mam go wyciągnąć.
To było przecież tak proste, że nie powinien musieć tego werbalizować - a jednak z nią nic nie wydawało się p r o s t e. Sposób, w jaki reagowała na jego słowa, na jego obecność i na wzrok szukającego jej radnego oddzielał ją od zwykłej klientki klubu, w którym ludzie poszukiwali odprężenia.
Wątpił, by znajdowała je na rzędzie szpilek, na których siedziała w tej loży.
Uniósł dłoń w jej stronę gdy nachyliła się lekko, roztaczając wokół siebie delikatny zapach kobiecych perfum. Nie chciał gestem wystraszyć pająka ani zachęcać go do szybszej ucieczki w stronę jej skalpu, choć szybko zorientował się, że jego posiadaczka również mogła wymagać podobnego modus operandi.
Z bliska utwierdził się w przekonaniu, że gdzieś wcześniej musiał ją widzieć.
Było coś w niej znajomego, czego nie potrafił uchwycić, a co dostrzegał kątem oka. Pochwycił delikatnie zwisający z jej upięcia kosmyk włosów, wydobywając z niego czarny tułów o długich nogach nim strzepnął go w bok - gdzie własnym butem mogła go dobić, jeśli tego chciała.
Odsunął się, ponownie opadając na własną, wydzieloną strefę loży w chwili, w której z torebki kobiety wydobył się odgłos nadchodzącej wiadomości.
Spoiler
Menadżer Rapture
bardzo cie przepraszam, jeden z klientów robi awanturę i musimy to załatwić
30 min i będę z kasą
zamów sobie drinka, na nasz koszt
Wiadomość...
Ledwo jego plecy dotknęły miękkiego, materiałowego oparcia a wyczuł wibrację własnego urządzenia w kieszeni. Nieśpiesznym ruchem wyciągnął telefon, zerkając na krótką treść wiadomości, od której z tyłu jego głowy znów pojawiła się iskierka irytacji.
Spoiler
Avis
C. sprawiał problemy
ogarniam ten burdel
będę musiał się przebrać, ujebał mi nową marynarkę
Wiadomość...
Wsunął telefon z powrotem do kieszeni, chwytając za chłodną szklankę gdy jego myśli umknęły w stronę zaplecza. Musiał zmusić się, by utrzymać je z powrotem na wodzy, przywrócić do chwili obecnej, w której nic nie mogło wzmóc tego pieprzonego dudnienia w jego głowie.
Zamiast skupiając się na nim, uniósł wzrok z powrotem na kobietę - uwolnioną od jednego zagrożenia, chwilowo w zasadzie wolną od każdego. Benneta nie było nigdzie widać, przynajmniej na razie, prawdopodobnie zaczął swoje poszukiwania w innym miejscu bądź znalazł dla siebie inny cel na dzisiejszy wieczór.
- Z tego co mi wiadomo, to klub rozrywkowy - zauważył elokwentnie, wypowiadając się znad krawędzi szklanki. - Nie wyglądasz, jakbyś szczególnie dobrze się bawiła.

the right kind of danger
29 y/o
For good luck!
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Przysunęła się minimalnie, zasadniczo bardziej pochylając nad stolikiem niż faktycznie wysuwając w jego stronę, by skrócić dystans. Musiało to wystarczyć, bo możliwości na więcej nie miała gdzie w sobie znaleźć. Czuła przy tym własną głupotę i niedorzeczność całej tej sytuacji bardzo wyraźnie, tak dosadnie że p niemal fizycznie. Bała się pająka, bała się jego dłoni, bała się tego pierwszego mężczyzny za zasłoną, a jednak siedziała tu nieruchomo, próbując z tych wszystkich rzeczy ułożyć kolejność, która nie wyglądałaby żałośnie.
Niestety, jej ciało nie prowadziło już żadnej rozsądnej hierarchii zagrożeń. Nie rozstawiało ich według powagi, konsekwencji i realnego ryzyka. Reagowało na to, co było najbliżej skóry. Pająk. Potem on. I choć jego gest był prosty, szybki, w konkretnym celu, powietrze w jej płucach zagościło na dłużej, niż powinno.
Nie poczuła ulgi, kiedy pająk spadł na podłogę. Szpile obrzydzenia przeszyły jej ciało, zaraz za nimi dalsze napięcie – jej mały terrorysta wciąż żył. Głośne, krótkie i jednoznaczne plask z pewnością by pozwoliło jej normalnie wziąć oddech.
Dziękuję. — Nie przypuszczałaby, że kiedykolwiek przyjdzie jej dziękować za coś takiego. I czy jakikolwiek stopień kurtuazji w ogóle obejmował takie przypadki.
Nie spojrzała na niego. Wzrok przeniosła na torebkę, szukając w niej telefonu, z jakimś krótkim, idiotycznym ukłuciem nadziei, że może to koniec; że to wiadomość od managera; że szuka jej, aby wręczyć pieniądze, a ona będzie już wolna. Zamknie ten wieczór, zanim los dorzuci od siebie jeszcze jedną, absurdalną scenę.
To nie była wyczekiwana odsiecz – to było pogłębienie jej niedoli. To było kopnięcie leżącego, którym miała być ona.
Trzydzieści minut oczekiwania i darmowy drink, w roli uniwersalnego plastra na wszystko w takim miejsuc jak to. Nie skorzysta.
Nie odpisała, schowała telefon.
Więc teraz co? Znaleźć bezpieczne miejsce na przeczekanie – loża, choć kameralna, wcale tego poczucia bezpieczeństwa nie dawała. To była niewielka przestrzeń dzielona z mężczyzną, którego nie znała. Który był spokojny, nienachalny, w kontraście do poprzedniego, a jednak to on budził jeszcze większy niepokój.
To było więc bardzo nierozsądne, że wciąż tu siedziała. Jeszcze bardziej, że zrezygnowała z wyjścia już w tej chwili na rzecz podjęcia dialogu.
To zależy od definicji rozrywki — odpowiedziała. — Prawda, to miejsce raczej nie wpisuje się w moją wersję. — Nie miała siły udawać, że ten wieczór jest dla niej zabawny choćby w ironiczny sposób.
Zawiesiła spojrzenie gdzieś pomiędzy jego twarzą a ramieniem, jakby nadal zostawiała sobie margines wycofania, nawet teraz, kiedy rozmowa już się zaczęła i powinna była, w normalnych warunkach, toczyć się bardziej bezpośrednio.
— Pan też nie wygląda pan na kogoś, kto tu przychodzi dla rozrywki — powiedziała w końcu. Jej spojrzenie zatrzymało się na jego dłoni, tej samej, która chwilę wcześniej była przy jej włosach, teoretycznie idąc jej w sukurs, a tak naprawdę też będąc zbyt blisko. — A jednak pan tu siedzi, nie wyglądając jakby szczególnie dobrze się bawił.
Nie podniosła wzroku. Nie było takiej siły, która faktycznie sprowokowałaby ją, by spojrzeć w jego oczy, jeśli już – to tak jak wcześniej, błądziła w pobliżu, ale nigdy wprost.. Patrzenie w oczy zawsze zmieniało układ sił, a ona nie chciała go ruszać – nie patrz w oczy drapieżnika, jeśli nie chcesz go sprowokować. Chciała po prostu przetrwać te nieszczęsne pół godziny.
rsvp
spiderman
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spotkał w swoim życiu całą rzeszę kobiet, która dała mu jako takie pojęcie na temat ludzkich charakterów. Całe ich spektrum przewijało się przez Rapture - od tych wciskających w ciasne ubrania i pakujących na kolana obcych mężczyzn, aż po te tkwiące przy barze, w otoczeniu swoich koleżanek, urażone choćby koncepcją zaproszenia na parkiet przez przedstawiciela płci przeciwnej.
Jakkolwiek się nie starał, nie potrafił nieznajomej na tym spektrum ulokować.
To nie tak, że była gdzieś po środku - tam było miejsce na te, które tkwiły pomiędzy. Chętne na zabawę, choć wyłącznie na własnych warunkach. Skłonne do tańca i do upicia się, może nawet do zostawienia numeru telefonu na zmiętej kartce po to, by następnego dnia zignorować otrzymane od zauroczonego wiadomości.
Nieznajoma była gdzieś za wytyczoną granicą osób, które bywały w takich miejscach niechętnie. Mowa jej ciała, spięte ramiona, uważny wzrok błądzący gdzieś w bezpiecznych rejonach malowały ją w desperackiej potrzebie znalezienia się gdzieś indziej.
Tkwiła w loży, do której sama weszła - a jednocześnie wydawała się tym faktem szalenie niezadowolona.
Podziękowała za pomoc w wydostaniu z jej włosów pająka po to, by znów wcisnąć się w oparcie mebla i utkwić swój wzrok gdzieś indziej.
Przez myśl przeszło mu wiele rzeczy, które mógłby jej odpowiedzieć. Mógł spytać, czy potrzebowała pomocy. Czy w ogóle znalazła się tutaj z kimś, czy była tutaj sama i potrzebowała jakiejkolwiek pomocy? Czy powinien wezwać jej członka ochrony i odeskortować na zewnątrz? Czy ktoś dorzucił jej coś do pieprzonego drinka i dlatego zachowywała się w ten sposób?
Nic z tego nie przeszło mu przez usta.
Przecież to nie była jego sprawa. Poza tym, cholernie bolała go głowa i chęć wchodzenia w czyjeś problemy - jakie by one nie były - nie tkwiła na szczycie listy jego priorytetów.
Odstawił szklankę na blat, z westchnieniem odrywając od oparcia kanapy. Zamiast jednak wstać i wyjść - co podejrzewał, że byłoby dla niej preferowanym rozwiązaniem - odwrócił się. Położył się wzdłuż miękkiego mebla na tyle, niedbale odkładając eleganckie, czarne buty na jeden z podłokietników.
- Każdy nosi swój krzyż - mruknął, ostrożnie opierając głowę o ścianę loży, splatając za nią palce dłoni ze sobą. Ostre, czerwone światło przezierało przez zasłonę loży przy samej suficie, sprawiając, że przymknął powieki, jakby dzięki temu na moment ból mógł zelżeć - albo wódka zacząć szybciej działać.
Może gdyby nie dudniąca muzyka, może mógłby się zdrzemnąć, choć nie wiedział na ile to jej basy mu przeszkadzały, a na ile robiła to świadomość tego, że ten pieprzony telefon zaraz znowu zadzwoni.
Jej obecność była nienachalna, a jednak nie potrafił wyzbyć się świadomości tego, że wciąż obok siedziała. Gdzieś tam, pomimo zamkniętych powiek, pomimo dźwięków muzyki zagłuszających jej oddech, wyczuwał subtelny zapach jej perfum. Roztaczał się na całą lożę, choć póki nie przysunął się by wybawić ją z pajęczej opresji, nie zwracał na niego wcale uwagi.
- Jaka byłaby twoja wersja? Definicja rozrywki? - spytał krótko, obracając jej poprzednie słowa w głowie w tej względnej ciszy, która zapadła między nimi. - Niech zgadnę - odpowiedział natychmiast, nie dając jej szansy by zrobiła to pierwsza. - Kawa, podróże, dobra książka - wyliczał, choć jego słowa nabierały ironii z każdym kolejnym. - Spacerowanie po parku.

purple rain
29 y/o
For good luck!
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Ta zmiana pozycji z jego strony nieco ją zaskoczyła. Spodziewała się bardziej, że wstanie; że wyjdzie, skoro loża była jego, a jej obecność możliwie komplikowała mu wieczór. Tymczasem on położył wzdłuż sofy, niemal bezczelnie, odkładając buty na podłokietnik i opierając głowę o ścianę loży, jak gdyby uznał, że skoro już wtargnęła w tę jego przestrzeń, a on – może z uprzejmości, może bez większej głębi – pozwolił jej zostać, to nie będzie zmieniał planów na ten wieczór. Na relaks.
Każdy nosi swój krzyż.
To zdanie było dość tanie, gdyby wyjąć je z kontekstu. Wypowiedziane przez mężczyznę ze szklanką z alkoholem, który przebywał sam w klubowej loży; na odludnej wyspie w przestrzeni, która miała służyć rozrywce. Musiałaby spojrzeć nieco szerzej, by móc przyznać mu rację. Na pozór jednak nie wyglądał, jakby jego krzyż miał mu dosadnie ciażyć.
Dopiero gdy przymknął powieki miała odwagę przyjrzeć mu się trochę dłużej. Było w nim coś irytująco trudnego do sklasyfikowania. Nie wyglądał jak ktoś, kto przyszedł tu świętować, bo nie był szczególnie ubawiony. Nie wyglądał też jak ktoś, kto szukał w tym miejscu ucieczki od problemów, bo nie wyglądał na zbyt napiętego. Paradoksalnie – wyglądał jak ktoś, kto po prostu siedział pośrodku własnego terytorium i kawałka codzienności.
Odwróciła kontrolne spojrzenie w stronę wyjścia z loży, nie mogąc uśpić obawy, że poprzedni mężczyzna tu wróci. Jednocześnie czuła konieczność ciągłego mapowania drogi ucieczki. W razie gdyby. Pomimo kontrastującej świadomości, że w razie gdyby to nie miałaby szans.
Na dźwięk głosu jej gospodarza, który wślizgnął się miękko do jej umysłu, przeniosła wzrok na jego szklankę. Nim zdążyła rozchylić nawet usta, by odpowiedzieć – po krótkiej chwili namysłu, czy w ogóle powinna, jej rozmówca ją ubiegł. Kącik jej ust drgnął prawie niezauważalnie.
I szydełkuję — dodała z pełną powagą, dopiero po chwili unosząc spojrzenie znad szkła. — Nic bardziej stereotypowego nie zostało już w kieszeni? — Nawet nie próbowała zabrzmieć złośliwie – nie byłoby to z jej strony rozsądne w tej sytuacji. To była raczej niewielka przekora, ostrożnie wysunięta pomiędzy nich. Kto wie czy bardziej z poczucia obowiązku obrony przed snutymi niesprawiedliwie oskarżeniami podyktowanymi płcią czy jednak własnego honoru.
Lubię chodzić na koncerty rockowe — powiedziała po chwili, już znacznie spokojniej. Płasko i bez modulacji. — I wycieczki w góry, niekoniecznie wytyczonymi szlakami.
Urwała, bo właściwie nie wiedziała, czemu odpowiada aż tak uczciwie komuś, kogo jeszcze kilka minut temu uznała – i wciąż uznawała – za drugie zagrożenie w tej samej loży. Może to dlatego, że góry w dość prosty sposób odciągnęły na moment jej myśli od tego miejsca, może przez fakt, że czuła się zobowiązana, by odpowiedzieć, skoro korzystała z jego uprzejmości.
A jaka jest pańska definicja? — zapytała w końcu, pozwalając sobie na przesunięcie spojrzenia po blacie stołu pomiędzy nimi na jego rozciągnętą na sofie sylwetkę, którą mimo jej ułożenia nie klasyfikowała jako rozluźnioną. — Whisky, gra w karty i kobiety siedzące na kolanach? — zapytała, również nie pozostawiając wcześniej miejsca na szczerą odpowiedź, chcąc zderzyć go z tym samym, z czym sam ją spotkał. Piękne za nadobne.
Miała przeczucie, niemal pewność, że zdecydowanie coś więcej, ponad tę płaską pulę, która i tak była bardziej uszczypliwością niż strzałem
Nie zwykła oceniać książek po okładce, nie w kwestii głębszej. Nie decydowała jakim ktoś mógł być człowiekiem po samym wyglądzie – doskonale wiedziała, jak zdradliwe to potrafi być. Że profesjonalna, uśmiechnięta z rezerwą gęba, może okazać się czymś zdecydowanie mało profesjonalnym, a ów uśmiech nigdy nie miał mieć nic wspólnego z ciepłem.
rsvp
pastel ghost
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wbrew pozorom, jego zarzuty nie miały u swojej podstawy stereotypów dotyczących płci. Wręcz przeciwnie, podejrzewał, że w obecnych czasach było równie wielu fanów dobrej książki i smacznej kawy wśród mężczyzn jak wśród kobiet.
Źródłem jego zarzutów było przekonanie, że kobieta znajdywała się w zdecydowanie złym miejscu i złym czasie.
Wyczuł udawaną powagę w jej głosie, odrobinę jakiegoś skrywanego pod tym paraliżem charakteru, który chował się w blasku czerwonych świateł. Jego brew uniosła się lekko w górę w reakcji na to, lecz był skłonny to przemilczeć. Prawie.
- Nie mów tak, bo w to uwierzę - odrzucił bezwiednie, bo choć reakcja kobiety podpowiedziała mu, że dla niej ta koncepcja wydawała się nieprawdopodobna, jego obraz siedzącej naprzeciw osoby był z goła inny. - Czym różni się spacerowanie po parku od spacerowania po górach?
Nuta złośliwości wybrzmiała w jego głosie, częściowo zniekształconym przez uniesioną w górę rękę, którą przetarł zmęczoną twarz. Nie miał pojęcia, która była godzina - nie, żeby nocna pora kiedykolwiek wcześniej mu przeszkadzała. Teraz jednak wiedział, jak wiele rzeczy czekało na niego po drugiej stronie zasłony i kurczowo chwytał się czegoś, co pozwalało mu oddalić wyjście z loży w czasie.
W tej chwili była to niepozorna brunetka, wciśnięta w oparcie swojej kanapy jakby jej życie zależało od tego, ile miejsca zajmowała swoją osobą.
- Bingo - odrzucił niedbale, dlatego, że nie uważał się za skomplikowanego człowieka i wszystko o czym wspomniała leżało w spektrum jego szerokiej definicji rozrywki. Zignorował przy tym ten sam sprzeciw, który obudził się gdzieś w jego głębi na dźwięk tego uproszczenia - jak ignorował wszystkie rzeczy, które bywały dla niego niewygodne. - Ale wolę wódkę.
Jej obecność była kojąca, w ten dziwny sposób, którego nie potrafił w pełni wytłumaczyć. Była nienachalna w swojej osobie, a jednocześnie jej słowa budziły w nim iskierkę zainteresowania. Zainteresowania, które być może było spodziewane u osoby prowadzącej rozmowę, która wykazywała się kurtuazją - ale Monroe nie należał do kurtuazyjnych ludzi, a jego rozmówcy rzadko kiedy prowokowali w nim zadawanie pytań.
A może to przez ten fakt, że nie mógł ich zadać, cisnęły mu się na usta.
Kim była, skoro weszła do jego loży albo kompletnie nieświadoma, albo obojętna na jego obecność? Dlaczego w ogóle przebywała w miejscu, w którym ewidentnie nie grano koncertów rockowych? I wreszcie, dlaczego po prostu nie wyszła, skoro siedziała jak na szpilkach od pierwszej chwili, w której znalazła się na naprzeciwległej kanapie.
Uchylił powieki, odwracając lekko głowę w bok. Sięgając po szklankę stojącą na blacie, pozwolił, by jego wzrok prześlizgnął się po niej, spodziewając, że znów odwróci własny w reakcji na to.
- Nic nie poradzę, że wyglądasz na osobę o nudnych zajęciach - wytłumaczył, nieszczególnie przywiązując wagę do przekazania swoich słów w sposób nieobraźliwy, gdy wspomniane przez nią stereotypy wciąż dźwięczały mu w głowie. - Siedzisz tu jak czekając na ścięcie - dodał, upijając łyk mocno rozwodnionej wódki, w której ilość procentów spadła chyba już o połowę w miarę, gdy topniał lód. - Przypominasz jelenia zatrzymanego światłami na drodze.

yarning for you
29 y/o
For good luck!
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Było coś bezpiecznego w byciu uznaną za nudną. Nudni ludzie rzadziej przyciągali uwagę, rzadziej prowokowali cudzą ciekawość. Może właśnie dlatego jego uwaga nie powinna jej przeszkadzać. A jednak przeszkadzała, odrobinę, nie przez samo założenie, a przez łatwość z jaką je wypowiedział, jakby wystarczyło kilka minut jej obecności, żeby można było włożyć ją w tak prostą kategorię.
Różnica między spacerowaniem po parku, a chodzeniem po górach wydawała jej się dość oczywista, choć najwidoczniej nie dla człowieka, który z taką łatwością jak położył się na kanapie w klubie nocnym, teraz jeszcze oceniał. Park miał ławki, alejki, ludzi przechodzących obok w różnym kierunku i z różnym celem, a przde wszystkim możliwość zawrócenia po pięciu minutach, jeśli człowiek uznał, że jednak nie ma ochoty na spacer. Góry z kolei były znacznie mniej wyrozumiałe. Wymagały wejścia, zejścia, nienagannej kondycji, czasem złej decyzji, którą i tak trzeba było donieść na własnych nogach do końca trasy.
A by pan kiedyś na szlaku? — odpowiedziała, również poprzez pytanie. Biorąc pod uwagę wnioski, jakie snuł, odpowiedzi mogła się tylko domyślić. Ba, była jej pewna – samo odwrócenie tematu miało nakłonić go do refleksji i samodzielnego postawienia wniosków.
Musiała naprawdę wierzyć w ludzi i to, że nie każdy jest twardogłowy.
To wiele wyjaśnia — powiedziała cicho, kiedy stwierdził, że woli wódkę, i może zabrzmiało to trochę za sucho, by mogło uchodzić za całkiem niewinne, ale też nie na tyle ostro, żeby musiała się z tego wycofywać. Ot, znów przemycona przekora w jej słowach. Taka, która celowo nie skracała dystansu, a jednocześnie pozwalała rozmowę uznać za mniej oficjalną.
Uniosła delikatnie brew, słysząc z jaką szczerością i tendencją do prędkiej oceny, stawia diagnozę dotyczącej niej. Nie zależało jej szczególnie, żeby wyglądać na kogoś rozrywkowego, jeśli rozrywka miała sprowadzać się wyłącznie do jego definicji. Ale to było nawet ciekawe, jak szybko potrafił ją zaszufladkować podług własnych kryteriów.
Dziękuję — odpowiedziała, z mikroskopijną nutą kpiny w głosie, gdy porównał jej wizerunek do jelenia. Majestatyczne stworzenie, bardzo wdzięczne i niewinne. I głupie, fakt. — Ale nie nazwałabym tego nudą — sprostowała, już poważniej. — Szybciej brakiem potrzeby udawania, że alkohol i taki hałas musi być dla wszystkich rozrywką.
Co do samego hałasu nie miała przecież nic przeciwko; tym samym można było nazwać koncerty, na których bywała. Alkoholu nie piła nawet nie z wyboru, a z braku możliwości. Nie potrafiła się przełamać, bo w jej umyśle to był prosty rachunek. Alkohol we krwi równał się mniejszej kontroli – nad samą sobą, nad otoczeniem i nad zdarzeniami. Jeden drink z pewnością by nie zaszkodził, ale też nie sposób powiedzieć, że niczego by nie zmienił i nie zakrzywił perspektywy.
Chociaż rozumiem, że przy wódce granice tej definicji mogą się rozmywać — dodała, już trochę sprawniej przemycając przekorę w tonie własnego głosu. Nadal zbyt nerwowo, żeby mówić o swobodzie, ale już nie tak defensywnie jak wcześniej. — Co jednak nie zmienia faktu, że wciąż nie wygląda pan, jakby się szczególnie bawił. — Przechyliła delikatnie głowę na bok, wodząc spojrzeniem gdzieś w przestrzeni ponad nim. — Rozumiem, że przydałby się kolejny drink.
rsvp
ew, people
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Rapture”