29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Powinien poczuć się urażony tym oceniającym spojrzeniem, ale niestety racja była po stronie Logana, mimo to ostentacyjnie się pod nim wyprostował i zerknął na niego równie wymownie, jakby niemo odpowiadał "jeszcze byś się zdziwił". Obydwoje jednak nie traktowali tej potyczki poważnie. Laurent skrycie chciał zrozumieć, co jego ojciec widział w tym gburowatym facecie. Zapewne wszystkie te cechy, których brak wypominał mu podczas kłótni. Brak odpowiedzialność i powagi. Zamiłowanie do zabawy. Chodzenie z głową w chmurach. Nadmierne gadulstwo.
Tego ostatniego na pewno nie można było Loganowi zarzucić.
Laurent nie spodziewał się, że wizyta w Ashcroft Ranch okaże się tak trudna i bolesna. Nie mógł patrzeć na zdjęcie rodziców i nie pomyśleć o tym, jak niewiele czasu mieli razem.
…a teraz będzie miał okazję ponownie zjednoczyć się z ukochaną żoną.
Słowa księdza wróciły do niego wraz z dudniącym odgłosem sypiącej się na wieko trumny ziemi. Widok fotografii przelał czarę goryczy. Skoro ojciec zadał sobie cały ten trud, by ją wywołać i powiesić, to dlaczego nie zdobył się na odrobinę wysiłku i mu wtedy nie pogratulował? Zamiast tego rzucił coś w stylu: To co? Kończysz tę zabawę ze studiowaniem i wracasz do domu? Najwyższy czas, żeby dorosnąć i wziąć się za prawdziwą pracę. Z papierka nie wykarmisz rodziny.
Po tym, jak był jednym z trzech najlepszych prawników na swoim roku i miał za sobą całą masę nieprzespanych, spędzonych na nauce nocy.
Złość zalała go niespodziewanie, dlatego wyrzucił ją z siebie w niekontrolowany sposób, wyżywając się na stojącym w drzwiach Loganie. Boże, przecież normalnie się tak nie zachowywał.
Nawet tak nie myślał. Pożałował swoich słów dokładnie sekundę po tym, jak zdążył je wypowiedzieć, ale teraz było mu głupio się z nich wycofać, więc z zaciętą miną mierzył Logana wciąż wściekłym spojrzeniem, bo ten drażnił go swoim spokojem. Taki był DOJRZAŁY. Wpychał mu tę swoją dojrzałość do gardła aż Laurent się nią dławił. Nie drgnął, nawet gdy ten się do niego zbliżył. Gorycz podeszła mu do gardła, ale nie odezwał się nawet słowem, gdy ten wyszedł z biura.
Może to i dobrze, bo głos na pewno by mu się załamał, a przecież za fasadą wyniosłego dupka czuł się bezpiecznie.
Cieszył się, że Logan zostawił go samego, bo chwilę po tym, jak drzwi zamknęły się za mężczyzną, pod powiekami Laurenta wezbrały łzy. Nie pozwolił im jednak popłynąć. Przełknął tkwiącą w gardle gulę i wziął się do pracy. Wyjął z szafki dokumenty, które sprawiały wrażenie najnowszych, a następnie zaczął je skrupulatnie segregować. Nie przeszkadzała mu duchota i wysoka temperatura. Robił to w skupieniu i metodycznie, bo przecież przywykł do żmudnej pracy w bibliotece czy podczas przeglądania wielotomowych akt sprawy. Opracował system, według którego oddzielał faktury od umów, pracowników od kontrahentów zewnętrznych, przychody od wydatków. Układał idealnie równe stosy, co jednocześnie pomagało mu odzyskać kontrolę nad sobą. A wraz z tym, jak emocje opadały, coraz bardziej uświadamiał sobie, że zachował się jak skończony kretyn.
Mógł nie lubić Logana, ale to, co powiedział, było wredne i pozbawione sensu.
Wyjrzał za okno, zatrzymując spojrzenie na okrąglaku. Wbrew własnej woli zbliżył się do niego, opierając dłonie na parapecie. Wiatrak wciąż szumiał za jego plecami, a nieznośny skwar wlewał się do środka. Pot płynął mu po karku, a kurz lepił do skóry, przypominając, dlaczego nie lubił tu przyjeżdżać.
I jednocześnie dlaczego choć bardzo się starał, nie potrafił przestać kochać tego miejsca.
Zieleń rozciągała się aż po sam horyzont, stapiając z błękitnym niebem i kojąc duszę. Trudno było też pozostać obojętnym wobec młodego ogiera i jego trenera. Po prostu niełatwo oprzeć się naturalnemu, pierwotnemu piękno, bo ono nie było kwestią gustu. Nie było zresztą nic dziwnego w tym, że podglądał Logana, przecież musiał wiedzieć, jak ten spisuje się w pracy?
A spisywał się fenomenalnie, co Laurent przyznawał z niechęcią.
Logan okiełznał temperament młodego ogiera tym swoim irytujący spokojem i cierpliwością. Z tej odległości nie mógł zobaczyć wszystkiego, dlatego odszedł od okna z zamiarem kontynuowania pracy, ale nawet nie zasiadł z powrotem za biurkiem. Wyłączył wiatrak i zamknął okno, a następnie ruszył w kierunku okrąglaka. Dotarł do drewnianego płotu w momencie, gdy Callahan zgrabnie wspiął się na grzbiet konia. Oparł dłonie na górnej belce, wychylając się do przodu i przyglądając skupionemu na pracy mężczyźnie. Logan pozbył się z głosu tych surowych nut. Wypowiadał słowa miękko, kojąco.
Brzmiał przy tym dobrze.
Zbyt dobrze.
Zbyt dobrze też wyglądał.
Laurent nie mógł oderwać wzroku od tego imponującego pokazu siły charakteru zdolnego okiełznać potęgę natury bez użycia jakiejkolwiek formy przemocy. Zacisnął usta i bardzo starał się nie wyobrażać sobie, jak dobrze Logan mógł brzmieć w zupełnie innej sytuacji. To miejsce naprawdę budziło w nim żałosne i pierwotne instynkty. Facet na pewno nie był gejem. Nie miał co sobie robić nadziei. Poza tym znienawidzi go, po tym, jak dowie się, że zamierza sprzedać ranczo.
Więc Laurent chciał nieznosić go jako pierwszy. Prewencyjnie.
Ale nie do końca potrafił. Bardzo chciał, żeby Logan dał mu jakiś powód.
Gdy mężczyzna zbliżył się do niego na koniu, odruchowo się wyprostował.
Lubił konie. Bardzo.
Ale na przekór ojcu nigdy nie nauczył się na nich dobrze jeździć.
Wyciągnął powoli dłoń i dotknął miękkich chrap wierzchowca. Pogłaskał delikatną sierść na pysku, witając się z nim z czułą ostrożnością. Był piękny. Bez wątpienia sprawdzi się na zawodach, jeżeli zostanie dobrze wytrenowany.
Przyszedłem cię przeprosić — stwierdził, zsuwając dłoń na szyję. Koń był przyjemnie ciepły po wysiłku, choć nadal wyczuwalnie podekscytowany. Laurent w końcu oderwał od niego wzrok i zadarł lekko głowę w górę, by móc spojrzeć na Logana. — Nie powinienem zwracać się do ciebie w ten sposób — dodał, cofając dłoń, a gdy Legacy zrobił kilka kroków w bok, Laurent wykorzystał dostępną przestrzeń i miękko odbił się od ziemi, by usiąść na górnej belce ogrodzenia. Spędzał tak godziny jako dzieciak, podglądając innych przy pracy. — To słabe, bo widzisz… użyłem wobec ciebie tych samych obelg, które sam słyszałem, jak pojechałem na studia. Ironia, prawda? — wzruszył lekko ramionami, a potem oparł dłonie po swoich bokach, spoglądając za horyzont.
Nie zorientował się, nawet kiedy zrobiło się tak późno, ale niebo nad ranczem wyglądało zjawiskowo, malując się w zdumiewających odcieniach różu i błękitu. Nie wiedział, czy widział kiedyś takie niebo nad Toronto.
Z końmi jesteś bardziej gadatliwy niż z ludźmi, co? — rzucił, wracając do zaczepnego tonu i szczerze licząc na to, że Logan przyjmie jego przeprosiny i puści sytuację z biura w niepamięć.

Logan Callahan
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Beza
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

O człowieku świadczyły przede wszystkim jego czyny i Logan święcie w to wierzył. Powiedzieć można było wszystko i cokolwiek, ale podeprzeć te słowa gestami było dużo trudniej. Przez całe życie starał się patrzeć właśnie przez ich pryzmat i samemu mówić za pomocą nich to, co mówić należało. Dlatego to, co zrobił Laurent sprawiło, że zaskarbił sobie jego szacunek.
Ludzie w złości mówili różne rzeczy, ale rzadko potrafili potem pofatygować się żeby za to przeprosić.
Obserwował jak bez lęku, za to z czułym zachwytem, wyciąga dłoń do Legacy. Młody, wciąż narwany koń nie uciekł od jego dotyku, zaskakująco ufnie wpychając chrapy pod jego palce. To świadczyło o szczerości, Laurenta, nie ogiera. Gdyby kłamał albo miał po prostu złe zamiary, koń wyczułby fałsz i nie pozwolił się dotknąć albo przynajmniej nie lgnął tak chętnie do jego dotyku.
Tymczasem było zupełnie odwrotnie.
Dawał się głaskać z przyjemnością, jakby wyczuł w nim pokrewną duszę.
Logan zauważył też coś jeszcze, co wydało mu się jednocześnie oczywiste i zaskakujące - Laurent lubił konie. To było widać jak na dłoni, a coś o tym przecież wiedział. Od dziecka pracował wśród ludzi, którzy kochali te zwierzęta i potrafił rozpoznać jednego z nich, gdy stał tuż przed nim.
Tym bardziej dziwiny był fakt, że chłopak rzadko pokazywał się na ranczu.
Patrzył jak bez wysiłku wskakuje na ogrodzenie, siadając tak, jakby wcale nie przyjechał z wielkiego miasta w dopasowanym garniturze, ale jakby brakowało mu tylko kowbojskiego kapelusza. W tej swobodzie było wszystko, czego Laurent próbował się wyzbyć modnym ubiorem i prawniczymi studiami - całe jego dziedzictwo.
Logan pomyślał, że to strasznie smutne - wstydzić się tego, kim się jest. I wtedy nie przyszło mu do głowy jak bardzo pełna hipokryzji była to myśl.
Legacy zaczął się niecierpliwić, wciąż rwąc się do ruchu, ale Logan lekko ściągnął wodze, przywołując go do porządku.
Kopyta zatańczyły w piasku.
Przeprosiny przyjęte - powiedział po prostu. Bez krzywych uśmiechów, znaczących spojrzeń i innych grymasów. Zwyczajnie. Jakby to jedno wystarczyło, żeby puścić w niepamięć wszystkie niesnaski.
Zeskoczył z siodła i gdy Laurent podziwiał zapierający dech w piersi zachód słońca, on pochylił się żeby rozpiąć pas podtrzymujący siodło.
Mhm - odmruknął, nie przerywając czynnosci. - Są dobrymi rozmówcami. Powinieneś kiedyś spróbować.
Legacy parsknął niezadowolony, wiercąc się i utrudniając mu czynność, ale zamiast go zganić, Logan czule przesunął dłonią po jego szyi.
No już, już. Na dzisiaj wystarczy, daj mi to zrobić i będziesz mógł odpocząć.
Zabawnym kontrastem był sposób w jaki Logan zwracał się do koni w porównaniu do tego jak szorstki i lakoniczny był wobec ludzi, ale zdawało się, że nie ma o tym pojęcia.
Ogier poruszył łbem, dzwoniąc ogłowiem i przeżuwając wędzidło. Po chwili jednak siodło trafiło na ogrodzenie obok Laurenta, a końska skóra zadrżała smagnięta wiatrem. Logan położył na spocone miejsce derkę i lekko ją poklepał.
Potem zdjął też ogłowie, a w jego miejsce nałożył kantar. Wszystkie te czynności wykonywał tak, jak człowiek który robi to każdego dnia. Jego ruchy były pewne, zdecydowane, a jednak w jakoś sposób delikatne - miały w sobie swego rodzaju czuły respekt.
Chcesz go poprowadzić? Musi jeszcze trochę ochłonąć.
Wyciągnął do Laurenta uwiąz, chwilę wcześniej podpięty karabińczykiem pod brodę ogiera.
Gdy adwokat odebrał go od niego, Logan poszedł otworzyć im bramę. Poczekał przy niej, patrząc spod ronda kapelusza jak facet w białych adidasach prowadzi młodego ogiera. W tym widoku też było coś właściwego i niewymuszonego. Laurent w dzieciństwie musiał robić to wiele razy, tak jak wiele razy wskakiwał na odrodzenie i, jeśli wierzyć Luke’owi, wspinał się po drzewach i belach siana. Z początku Loganowi ciężko było w to uwierzyć, ale teraz naprawy dostrzegał w nim dzieciaka wychowanego na ranczu.
Zamknął za nim i obaj wraz z Legacy ruszyli wolnym krokiem w stronę pastwisk. Logan szedł z adwokatem ramię w ramię. Słońce nadal grzało, chociaż teraz kładło przed nimi długie cienie. W powietrzu unosił się zapach rozgrzanych traw, końskiego potu, wyprawionej skóry i czystego potu Logana.
Zamierzasz sprzedać ranczo, prawda? - Tym razem to on przerwał ciszę. Chciał to wreszcie usłyszeć i mieć już za sobą. I tak elegancki za długo z tym zwlekał.
Wpatrywał się w drogę przed nimi i z jego twarzy nie dało się niczego wyczytać. Cały niepokój oraz żal, które czuł, tkwiły głęboko pod powierzchnią opanowania.

Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rozmowa z Loganem była zabawnym i jednocześnie dość zaskakującym doświadczeniem. Facet zdawał się nie mieć bladego pojęcia o sztuce small talku, jakby szkoda mu było na niego czasu. Mówił wprost i bez ogródek, co wytrącało Laurenta z równowagi. Nauczył się w słowach doszukiwać drugiego dna, ale w przypadku wypowiedzi Callahana go po prostu nie było. Nie dlatego że były płytkie, a przejrzyste i klarowne jak woda w wartkim, górskim strumyku.
I jak on orzeźwiające.
Skinął głową, zaskoczony tym jak łatwo i naturalnie mężczyzna przyjął przeprosiny. Podniósł na niego głowę, ale Logan nie sprawiał wrażenia kogoś, kto chowa urazę. Raczej faceta, który ma odwagę mówić, co myśli.
Laurent mu tego pozazdrościł.
Podobnie jak tego tkwiącego głęboko przekonania, że wie, jak należy postąpić. Jednocześnie jednak go nie znosił, bo przecież świat nie był czarno-biały, a moralny kompas czasem świrował. Jednak przekonanie o słuszności swoich wyborów było luksusem, którego Laurent nigdy nie doświadczył.
Bo przecież miał prawo podążać za swoimi marzeniami? Dlaczego miałby oglądać się za siebie?
Nie był nic winien Loganowi, a poczucie obowiązku wobec zmarłego ojca było głupotą, dla której nie chciał zaprzepaścić włożonego w studia wysiłku.
Nie wydajesz się autorytetem w kwestii doboru rozmówcy — zarzucił mu żartobliwie, sprawdzając, na ile Logan rzeczywiście puścił urazę w niepamięć. Obserwował, jak mężczyzna świetnie radzi sobie z koniem. Na pewno ze swoim doświadczeniem bez problemu znajdzie pracę na innym ranczu.
Jego cierpliwość wydawała się wręcz bezgraniczna, a spokój niewzruszony. Kompletnie różnił się od narwanego prawnika.
Może powinieneś spróbować tego podejścia do ludzi? — mruknął, gdy Logan wyrozumiale głaskał konia, a następnie bez cienia irytacji zdejmował z niego oporządzenie. — Wtedy też na pewno jedliby ci z ręki — kontynuował, nie przejmując się jego ciężkim milczeniem. Na jego pytanie bez wahania skinął głową, zwinnie zeskakując z płotu i przejmując uwiąz z jego dłoni. — Chodź. Opowiem ci o Toronto — zwrócił się do konia, łagodnie zachęcając go do tego, by podążył za nim.
Nie spieszył się, delektując spacerem, który po długich godzinach spędzonych nad dokumentami był naprawdę przyjemny. Napięcie z karku gdzieś zniknęło, a lekki, wieczorny wiatr przeganiał duchotę z całego dnia.
Wyobraź sobie największe pastwisko, na jakim byłeś… to właśnie Toronto. Tylko góry są ze szkła i metalu, a zamiast rzek przez miasto ciągną się ulice. I one też płynął tłumem ludzi, którzy bez końca gdzieś się spieszą, bo mają tyle ważnych rzeczy do załatwienia — opowiadał wesołym tonem, a koń strzygły uszami, nie rozumiejąc ani słowa, czym Laurent kompletnie się nie przejmował, bo może pokrętnie w swojej przemowie zwracał się również do idącego obok Logana. — I do tego jezioro. Ogromne jezioro, którego brzegu nie widać. Jakby ktoś zamienił ziemię z niebem. Byłem nad nim na mojej pierwszej randce z Andrewem, ale nie chciał się ze mną wykąpać. Więc sam rozumiesz, że nasz związek nie przetrwał — poskarżył się, spoglądając na Legacy, który w gruncie rzeczy był całkiem niezłym słuchaczem.
Zwrócił się do Logana, zamierzając zadać mu jakieś nietaktowne, osobiste pytanie, ale mężczyzna go uprzedził. Laurent wbił spojrzenie w zawieszone nisko nad horyzontem słońce. Patrzył tak długo i intensywnie, że aż zapiekły go oczy.
Udzielenie odpowiedzi na to pytanie nie powinno być wcale trudne. Przyjazd tutaj był błędem. Cały ten dzień nim był.
Tak. Zamierzam sprzedać ranczo — stwierdził w końcu z determinacją, wręczając uwiąz z powrotem Loganowi, jakby symbolicznie zrzekał się odpowiedzialności. Chciał móc z równą łatwością pozbyć się ciężaru poczucia winy. — Jeżeli masz pieniądze, będziesz mógł je wykupić jako pierwszy. Jutro przyjedzie rzeczoznawca, który pomoże je wycenić. Chciałbym, żebyś mu towarzyszył i pokazał wszystko od najlepszej strony.
Prośba może i była niedelikatna, ale Logan wciąż był pracownikiem jego ojca. Poza tym on najlepiej znał cały teren. Laurent znów brzmiał uprzejmie i profesjonalnie, zwiększając między nimi subtelnie dystans.
Mogę na ciebie liczyć? — zadał to pytanie tym poważnym tonem, którym podczas praktyk był w stanie wyciągnąć potrzebne zeznania od swoich świadków. Po wychowanym na ranczu chłopaku nie było już śladu. Zastąpił go pewny siebie i bezwzględny facet w białek koszuli, dla którego liczyła się tylko kasa do wyciągnięcia z rancza.
Legacy zarżała za jego plecami, wyczuwając narastające napięcie.

Logan Callahan
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Beza
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Logan wcale nie chciał się uśmiechać, wcale. Ale nic nie mógł poradzić na to, że jego komentarz go rozbawił. I chociaż nie przerwał czynności, to jeśli Laurent był wystarczająco uważny, mógł dotrzeć nieudaną próbę powstrzymania wyginających się w górę kącików ust.
Autoironia zapewne nie była tym, czego ludzie się po nim spodziewali, ale Logan zdawał sobie sprawę, że jest kiepskim rozmówcą. Po co zaprzeczać oczywistości? Zwykle miał jednak nosa do ludzi. I koni. Ale to tylko dlatego, że zamiast strzępić język, wolał obserwować i słuchać.
Drugi komentarz sprawił, że odkładając siodło zatrzymał się i na niego spojrzał.
W końcu adwokacik nie miał żadnych podstaw sądzić, że nie był równie cierpliwy wobec ludzi. Przynajmniej według niego samego.
Gdyby ludzie byli tak dobrymi słuchaczami jak konie, świat byłby lepszym miejscem. A ty bardzo łatwo przypinasz łatki - zauważył. - To też rodzaj obrony, jak z tymi obelgami?
Pytanie miało neutralny ton, ale zostało zadane w sposób sugerujący tę cierpliwość i wyrozumiałość, której rzekomo tak brakowało mu w kontaktach z ludźmi. Było jednak suche i lakoniczne jak zawsze.
Praktycznie się nie znali, wiedzieli o sobie tylko to, co mówili inni, nie będąc w stanie wyrobić własnej opinii na podstawie doświadczeń. I jasne, nie dało się inaczej, ale Logan przynajmniej nie rzucał swoimi wnioskami w jego twarz. Pewnie gdyby tak zrobił, pokłóciliby się już wczoraj wieczorem. Starał się jednak nie być uprzedzony, nie tylko do niego, ale i wszystkich ludzi. Zwykle mu wychodziło, Laurent jednak sam kręcił na siebie bicz nie pojawiając się na pogrzebie, uciekając ze stypy, a już w ogóle tym, że przy niczym nie pomógł. Dokładając do tego śliskie obycie i pedalstwo z którym się nie krył - wszystko świadczyło na jego niekorzyść.
A były to tylko te rzeczy, których Logan sam doświadczył. Nie mówiąc o tych, o których jedynie słyszał.
Na korzyść świadczyło natomiast to, że przyszedł przeprosić i oczywiście jego podejście do koni, będące tutaj największym plusem. Właśnie to sprawiło, że zaproponował mu wspólny spacer, który początkowo był naprawdę przyjemny.
Idąc i słuchając opowieści o Toronto przetykanej dźwiękiem kroków na żwirowej drodze i cykaniem świerszczy w wysokiej trawie, uśmiechał się pod nosem. Było po prostu miło, a głos Laurenta w pokrętny sposób po raz pierwszy wydał się kojący, a nie irytujący jak brzęczenie gzy.
Tylko końcowa wzmianka o chłopaku jakoś tu nie pasowała. Była jak fałszywa nuta w dobrej piosence. Logan poczuł się niezręcznie. Niby dobrze wiedział, że młody nie kryje się ze swoją orientacją, ale przypomnienie o tym tak pośrednio-bezpośrednio wywołało w nim niechcianą falę zażenowania.
I bardzo starał się wytłumaczyć sobie, że nie ma ona nic wspólnego z porno do jakiego robił sobie dobrze samotnymi nocami.
Zbyt wieloma.
Żeby odepchnąć od siebie kłopotliwe rozmyślania, zdecydował się zadać pytanie, które powinno paść już dawno, a właściwie, odpowiedź na nie, powinna.
I padła, po chwili ciszy zbyt długiej, by nie dała Loganowi do myślenia.
Kroki ucichły, gdy zatrzymali się pośrodku drogi. Długie cienie kładły się za nimi na piasku, zapadło też ciężkie milczenie nie mające nic wspólnego z poprzednią swobodą.
Legacy przystanął, strzygąc uszami, wyczuwając zmianę tonu Laurenta i wiszące w powietrzu napięcie.
Logan bez protestu odebrał uwiąz, nie unikając pełnego determinacji spojrzenia, a nawet więcej, jawnie się z nim konfrontując.
W oczach Logana nie było jednak wyzwania.
Właściwie ciężko było cokolwiek z nich wyczytać, może jedynie uwagę i skupienie bo zanim się odezwał, milczał wystarczająco długo, by dokładnie przyjrzeć się jego reakcji, twarzy, wszystkiemu co krzyczy w człowieku czasem głośniej niż słowa.
Nigdy nie myślałeś o tym, jakby to było je zatrzymać? - zapytał zamiast pokornie zgadzać się na wszystko, kiwać głową i zapewniać o gotowości do pomocy. Nie dlatego, że nie chciał pomóc, chociaż nie robiłby tego z przyjemnością, a dlatego że wyczuł jego wahanie, zauważył zmianę w postawie i coś kazało mu sądzić, że nie były to wcale domyślne ustawienia Laurenta Ashcrofta. Że za śliskim obyciem adwokata kryło się coś, czego nie chciał pokazać światu, a co wymykało się tutaj, w otoczeniu, które dobrze znał dzieciak tkwiący pod kołnierzykiem białej koszuli.
Może jedynie mu się zdawało, może mylił się w ocenie i słabość Laurenta do koni nie miała żadnego znaczenia i wszystko to sobie wymyślił żeby nie stracić nadziei, ale jeśli była choć maleńka szansa, że się nie pomylił, to może była i na to, by Ashcroft Ranach zostało w rodzinie?
Wyciągnął do niego otwartą dłoń z uwiązem, ponownie go oferując.
Legacy musi się jeszcze przejść - powiedział, jak gdyby nigdy nic. Uśmiech przeciął jego surową twarz, a gdy dodał - Chyba nie zwiejesz od rozmowy, specjalisto od konwersacji? - w jego oczach zapaliły się iskry przekory ujmując mu kilka lat i nadając obliczu zupełnie inny charakter. Bardziej przystępny, niemal sympatyczny.

Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Logan się uśmiechnął.
Laurent przez moment się nie dowierzał, ale potem nie miał już wątpliwości. Facet miał poczucie humoru i potrafił się uśmiechać. Kto by się spodziewał. Wargi mężczyzny może nie uniosły się wysoko ku górze, ale tylko dlatego że poskąpił mu prawa do zobaczenia wesołego grymasu. Może to i lepiej, bo zapewne w tym kowbojskim kapeluszu i z zawadiackim uśmiechem na ustach wyglądałby zabójczo przystojnie, a nie potrzebował dodatkowej przewagi. Na szczęście jego słowa ostudziły zapał Laurenta, sprawiając, że lekko przymrużył oczy, patrząc na niego znów w ten przekorny sposób. Irytował się, gdy Logan próbował zgrywać mądrale.
To zachęta, żebyś mi udowodnił, że się mylę — odparł przewrotnie, ponieważ był przekonany, że nie tylko on w ich tandemie przypina łatki, kierując się pozorami. Nie było w tym nic złego, dopóki człowiek za bardzo się nie przywiązywał do tych często krzywdzących stereotypów.
Szli ramię w ramię, a Laurent wesoło zagadywał wierzchowca, roztaczając przed nim fantazyjną wizję Toronto, które w jego opowieści było miastem marzeń. Świadomie poruszył temat swojej orientacji, ale Logan nie dał się złapać na tę przynętę. Zamiast tego zapytał o sprzedaż rancza, czym bezpowrotnie zburzył przyjemną atmosferę. Za każdym razem, gdy Laurentowi wydawało się, że pozbył się ciężaru związanego ze śmiercią ojca, ten niespodziewanie jeszcze mocniej przygniatał go do ziemi.
Zaczynał się bać, że za którymś razem się pod nim nie podniesie.
Kolejne pytanie Logan wywołało grymas niezadowolenia na jego twarzy. Nie chciał zastanawiać się nad możliwością zatrzymania rancza. Przyjechał tu z klarownym planem i nie pozwoli, żeby ten facet go podważał. Ten jego spokój był nie do zniesienia.
Nie muszę się przed tobą tłumaczyć — zaczął stanowczym tonem, choć miał wrażenie, że jego złość jest równie bezradna, co sztorm rozbijający się i skały wysokiego klifu. Nie robiła na Loganie wrażenia, co oczywiście sprawiało, że wściekał się jeszcze bardziej. Chociaż nawet nie wiedział dlaczego. Łatwiej jednak było kierować ten gniew przeciw Loganowi niż zmierzyć się z wyrzutami sumienia.
Zerknął krótko na wyciągniętą dłoń i z powrotem na przystojną twarz, akurat by dostrzec na niej zmianę. Nie przyjął uwiązu, ale mimowolnie rozluźnił i opuścił ramiona. Spojrzał w bok, gdzieś ponad ramieniem Logana.
Nie chcę zatrzymać rancza. Właśnie otrzymałem ofertę pracy w jednej z najlepszych kancelarii w Toronto. To spełnienie moich marzeń. Wszystko, o co starałem się przez ostatnie osiem lat. Ludzie czekają czasem na taką szansę do czterdziestki. Większość nigdy jej nie dostaje. Kiedy zacznę tę pracę i tak nie będę miał szans tu przyjeżdżać. Pewnie nie będę miał czasu na nic — wzruszył ramionami, zaciskając na moment wargi. Może nie musiał się przed Loganem tłumaczyć, ale potrzebował wyrzucić to z siebie. Jakoś się wytłumaczyć przed samym sobą. — Za kasę ze sprzedaży będę mógł w końcu wyprowadzić się z tej obskurnej kawalerki, w której sąsiedzi z góry zalewają mnie średnio raz na trzy miesiące. Resztę zainwestuję i będę ustawiony do końca życia — zakończył już z większym przekonaniem. Wszystko miał przemyślane. Decyzja już była dawno podjęta i jeden koń, jeden spacer czy jeden kowboj nie mogły jej zmienić.
W symbolicznym geście nie przyjął z powrotem uwiązu, ale zdecydował się na pełną szczerość, spoglądając na młodego ogiera, który z powodzeniem mógł stać się dumą Ashcroft Ranch. Podjął spacer na nowo, wyczuwając zniecierpliwienie konia. Zerknął na swoje ubrudzone buty, a potem w bok na Logana.
Ranczo jest zadłużone — podzielił się z nim pilnie strzeżonym przez Luke’a sekretem. Sam dowiedział się dziś, gdy podczas porządkowania dokumentów znalazł list z banku. — Nie więcej niż jego wartość, ale talent do koni nie oznacza talentu do zarządzania. Za dużo płacicie dostawcom, bo większość to starzy znajomi, którzy rżną was na cenach. Za mało wykorzystujecie terenu dookoła. Za tanio sprzedajecie nasze wino. Nie macie pojęcia marketingu, ani współczesnym rynku. Nie inwestujecie w turystykę. Konie to drogie hobby, na które całe ranczo powinno zarabiać. Bez tych zmian za kilka lat Ashcroft Ranch zlicytuje komornik. Przykro mi — stwierdził i uświadomił sobie, że naprawdę tak było, szczerze żałował, ale nie widział innego wyjścia.
Słońce zbliżyło się już do horyzontu, a temperatura przyjemnie spadła. Wiatr łaskotał wilgotną od potu skórę, a wokół unosił się doskonale znany Laurentowi zapach jego szczęśliwego dzieciństwa.
Tęsknił za tym, jak wtedy wszystko wydawało mu się proste.

Logan Callahan
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Beza
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Niczego nie muszę ci udowadniać.
To właśnie chciał powiedzieć, ale przełknął idiotyczną pyskówkę, która cholera wie gdzie poprowadziłaby to ich głupie przekomarzanie się.
Im obu sprawiało zdecydowanie za dużo przyjemności.
Loganowi na pewno, co przyjął ze zdumieniem bo od lat nikt nie rozmawiał z nim w ten sposób, nie sprawiał, że nabierał ochoty żeby się podroczyć. Oczywiście nie zamierzał tego przyznawać głośno, a już na pewno przed nim. Tak więc uciął dalsze dyskusje zwyczajowym milczeniem.
W kącikach jego ust pozostał jednak ślad uśmiechu i utrzymywał się tak długo, dopóki rzeczywistość nie upomniała się o swoje.
Chociaż gdy Laurent stwierdził, że nie musi się przed nim tłumaczyć, co tak cholernie przypominało to, co sam chciał mu powiedzieć kilka chwil temu, musiał się bardzo pilnować żeby się nie uśmiechnąć. To nie był czas na śmieszki. Tym bardziej, że adwokacik powiedział to tonem jaki na pewno zrobiłby wrażenie na sali sądowej.
Chociaż klient na bank nie byłby zachwycony taką próbą obrony.
Tego też nie skomentował, w zamian oferując koński uwiąz i rozmowę w której, jak już ustalili, nie był najlepszy. Skoro jednak ważyły się losy rancza, a więc i jego rodziny, zamierzał się postarać. Nie miał innego wyjścia.
Uczepił się myśli, że Laurent nie przesiąkł do pestki zepsuciem wielkiego miasta i wciąż miał serce do rodzinnego domu. Jeśli tak było, wykorzysta to i może uratuje w ten sposób nie tylko swoją przyszłość, ale i przyszłość dzieciaka, który po prostu w jakimś momencie się pogubił.
Sam nie wiedział dlaczego widział w prawie trzydziestoletnim facecie nieopierzone pisklę.
Chyba przez to, że był dzieciakiem Luke'a, a on zawsze wypowiadał się o nim jak o małolacie, który nie wie co robi ze swoim życiem. Udzieliło mu się. Zresztą, kiedy patrzył na niego teraz, wydawało mu się, że dostrzega to zagubienie, o którym wiecznie wspominał stary.
Opuścił dłoń, ukrywając przypływ irytacji. Nie dlatego, że Laurent odmówił przyjęcia taśmy albo zwierzył się ze swoich marzeń. Zirytował go sposób w jaki opowiedział o swoim planie.
Wyglądało na to, że od początku czekał aż stary trząchnie kopytami żeby mógł "ustawić się do końca życia".
- Widzę, że masz już wszystko przemyślane - powiedział, ale tym razem głos miał grobowy. Jeśli Laurent nie był ignorantem, na pewno załapał jak jego słowa zostały odebrane. Na usta Logana cisnęły się kolejne złośliwe i cyniczne, o tym że całe szczęście, że Luke umarł akurat teraz, bo kto wie ile jeszcze musiałby się męczyć w tej kawalerce, ale przełknął je, nie chcąc zaogniać sytuacji.
Podjął spacer, nie dając po sobie poznać jak rewelacje o zadłużeniu nim wstrząsnęły. Pieprzony Luke. Dlaczego to ukrywał? Już dawno mówił mu, że powinni zatrudnić kogoś do ogarnięcia dokumentacji. Wcześniej zajmowała się tym Harper, była świetna w papierkowej robocie i po prostu to lubiła - kiedy żyła wszystko chodziło jak w zegarku. Widać z jej śmiercią zaczęło się naprawdę psuć, a on nie miał o tym pojęcia, ślepo ufając Luke'owi. No to teraz proszę, miał kolejny kłopot.
Jakby miał ich za mało.
Coś jednak sobie uświadomił, słuchając zwierzeń młodego Ashcrofta. I zamierzał się tym z nim podzielić.
- Wiesz, co właśnie zrobiłeś? - zapytał po chwili ciszy, zerkając na niego spod ronda kapelusza. - W kilka godzin znalazłeś wszystkie rozwiązania problemów, których twój ojciec i ja, nie dostrzegaliśmy przez lata. Wiesz dokładnie jak uratować to miejsce. - Posłał mu oszczędny uśmiech. Taka była prawda. Laurent mógł nie chcieć rancza, ale już myślał o nim jak właściciel. Gdyby dał sobie szansę, gdyby dał szansę temu miejscu, mogłoby odzyskać świetność a może nawet stać się dużo lepsze. Poza tym, chociaż przyznawał to z trudem, wyglądało na to, że stanowili idealny duet - on znał się na robocie, a Laurent na liczbach i umowach, czego chcieć więcej?
Legacy zrównał się z nimi więc Logan oparł dłoń na jego lśniącej, mocnej szyi. Kciukiem czule pogładził jasną sierść.
- Nie proszę cię żebyś rezygnował z marzeń - podjął po chwili. Głos miał łagodny, przypominał tembr, którym zwracał się wcześniej do młodego wierzchowca. - Chcesz być prawnikiem, bądź. Ale sprzedaż rancza to decyzja nieodwracalna. Pracę w zawodzie znajdziesz raz-dwa skoro jesteś taki dobry. - Posłał mu krzywy uśmiech, ale jego oczy były poważne. - Daj sobie rok. Dwa. Jeśli wtedy uznasz, że ranczo jest tylko ciężarem, sprzedasz je. Ale jeśli podpiszesz umowę teraz... - zawiesił głos, spoglądając na Legacy. Poklepał go pocieszająco, jakby miał się smucić całą tą sprawą równie mocno jak on - ...już nigdy nie będziesz mógł zmienić zdania.
Zatrzymał się i odwrócił do Laurenta. Blask zachodu ozłocił im skórę, kiedy stali tak pośrodku drogi, otoczeni szumem wonnych pól. Tak od siebie różni, a jednak związani właśnie tą ziemią.
- Mówisz o ranczu jak o aktywie, a dla mnie wyglądasz jak człowiek, który właśnie wrócił do domu.
Zanim adwokat zdążył odpowiedzieć, w oddali rozległo się piskliwe szczekanie. Logan odwrócił głowę, Legacy zastrzygł uszami.
Drogą, w tumanie kurzu biegł Beau, u jego boku Jet, a za nimi Travis, wołając pomeraniana żeby się zatrzymał. Biały kłębek miał go w czarnym, mokrym nosku i jak torpeda czystego szczęścia dopadł najpierw do Laurenta, skacząc mu na spodnie i brudząc je łapkami, a potem do Logana.
Legacy szarpnął głową, zrobił kilka kroków w bok. Beau szczekał uparcie, domagając się uwagi i strasząc go bardziej, więc mężczyzna schylił się i podniósł go, niemal od razu odsuwając od twarzy, kiedy pies próbował go polizać w przypływie szaleńczej miłości.
- Cholera, przepraszam tato! - Travis dobiegł do nich zdyszany. - Tylko na chwilę otworzyłem drzwi i już był na zewnątrz. Jest zwinny jak jaszczurka. - Te słowa skierował do Laurenta w formie nie skarżenia się, a zachwytu pasjonata.
Logan mruknął pod nosem coś niezrozumiałego i wcisnął chłopakowi uwiąz w dłoń.
- Zabierz Legacy do stajni - polecił, a chłopak niezrażony szorstkością swojego staruszka, raźno kiwnął głową i zacmokał na ogiera.
- Margy mówiła, że przegapiliście lunch, a już pora kolacji. Pewnie się niecierpliwi. Zrobiła tatrę truskawkową!
- Powiedz jej, że niedługo będziemy.
Travis zasalutował szczerząc zęby, a potem zagwizdał na Jeta i poszedł przodem. Owczarek posłusznie potruchtał przy jego nodze. Nie to co mały diabeł, którego Logan trzymał pod pachą jak upierdliwy pakunek.

Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Byłoby zdecydowanie łatwiej, gdyby Logan pozostał przy milczeniu.
Laurent nie potrzebował jego aprobaty dla swojego planu. Nie powinno go obchodzić, co myśli o nim ten zupełnie obcy facet, z którym różniło go absolutnie wszystko. Mógł zostawić swoją bezużyteczną opinię dla siebie. Zjeżył się więc, słysząc poważny ton, którym podsumował jego wypowiedź.
Owszem. Mam wszystko przemyślane — oznajmił dobitnie, nie widząc w tym nic niewłaściwego. Zachowanie Logana sprawiło, że z początku tylko bardziej utwierdził się w swoim postanowieniu i okopał na pozycji. — Nagle zrobiłeś się taki rozmowny?
Może powiedział Loganowi o zadłużeniu, chcąc pokazać, że wbrew swoim przekonaniom nie wie wszystkiego?
Drażniło go przeciągające się milczenie, ale tym razem go nie przerwał. Uparcie wpatrywał się w horyzont. Pożałował tej rozmowy, ponieważ podsycała wątpliwości, których w obecnej sytuacji wolałby nie mieć.
Westchnął głośno, słysząc opinię Logana. Pokręcił lekko głową, jakby próbował odgonić od siebie jego słowa.
To nie są moje problemy — stwierdził stanowczo, próbując szorstkim tonem uciąć niewygodną dyskusję. Nie chciał ratować upadającego rancza. Nie będzie żył życiem swojego ojca, a spełniał własne marzenia. Nie teraz, kiedy upragniona kariera stała przed nim otworem. Parsknął zirytowany nieproszoną, dobrą radą. — Nie zamierzam zmieniać zdania — powtórzył z uporem, wbijając nieustępliwe spojrzenie w Logana, który mógł wyczuć, że jeśli w tym momencie będzie nalegał zbyt mocno, to tylko wzmocni opór Laurenta. — Nie masz pojęcia, o czym mówisz. Jeśli zostanę tutaj na rok, to bezpowrotnie stracę rok. I nic więcej. Takiej oferty pracy nie dostaje się dwa razy w życiu! — znów uniósł głos. Logan wypowiadał wszystkie jego wątpliwości i to wyraźnie wytrącało młodego prawnika z równowagi. — Nic o mnie nie wiesz! Skończ z tymi mądrościami — jego krzyk zagłuszył szczekanie Beau.
Jego domem było Toronto. Nie Ashcroft Ranch. A Logan powie wszystko, żeby nie stracić roboty. Drażnił go tylko trafnymi pytaniami i rozsądnym tonem, tym ciepłym i wyrozumiałym uśmiechem.
Skrzywił się i schylił do swojego psa, głaszcząc go czule. On też był już przykurzony i wymagał kąpieli. Powitał Travisa lekkim uniesieniem dłoni, podczas gdy Beau radośnie obszczekiwał Logana, a gdy tylko znalazł się w jego ramionach, uparcie próbował sięgnąć różowym językiem jego twarzy.
Zdajesz sobie sprawę, że jeśli go pogłaszczesz to przestanie szczekać? — zapytał, spoglądając na mężczyznę z przekąsem, ale nie spróbował odebrać swojego psa, który w ramionach ranczera dyszał zadowolony. Z pewnych względów Laurent wcale mu się nie dziwił. — Rzeczoznawca przyjeżdża jutro o dziewiątej — poinformował tym bezlitosnym tonem, dając mu do zrozumienia, że uznaje ich rozmowę za zakończoną, a jego decyzja jest nieodwołalna.

Z początku chciał powiedzieć Margy, że nie jest głodny i wymówić się od wspólnej kolacji, ale skończyło się tak, że siedział przy stole i jadł dokładkę gulaszu, podczas gdy korpulentna gospodyni przygotowywała się do podania deseru, racząc ich plotkami na temat ludzi, o których Laurent nie miał pojęcia. Wątpił, by nawet Logan ich znał, ale okazywało się, że jakaś Emily na targu sprzedawała nieświeże kurczaki.
Co jakiś czas zabierał widelcem kawałek mięsa i rzucał go Beau, który dzielnie i uparcie tkwił przy jego krześle. Gdy tylko musiał zbyt długo czekać na smakołyk, to zaczynał cicho skomleć, a w jego ciemnych oczach malowała się bezdenna rozpacz. Laurent umoczył chleb w sosie, spoglądając na Jeta, który posłusznie leżał w korytarzu, choć też bez wątpienia poczęstowałby się czymś ze stołu.
Ty go tak wytresowałeś? — zwrócił się do Travisa, wykorzystując okazję, że Margy na moment zamilkła, układając solidne kawałki tarty na talerzach. — Myślisz, że dałbyś radę z Beau? — spojrzał na swojego psa, który właśnie dreptał w miejscu, nie mogąc doprosić się kolejnego kawałka mięsa. — Wiesz. Wystarczy, że przestałby kraść moje skarpetki, spać w ubraniach i jeść z mojego talerza — poirytowany ignorancją swoje właściciela Beau cicho szczeknął. — Zapłacę — zaproponował, a następnie rzucił psu kolejny kawałek mięsa, ściągając na siebie karcące spojrzenie gospodyni. Beau połknął mięso bez gryzienia i popędził żebrać do Logana.

Logan Callahan
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Beza
ODPOWIEDZ

Wróć do „Ashcroft Ranch”