- Dla starożytnych Egipcjan był to najważniejszy organ... - Gdy wybrzmiał jego własny nie do końca obecny głos, zdał sobie sprawę, iż nieświadomie powtarza opowieść własnego dziadka. Wtedy snutą schorowanym głosem, kiedy Nadir nie podejrzewał, że to spotkanie stanie się ich ostatnim ... gdyż w t e d y wszystko miało być wieczne, nim zdążył odkryć, jak kruche niekiedy staje się to, co tak żarliwie trzymał w swym sercu. Dopiero potem spoglądając na wieko trumny dziadka, zaczął pojmować, iż każdy kiedyś odejdzie z jego życia. W ten lub inny sposób oswajał się z myślą o nadchodzącej samotności, choć praktycznie nieprzerwanie otaczał się przeróżnymi ludźmi.
- Nieważne, może kiedyś będzie na to czas... - Magiczne kiedyś powtarzane niegdyś dla samego siebie niczym złudną nadzieję. Teraz jednakże wydawało się czymś zupełnie innym. Czymś, w co naprawdę zdołałby uwierzyć mimo wszelkich wątpliwości o własną przyszłość. Tak mi wstyd za to, kim jestem bez ciebie Wstyd? - Lazare, ja... - Delikatne drżenie poruszyło ciało Egipcjanina w odpowiedzi na wyznanie Moreau, jakby dosięgło go brzmienie każdego wyrzutu sumienia, mknącego teraz dreszczem po wyblakłej już opaleniźnie na jego skórze. Przeraziła go myśl, iż poniekąd stał się winnym dramatów odgrywających się w życiu mężczyzny. Zdarzeń śledzonych wyłącznie w telewizji czy z krzyczących nagłówków gazet; z pozycji wyłącznie nieznajomego obserwatora. Mógł wszak pozwolić myślom unieść się błogo otulony brzmieniem jego głosu wypowiadającego kochanie, daleko od tego smutku, zacierając go między jedną myślą a kolejną.
Mógł, ponieważ...
Pragnął o g n i a, by w końcu
I mimo wszystko - ta wersja, otępiona i niekompletna - to nadal był on. Odnajdujący własną tęsknotę, gdy ramiona Lazare zamknęły go bliżej niego w objęciach. Coraz głośniejsze echo dawnego życia, rozchodzące się po pogrążonej w letargu duszy wraz z dotykiem może nieświadomie sięgającym po skryte pod warstwami smutku pożądanie Nadira. Kogoś przy sobie; j e g o. Tlące się w nim powoli - bardziej, bardziej - kiedy ciepło warg mężczyzny wędrowało po skórze, a dłoń zbaczała z bezpiecznej ścieżki wprost w labirynty krawędzi jego ubrań. Sam pół trzeźwo przemierzał dobrze znane drogi po ciele Lazare; wzdłuż pleców, by opuszkami palców zatoczyć kola na jego karku i wpleść je ostatecznie między jasne pukle włosów. Chciał, chciał, chciał, c h c i a ł...
Mógłby teraz przepaść, ale..
Delikatnie ujął w swoją dłoń policzek Lazare, czując przy tym przyjemne łaskotanie płynące wraz z ciepłem cudzego ciała.
- Co się z Tobą działo? - Niepewny szept opuszczający usta Al Khansy wypełnił dzielące ich cale, ostatecznie zatrzymując się na tych drugich ustach niczym słodko-gorzki pocałunek. Miesiące temu na tafli lodowiska to samo pytanie ciążyło w sercu Nadira, kiedy ponownie natrafił na mur niejasności. Niewiadomych gromadzonych przez lata ich znajomości, do których nigdy w pełni nie zostawał dopuszczany. Afery i wszystkiego, co kryło się w nim tuż przed nią. - Powiesz mi? - Dopiero teraz w pełni postarał się odszukać jego spojrzenia z kiełkującą obawą o ponowne odtrącenie po tej kolejnej próbie przesunięcia dzielącej ich niegdyś - och, czy teraz również? - granicy, będącej tak długo przepaścią.
lazare moreau