-
Don’t mistake my silence for weakness
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjiTrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Spacer działał dokładnie tak, jak powinien. Powoli uspokajał gonitwę myśli, a wraz z każdym kolejnym krokiem ciężar ostatnich tygodni wydawał się odrobinę mniejszy. W pewnym momencie zatrzymała się, wpatrując w spokojną taflę oceanu rozświetloną blaskiem księżyca. Woda wyglądała niemal nierzeczywiście. Kusząco. Uśmiechnęła się pod nosem. Nie zastanawiając się długo, zrzuciła telefon i ubrania na suchy piasek, zostawiając wszystko tuż przy wydmach. Chwilę później wbiegła do oceanu. Ciepła woda otuliła jej ciało, a ona pozwoliła sobie odpłynąć nieco dalej od brzegu, śmiejąc się cicho sama do siebie. Przez krótką chwilę czuła się zupełnie wolna. Jakby świat poza szumem fal zwyczajnie przestał istnieć.
Kiedy po kilkunastu minutach wróciła na brzeg, natychmiast objęła się ramionami. Dopiero teraz poczuła chłód nocnego powietrza na mokrej skórze. Ruszyła w stronę miejsca, gdzie zostawiła swoje rzeczy… i zamarła. Piasek był pusty. Serce zabiło jej mocniej. Nerwowo rozejrzała się dookoła, aż w końcu dostrzegła ciemną sylwetkę stojącą kilka metrów dalej. Mężczyzna trzymał w dłoniach jej ubrania, a razem z nimi telefon. Twarzy nie potrafiła dostrzec. Skrywała ją znajoma, czarna maska.
Przez krótką chwilę chciała uwierzyć, że to przypadek. Że to ktoś zupełnie obcy. Wtedy od strony oceanu powiał silniejszy wiatr. Razem z nim dotarł do niej subtelny, charakterystyczny zapach drogich perfum zmieszanych z morską bryzą. Ten sam, który jeszcze niedawno czuła z odległości zaledwie kilku centymetrów. Całe jej ciało momentalnie zesztywniało. Chłód, który jeszcze przed sekundą wydawał się zwykłym powiewem wiatru, nagle przeniknął ją do szpiku kości. Przed oczami błyskawicznie przemknęły obrazy tamtej nocy. Roztrzaskany aparat. Łzy, których nie potrafiła powstrzymać. Własna bezsilność i złość. Jego dłonie przytrzymujące jej nadgarstki. Gwałtowny pocałunek, którego powinna nienawidzić… i zdradzieckie ciepło rozlewające się wtedy nisko w podbrzuszu, którego do dziś nie umiała sobie wybaczyć. Powoli uniosła wzrok na zamaskowanego mężczyznę. Tym razem nie miała już żadnych wątpliwości. - Ty…. - zdążyła wyszeptać czując całą gamę emocji. Zrobiła nawet krok naprzód, jednak zatrzymała się nagle, gwałtownie.
Kilka metrów za plecami nieznajomego znajomego coś poruszyło się między wydmami. Najpierw usłyszała głuchy szelest piasku, potem ciężkie, miarowe kroki. Z mroku powoli wyłoniła się masywna sylwetka psa. Zwierzę było ogromne, niemal zlewające się z nocą, a jego jasne oczy błysnęły w świetle księżyca. Nie szczekało. Nie warczało. Szło pewnie, jakby doskonale wiedziało, dokąd zmierza. Charly zesztywniała. Serce gwałtownie przyspieszyło, a oddech uwiązł gdzieś w gardle. Co do cholery!? Mimowolnie zrobiła krok w tył, nie odrywając wzroku od zwierzęcia, które zatrzymało się zaledwie kilka metrów od zamaskowanego mężczyzny. Wówczas dotarło do niej, że pies ani przez moment nie zachowuje się jak bezpański. Był spokojny. Posłuszny. Czekał. Instynkt zadziałał szybciej niż rozsądek. Charly odwróciła się na pięcie i rzuciła do ucieczki wzdłuż brzegu. Mokry piasek zapadał się pod bosymi stopami, fale rozbijały się o jej kostki, utrudniając każdy kolejny krok, a chłodne powietrze paliło w płucach. Nie obejrzała się ani razu. Nie chciała wiedzieć, czy mężczyzna ruszył za nią. Nie chciała sprawdzać, czy pies biegnie tuż za jej plecami. Wiedziała tylko jedno — za wszelką cenę musiała zwiększyć dzielącą ich odległość. Nie liczyły się ubrania, ani telefon. Chciała tylko od nich uciec.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona, jejtyp narracji3os, l.pojedyńczaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dziennikarze przez kilka dni trąbili w telewizji o tym rabunku, jednak równie szybko, jak miasto ogarnęło poruszenie, równie szybko sprawa zeszła na dalszy plan. Ustępiła miejsca doniesienim o śmiertelnych wypadkach drogowych czy kolejnych zbiórkach na leczenie chorych dzieci.
Zayn przywykł do takiego rytmu, dlatego nic dziwnego, że spokojnie poruszał się po mieście.
Tej nocy Hades był wyjątkowo niespokojny. Zayn nie zdążył go jeszcze wykastrować. Doberman był najmłodszym psem w ich stadzie. Zwierzak nerwowo krążył po całym mieszkaniu, skomlał i jazgotał, więc w obawie, że mógłby obudzic Fredericę, Zayn postanowił zabrać go na spacer.
Plaża była najlepszym wyborem. Hades miał irytującą tendencję do uciekania. Przeszedł szkolenie, ale wciąż posiadał ten głupi, szczeniący wigro i często dawał się ponieść. O tej porze na otwartej przestrzeni, Zayn miał go po prostu pod kontrolą.
Nie przewidział spotkania z Charly. W natłoku obowiązków i celebrowania udanej sprzedaży obrazu zdążył właściwie o niej zapomnieć. Mimo to rozpoznał ją od razu, gdy skąpana w świetle księżyca wyłoniła się spod tafli wody. Akurat przypadkiem zatrzymał się tuż obok porozrzucanych na piasku rzeczy. Sięgnął po nie i już po chwili trzymał w lewej dłoni damskie ubranie, zaś w prawej telefon. Zaraz usiadł na ziemi i dosyć bezczelnie zaczął najpierw doglądać sylwety kobiety, a potem urządzenia.
Chciał dowiedzieć się, jak się nazywała, więc w tym celu przetrząsnął jej całe social media. Dopiero, kiedy zauważył, że podpływała do brzegu sięgnął do kieszeni i ubrał czarną maskę, którą właściwie zawsze nosił przy sobie, po czym wstał i odsunął się o parę metrów razem z wszystkimi rzeczami w rękach.
Bawił się przednio, obserwując minę Charl, gdy dotarło do niej, że została okradziona, a potem, kiedy dostrzegła jego sylwetę stojącą nieopodal. Więc kiedy ich spojrzenia się spotkały, złośliwie uniósł cienką, damską koszulkę.
Problem w tym, że zaraz nastąpiła kolejna sytuacja, której totalnie się nie spodziewał! Nie przypuszczał, że Charly przestraszy się Hadesa. Jego pies nie miał przecież złych intencji. Po prostu wrócił z beztroskiego biegania po wydmach i z zaciekawieniem wpatrywał się w znajdującą się przed nimi dziewczynę. Nie było mowy o żadnym ataku, o czym Zayn doskonale wiedział.
Tym większe było jego zdziwienie, gdy zobaczył, że Charly wpadła w jakąś niepoprawną panikę. Porzuciła cały dobytek, który nadal trzymał w swoich rękach, po czym odwróciła się na pięcie i pognała przed siebie jak... jak wariatka!
Przez kilka sekund Zayn stał jak słup i obserwował oddalającą sie kobietę. Dopiero po chwili oprzytomniał i rzuciwszy jej rzeczy na piasek, kazał psu zostać na warcie. Następnie ruszył biegiem wzdłuż plaży.
Bardzo szybko dogonił Charly i chwycił za ramię. Jednak przy próbie zatrzymania i odwrócenia jej w swoją stronę, coś poszło nie tak. Najwidoczniej gest wykonał zbyt gwałtownie, przez co oboje stracili równowagę i stoczyli się z piaszczystego zbocza. Zatrzymali się dopiero u podnóża wydmy.
Zayn trzymał ręcę na plecach kobiety. Jej mookre włosy rozproszyły się po jego twarzy, barku i piersi, a z ramion spływały pojedyncze krople wody. Miała na sobie jedynie bieliznę, której mokry materiał wsiąkał kolejno w jego jeansy oraz czarną bluzę.
— Uciekałaś przede mną czy moim psem, gówniaro? — zapytał, po czym przeniósł jedną z dłoni i odkarnął sprzed oczu ciemne pukle Charly.
Charly Hayes
-
Don’t mistake my silence for weakness
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjiTrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Być może właśnie dlatego tej nocy znowu nie mogła zasnąć. Za każdym razem, gdy zamykała oczy, wracała do rozbitego aparatu, zimnego spojrzenia jasnych oczu, intensywnego zapachu mężczyzny i pocałunku, którego nigdy nie powinna była pamiętać tak wyraźnie. Najbardziej złościła ją właśnie ta ostatnia myśl. Miała do siebie pretensje, że po tylu dniach wciąż potrafiła odtworzyć w pamięci dotyk jego ust. Jeszcze bardziej irytowało ją dziwne napięcie pojawiające się w dole brzucha, ilekroć pozwalała sobie o tym pomyśleć. Jakby jej własny organizm postanowił zadrwić z rozsądku.
Spotkania z Noem przynosiły chwilowe ukojenie. Z każdym kolejnym coraz łatwiej pozwalała sobie na drobne gesty bliskości, których jeszcze niedawno świadomie unikała. Nie potrafiła jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, czy naprawdę robiła to dlatego, że chciała, czy może próbowała zagłuszyć nimi wspomnienie tamtej nocy. Nie zamierzała jednak analizować tego dłużej. Analizowanie nigdy nie było jej mocną stroną.
Gdyby ktoś powiedział jej kilka godzin wcześniej, że tej nocy ponownie spotka zamaskowanego złodzieja, wyśmiałaby go bez chwili zawahania. Życie najwyraźniej miało jednak wyjątkowo przewrotne poczucie humoru. A kilka minut później leżała już na nim u podnóża wydmy, próbując uspokoić oddech i zrozumieć, jakim cudem po raz drugi wpakowała się dokładnie w to samo szaleństwo.
Charly w zasadzie umknął moment, w którym złapał ją za ramię. Pędziła przed siebie, kierowana wyłącznie instynktem, dlatego nagłe szarpnięcie wyrwało z jej gardła zduszony okrzyk. Piasek osunął się spod stóp, świat zawirował, a chwilę później oboje staczali się po zboczu wydmy. Odruchowo zacisnęła dłonie na materiale jego bluzy, próbując zatrzymać rozpędzone ciało, choć doskonale wiedziała, że było już za późno.
Zatrzymali się dopiero u podnóża wydmy. Przez krótką chwilę nie wydarzyło się nic. Czas jakby zawisł pomiędzy nimi, a jedynymi dźwiękami były przyspieszone oddechy i szum fal rozbijających się o brzeg. Charly dopiero po kilku sekundach uświadomiła sobie, że nadal leży na mężczyźnie. Mokra skóra przylegała do jego ubrania, a rozsypane włosy przykrywały część jego twarzy i bark. Serce waliło jej tak mocno, że miała wrażenie, iż słyszy je nie tylko ona.
Wstrzymała oddech, gdy jego dłoń powędrowała ku jej twarzy. Delikatny ruch palców odgarniających mokre kosmyki włosów był zaskakująco spokojny, niemal ostrożny. Ten gest zupełnie nie pasował do człowieka, którego od kilku dni próbowała w myślach znienawidzić. A jednak to właśnie on sprawił, że zesztywniała jeszcze bardziej. Nie potrzebowała zobaczyć jego twarzy. Rozpoznałaby go wszędzie. Po zapachu drogich perfum, po niskim głosie i po tej irytującej pewności siebie, która przebijała z każdego jego słowa.
— Twój pies… — wydusiła z siebie cicho, dopiero po chwili odzyskując oddech. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że nadal kurczowo ściska materiał jego bluzy. Natychmiast cofnęła dłonie, jakby się oparzyła, lecz nie odsunęła się od razu. Przez ułamek sekundy ich spojrzenia pozostały na tej samej wysokości, niebezpiecznie blisko siebie. Dopiero wtedy gwałtownie podparła się dłonią o piasek i odsunęła o kilkadziesiąt centymetrów, czując, jak policzki oblewa gorąco.— Jesteś nienormalny — warknęła, próbując zamaskować zawstydzenie złością. Otrzepała z ramienia piasek, choć doskonale wiedziała, że wyglądała żałośnie: przemoczona, w samej bieliźnie i z mokrymi włosami przyklejonymi do szyi. — Najpierw kradniesz moje rzeczy, potem straszysz mnie swoim psem, a teraz jeszcze urządzasz sobie z tego przedstawienie? Naprawdę aż tak bardzo się nudzisz?
Zayn Fontana
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona, jejtyp narracji3os, l.pojedyńczaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tego jednak Charly nie musiała wiedzieć, dlatego zamilkł i jedynie patrzzył, jak kurczowo trzymała się jego bluzy. Prawdę mówiąc, to nie towarzyszyły mu żadne silne emocje. Nie czuł ścisku w żołądku ani charakterystycznego napięcia, pomimo tego że dziewczyna beztrosko leżała na nim i to w dodatku półnaga.
Chyba uodpornił się na kobiecy urok. Chyba zbyt wiele w życiu przeżył, aby podobne sytuacje robiły na nim jakieś większe wrażenie. Nie zareaował więc, gdy swobodnie przesunął dłonią po plecach brunetki, a chwilę później odgarnął z sprzed swojej twarzy pukle włosow. Dalej jednak uważnie wpatrywał się w jej oczy. Widział w nich rozdrażnione iskry. Z pewnością nie była zadowolona z ich ponownego spotkania. I odniósł wrażenie, że oprócz irytacji kryła się w nich odrobina speszena wywołana całokształtem sytuacji. W prawdzie dzieląca ich odległość była niewielka. Nie zwiększyła się znacząco nawet wtedy, kiedy Charly sama spróbowała odsunąć się na długość ramion, a potem gdy usiadła na nim okrakiem.
Wówczas od razuz uniósł się na łokciach. Mimowolnie znowu zmniejszzył dzielące ich centymetry. Znalazł się jednak trochę niżej, ale co ich twarze nadal pozostały stosunkowo blisko.
— Nie jesteś pierwszą osobą, która nazywa mnie nienormalnym. — zauważył zgodnie z prawdą. Słyszał to już wiele razy, zarówno od bliskich, jak i od zupełnie obcych ludzi. Robił niebezpieczne rzeczy, robił głupie decyzje, dlatego nieustannie balansował na granicy rozwagi i nierozwagi. Zayn przywykł do takiego życia. — Jakie przedstawienie? Wyszedłem wyprowadzić psa. Co w tym złego? — odparł trzymając się faktów. W prawdzie nie planował przecież już nigdy więcej spotkać Charly. Skoro jednak los dał mu okazję, aby dowiedzieć się kim była, postanowił z niej skorzystać. Tylko tyle. Przypuszczał, że drugi raz to się nie powtórzy, więc pozstanowił przez chwilę się z nią podroczyć.
Nale usiadł, dzięki czemu znów jego głowa znalazła się nieco wyżej, a twarz niebezpiecznie blisko. Dłonie śmiało ułożył na jej nagich udach i znacząco zacisnął na nich palce, aby jeszcze dobitniej poczuła tą popapraną, małą odległość.
Charly Hayes
-
Don’t mistake my silence for weakness
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjiTrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Tego jednak Zayden nie musiał wiedzieć, dlatego kiedy pierwszy, irracjonalny atak paniki ustąpił miejsca zdrowemu rozsądkowi, Charly powoli rozluźniła palce zaciśnięte na materiale jego bluzy, którego jeszcze kilka sekund temu tak kurczowo się trzymała. Nie zastanawiała się nad tym, co czuł. Prawdę mówiąc, była niemal pewna, że nie czuł nic. Już podczas ich pierwszego spotkania uznała go za człowieka, który zamiast serca nosił w piersi bryłę lodu, a chłód błękitnych oczu jedynie utwierdzał ją w tym przekonaniu. Mimo to świadomość, jak niewiele dzieliło ich twarze, zaczynała niebezpiecznie ją rozpraszać. Czuła ciepło jego ciała przenikające przez przemoczone ubrania, równy oddech muskający jej policzek i dłoń, która jeszcze przed chwilą spoczywała na jej plecach. To wszystko sprawiało, że zamiast złości, którą jeszcze przed chwilą czuła z całą mocą, wkradało się coś znacznie bardziej irytującego — skrępowanie. Nie znosiła go. Zwłaszcza wtedy, gdy wywoływał je właśnie on.
Ona, w przeciwieństwie do Zayna, nie była całkowicie odporna na urok mężczyzn. Potrafiła docenić przystojną twarz, pewny siebie uśmiech czy spojrzenie, które potrafiło zatrzymać na sobie uwagę. Problem polegał jednak na tym, że człowiek ukrywający twarz pod czarną maską od pierwszego spotkania skutecznie odbierał jej ochotę na jakiekolwiek zachwyty. Wszystko, co go otaczało, wydawało się zbyt chłodne, zbyt wyrachowane i zbyt niepokojące, by mogła spojrzeć na niego jak na zwyczajnie atrakcyjnego faceta. A mimo to irytował ją fakt, że jego bliskość tak skutecznie wytrącała ją z równowagi.
Kiedy uniósł się na łokciach, odruchowo napięła mięśnie. Dzielący ich dystans ponownie stopniał do zaledwie kilku centymetrów, a ona miała wrażenie, że z każdym jego ruchem coraz trudniej było jej zebrać myśli. Mimowolnie cofnęła brodę, jakby ten niewielki gest miał przywrócić jej choć odrobinę kontroli nad sytuacją. Nie przywrócił. Dopiero gdy poczuła jego dłonie zaciskające się na nagich udach, gwałtownie zesztywniała. Wzdłuż kręgosłupa przebiegł jej nieprzyjemny dreszcz, a serce uderzyło mocniej – bardziej z oburzenia niż strachu. Zacisnęła szczękę i utkwiła w nim twarde spojrzenie, uparcie ignorując fakt, jak blisko znajdowała się jego twarz. Nie zamierzała jako pierwsza odwrócić wzroku. — Naprawdę? — rzuciła chłodno. — To twój sposób na przepraszanie ludzi za kradzież ich rzeczy?
Zayn Fontana
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona, jejtyp narracji3os, l.pojedyńczaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ostatecznie pozycja, w której się znaleźli była dość osobliwa, ale jednocześnie idealna, aby Zayn mógł przyjrzeć się dziewczynie z bliska.
Miała delikatne rysy twarzy, czarne, lekko kędzieżawe włosy oraz błyszczące źrenice, których wyraz zdawał się zmieniać wraz z targającym nią emocjami. Teraz patrzyła na Zayna trochę speszona, szeroko otwartymi, sarnimi oczami. Zabawne, bo raptem kilka dni wcześniej w tej ciemnej i obskurnej alejce, dostrzegł w nich groźne spojrzenie wilczycy. To duży kontrast.
Dzielący ich dystans ponownie stopniał do zaledwie kilku centymetrów, dzięki czemu mógł jeszcze uważniej przyjrzeć się jej twarzy. Powoli zsunął spojrzenie z lekko zadartego nosa na źuchwę, smukłą szyję i na krótką chwilę zatrzymać się na odsłoniętych obojczykach oraz dekolcie. Chwilę później znów odnalazł oczy Charly. Ich głęboka barwa nieoczekiwanie przywiodła mu na myśl jego ulubione espresso.
— Naprawdę? — sparodiował z cwaniackim uśmiechem, którego, hehe, nie mogła dostrzec pod masą. Zaraz uniósł brew. — Sądzisz, że zamierzam cię za cokolwiek przepraszać? — zironizował.
Na moment odchylił głowę do tyłu i parsknął krótkim, szyderczym śmiechem. Był przestępcą. Hakerem, złodziejem i paserem. Przeprosiny nigdy nie należały do rzeczy, które robił chętnie, a już na pewno nie zamierzał zdobywać się na nie w obecnej chwili.
W końcu wyszedł tylko na spacer z Hadesem.
— Twoje rzeczy są tam. — Skinął w stronę szczytu wydmy. — Obok mojego psa. Możesz po nie iść. Ja też już wracam.
Nie czekając na odpowiedź, po raz ostatni mocniej zacisnął dłonie na udach Charly, po czym gwałtownie zepchnął ją ze swoich bioder. Potem sam podniósł się na nogi. Otrzepał spodnie i bluzę z drobnego piasku i przeciągnął dłonią po karku. Znowu zerknął w stronę dzziewczyzny, a w jego oczach pojawił się zadziorny błysk, który zniknął, kiedy nonszalancko się odwrócił i zaczął wchodzić pod górę.
Charly Hayes
-
Don’t mistake my silence for weakness
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjiTrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Podobnie nienawidziła tego lustrującego, chłodnego spojrzenia błękitnych tęczówek. Z takim samymi emocjami podchodząc także do faktu, że znowu pozwalał sobie przekraczać kolejne granice, jakby w ogóle nie istniały. Czuła, jak jego wzrok powoli sunie po jej twarzy, zatrzymując się na szyi i mknąc niżej badając jej ciało - mimowolnie zesztywniała. Nie odwróciła jednak spojrzenia. Gdyby zrobiła to teraz, dałaby mu powód do satysfakcji, a Charly wolałaby ugryźć się w język, niż pozwolić mu pomyśleć, że w jakikolwiek sposób oddziałuje na nią. Nawet jeśli serce w piersi ciemnowłosej biło zdecydowanie za szybko, a świadomość, że siedziała okrakiem na praktycznie obcym mężczyźnie ubrana jedynie w mokrą bieliznę, nie była zbyt komfortowa.
Przez ułamek sekundy przemknęła jej przez głowę absurdalna myśl, że gdyby ktokolwiek zobaczył ich w tej chwili, zapewne wyciągnąłby zupełnie błędne wnioski. Tymczasem ona miała ochotę przede wszystkim zdzielić go czymś ciężkim. Najlepiej własnym telefonem, gdy tylko odzyska go z jego rąk. Mimowolnie prychnęła cicho na jego odpowiedź. Nie zdziwiła jej ani odrobiny. Już podczas pierwszego spotkania zdążyła dojść do wniosku, że przepraszanie zdecydowanie nie należało do jego mocnych stron. Zbyt pewny siebie. Zbyt bezczelny. Zbyt przekonany o własnej racji. — Nie. — pokręciła lekko głową. — Sądzę, że nawet nie wiesz, jak się przeprasza. — nie potrafiła darować sobie tej zaczepnej, charakterystycznej dla siebie, nuty, wybrzmiewającej w miękkim głosie wypowadanej odpowiedzi — Ale to akurat zdążyłam już o tobie zauważyć.
Oparła dłonie o jego klatkę piersiową, bardziej po to, by odzyskać choć odrobinę przestrzeni, niż rzeczywiście go odepchnąć. Próbowała zwiększyć dzielący ich dystans, ale w praktyce zyskała zaledwie kilka centymetrów. Westchnęła z irytacją. — I przestań się tak gapić. To zaczyna być naprawdę niepokojące. — zmrużyła oczy, a chwilę później z ust mężczyzny wydobył się śmiech, który ponownie wzbudził w niej coś na kształt niepokoju, który niemal natychmiast ustąpił miejsca irytacji, gdy oznajmił, że jej rzeczy znajdują się… przy psie. Instynktownie spojrzała we wskazanym kierunku dokładnie w chwili, w której bezceremonialnie zepchnął ją ze swoich bioder prosto na chłodny piasek. Upadek nie zabolał, ale wystarczająco dotknął jej dumy. Zacisnęła szczękę i podparła się dłońmi, szybko siadając. Dopiero wtedy ponownie odnalazła wzrokiem dobermana. Zwierzę siedziało nieruchomo obok jej ubrań i telefonu, przypominając bardziej pomnik niż żywą istotę, a mimo to sam jego widok sprawił, że żołądek ścisnął się jej nieprzyjemnie. Nie potrafiła zmusić nóg do wykonania choćby jednego kroku w tamtą stronę.
Przez moment patrzyła jeszcze na psa, po czym przeniosła wzrok na oddalającego się Zayna. Naprawdę zamierzał po prostu odejść? Po wszystkim, co zdążył już wyczyniać podczas ich dwóch spotkań? Gdyby nie fakt, że wciąż stała przed nim niemal naga, zapewne rzuciłaby w jego plecy pierwszą rzeczą, jaka znalazłaby się pod ręką. Problem polegał na tym, że wszystkie rzeczy, którymi mogłaby to zrobić, znajdowały się… obok psa. Westchnęła ciężko, zirytowana bardziej własnym położeniem niż nim samym. Prawie. — Hej! — zawołała w końcu za nim. — Naprawdę jesteś aż takim dupkiem, czy tylko przy mnie robisz wyjątek?
Nie czekając, aż się odwróci, skrzyżowała ręce pod piersiami i uniosła wyżej brodę, próbując odzyskać choć odrobinę godności. — I przestań mówić do mnie “gówniaro”. — krzyknęła, ponownie mrużąc oczy — Nie masz pojęcia, ile mam lat. Równie dobrze mogę być od ciebie starsza. A patrząc na poziom twojej dojrzałości… wcale nie wydaje mi się to takie nieprawdopodobne. - skwitowała, ostatecznie jeszcze raz spoglądając w stronę swoich rzeczy, po czym z głośnym westchnieniem ruszyła przez wydmę, w pewnym momencie przyspieszając na tyle, że wyprzedziła zamaskowanego nieznajomego. Kiedy jednak znalazła się już bliżej zwierzęcia, kroki dziewczyny stały się niepewne, a gdy doberman poruszył głową, natychmiast się zatrzymała. Oddech Char znowu lekko przyspieszył. Mimowolnie zacisnęła pięści, zła na samą siebie, że wciąż reagowała w ten sposób, bo przecież powinna przezwyciężyć już ten strach, czyż nie?!. — Nie licz na to, że poproszę cię o pomoc. — mruknęła uparcie, zanim Zayn zdążył się odezwać, podświadomie czując, że na jego usta już ciśnie się jakiś komentarz. — Ale jeśli ten twój koń w psiej skórze zrobi choć krok w moją stronę, to przysięgam, że obudzę pół wyspy swoim wrzaskiem. - ostrzegła, biorąc głęboki oddech i na miękkich z nerwów nogach ruszyła w stronę swoich rzeczy. Każdy kolejny krok kosztował ją więcej, niż chciała przyznać. Czuła na sobie czujne spojrzenie dobermana, a gdzieś za plecami równie uważny wzrok jego właściciela. Już sama świadomość jego obecności działała jej na nerwy. Nie musiała nawet oglądać się przez ramię, by wyobrazić sobie ten irytująco pewny siebie uśmiech skrywany pod maską.
Kiedy znalazła się tuż przy swoich rzeczach, odruchowo zacisnęła powieki. Głupio. Bardzo głupio. Jakby brak kontaktu wzrokowego miał sprawić, że pies zniknie. Serce tłukło się o żebra z taką siłą, że zagłuszało szum fal. Drżącą dłonią sięgnęła po telefon, potem po zmiętą koszulkę i buty. Palce ślizgały się po materiale, a chłód rozlewający się po plecach wywołał nieprzyjemną gęsią skórkę. Przez ułamek sekundy była przekonana, że za chwilę poczuje na sobie ciężar psich łap.
Gdy tylko wszystko znalazło się w jej ramionach, odwróciła się gwałtownie. Instynkt całkowicie przejął kontrolę nad rozsądkiem. Nie oglądając się za siebie, ruszyła szybkim krokiem, który po dwóch sekundach zamienił się w nieporadny bieg. Zdążyła zrobić zaledwie kilka kroków, kiedy z impetem wpadła prosto na czyjąś klatkę piersiową. Zaskoczona wypuściła z rąk telefon i koszulkę, a z jej ust wyrwał się cichy okrzyk. Dopiero po chwili uniosła wzrok, napotykając znajome błękitne tęczówki ukryte za czarną maską. Zayn najwyraźniej zdążył podejść bliżej, zanim ona zdołała uciec.
Zayn Fontana