W dzieciństwie samego Lazare niezwykle trudno było o
na zawsze, o złudne, lecz kojące poczucie nieskończoności w relacjach, zburzone potem brutalnie tą pierwszą stratą. Może przekleństwem, a może skrytym pod jego pozorami
błogosławieństwem była zatem śmierć nadirowego dziadka, ta, która po raz pierwszy uświadomiła ciemnowłosemu chłopcu ulotność międzyludzkich związków. Czy, mając ich świadomość, potrafił cenić je bardziej?
W przypadku Moreau, wszystko potoczyło się dokładnie odwrotnie, bo przecież całe jego
życie zaczęło się od utraty – od
odejścia jego własnego ojca, choć ten przecież nie umarł, a po prostu
stchórzył. Lazare nie miał oczywiście prawa by świadomie to pamiętać, a jednak modlitewne w swojej ópowtarzalności historie o tym, że
wszyscy mężczyźni odchodzą, i że
nigdy nie wolno im ufać, z matczynych warg zdawał się spijać już wówczas, gdy równocześnie spijał mleko z jej piersi.
Czy nie było tak, że przeszłość lubiła stać się przyszłością, gdy się jej tylko na to pozwoliło? Samospełniającą się przepowiednią uplecioną z nienazwanych lęków. Odchodził, w końcu, każdy. I każde pożegnanie było ostatecznie tylko kwestią czasu.
– Może, kiedyś – Powtórzył za Nadirem, ważąc na języku wagę tego słowa, zabarwionego teraz zupełnie nową nutą. Być może jedną z rzeczy, które przyciągały blondyna do Al Khansy w ten sposób, w który żywy płomień świecy zwykł wieść ćmy
na śmierć, na śmierć, na pokuszenie, był właśnie fakt, że każda rozłąka z Egpicjaninem zdawała się być tą ostatnią, gargantuiczną w skali i katastrofalną w konsekwencjach, a jednak nigdy nią nie była, przynajmniej do tej pory. Zawsze był jakiś następny raz, jakaś następna nadzieja, jakiś kolejny nowy początek, chwiejny fundament czegoś, co
mogło być. Lazare nie ufał im tak samo mocno, jak ich pragnął.
Lazare nie ufał Nadirowi. Tak samo mocno, jak go pragnął.
- Daj spokój, Nadir - machnął ręką jakby z nonszalancją godną męczennika uwieszonego na krzyżu za cudze grzechy, i uwielbianego za własne cierpienie. Maniera ta ewidentnie weszła mu w krew na skutek powtarzalnego zachwytu, który przyjmowana przezeń rola udręczonego romantyka budziła w publice, teraz automatyczna jak instynkt. Nie oznaczało to jednak, że Lazare grał, że fałszował własne reakcje jak lewe kopie malarskich arcydzieł. Nadal jeszcze nie potrafił sobie po prostu przypomnieć tego, co w nastoletniości przychodziło mu u boku bruneta z taką łatwością. Jak być sobą, kiedy nie patrzył nań nikt z wyjątkiem tego ciemnookiego chłopca?
Bo tak, to przecież nadal był on. Starszy o przeszło dekadę i wypłukany z koloru falami maniakalnego cierpienia, tak, ale nadal on. Nadir sprzed lat nadal krył się pod tą nową, dorosłą geometrią ciała. Lazare czuł go w cieniutkiej warstewce tłuszczu okrywającej męski bok, w palcach z nabożną ostrożnością błądzących w gąszczu jego własnych włosów.
Jak tak można, Nadir, zmienić się całkiem, i jednocześnie nie zmienić się wcale?
Moreau nie chciał rozmawiać. Nie o sobie. Kolejnym pytaniem brutalnie odarty z obron, których nie chciał, i nie spodziewał się teraz tracić. To nie miało, nie powinno być o nim. O tyle łatwiej byłoby uciec w ulgę niesioną przez cielesność, zagubić się w krótkotrwałej intensywnej rozkoszy, pozwolić dłoniom mówić za nich obu i kneblować się nawzajem, jeśli dłuższa rozmowa mogłaby ich doprowadzić na skraj kolejnego rozstania. Ale w spojrzeniu Nadira kłębiła się jakaś nieustępliwość, której blondyn zwyczajnie nie potrafił odmówić.
– Oczywiście – Dzieląca ich granica, rzeczywiście będąca niegdyś przepaścią, teraz zniwelowana została do odległości, z której Lazare rejestrować mógł plamki płynnego złota tańczące w tęczówkach drugiego mężczyzny i hieroglify drobniutkich zmarszczek okalające kąciki jego oczu, gdy ten uśmiechał się, albo kiedy się martwił. A jednak równolegle do tej granicy, w umyśle Lazare istniało coś jeszcze. Głęboka wyrwa - nie pomiędzy nimi, ale w nim samym. Otchłań powstała w pamięci w miejscu dni, w które bolało go samo oddychanie; w które wydawało mu się, że przestał istnieć, i nie miał nawet siły by nad tym ubolewać. Nie potrafił tego wyjaśnić. Nie potrafił ubrać tego w słowa, które stworzyłyby spójną i zrozumiałą całość.
Powinien był powiedzieć mu o Marze, prawda? O kobiecie, która pojawiła się właściwie znikąd i z jeszcze większą bezczelnością została w jego życiu, nie pozwalając mu się z niego wyprosić. O tym, że z nią spał, choć to nie było najważniejsze. O tym, że próbowała się o niego zatroszczyć wówczas, gdy cały świat odwracał wzrok, i choć nie próbowała go naprawiać, zdawała się ufać, że Lazare sam jest do tego zdolny.
Nie powiedział jednak ani słowa o rudowłosej, tłamsząc je w zarodku nim zdążyły rozwinąć się w dłuższą opowieść. Zamiast tego wybrał historię prostszą - taką, w jakiej nie było grama czułości. Była tylko przemoc.
— Poszedłem do Johnny'ego Grainiera. — Powiedział, świadom, że Al Khansa wie o dziennikarzu wyjątkowo mało. A jednak wystarczająco by rozumieć, co taka eskapada musiała oznaczać dla Lazare - pójść do kogoś, kto odpowiedzialny był za fiasko całej jego życiowej kariery?! — W noc... w noc twojego występu. — Spróbował wziąć głębszy oddech i poczuł jedynie, jak ten więźnie mu gdzieś pomiędzy gardłem a mostkiem. — Chciałem go zabić, Nadir.
nadir al khansa