—
Tak, kurwa, bo przecież akurat krajobrazy podziwiałam — odbiła natychmiast, odwzajemniając się tonem równie oburzonym, co ten jego. Do kompletu miała jeszcze popukać się przy tym w czoło, ale wyjątkowo postanowiła sobie darować — miał farta, że Indie finalnie uznała sprawę plecaka za pilniejszą, wystarczająco naglącą, żeby tym razem oprzeć się pokusie wdania się w nikomu niepotrzebną dyskusję.
A biorąc pod uwagę, że pyskowanie dla sportu było jedną z jej nielicznych prawdziwych, głębokich pasji, odmówienie sobie takiej okazji było z jej strony bohaterskim wręcz poświęceniem. W sytuacjach podbramkowych zawsze przechodziła w tryb zadaniowy, więc zamiast tego swoją nerwową energię włożyła w próby wypracowania strategii odbicia straconego łupu. Już zaczęła robić sobie nadzieje na to, że na dzień dobry znalazła zajebiste rozwiązanie, ale nic z tego, bo Lucas za chwilę oświadczył, że telefon akurat miał. Biednemu to zawsze szmatą w ryj.
—
To chuj — przyznała otwarcie, krzywiąc się odrobinę, ale za chwilę doszła do wniosku, że ten ton chyba nie napawał Millera nadzieją, więc dodała: —
...trochę. — Od razu lepiej. —
Trochę chuj, no ale nic, to nic. — I proszę, pięknie, morale kurwa podniesione. Tak poruszająco to nawet Luther King nie przemawiał. —
Nooo bo telefon dużo łatwiej zlokalizować, dlatego właśnie lepiej byłoby, jakby go razem z plecakiem zajebał — wyjaśniła Lucasowi pokrótce, kiedy już w końcu dotarło do niej, że nie miał zielonego pojęcia, do czego zmierzała z pytaniem o telefon. Tyle tylko, że już po zawodach, więc ostatecznie nie miała innego wyboru, niż wzruszyć ramionami i podsumować krótko: —
Ale teraz to wiesz... Wysrane. — Na szczęście mało było takich rzeczy, które Indie potrafiła lepiej, niż się porządnie uprzeć, dlatego w ogóle nie dała się tym ślepym zaułkiem zniechęcić. Zawieszenie broni po prostu nie wchodziło w grę, jeszcze nie, nawet jeśli znaczyło, że musiała teraz dwoić się i troić, żeby spróbować znaleźć jakiekolwiek wyjście z tej dosyć beznadziejnej sytuacji. —
Ale co już zaraz, że bez sensu? Weź no, wiary trochę, a nie — zaapelowała, chociaż przecież wcale nie łudziła się, że mogła w ten sposób realnie podnieść Millera na duchu. Ani w ten, ani w jakikolwiek inny, bo wyglądał tak, jakby nadzieja opuściła go już na dobre. W przeciwieństwie do Indie wydawał się gotowy zaakceptować, że z plecakiem pożegnali się chyba jednak już na zawsze... przynajmniej dopóki wiary nie przywrócił im dźwięk podniesionego tonu obsługi, pierdolone światełko w tunelu. Aż tchnęło to w nią nową falę determinacji, więc standardowo nie traciła czasu na zastanowienie: z refleksem żołnierza sił specjalnych ruszyła przed siebie, bez ostrzeżenia szarpiąc Lucasa za rękę i bezceremonialnie ciągnąc go za sobą we właściwym kierunku.
Chyba właściwym, znaczy się, tak jej się wydawało, ale pewności przecież mieć nie mogła, zmuszona szukać źródła zamieszania
trochę kompletnie na czuja. Pewności mieć nie mogła, ale przez tłum przepychała się i tak, nie tylko z pełnym zacięciem, ale też szokującą efektywnością. Manewrując pomiędzy ludźmi i okazjonalnie sprzedając komuś łokcia albo dwa była bliska osiągnięcia jebanego Zen, serio, aż trochę szkoda, że nie miała sposobności się tym w pełni nacieszyć. Trochę szkoda, a trochę w sumie jednak nie, bo znaczyło to tyle, że dała radę w całkiem dobrym czasie przepchnąć ich znacznie bliżej celu. Celu, czyli początku kolejki, bo to właśnie stamtąd było słychać poruszenie.
Chyba. Znów nie mogła tego zweryfikować, bo tłum pod samym wejściem atrakcji był dużo gęściejszy, więc dobry widok miała już tylko i wyłącznie na plecy typa, który stał tuż przed nią.
—
Gówno teraz widzę — zrelacjonowała Lucasowi na żywo niepocieszonym tonem, jednocześnie próbując coś na to zaradzić, ale szybko doszła do wniosku, że nie miało to większego sensu. — .
..weź no Ty, co? — Nie powiedziała już, co
on dokładnie, nie sądząc, że było to konieczne; przecież jeśli był ktoś, kto mógłby cokolwiek z tych półsłówek i urwanych myśli wydedukować, to tylko Miller. —
Bo łatwiej masz. — Jakoś ufała (może naiwnie, kto wie), że miał
prędzej czy później zrozumieć, że tylko jemu wystarczało wzrostu na to, żeby czegokolwiek się dopatrzeć, więc musiał być ich oczami. —
Granatowa bluza, włosy chyba ciemne, wysoki... — zaczęła wyliczać dla ułatwienia, ale szybko skończyła się lista cech, których była pewna, więc podzieliła się osobistą hipotezą: — .
..ryj zgaduję, że krzywy w chuj... ale zgaduję tylko. — Mogłaby tak długo; przymknęła się tylko i wyłącznie po to, żeby się czasem za bardzo nie rozproszyć. —
No i co? Myślisz, że on? Czy nie? — zaczęła zaraz dopytywać. —
Bo chyba wiem jak nas tam szybko dostać. Bardzo nawet.
Lucas Miller