Problem polegał na tym, że Jesse nie mógłby być teraz gdziekolwiek indziej. Znaczy, mógłby być poza ambulatorium, ale nie o to chodziło. Henderson urodził się do bycia żołnierzem. Dosłownie płynęło to w jego żyłach. W każdej innej pracy, czułby się po prostu niespełniony. Potrzebował tej ciągłej adrenaliny, tego deszczu emocji, tej wojskowej hierarchiczności i po prostu możliwości, o których w tak zwanym cywilu nawet by nie pomyślał. Co prawda na niektóre wyczyny zaczynał być już odrobinę zbyt dojrzały wiekiem, żeby nie powiedzieć, że za stary, o czym świadczył chociażby fakt, że znajdował się aktualnie na szpitalnym łóżku – starał się jednak nie myśleć o tym za wiele. —
Nie wysiedziałbym tyle za biurkiem — stwierdził. Czasami praca zmuszała go do siedzenia przed komputerowym monitorem przy biurku parę godzin i to nawet dość często – zdecydowanie częściej niż sądził, że będzie musiał przed służbą. —
Toronto? — powtórzył za nią z lekkim zdumieniem. —
Byłem tam parę razy. Faktycznie, tutaj lepiej wszystko widać — stwierdził. Może nie pamiętał dokładnie widoków tamtejszego nieba, bo aż tak często się mu nie przyglądał. Wiedział jednak jak wielkomiejskie światła potrafiły przyćmić gwiazdozbiory, które tutaj były na wyciągnięcie ręki.
Musiał przyznać, że trochę go zaintrygowało, co takiego sprawiło, że musiała uciekać aż tak daleko, jednak – pomimo sporej dawki leków – myślał wystarczająco trzeźwo, aby wiedzieć, że nie wypadało pytać, a przede wszystkim teraz. Skoro jednak zapewniała, że jeszcze go odwiedzi, to istniała szansa, że faktycznie tak będzie a i również, że pojawi się okazja do rozmów w takim tonie. —
Nie musi być. Dajmy jej trochę odpocząć — stwierdził, zsuwając się powoli do pozycji leżącej. Póki jeszcze mógł, to wypadało trochę odpocząć. —
Dziękuję, Iris — rzucił jeszcze nim zniknęła ona za framugą drzwi.
W ciągu dnia przez salę Hendersona przewinęło się sporo osób. Kilku znajomych ze sztabu, bezpośredni przełożony i przede wszystkim podlegli żołnierze, którzy również w całej akcji brali udział. To na ich odwiedziny czekał najbardziej. Było faktycznie tak, jak wspominała Iris – to Jesse najgorzej na tym wszystkim wyszedł, co stało się powodem do żartów między mężczyznami, którzy to co najwyżej kilka zadrapań i lekkich naciągnięć mieli. —
Tak to jest, gdy trzeba za was wszystko kończyć — powiedział żartobliwie. Wypytał ich o wszystko – jak wrócili na bazę, czy na pewno nic im się nie stało, czy misja rzeczywiście powiodła się w stu procentach i spełniła wszystkie założenia. Duma go rozpierała, gdy niewiele młodsze od niego chłopaki opowiadały o całym zajściu. Widać było, że rozmawiał z profesjonalistami, chociaż z boku ich dyskusja nie sugerowałaby raczej, że dyskutują między sobą członkowie grupy specjalnej. Prawdopodobnie rozmawialiby tak i pół nocy albo więcej, gdyby pielęgniarka zwyczajnie nie wyprosiła ich o później już godzinie. I tak znacząco ich pobyt wydłużyła na prośby samego poszkodowanego. Uargumentowała to potrzebą odpoczynku dla Hendersona. On sam tego przyznać nie zamierzał – że jest zmęczony, że wszystko go znowu boli i leki zwyczajnie powoli z niego schodziły. Nie chciał tak zamartwiać świętujących triumf żołnierzy. Pożegnał się z nimi niechętnie, jednak odetchnął z ulgą, gdy po raz kolejny został sam na sali. I znowu ta wszechobecna cisza przerywana jedynie pikaniem aparatury. Gdyby nie te dźwięki zapomniałby w ogóle, że jest do czegokolwiek podpięty. No dobrze, gdyby nie dźwięki i fakt, że co chwila haczyk o kable, gdy wykonywał gwałtowniejszy ruch – za każdym razem myślał wtedy o ratowniczce, która mimo zapowiedzi, jako się do niego nie wybierała. Nie, żeby czekał. Widział, że ambulatorium powoli pustoszeje i jedynie osoby dyżurujące pozostają na stanowiskach. Zerknął nawet na zegarek. Było chyba nawet już zbyt późno, aby przyszła.
Potrzebował napić się wody. Szklanka przy jego łóżku była już pusta, jednak dostrzegł, że na szafce dalej prawdopodobnie jeden z jego znajomych zostawił zgrzewkę. Nie chciał kłopotać pielęgniarek dzwonieniem, dlatego postanowił, że sam się do niej przejdzie. Dzieliło go raptem parę kroków. Był już w pozycji siedzącej, więc wydawało mu się, że najcięższe już za nim. Postawił gołą stopę na zimnych kafelkach o syknął pod nosem. Nie dość, że zaskoczył go chłód pos stopą, to jeszcze poczuł, jak opatrunek na udzie lekko oderwał się od jego nogi. Nieogolona w jeszcze większy dyskomfort go wprawiła. Nim jednak druga noga dołączyła, dostrzegł znajomą sylwetkę w drzwiach. —
Tyle nie przychodziłaś, że już chciałem iść Cię szukać — rzucił pewnie, próbując uzasadnić swoje działania. Po jej minie widział, że takiego kitu wciskać mu nie powinien. Musiał jednak przyznać, że cieplej na sercu zrobiło mu się na jej widok – nawet, jeżeli przyszła wykonywać jedynie swoje służbowe obowiązki, miło, że nie wkręciła w to kogoś innego jak na przykład Bonnie często miała w zwyczaju wieczorami, gdy już jej się nie chciało robić. —
To czas na opatrunki czy dalej będziesz mi opowiadać czemu walka z Talibami jest lepsza niż Toronto? — zapytał, licząc, że druga opcja była tą prawdziwą. —
Ja ci wtedy opowiem, dlaczego Talibowie są lepsi od moich rodzinnych stron — zaproponował. Rozsądna propozycja. —
Ale podasz mi najpierw wody?
Iris Valentine