Schlebiała mu i to bardzo. Zaśmiał się jednak na jej uwagę. Możliwe, że nawet lekko się speszył, co wywnioskować można było po jego zaróżowionych policzkach, jednak sam Jesse obwiniłby za to akurat spożyty do tej pory alkohol, wysoka temperatura oraz sytuacja, w której aktualnie się znajdował. Bo sytuacja nie była za ciekawa, nawet Henderson przestał się oszukiwać, że byłby w stanie jakoś z tego wybrnąć. Rozmawiał z Iris i to tak swobodnie, z taką przyjemnością, z taką lekkością, z jaką nigdy z nikim innym nie miał. Nie powinno to tak wyglądać. Jesse mógł to przerwać, a nawet powinien, ale problem polegał na tym, że nie chciał.
Iris miała rację. Prawdopodobnie to ona poniosłaby większe konsekwencje, gdyby ich romans niespodziewanie wyszedł na jaw. Nawet, gdyby Jesse chciał wziąć na siebie całą winę i tak ludzie po kątach gadaliby, że młoda, piękna kobieta uwiodła zagubionego, zmęczonego misją i przede wszystkim żonatego faceta. Nikt nie patrzyłby na to, że jego małżeństwo od lat było fikcja na papierze, które i tak zmierzało ku końcowi. Nie myśleliby o rozwodzie, który już rozpatrywany był w sądzie i o tym, że data ich oficjalnego rozstania odkładana była jedynie z uwagi na zadania, które realizował za granicą. Gdyby nie ten przeklęty wypadek już pewnie wszystko byłoby po wszystkim i małżeństwo widywałoby się jedynie podczas opieki naprzemiennej nad synem. Kilka sekund, a tak wpłynęło na życie Hendersona. Z drugiej jednak strony, gdyby nie wypadek, nie ten prędki powrót, nie ta próba ratowania rodziny dla dziecka, czy teraz rozmawiałby z Valentine? Prawdopodobnie nigdy więcej by jej nie spotkał. I chociaż wcześniej powtarzał sobie, że tak byłoby lepiej, teraz wiedział, że do końca życia dręczyłyby go pytania, co się wtedy stało z Iris. Co prawda, tego jeszcze mężczyzna nie wiedział. Liczyło się jednak, że żyła. —
Wiem, że powinienem był najpierw zakończyć jedną relację, zanim rozpocząłem drugą — przyznał. —
Przepraszam, że kiedykolwiek postawiłem Cię w tej sytuacji — powiedział szczerze, a chyba nigdy wcześniej jej tego nie mówił. Aż dziwne, biorąc pod uwagę, ile czasu poświęcili na rozmowy na ten temat. Zanim zostali kochankami, byli przecież przyjaciółmi, a przynajmniej Jesse miał takie wrażenie, zwierzając jej się ze wszystkich swoich bolączek oraz błahostek. Tyle razy, a nigdy jej za to nie przeprosił, chociaż powinien.
Zadała dobre pytanie. Uśmiechnął się pod nosem, kręcąc lekko głową. —
Masz mnie — powiedział, zerkając na dziewczynę. Wiedziała, co powie Jesse, za dobrze go znała. Nawet po takim czasie. —
Nie dziw mi się, że po takim czasie chcę rozmawiać tylko z tobą — przyznał dość pewnie. Nawet i bez takiej przerwy chciałby i mógłby tylko z nią cały wieczór rozmawiać. Każda kolejna chwila mu tylko o tym niebezpiecznie przypominała. Po raz kolejny spojrzał na nią. Była blisko. Za blisko.
—
Obydwoje jesteśmy weteranami, o czym najpewniej wiedzą — zauważył, dopinając resztę drinka. —
Myślą pewnie, że wymieniamy się doświadczeniami z pola walki, a nie, że planujemy uciec z imprezy i wynająć hotel — zażartował, aczkolwiek naprawdę w to wierzył. Henderson nie był babiarzem, o czym rodzina małżonki wiedziała. Nie spodziewał się, żeby o Iris mieli gorsze zdanie. Pielęgniarka, która niegdyś narażała swoje życie na Bliskim Wschodzie dla dobra innych – nigdy by jej nie posądzili o romansowanie ze szwagrem panny młodej. —
Iris, nie zamartwiaj się tak. Problem mógłbym zrobić sobie sam i nie potrzebuję, żebyś brała to na siebie. To ostatnie czego bym chciał. — powiedział, chcąc prędko wyprowadzić ją z błędu. —
Poza tym, my jedynie rozmawiamy. To tylko rozmowa — zaznaczył. Ujął to w ten sposób, chociaż wiedział, że przynajmniej po jego stronie nie była to jedynie rozmowa – Iris prawdopodobnie nawet nie wiedziała, jak jej towarzystwo było mu potrzebne. Szczególnie tego wieczoru.
Dziewczynka chyba zorientowała się, że stali za blisko, że z boku – mimo zapewnień Hendersona – mogło to wyglądać podejrzanie. Nie zwróciła jednak uwagi na nierówną nawierzchnię, przez co niewiele brakowało, a przewróciłaby się. Uchroniło ją przed tym jego ramię oraz ręka, którą ujął ją w talii, aby pewniej ustabilizować. Robiąc to, upuścił jednocześnie szklankę, która roztrzaskała się na małe kawałki. —
Na szczęście była już pusta — powiedział, spoglądając na kawałki rozbitego szkła. —
Nic ci nie jest? — zapytał, przenosząc spojrzenie na jej kostkę. Chociaż kobietą nie był, wiedział, że przy takich zdarzeniach mogło dojść do zwichnięcia albo innego naderwania – nie znał się dokładnie, ale kojarzył, że jego siostra przez takie coś z własnego balu maturalnego w połowie musiała uciekać. —
Może usiądź na chwilę — zaproponował, kiwając w stronę ławki dla palaczy. —
w mundurowych butach by ci to nie groziło — zauważył, gdy dziewczyna siadała. Wówczas Jesse schylił się, aby pozbierać resztki szkła. Lekko przyciął sobie dłonie, jednak były one już na tyle szorstkie i wyrobione, że nawet nie zwrócił na to uwagi. —
Jak na moje będziesz żyć — stwierdził, zupełnie tak jak ona, gdy pierwszy raz się widzieli.
Iris Valentine