Wydzielona sekcja vipów w Rapture zwykle żyła własnym życiem i, w wieczory takie jak te, zaplanowane występy na wydzielonej ku temu scenie rzadko kiedy porywały tłum. Skąpane w czerwonym blasku neonowych świateł podwyższenie było puste, co nie przeszkadzało całej klienteli w odpowiedniej zabawie.
Dzieliła się na trzy kategoria - pierwsza z nich stanowiła grupę siedzących najbliżej, względnie podpitych gości, którym zależało na dobrej zabawie. Druga tkwiła przy wodopoju, rozświetlonym bursztynowym światłem barze, przy którym starannie dobrani barmani zapamiętywali każde zamówienie i nie wymagali od klientów ich powtarzania, gdy ci wracali po następne napoje. Trzecia zaś rozproszona była po całym wnętrzu, sięgającym po czarne kurtyny oddzielające tę strefę klubu od przeznaczonej dla zwykłych gości - niektórzy odbywali swoje biznesowe spotkania przy lampce wina, innych rubaszny śmiech wydobywał się z wnętrz loży takich jak ta, w której tkwił teraz.
Każda z trzech grup była dzisiejszego wieczora kurewsko męcząca.
Lód w jego szklance bębnił o ścianki, wodząc go na pokuszenie gdy walczył z chęcią wyjęcia go i przyłożenia go sobie do czaszki. Czarne włosy skutecznie zasłaniały miejsce uderzenia gdzieś w okolicy potylicy, którego nie potrafił zlokalizować już nawet czuciowo. W chwili, w której adrenalina opuściła jego żyły, odległe wrażenie zaczęło przekształcać się w coś na wzór nieznośnej migreny u podstawy jego czaszki i teraz było wyłącznie niedogodnością.
Tak, jak w czerwonym świetle klubu jego zaróżowione knykcie były wyłącznie padającym na nie cieniem, niemożliwym do odcyfrowania pośród kłębów tytoniowego dymu - dymu tworzącego swoistą, osobną strefę VIP, bo przecież jak w większości lokali w Toronto, oficjalnie nie wolno tu było palić.
Uniósł szklankę do ust i zwilżył je gorzką, rozwodnioną już wódką. Jego wzrok utkwiony był w jednym punkcie na oparciu naprzeciwległej kanapie - małym, czarnym punkcie poruszającym się z jednego rogu do drugiego. Z początku był skłonny założyć, że oberwał w głowę może zbyt mocno, ale im dłużej się mu przyglądał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że po kanapie poruszał się p a j ą k.
Nie wiedział, ile czasu minęło odkąd wyszedł z zaplecza i wsunął się do własnej loży, świadom tego, że w niej jednej nikt nie spróbuje nawiązać z nim rozmowy. Wiedział, że jego wsciekłość uleciała w stronę sufitu razem z dymem z drugiego - trzeciego? - papierosa, a on zastanawiał się co w samym sercu klubu robił pieprzony pająk.
I gdy kontemplował wezwanie menadżerki i pokazanie jej tego pieprzonego pająka, i zapytanie czy ekipa sprzątająca nie powinna zostać zwolniona, rubaszny śmiech dotarł do niego gdzieś zza ściany loży. Wypuścił powietrze przez nos, wraz z miękkimi, szarymi obłokami, które uderzyły w stół i rozlały się na jego powierzchni równą taflą. Rozpoznałby ten śmiech wszędzie, choć cichszy głos spierającej się z mężczyzną kobiety był dla niego nowością.
Anthony Bennet, krępy przewodniczący komisji bezpieczeństwa publicznego - zła osoba na złym stanowisku, ze skłonnością do alkoholu, kokainy i kobiet, które nieszczególnie często pytał o zdanie. Bardzo dobra osoba w Rapture, w miejscu, w którym wszystkie jego wybryki były dokumentowane i wymieniane jak vouchery na kolejne przysługi.
Zwykle jednak trzeba było po nim sprzątać.
Kobieca sylwetka nagle wtargnęła w jego przestrzeń osobistą ku wyraźnemu niezadowoleniu ze strony Benneta - mrugnął, a do jego
- Radny Bennet ma lepkie ręce - wyrzucił, wyłącznie dlatego, że nieświadom jego obecności w loży Anthony w tym czasie stał obok i nieustannie próbował zwrócić jej uwagę na siebie. - Powinnaś znaleźć sobie lepsze towarzystwo na ten wieczór.
Violet Haze
