-
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wszyscy wymieszali się ze sobą na parkiecie, oddając się czystej przyjemności. To nie miało przecież aż tak wielkiego znaczenia, kto z kim tańczy. Liczyło się, by się nieco wyżyć, wytopić z siebie procent i poocierać się w kontrolowanych warunkach. Liczyło się też, kto kogo łapie za dupę i w jaki sposób. Pewnie zareagowałaby inaczej, gdyby zrobiłby to chociażby Madox albo ktokolwiek inny z tej dziwacznej ekipy przybarowej. Coś jej podpowiadało, że mimo swoich odklejek, to byli dobrzy ludzie pełni szacunku do innych. Pech chciał, że w to całe towarzystwo wplątał się jakiś idiota. Nie dość, że niewychowany, to jeszcze wyjątkowo pyskaty. Zaczął wydzierać się na River, a ona nie miała zamiaru mu odpuszczać. Zacisnęła ręce w pieści gotowa wydrapać mu serce już za pierwsze, nieodpowiednie słowo. Z każdą kolejną sylabą było coraz gorzej. Dawno już nie miała do czynienia z gościem, który wypluwał w siebie w takim tempie oznaki kretynizmu, mizoginii i rasizmu. A na koniec zrobił z niej czyjąś własność. No to zdecydowanie było za dużo.
Matki zawsze ją uczyły, że należy kopać po jajach. I tak własnie zrobiła. Jej noga wystrzeliła do góry prosto między uda blondyna, który w ostatnim momencie zdążył ogarnąć, co się dzieje i zgiąć się na tyle, by cios nie sprawił, że jądra wyszły mu gardłem. Dostał zdecydowanie zbyt lekko jak na jej standardy. Skorzystała jego z faktu, że się nachylił i uderzyła go łokciem w łeb. Facet warknął rozwścieczony. Czy tak zadziałał na niego zapach własnej krwi, wypływającej mu z łuku brwiowego, czy może po prostu bezczelność Cros? Trudno powiedzieć.
— No chodź tu, chujcu. Przestraszyłeś się drobnej Azjatki? — parsknęła z pogardą, wypinając pierś do przodu. W tym momencie powinna raczej spierdalać, a nie go prowokować dalej. Facet machnął ręką i uderzył ją. Nie wymierzył jednak idealnie. Cios był większym zaskoczeniem niż bólem, przez co runęła na parkiet. Nie zdążyła nawet zdać sobie sprawy, że straciła pion, gdy usłyszała czyjś dziki wrzask. Podniosła głowę i zobaczyła cekiniarza, który uwiesił się na plecach blondyna jak jakaś małpa. Facet zachwiał się, nie mając pojęcia, co się dzieje i jak ma go z siebie zdjąć. Do akcji natychmiast dołączyła niedoszła ukochana Madoxa, która skorzystała z faktu, że fagas odchylił się do tyłu, machając rękami na oślep i ponownie przywaliła mu w jaja. Tym razem dostał porządnie. Cekiniarz zsunął się z jego pleców i wycofał tak szybko, że o mało nie pogubił nóg.
— Zajebiście! — wykrzyknęła Cross, zbierając się z podłogi i odgarniając włosy z twarzy. Zauważyła na swojej ręce nieco krwi, więc pomacała niepewnie głowę. Z nią akurat nie było tak źle. Wiedziała, że nawet przy najmniejszym rozcięciu przy skroni potrafi lać się jak ze świni.
— Przeprosisz, kurwo, czy najpierw mają cię wynieść? — wrzasnęła na chłopa, który już sam nie wiedział czy woli stać, siedzieć, położyć się czy wyfrunąć przez sufit. Rysowniczka rozejrzała się we wszystkie strony. Ludzie na parkiecie nieco się rozstąpili, ktoś kawałek gdzieś wrzasnął, ktoś inny chyba całkiem przypadkiem dostał w mordę. Ochrona zaraz zdecydowanie będzie miała co robić.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dzisiaj świetnie się bawił przy muzyce latynoskiej, zresztą jak chyba wszyscy, bo kiedy tequila krążyła w żyłach to w każdym budziło się coś z Shakiry, czy tam Malumy.
Ale zaraz się okazało, że w blond kolesiu obudziły się chyba jakieś maniery na poziomie rynsztoka... Chociaż może to był poziom Emptiness właśnie?
Jacy ludzie bawili się w klubach? W tym klubie? A no właśnie tacy jak oni, cały gabinet osobliwości.
I kiedy facet wyrzucał już z siebie te wszystkie słowa, to Madox naprawdę się ruszył i był gotowy go walnąć, ale zrobiła to River. Dobrze wymierzony kopniak prosto w jaja, aż sam Noriega się cofnął, bo mu się przypomniało, jak dostał takiego od Stewart, kiedy straciła chwilowo pamięć. A potem jeszcze River poprawiła łokciem, i może Madox jakby nie był zaręczony to by się zakochał, bo on miał jakąś chorą słabość do kobiet, które po prostu umiały się bić, a jego przyszła żona potrafiła złamać nos jednym ciosem. I jak tu się nie zakochać?
Tylko potem facet zdążył się odwinąć zanim Madox się ruszył i kiedy Cross wylądowała na ziemi, to się za nią obejrzał. Teraz to się wkurwił, bo Noriega mimo swej agresywnej natury i tego, że dla niego przemoc była na porządku dziennym, to nie popierał bicia kobieta. Dziwne jak na Kolumbijczyka, właściciela klubu nocnego, ale no cóż, taki był.
Już miał gościa sam skopać, tylko to co się zadziało potem wprawiło go w osłupienie. Cekiniarz wisiał facetowi na plecach jak jakaś małpa, a kopa sprzedała mu na dokładkę niedoszła i nieprawdziwa Madoxa. Noriega patrzył na to z otwartymi ustami, ale w końcu ruszył się z miejsca, bo... no chyba byłby chory, gdyby sobie darował. Jak on tylko bardziej od bójek to lubił chyba seks. Ale na to dzisiaj nie liczył, nie w klubie, chociaż może chętni też by się znaleźli. Madox nawet chwili się z gościem nie bawił, tylko chwycił go za rękę, a zaraz mu ją wykręcił tak, że prawie wyjebał ze stawu, podciął go jednym kopniakiem i na kolana, nisko. A ten chwyt to miał już chyba opanowany do perfekcji.
- Najpierw przeprosi - rzucił i jeszcze gościa docisnął kolanem. Ochroniarze już czekali, ale wiedzieli, że szefowi się nie przerywa, no chyba, że wpadł w furię... to wtedy czasem go trzeba odciągnąć, ale dzisiaj był grzeczny.
Niegrzeczny był za to blondyn, bo się szarpnął i splunął krwią na podłogę, pod nogi River.
- Nie będę jej kurwa przepraszał... - rzucił. Z jednej strony imponowało to Madoxowi, a z drugiej... jeszcze bardziej go podkurwiło i jak trzymał typa za rękę to wykręcił ją mocniej, aż facet krzyknął, na całe szczęście równo z Rickim Martinem, więc mimo tego, że zrobiło się dookoła zbiegowisko, to gdzieś dalej inne parki jeszcze sobie tańczyły.
- Przeproś ją, albo ci kurwa wybiję bark, a już tak malutko brakuje... - warknął mu do ucha Noriega - do trzech... jeden... - zaczął liczyć, a przy okazji wykręcał kolesiowi łapę tak, że bolało, kurewsko - dwa... - złamie się czy się nie złamie? Ręka, czy gość? No miejmy nadzieję że on -trzy.
Ciszę przerwał nie odgłos łamanej kości, na szczęście, tylko głos faceta.
- Przepraszam...
- Dalej - syknął Madox, bo co to za przeprosiny? Skoro już był na kolanach to powinien się bardziej postarać - za co? - podpuścił go jeszcze Noriega.
- Za to jak cię nazwałem - mruknął gość, trochę niechętnie, chociaż ten grymas na jego gębie to mógł też być po prostu przejaw bólu.
- Bo jestem? - znęcał się nad nim Madox.
- Co jestem? - zapytał facet.
- No co jesteś? Debilem kurwa - od razu wypalił Madox, a zaraz pchnął kolesia na ziemię i machnął ręką na ochroniarzy - zabrać go - do gościa doskoczyło dwóch karków, którzy zaraz go złapali za bety i wywlekli z klubu. A Madox najpierw się uśmiechnął do ekipy, która... no zajebiście sobie poradziła. Ale po chwili stanął na przeciwko River, żeby sięgnąć wytatuowanymi palcami do jej jasnego policzka, przesunąć nimi po bladej skórze - będzie siniak... - zacmokał - przepraszam, ale trochę mnie zamurowało - bo powinien zareagować wcześniej. Madox w końcu miał wyczulone reakcje, przez lata w tej robocie - przyniosę ci lód - no tyle chociaż mógł teraz zrobić.
River Cross
-
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kiwnęła głową z uznaniem, gdy przy gościu znalazł się Noriega, który poradził sobie z nim bardzo sprawnie. Zdecydowanie znał się na rzeczy i pewnie to ćwiczył, a nie tylko tłukł się z obcymi po kątach. Znów okazało się, że do wielu spraw mają podobne podejście. Również uważała, że zasługiwała na przeprosiny, ale po prostu wiedziała, że sama nie da rady ich wymusić. Dobrze, że zaraz obok był taki rycerz w lśniącej zbroi jak Madox! No dobra, może nie w zbroi, ale trochę brzęczał jak chodził przez tę całą biżuterię. Obserwowała wijącego się przed nią faceta z satysfakcją. Chyba powinna wpadać do Emptiness dużo częściej, skoro oznaczało to takie atrakcje.
Cekiniarz i blondynka podbiegli do Cross, gdy gość zniknął z pola widzenia, by upewnić się, że nadal była w jednym kawałku. Uśmiechnęła się do nich serdecznie i sprezentowała im po krótkim buziaku.
— Tak coś czułam, że jesteście jacyś pierdolnięci — pochwaliła ich z czułością. Oboje sprawiali wrażenie nieco zmieszanych, ale zadowolonych. Na pewno wstąpiła w nich jakaś nowa energia. Może oboje wreszcie zyskają nieco pewności siebie, która pomoże im w kolejnych podbojach?
— Jak widzisz, umiem sobie radzić całkiem nieźle — zwróciła się do Madoxa. Nie miała przecież żadnego powodu, żeby mieć do niego żal. Zrobił co do niego należało i to najważniejsze. No i miał świetny pomysł z tym lodem. Trzeba było szybko to przykryć, żeby się nie rozbabrało.
— I pomyśleć, że gdyby tylko rozegrał to mądrzej, mógłby przede mną klęczeć z własnej woli — westchnęła z udawanym żalem, ruszając za Noriegą w stronę miejsca, gdzie będzie mogła się trochę ogarnąć. Chwila przerwy na pewno dobrze jej zrobi, nie da się być narwanym bez przerwy. Chyba.
— Bójki tutaj jeszcze nie przeżyłam. Co macie następne w kolejce? Romski ślub, zawody w goleniu lamy czy składanie ofiar bogom płodności? — wypaliła pierwsze rzeczy, jakie tylko wpadły jej do głowy i jakkolwiek kojarzyły jej się z melanżem. Może i golenie lamy nie brzmiało zbyt ekscytująco, ale skoro kiedyś przeżyli jakieś wariactwa z kaczką, to i lama się nada.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bo Madox był narwany, pierdolnięty.
Ale też kulturka musiała być. I gość musiał Cross przeprosić, nie było innej opcji. A że Noriega trenował trzy, a czasem pięć, razy w tygodniu na sali ze swoimi ochroniarzami, albo psami... To umiał się bić. Umiał gościa rozłożyć w kilka sprawnych ruchach i nawet się przy tym nie spocił.
Chociaż powachlował się koszulą, kiedy już kazał kolesia wypierdolić i odprowadził go ciemnym spojrzeniem. A zaraz odwracał się do reszty i wyszczerzył w uśmiechu, gdy River powiedziała to, że czuła, że są jacyś pierdolnięci, jak dla Madoxa to na plus, bo on sam był i lubił takich ludzi.
A zaraz stał przy River oceniając szkody.
- Musiałem go pierdolnąć na ziemię, bo bałem się, że go rozszarpiesz... - puścił do niej oczko, ale zaraz znowu się uśmiechnął - chociaż ten kopniak... Jakbym nie miał narzeczonej, to już bym cię zapraszał na drinka - wytknął jej czubek języka w zaczepnym uśmiechu.
Na kolejne słowa Cross parsknął śmiechem - nie dość, że gość sobie tutaj przepierdolił, to jeszcze... spierdolił, ja bym to inaczej rozegrał i klęknął - Madox to sobie lubił pogadać, a zwłaszcza to lubił takie jakieś dwuznaczne teksty. Tylko, że przecież oboje wiedzieli, że był zaręczony i prędzej by go narzeczona potraktowała podobnym kopniakiem jak Cross tego kolesia, niż on by chociaż pomyślał o klęczeniu przed innymi laskami. Nie myślał, ale zaraz poprowadził River na zaplecze, otworzył przed nią drzwi i wskazał jej starą, wielką zamrażarkę, na której bardzo chętnie zawsze siedziała jego narzeczona. Otworzył ją i zajrzał do środka, ale ktoś tam zrobił istny armagedon i...
Noriega musiał upaść na kolana. Przed obcą babą.
Ale tylko po to, żeby z dna zamrażary wyciągnąć paczkę z lodem. Otworzył ją i wyciągnął kilka kostek, które zaraz umieścił w ładnej ściereczce w kwiatki, którą podał Cross.
- Nie przeżyłaś tu bójki? Średnio trzy razy w tygodniu jakąś mamy, a jak siedziałem tu częściej to było pięć - i to akurat była szczera prawda, że Madox... on lubił te mordobicia. Oparł się o zamrażarkę, którą zamknął i zamyślił - romski ślub brzmi zajebiście, ale znam tylko jednego gościa, który ma cygańskie korzenie, ale on jest przeciwnikiem wszelkich ślubów - śmieszne, bo mówił o Williamie Patelu, z którym sam wziął ślub w Vegas - a golenie przypadkowych kolesi, którzy przegrali zakład? Liczy się? Raz tu takich opierdalaliśmy na łyso, gość płakał, mówię ci River, beczał jak dziecko, jak goliliśmy mu brodę, a miał taką potąd - pokazał jej swój pępek. Na zapleczu była też umywalka, nawet lusterko i toaleta, gdzie Cross mogła się ogarnąć, tylko jak skoro Madox ją cały czas zagadywał? - Ej a nie da się niepłodności? Nie lubię dzieci i dla takich niepłodności to mógłbym nawet złożyć jakąś ofiarę - pokiwał głową. Co prawda kaczek i lam tu wcale nie było, na tym zapleczu, ale Madox znalazł zaraz butelkę z rumem, którą odkorkował zębami - nie wiem... odkażasz się? Może od środka, na te siniaki? - no tak... Każdy powód był dobry. Ale to był też ten dobry medelliński rum, więc no... jak tutaj odmówić? A on już wyciągał flachę w kierunku Cross - a co powiesz na to... wezmę cię kiedyś na salkę i pokażę ci jak takiego kolesia obezwładnić zanim ci się odwinie? - zaproponował, no bo jednak Madox to trochę się na tym znał. Chłopaków uczył się bić, to dziewczynę też chyba mógł w tym podszkolić. Zwłaszcza swoją kumpelę.
River Cross
-
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Życzę ci, żebyś już nigdy nie miał takiej możliwości, ale jakby jednak się coś odjebało, to dzwoń do mnie śmiało. Zawsze pozwolę ci przede mną klęknąć. — Powinni zawrzeć jedną z tych umów, że jak będą oboje samotni w dniu czterdziestych urodzin, to się ze sobą zejdą. Problem w tym, że Madoxowi już niewiele brakowało, a Cross ostatnie, o czym chciała myśleć, to zamążpójście. On był szczęśliwy ze swoją kobietą, ona była nieszczęśliwa uganiając się za
Weszła za nim na zaplecze, rozglądając się całkowicie odruchowo. Niespecjalnie obchodziło ją, co tył klubu miał do zaoferowania, ale była tak nauczona wyłapywania detali z własnej codzienności, że nie potrafiłaby sobie tego odmówić. O dziwo jednak to zaplecze nie różniło się specjalnie od innych, które do tej pory widziała. Można byłoby się spodziewać, że na tyłach Emptiness znajduje się co najmniej coś takiego jak fabryka Willego Wonki, ale niestety – nic z tego.
— Jak na złość zawsze, gdy tu wpadałam, panował pokój i miłość. A może jednak ktoś się tłukł, tylko ja się w to nie pakowałam? — Wzruszyła ramionami, nie będąc pewną, która wersja była bliższa prawdy. To przecież nie tak, że leciała na ślepo, gdy tylko usłyszała dźwięki dawania sobie po mordzie. W cudze konflikty raczej się nie pakowała, no chyba że była w stanie dostrzec, że ktoś bezczelnie wyżywa się na kimś ewidentnie słabszym. Westchnęła krótko, zawiedziona, że ominie ją romski ślub. Będzie musiała zapamiętać, że jak tylko jakichś chętnych do ożenku Romów spotka, to musi koniecznie dać im ten adres.
— Jest taki rytuał i nazywa się wazektomia. Polecam ci go serdecznie — prychnęła rozbawiona i podeszła do lustra, w którym mogła się przejrzeć. Tyle dobrego, że chwilowo była zauroczona w kobiecie i żadne dziecko im nie groziło. To byłaby dopiero, heh, zgroza. Przemyła twarz z resztek krwi i wymacała ostrożnie skórę, żeby upewnić się, że przestało już lecieć. Tak jak się spodziewała, nie było tragedii. To zawsze gorzej wyglądało niż przynosiło faktyczne szkody.
— No i to jest zajebisty pomysł. Ostrzegam tylko, że jestem wyjątkowo pyskatą uczennicą. — Sięgnęła po zaoferowaną butelkę i od razu upiła kilka łyków. Uśmiechnęła się zadowolona, bo alkohol oczywiście od razu pomógł zarówno na ból fizyczny, jak i ten egzystencjalny. Przyłożyła do skroni lód otoczony ściereczką, mając nadzieję, że jednak nie wyrośnie jej tam kolosalny guz.
— A jak ci się właściwie odwdzięczę? Może jakiś portret w promocyjnej cenie? O, albo akt z narzeczoną! W sumie jestem w szoku, że połowa ścian w klubie nie jest obklejona twoją twarzą. — Skoro tak bardzo siebie lubił, to powinien to pokazywać na prawo i lewo! Madox świetnie sprawdziłby się jako postać w jednym z jej komiksów, ale dzięki swojej barwności będzie też doskonale wyglądał na wielkim płótnie. Raczej nie malowała za pieniądze, ale w Noriedze było coś inspirującego.
Madox A. Noriega