ODPOWIEDZ
27 y/o
For good luck!
185 cm
strażak w Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt. I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

2 | To nasze początki, które możesz pamiętać jak przez mgłę przez ilość alkoholu w Twojej krwi


Russell od dobrych dwóch godzin siedział przy największym stoliku w całym barze i coraz bardziej dochodził do wniosku, że był jedyną trzeźwo myślącą osobą w promieniu kilkudziesięciu metrów. Po jego lewej stronie Ethan właśnie tłumaczył barmanowi teorię, według której każdy człowiek ma gdzieś na świecie swojego złego bliźniaka. Problem polegał na tym, że próbował to zrobić już czwarty raz. Po prawej Lucas śmiał się tak głośno z własnego żartu, że nikt nawet nie usłyszał puenty. Russell pokręcił głową z rozbawieniem, obracając szklankę w dłoni. Atmosfera była dobra, muzyka przyjemnie wypełniała wnętrze lokalu, a mimo to jego uwaga od samego początku wieczoru skupiała się na kimś zupełnie innym. Brunetka siedząca przy barze przyciągnęła jego wzrok niemal od razu. Była z koleżankami i sama również dobrze się bawiła. Nie chciał zostawiać kumpli, bo obiecywał im to wyjście od bardzo dawna. W innym przypadku na pewno wystrzeliłby do niej jak z rakiety. Podobała mu się. Nie potrafił nawet wskazać konkretnego powodu. Może chodziło o sposób, w jaki obserwowała ludzi wokół siebie, jakby sama świetnie się bawiła, nie potrzebując do tego całego tego chaosu. Może o ten lekki uśmiech pojawiający się od czasu do czasu na jej ustach. A może po prostu była cholernie piękna.
Kilka razy złapał się na tym, że zerkał w jej stronę dłużej, niż powinien. I wtedy wydarzyło się coś, czego kompletnie się nie spodziewał. Dziewczyna pojawiła się przy ich stoliku. Po prostu i nawet nie zdążył się zorientować kiedy to się stało. Jakby los stwierdził, że dzisiejszy wieczór zrobi mu mały prezent. Ktoś przesunął się na ławce, robiąc jej miejsce, a Russell przez moment obserwował tę sytuację z niedowierzaniem. Dopiero po chwili uniósł brew i odwrócił się w jej stronę.
Muszę przyznać, że masz fatalne wyczucie czasu — odezwał się, zerkając znacząco na swoich kompletnie pijanych kumpli. W tym samym momencie Ethan próbował otworzyć paczkę orzeszków odwrotną stroną — bo teraz możesz odnieść wrażenie, że regularnie spotykam się z grupą ludzi, którzy mają wspólnie jeden mózg i używają go na zmianę — spojrzał na nią uważniej, opierając łokieć o blat stołu i roześmiał się głośniej, gdy znów zerknął na kumpli. Ponownie wrócił wzrokiem do brunetki, czekając na to co powie i jaki miała zamiar dosiadając się do ich stolika.

lorelai martin
russell
24 y/o
For good luck!
161 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Went to the doctor and she said I was fine. But every movie that I see makes me cry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie chciała wychodzić na miasto. Gdyby jedynie od niej to zależało, zostałaby w domu albo nawet przedłużyła sobie zmianę w pracy, co by w następnym tygodniu na świstku z wypłatą pojawiła się trochę większa kwota niż ostatnio. Miała jednak ona wśród znajomych osoby, które nie potrafiły odpuszczać, a już w szczególności, jeżeli rozchodziło się o piątkowe wyjście. Cathy chciała uczcić przy drinkach, dobrej muzyce i wspaniałym towarzystwie swój najnowszy angaż i to roli pierwszoplanowej. Z tego powodu - nieważne, jak bardzo Lorelai nie chciała tego dnia wychodzić - po prostu musiała. Wiedziała, jakie to ważne było dla znajomej. Sama zresztą, chciałaby w niedalekiej przyszłości na jej miejscu się znaleźć.

Wyszła z założenia, że nie musi pić dużo. Jeden czy dwa drinki przecież by wystarczyły, aby wznieść toast i przy jakimś kolorowym koktajlu obgadać ostatnie wydarzenia. Wystarczyłyby zdecydowanie, jednak po pierwszym wysokoprocentowym mojito wypiła kolejne, a później jeszcze następne, a i jeszcze whisky w międzyczasie zdążyła spróbować, nie wspominając już o piwach stawianych przez przypadkowych mężczyzn, którzy myśleli, że wyciągną lekko już wstawioną brunetkę do mieszkania na kilka upojnych chwil. Pech – dla nich oczywiście - chciał, że panience Martin w oko już pewna osoba, na samym wejściu do baru, wpadła. Zerkała w jego stronę co jakiś czas, wyglądając, czy nie dosiada się do niego jakaś dziewczyna albo czy i on w jej kierunku również zerka. Liczyła trochę, że może on do niej podejdzie, jednak nic niestety się na to nie zapowiadało. Nim Lorrie zdążyła podzielić się z koleżankami, kto tego wieczoru jej obiektem westchnień został, odezwała się Cathy, z tym samym tematem. I na nieszczęście Lorrie, tym samym obiektem westchnień.

— Idź do niego zagadaj — powiedziała jedna.

— No spróbuj — zachęciła druga.

Ładny jest — rzuciła w końcu Lorrie — Jak ty nie spróbujesz, to to chyba ja się do niego przejdę — dodała, śmiejąc się wraz z innymi dziewczynami, nie spodziewając się odpowiedzi koleżanki.

— W takim razie idź — powiedziała pewnie Cathy, wzruszając ramionami. Lorelai spojrzała na nią niepewnie, a następnie na inne dziewczyny, które również trochę zaskoczone tą odpowiedzią były. — Zobaczymy, której faktycznie się nie będzie mógł oprzeć — dodała, brzmiąc przy tym w pełni poważnie. Lorrie prawdopodobnie w tej sytuacji nic by nie zrobiła, jednak szumiący już w jej głowie alkohol podpowiedział jej, aby “przyjąć” wyzwanie koleżanki. W szczególności, że jej ten chłopak również w oko wpadł.

Brunetka podniosła się z miejsca i ruszyła w stronę chłopaka. Wciąż siedział ze znajomymi, jednak wydawali się być oni już w takim stanie, że jej obecność nie przeszkadzała im zbytnio. Jeden z nich nawet przesunął się, aby dziewczyna mogła się dosiąść. Postawiła swojego drinka na blacie, a następnie usiadła. Naprzeciwko chłopaka, któremu wcześniej tak się przyglądała. Uśmiechnęła się na jego komentarz. — Gdybyś to ty podszedł do naszego stolika, pomyślałbyś dokładnie to samo o mnie i moich znajomych — rzuciła, zerkając kątem oka na stolik z dziewczynami, które dokładnie obserwowały jej każdy ruch. — Trafił więc chyba swój na swego — dodała, podpierając się łokciami o blat stolika.

Cholera, z bliska jesteś jeszcze przystojniejszy — powiedziała, przygryzając delikatnie wargę, a dosłownie chwilę po tym, jej twarz zalała się rumieńcem. Nie wiedziała, że na głos swoje myśli wypowiadała. Oj, ewidentnie alkoholu miała wystarczająco. — Nie, żebym Ci się przyglądała. O matko, możemy uznać, że tego nie powiedziałam? — zapytała, chowając twarz w dłonie. — Pomyślałam, ale nie powiedziałam — sprecyzowała dla jasności.

Russell Decker
27 y/o
For good luck!
185 cm
strażak w Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt. I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Russell przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, jakby próbował upewnić się, że to nie kolejny efekt tego wieczoru i tego, co jego kumple wrzucali właśnie do swojego organizmu bez żadnego planu przetrwania. Ale nie — była realna. Siedziała tuż obok niego, zupełnie spokojnie wtapiając się w ich chaotyczny stolik, jakby od zawsze tam pasowała. Kiedy odpowiedziała na jego pierwszą uwagę, uniósł lekko kącik ust. — Czyli sugerujesz, że jesteście żeńską wersją mojej grupy? — rzucił, zerkając przelotnie na jej znajomych przy barze — W takim razie współczuję twoim koleżankom. Ja przynajmniej mam prawo do tej degeneracji, one wyglądają, jakby ktoś je wciągnął w to siłą — zakomunikował, po czym się roześmiał. Oczywiście żartował, ale przecież ona nie musiała o tym wiedzieć.
Oparł się wygodniej, obracając szklankę w dłoni, ale jego wzrok nie uciekał z jej twarzy ani na sekundę. Obserwował ją tak samo, jak ona wcześniej obserwowała salę — tylko bardziej bez skrępowania. Kiedy powiedziała, że „trafił swój na swego”, parsknął cicho śmiechem. — To brzmi jak coś, co mówi się na weselach po trzecim toaście, ale dam ci to przeżyć — odpowiedział spokojnie, przechylając głowę. — na razie — zaznaczył, przytakując głową. Mimo wszystko spodobała mu się jej odwaga i to, że to ona poczyniła jakiś krok. Dała mu tym samym sygnał do tego, że wpadł jej w oko. I nawet na to długo czekać nie musiał, bo wtedy przyszło to nagłe, niekontrolowane wyznanie. Russell aż na moment uniósł brwi wyżej, a potem jego spojrzenie zrobiło się wyraźnie bardziej rozbawione. Nie złośliwe — raczej takie, które mówiło no proszę. Gdy zasłoniła twarz dłońmi, pokręcił głową i lekko nachylił się w jej stronę, jakby chciał ją wyciągnąć z tej nagłej paniki. — Powiedziałaś, ale nie uciekaj, jeszcze nie zdążyłem się tym nacieszyć — powiedział spokojnie, opierając łokieć o stół. Zawiesił na niej spojrzenie trochę dłużej, niż wypadało w grzecznej rozmowie między nieznajomymi. W jego oczach nie było ani krzty niezręczności — tylko szczere zainteresowanie, które nawet nie próbowało się ukrywać. — i tak między nami — dodał ciszej, bardziej swobodnie — to całe pomyślałam, ale nie powiedziałam brzmi jak najgorsze kłamstwo, które ktoś próbował mi sprzedać — zaśmiał się po czym na moment spojrzał w stronę jej stolika, gdzie jej koleżanki wciąż obserwowały scenę jak mecz finałowy, po czym wrócił do niej.
A skoro już jesteśmy przy szczerości — odchylił się z powrotem, ale jego głos nie stracił pewności siebi. Zrobił krótką pauzę, jakby pozwalał jej to przetrawić — Gdyby nie ta banda głąbów, z którymi tu siedzę — rzucił, wskazując niedbale na chłopaków, którzy nawet nie zorientowali się, że ich obraził, a nawet jeden właśnie próbował „pomóc” drugiemu znaleźć telefon w kieszeni, w której telefon ewidentnie nie był — to już dawno siedziałbym przy twoim stoliku — zakomunikował, po czym jeden z jego kącików ust powędrował ku górze. — Russell — wyciągnął w jej kierunku dłoń, aby choć trochę wyglądało to profesjonalnie. Nawet na sekundę nie spuścił z niej wzroku. Miała piękne, ciemnobrązowe oczy, które w jednej chwili go kupiły. Uśmiechnął się lekko, tym razem bardziej miękko niż wcześniej. — powiedz mi piękna nieznajoma, przyszłaś tu zrobić zamieszanie i uciec, czy jednak zamierzasz zostać chwilę dłużej? — zapytał szczerze przegryzając dolną wargę swoich ust.

lorelai martin
russell
24 y/o
For good luck!
161 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Went to the doctor and she said I was fine. But every movie that I see makes me cry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Lorelai nie potrzebowała dużych ilości alkoholu, aby w dobry nastrój się wprawić. Od zawsze miała słabą głowę, a jej niewielkie gabaryty nie sprzyjały długim i przede wszystkim bardzo zakrapianym spotkaniom towarzyskim. Dziewczyna była tego świadoma i z tego powodu starała się unikać takich przedsięwzięć. Nie przepadała za złym samopoczuciem, które zawsze po takich wyjściach męczyło ją na następny dzień. Czasami jednak nie było sposobu, aby się z tego wywinąć - tak jak na przykład tego wieczoru. Siedząc z koleżankami i czując już jak alkohol coraz bardziej przez nią przemawia, żałowała wypitych do tej pory drinków. Podejście jej jednak uległo zmianie, gdy właśnie za sprawą procentów znalazła się tuż przed przystojnym brunetem. Bez nich, aż taką odwagą (a może głupotą) raczej by się nie wykazała.

Czuła się lekko zawstydzona swoim przypływem niekoniecznie potrzebnej w tym momencie szczerości. Rzuconych już słów wycofać się nie dało, aczkolwiek w tym wypadku wychodziło to na korzyść brunetki. Słysząc jego słowa, odsłoniła swoją twarz. Spojrzała na niego, chcąc upewnić się, że na pewno się nie przesłyszała. Tak jednak nie było. Mężczyzna ewidentnie ją również podrywał! A myślała, że takie historie zdarzają się tylko w filmach. Była tą całą sytuacją tak podekscytowana, że momentalnie zapomniała o swoich koleżankach przy stoliku z tyłu, a które dalej z uwagą i zaciekawieniem przyglądały się poczynaniom Lorelai.

Winna — przyznała, podnosząc ręce w geście obronnym. — Nie umiem kompletnie kłamać — dodała, chociaż sama Lorrie nie wiedziała jak dobrym kłamcą w rzeczywistości była. Po prostu nie miała jeszcze okazji w swoim dwudziestotrzyletnim życiu faktycznie się wykazać. — Ale za wadę raczej tego uznać nie można — dodała, chwytając do ręki swoją szklankę i upijając łyka. Teraz już ten drink smakował jak sok.

Podrywając mnie, czy moje koleżanki? — Czuła się pewnie zadając to pytanie, po tym, jak poniekąd ustalili, że obydwoje wpadli sobie w oko. To pytanie wydawało się zatem zbędne, ale Lorrie po prostu chciała to usłyszeć. — Lorelai — odpowiedziała, również wyciągając do niego swoją dłoń. Jego ręka nie była delikatna, czuć było, że wiedział czym jest praca. Zaciekawił tym dziewczynę. Z tą twarzą modela nie podejrzewała go o ciężką fizyczną pracę, aczkolwiek sylwetka sugerowała też, że całych dni za biurkiem nie spędzał. — Ale większość mówi po prostu Lorrie — dodała, jego dłoni dalej nie puszczając.

Na jego pytanie udała, że chwilę się zastanawia. Nie musiała, bo prawda była taka, że z żadnym większym zamiarem do niego nie przyszła. Nie spodziewała się, że ich rozmowa dalej będzie po tym czasie trwać - nie myślała, że w ogóle do jakiejkolwiek między nimi dojdzie, biorąc pod uwagę jej stan (nie)trzeźwości. — Zdecydowanie zamieszać i uciec — odpowiedziała, kiwając lekko głową. — Uznałam jednak, że może będziesz chciał mi w tym towarzyszyć — dodała, wzruszając lekko ramionami. — Chyba, że masz inne plany, którymi wystarczająco mnie zaciekawisz. — Nieważne, co by zaproponował - Lorrie miała wrażenie, że Russ byłby tego wieczoru w stanie namówić ją dosłownie na wszystko.

Russell Decker
27 y/o
For good luck!
185 cm
strażak w Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt. I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Brunet nie potrafił przestać się uśmiechać. Im dłużej siedziała naprzeciwko niego, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że ten wieczór niespodziewanie zaczął zmierzać w znacznie ciekawszym kierunku, niż zakładał jeszcze godzinę temu. Przyszedł tutaj napić się ze znajomymi, pośmiać się z ich głupich żartów i wrócić do domu późno w nocy. Nie planował poznawania nikogo nowego, a już na pewno nie dziewczyny, która najpierw odważnie zajmie miejsce przy jego stoliku, a chwilę później będzie rumienić się po własnych słowach i trzeba przyznać, że było w tym coś bardzo uroczego.
Patrzył na nią przez moment, gdy przyznała, że nie potrafi kłamać, i mimowolnie pokręcił głową z lekkim rozbawieniem. Nie był pewien, czy to alkohol sprawiał, że była aż tak szczera, czy może po prostu taka już była. Tak czy inaczej, podobało mu się to znacznie bardziej niż wszystkie wyuczone gierki, które często pojawiały się przy podobnych rozmowach. — Nie, tego zdecydowanie nie nazwałbym wadą — zgodził się z brunetką — Szczerze mówiąc, to całkiem miła odmiana. Ludzie robią jakieś dziwne podchody i zagrywki, a Ty zdążyłaś już powiedzieć mi prosto w twarz, że jestem przystojny — zakomunikował, a jeden z jego kącików ust uniósł się ku górze. W jego głosie nie było cienia zarozumiałości. Bardziej bawiła go sama sytuacja niż komplement. Szczególnie że wypowiedziała go z taką naturalnością, jakby kompletnie nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo go tym rozbroiła.
Gdy zapytała, czy podrywał ją, czy jej koleżanki, zaśmiał się cicho i odruchowo spojrzał w stronę stolika, przy którym siedziały. Kilka z nich nadal obserwowało ich z zainteresowaniem, które trudno było nawet próbować ukryć. — Myślę, że odpowiedź znasz — powiedział, wracając spojrzeniem do dziewczyny — Gdybym był zainteresowany którąś z twoich koleżanek, nie siedziałbym tutaj i nie próbowałbym znaleźć kolejnego powodu, żeby przedłużyć tę rozmowę — przytaknął głową na potwierdzenie swoich słów.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że nadal trzymała jego dłoń. To był drobiazg, ale właśnie takie rzeczy przyciągały jego uwagę najbardziej. Nie sztuczne deklaracje czy przesadzone flirtowanie, ale te małe gesty, które pojawiały się zupełnie naturalnie. Przesunął lekko kciukiem po jej dłoni, nie odrywając od niej wzroku.
Kiedy wspomniała o zamieszaniu i ucieczce, uniósł lekko brew, a w jego oczach pojawiło się rozbawienie. — Wiesz, że wyglądasz dokładnie jak osoba, która wpada w sam środek kłopotów, a później przekonuje wszystkich wokół, że to nie była jej wina? — zaśmiał się cicho ze swoich słów, ale tak właśnie było. Takie odnosił teraz wrażenie.
Brunetka zdecydowanie miała w sobie coś co działało na niego jak płachta na byka. Chciał odkrywać jej świat i dowiadywać się więcej i więcej. Zdecydowanie bardziej niż u każdej ostatniej dziewczyny z którą flirtował. — Jeśli chodzi o moje plany — odezwał się w końcu, opierając się wygodniej o krzesło — to problem polega na tym, że od momentu, kiedy usiadłaś przy tym stoliku, wszystkie które miałem w głowie przestały być szczególnie interesujące — uniósł kącik ust, nie odrywając spojrzenia od jej twarzy, choćby na chwilę. Jej piękne, ciemnobrązowe oczy. Pozwoliłby sobie dla nich zwariować. — Możemy się stąd zmyć i pojechać na przejażdżkę samochodem. Ty będziesz sobie piła, a ja dalej będę się Tobie przyglądał, bo wciąż nie mogę oderwać od Ciebie wzroku. Zjemy coś niezdrowego, a poźniej odwiozę Cię do domu. Ty zaproponujesz mi żebym wszedł do środka, a ja nie będę w stanie Ci odmówić — zaapelował, po czym odruchowo położył swoją dłoń na jej kolanie. To był tak naturalny gest, że nawet nie zdawał sobie sprawy, że to zrobił.

lorelai martin
russell
24 y/o
For good luck!
161 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Went to the doctor and she said I was fine. But every movie that I see makes me cry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

To nie tak, że Lorelai nie była przyzwyczajona do bycia podrywaną. Dziewczyna wiedziała, że nie wyglądała źle, a dodatkowo potrafiła uwydatnić swoje atuty dobrym makijażem lub też ubraniami – dzisiaj nie było inaczej. Oczy podkreśliła czarną kreską, rzęsy wydłużyła tuszem, a usta pomalowała matową, różową szminką, która raz po raz odbijała się na szklance. Może nie wystroiła się jakoś specjalnie – w końcu byli jedynie w pubie – jednak dobrze się prezentowała w klasycznym, czarnym, dopasowanym topie oraz ciemnych jeansach. Chociaż, pewnie, gdyby nastawiła się na bardziej rozrywkowy wieczór to i strój by takiej sytuacji bardziej sprzyjał. Lorrie jednak nie zakładała takich wydarzeń wychodząc z domu, a już przede wszystkim nie spodziewała się, że przyjdzie jej podrywać oraz być podrywaną przez takiego chłopaka. Nie można było z tego nie skorzystać.

Chłopak jeszcze nie wiedział, ale miał rację. Lorelai na swoje nieszczęście była właśnie taką osobą. Zawsze znajdowała się w centrum problemu, a nigdy jego powodem nie była - a przynajmniej tak jej się wydawało. Lorrie, jak każdy, miała swoje za uszami, jednak zdecydowanie częściej przypisywano jej więcej winy niż faktycznie za nią odpowiadała. — Aż tak po mnie widać? — zapytała, unosząc ku górze jedną brew. Nie musiał odpowiadać. Wiedziała, że tak.

Czuje się ewidentnie podrywana — skwitowała jego słowa. Do tej pory bycie szczerą jej się opłaciło, więc czemu teraz by tak miało nie być. — Skutecznie, co warto zaznaczyć — dodała. Russel wydawał się być jednym z wielu mężczyzn, na których Lorrie zwróciłaby uwagę. Zazwyczaj jednak, typ faceta, który wpadał jej w oko poza wyglądem nie miał wiele więcej do zaoferowania. Tak niefortunnie brunetka zazwyczaj trafiała. Czy obawiała się, że w tym przypadku może być podobnie? Cóż, gdyby alkohol w takich ilościach nie płynął w jej żyłach, to może poświęciłaby tej myśli kilka chwil. Była jednak zbyt pijana, aby myśleć o konsekwencjach, a poza tym, Russ tak uroczo się na nią patrzył i takim zawadiackim głosem do niej mówił.

I zostawisz tak kolegów, by spędzić ze mną więcej czasu? — zapytała, zerkając na żyjących już swoim własnym życiem chłopaków obok. Też wolałaby swoje towarzystwo niż ich. Lorelai nie była osobą tego typu. Zazwyczaj jedynie flirtowała z chłopakami, aby pod koniec imprezy wymknąć się im niepostrzeżenie. Tym razem jednak nawet nie przyszło jej to do głowy. Podobał jej się pomysł Russ’a. Prawdopodobnie nawet aż za bardzo. Bardzo szybko wzięła sobie również do serca jego słowa. Podniosła się z miejsca i spojrzała przelotnie na wyjście. Przy okazji złapała wzrokiem swoje koleżanki, które wciąż nie do końca dowierzały, że Lorrie aż tak daleko z mężczyzną zajdzie. Puściła do niego oczko i tym razem to ona wyciągnęła do niego rękę. — Długo mam na ciebie czekać? — zapytała, a następnie przyciągnęła do siebie chłopaka. Oczywiście, gdyby sam nie wstał za wiele by nie zrobiła, jednak nie przejmowała się tym zbytnio.

Wyprowadziła go na zewnątrz. Wcześniej było zdecydowanie cieplej przez co jej aktualny strój nie był zbyt adekwatny do pogody. Na szczęście była na tyle pijana, że temperatura jej nie przeszkadzała. — Przejdźmy się. Nie mam ochoty na przejażdżki — rzuciła i nawet nie czekała na jego zdanie, a po prostu ruszyła przed siebie. Dość pewnie jak na osobę, która znała drogę tylko do swojego mieszkania, pracy i na salę treningową. — Jesteś stąd? — zapytała, zwracając się ku niemu na chwilę. Może chociaż on będzie znał drogi, którymi Lorrie ich prowadziła.


Russell Decker
27 y/o
For good luck!
185 cm
strażak w Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt. I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Russell od samego początku nie miał najmniejszych wątpliwości, że dziewczyna siedząca obok niego doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak działała na facetów. Nie chodziło nawet o sam wygląd, choć trudno było od niego oderwać wzrok. Czarna kreska podkreślała ciemne oczy, róż na ustach przyciągał uwagę za każdym razem, gdy zostawiała ślad na szklance, a prosty strój tylko utwierdzał go w przekonaniu, że nie potrzebowała niczego więcej, żeby robić wrażenie. Było w niej coś naturalnego. Coś, co sprawiało, że gwar pubu schodził na dalszy plan, a on coraz częściej łapał się na tym, że zamiast słuchać rozmów kumpli, obserwował właśnie ją.
Kiedy zapytała, czy aż tak było po niej widać, uśmiechnął się tylko pod nosem. Nie odpowiedział od razu. Przez krótką chwilę przyglądał się jej twarzy, jakby szukał odpowiednich słów. Koniec końców nie powiedział nic. Po prostu pozostawił to z uśmiechem. Nie miał pojęcia, czy faktycznie zawsze pakowała się w kłopoty. Wiedział tylko, że wyglądała jak ktoś, za kim człowiek poszedłby bez większego zastanowienia. I właśnie to zamierzał zrobić.
Jej szczerość rozbroiła go bardziej, niż chciał przyznać. Czuła się podrywana. Skutecznie. Parsknął cicho śmiechem, opuszczając wzrok na moment do swojej szklanki. — Całe szczęście. Bałem się, że wyszedłem z wprawy — zakomunikował, Nie powiedział tego tylko po to, żeby zabrzmieć pewnie. Naprawdę zależało mu na tym, żeby ten wieczór nie skończył się na kilku przypadkowych zdaniach przy barze. Było w niej coś, co wzbudzało ciekawość. Taką nieprzyjemnie przyjemną, która nie pozwalała odpuścić. Spojrzał przelotnie na swoich znajomych. Śmiali się głośno, zajęci własnymi rozmowami i kolejnymi kolejkami. Nawet nie zauważyliby jego zniknięcia. — Poradzą sobie beze mnie — wskazał na nich, bo był tego całkowicie pewien. Byli na tyle pijani, że nawet nie zauważą jego nieobecności.
Kiedy wstała i wyciągnęła do niego rękę, przez moment naprawdę poczuł się zaskoczony. Nie spodziewał się, że to ona wykona ten ruch. Bez zawahania wsunął dłoń w jej dłoń i pozwolił, by pociągnęła go za sobą. Ciepło jej skóry kontrastowało z chłodem szklanki, którą dopiero co odstawił na blat. Na zewnątrz uderzyło ich chłodne powietrze. Russell odruchowo nabrał głębiej tchu. Miasto żyło swoim rytmem; gdzieś w oddali przejechał samochód, z pubu za ich plecami nadal wydobywała się muzyka i śmiechy ludzi, którzy dopiero się rozkręcali. Zerknął na Lorelai. W swoim stroju musiała marznąć, choć wyglądała, jakby zupełnie tego nie odczuwała. Ściągnął z ramion kurtkę i delikatnie zarzucił ją na jej plecy, poprawiając kołnierz, żeby lepiej ją okrywał. — Nie chcę później usłyszeć, że przeze mnie się rozchorowałaś — zaapelował, uśmiechając się do siebie. On przyzwyczaił się do przebywania w przeróżnych temperaturach. W końcu jest strażakiem.
Pozwalał jej prowadzić, choć po kilku minutach zaczął podejrzewać, że wybierała kierunek bardziej intuicyjnie niż świadomie. Wcale mu to nie przeszkadzało. Liczyło się tylko to, że szła obok niego. Na pytanie odwrócił głowę w jej stronę. — Urodziłem się w Toronto i mieszkam tu całe życie, jakoś nigdy nie interesowało mnie to jakby mój los mógł się potoczyć poza Kanadą — zakomunikował, przytakując głową na potwierdzenie swoich słów. — A jak to wygląda u Ciebie? — zapytał, będąc również ciekawym czy dziewczyna pochodzi stąd.

lorelai martin
russell
24 y/o
For good luck!
161 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Went to the doctor and she said I was fine. But every movie that I see makes me cry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Jak się rozchoruję to i tak usłyszysz — wzruszyła ramionami. Ważne, że miała na kogo zrzucić winę, a to, że prawdopodobnie więcej się nie spotkają, nie miało większego znaczenia. Zresztą, nie było jeszcze aż tak chłodno. Martin wypiła wystarczająco napojów wysokoprocentowych, aby nie musieć narzekać na temperaturę, szczególnie będąc o krótkim rękawku.
Toronto miało być dla Lorelai spełnieniem marzeń, a przynajmniej punktem początkowym, po którym pasma sukcesów same zaczęłyby na nią spływać. Z początku tak się zapowiadało. Łapała pomniejsze role w teatrach a nawet teledyskach jeszcze nieznanych artystów, jednak to wciąż było niewystarczające, żeby utrzymać się w tym wielkim mieście. Praca w hotelu ledwo na to pozwalała, jednak Lorrie na to nie narzekała, a przynajmniej nie otwarcie i nie w otoczeniu najbliższych. Dosłownie zjedliby ją, a zaraz po tym wyśmiali za jej niespełnione mrzonki, dla których wyjechała z rodzinnej miejscowości i niemalże całkowicie odcięła się na co dzień od rodziny.
I nigdy przenigdy nie ciągnęło Cię gdzieś dalej? — dopytywała niemalże niedowierzając. Zerkała ze zdumieniem na wyższego od śnienie bruneta, który jeszcze dotrzymywał jej kroku. — Czyli mówisz, że wystarczy urodzić się w wielkim mieście, aby nie marzyć o wyrwaniu się stąd? — dopytała, aby Russel doprecyzował. Może to był problem jedynie małych miejscowości, a nie samej Lorelai, której zawsze było za mało, która zawsze nie była wystarczająco usatysfakcjonowana, i którą podejrzewano o to, że nigdy w pełni się nigdzie nie odnajdzie, skoro zawsze szuka tej zieleńszej trawy. Na razie ta była w Toronto. Może już nie tak jaskrawa jak wtedy, gdy tylko weekendami odwiedzała to miasto, ale wciąż miała kolor. — Ja zawsze chciałam uciec gdzieś, gdzie będę mogła faktycznie żyć na własny rachunek i jakkolwiek się rozwijać — powiedziała szczerze, krzyżując ręce przed klatką piersiową. Już straciła poczucie orientacji, jednak nie przeszkadzało jej to w tym momencie. Była bardziej skupiona na dyskusji z nowopoznanym chłopakiem. — Wiesz, tam skąd pochodzę nie było zbyt wiele możliwości, a już na pewno nie tyle, ile daje Toronto — kontynuowała, a skoro już prawo głosu dostała, to nie przerywała. — Tu się mogę rozwijać jako pokojówka – tam nawet tak dużego hotelu nie ma — zażartowała. Oczywiście, że sprzątanie po ludziach nie było spełnieniem jej marzeń, ale faktycznie, w rodzinnych stronach tak dużych biznesów nie mieli. — A co robisz tutaj czego nie mógłbyś robić nigdzie indziej? — zapytała, żeby nie być tak monotematyczna – tylko niej przecież rozmawiać nie mogli. Zanim jednak dała mu odpowiedzieć, wtrąciła jeszcze. — O, a to wyglada jak okolica, w której pracuje — rzuciła, szukając wzorkiem znajomego szyldu. Na próżno jednak, bo była to kompletnie inna dzielnica, o czym jeszcze się nie przekonała. — Albo gdzieś indziej — mruknęła już bardziej do siebie. Tak, zgubiła się.

Russell Decker
27 y/o
For good luck!
185 cm
strażak w Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt. I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Russell zwolnił odrobinę kroku, wsuwając dłonie do kieszeni spodni. Chłodne powietrze było przyjemną odmianą po dusznym wnętrzu pubu, a ciche ulice sprawiały, że gwar baru wydawał się już bardzo odległy. Co jakiś czas zerkał na Lorelai, bardziej skupiony na niej niż na drodze przed sobą. Miał wrażenie, że gdy opowiadała o sobie, na chwilę przestawała być tą odważną dziewczyną, która bez zastanowienia dosiadła się do jego stolika. W jej głosie pojawiało się coś znacznie bardziej prawdziwego. Uśmiechnął się lekko, kiedy zapytała, czy nigdy nie ciągnęło go gdzieś dalej. — Ani razu — odpowiedział bez cienia zawahania — chyba jestem nudny pod tym względem — zakomunikował, nie zważając na to, że za chwile może być oceniany. Po prostu zaśmiał się cicho. — Nigdy nie miałem w głowie wizji życia gdzieś indziej. Nie dlatego, że bałem się wyjechać. Po prostu nie było po co. Miałem swoje marzenia i wszystkie mogłem spełnić właśnie tutaj — odpowiedział, a na swoje słowa przytaknął głową. Nie było to kłamstwem. Po prostu nigdy nie marzył o tym, aby spróbować gdzieś indziej. Brunet lubi podróżować, ale tylko na chwile. Nie tak, aby gdzieś na stałe się osiedlić.
Na moment przeniósł wzrok na mijane budynki — A skąd pochodzisz jeśli mogę zapytać? — przeniósł swój wzrok ponownie na dziewczynę. Nie spodziewał się tego, że ich wyjście z pubu przerodzi się w dość głęboką rozmowę, ale wychodzi na to, że oboje tego potrzebowali. W innym przypadku po prostu zaciągnąłby dziewczynę do domu, a tutaj... wyglądało to trochę inaczej. Bardzo swobodnie czuł się w jej towarzystwie. — Ty uciekłaś, żeby gonić swoje marzenia. Ja zostałem dokładnie z tego samego powodu — przez chwilę szli w ciszy, którą przerywał jedynie odgłos ich kroków. Russell zerknął na brunetkę, gdy wspomniała o pracy pokojówki. Pokręcił głową z lekkim rozbawieniem. — Coś mi mówi, że sprzątanie hotelowych pokoi nie jest tym, co wpisałaś sobie kiedyś na listę życiowych celów — posłał jej zaczepny uśmiech, delikatnie szturchając ramieniem. Żadna praca nie jest zła, jeśli możesz się dzięki niej usamodzielnić. On to rozumiał i doceniał, bo zdecydowanie był z tych co żadnej pracy się nie boją.
Ja jestem strażakiem — powiedział spokojnie, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie — znam te ulice lepiej niż własne mieszkanie. Wiem, gdzie dzieciaki grają w kosza, gdzie starsza pani zawsze wychodzi z psem o szóstej rano i który sklep ma najgorszą kawę w całym mieście — zakomunikował, a kącik jego ust uniósł się wyżej. — Człowiek trochę przywiązuje się do miejsca, kiedy codziennie odpowiada za ludzi, którzy w nim mieszkają — wyrzucił z siebie, spoglądając na nią z wyraźnym zainteresowaniem.
Szedł jeszcze kilka kroków, po czym zauważył, jak zaczęła rozglądać się dookoła w lekkim niepokoju. Obserwował ją przez moment w milczeniu, aż w końcu parsknął śmiechem — Lorrie... — przechylił głowę, patrząc na nią z rozbawieniem — Powiedz mi szczerze, Ty się właśnie zgubiłaś, prawda? — nie brzmiało to jak przytyk. Bardziej jak coś, czego od początku mógł się spodziewać.
Podszedł o krok bliżej.
Wiesz co? Myślę, że to nawet lepiej. Skoro i tak nie wiemy, dokąd idziemy, to chodźmy do mnie — uśmiechnął się pewnie — Zrobimy sobie własny after. Mam lepszy alkohol niż ten, którą serwowali w pubie, coś do jedzenia na pewno też się znajdzie, a przede wszystkim nie będziemy musieli przekrzykiwać pijanych ludzi — na chwilę zawiesił spojrzenie na jej oczach — No chyba że twoim planem było zgubić się tylko po to, żebym miał pretekst, żeby cię gdzieś porwać. W takim razie muszę przyznać, że całkiem sprytnie to rozegrałaś — uniósł kącik ust, próbując powstrzymać śmiech.

lorelai martin
russell
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”