przekleństwa, obsesja, chora miłość
Jego.
Poderwał do góry głowę, zaglądając w jej piękne, błękitne oczy, w te oczy, które kiedyś sprawiały, że drżał, i łamały mu serce. A potem on na dziesięć lat o nich zapomniał...
Nigdy nie zapomniał, bo kiedy te swoje czarne ślepia zamykał, to zawsze gdzieś tam głęboko w jego duszy siedziały
te oczy.
Słuchał jej i jak w pierwszej chwili jej słowa dotknęły odpowiedniej struny jego duszy, tak w kolejnej... Dotykały go boleśnie, drzazgą wbijającą się prosto w serce.
Sztyletem.
Na studiach, kiedy brałam ślub, kiedy byłam w ciąży...
Kiedy ona studiowała za pieniądze swojej rodziny, to Ares chwytał się każdej roboty, żeby jakoś się utrzymać. A kiedy brała ślub? Wtedy może pił na umór, żeby zapić tęsknotę, za tymi niebieskimi oczami.
A potem ciąża, z tym facetem, nieodpowiednim dla niej. Nie tym, który kochał ją całym sercem, całym sobą. Najmocniej na świecie.
-
Tylko przyjaciela Queenie? Zawsze byłem dla ciebie... tylko przyjacielem? - i znowu te jego czarne ślepia wpatrują się w jej oczy intensywnie. Dziko. Jakby mogła go teraz tym jednym słowem zranić, zabić może?
Bo co on sobie głupi wyobrażał? -
Słyszałem jak mówiłaś Kristin, jak mogłabym go kochać, kiedy on jest nikim? Jak bym mogła? Nie mogłaś - przysunął się do niej znowu, a ziemniak, którego obierał poturlał się po blacie, spadł na podłogę, po której potoczył się gdzieś. Nieważne gdzie. Bo teraz najważniejsze było... -
Wiesz ile dni chciałem do ciebie wrócić? Każdy jeden - przez te dziesięć lat nie było takiego jednego dnia, żeby on o niej nie myślał. Nie było takiej godziny. Kiedy pisał to pojawiała się w każdej jego powieści, blond loki, niebieskie oczy, zadziorny uśmiech. Kiedy kochał się z innymi kobietami, to myślał o niej, o jej spojrzeniu, o zapachu jej perfum, który wciąż nosił gdzieś w głowie.
-
Obiecywaliśmy sobie, że zawsze będziemy razem - już jako dzieciaki, które trzymały się za rękę uciekając przed deszczem.
Ares i Queenie, na zawsze razem. A jak skończyli?
Osobno, z wyrzutami, które kipiały z nich w każdym słowie, w każdym spojrzeniu, które sobie posyłali.
Obwiniali się nawzajem, ale przecież... to wszystko jej wina, ona to zepsuła. Ona jego uczucia, serce wyciągnięte na dłoni, zdeptała, jednym zdaniem
nie mogę go kochać.
Nie chciała, nie umiała, nie potrafiłaby.
A on to robił, całym sobą, do tego stopnia, że kiedy go zdradziła... jak on dalej miał patrzyć w te niebieskie oczy?
Nie umiał.
Odszedł, tylko po to, żeby dla niej stać się lepszym człowiekiem.
Był nim teraz. I teraz już mogła go kochać.
Oszalałeś Ares.
Zrobił to, ale już dawno temu. Postradał dla niej zmysły. Zostawił wszystko, cierpiał, walczył, żeby teraz mógł przed nią stanąć. Z tym obłędem w oczach, z czarnym, hardym spojrzeniem. Żeby teraz mógł ją sobie wziąć, jakby była jego.
Szkoda, że już nie była...
Wtulił policzek w jej dłoń, pozwalając jej tym jego perfumą wedrzeć się głęboko w jej głowę, w myśli, zapaść może w pamięć. Może jutro jej się przypomną, razem z tym spojrzeniem, które jej posyłał, kiedy mówił, że chciał,
żeby go kochała. Tylko tyle... Aż tyle w tym momencie, bo przecież Quennie już nie była tą beztroską dziewczyną, była kobietą, żoną, matką. Panią Wyatt.
Powinien zostawić ją w spokoju. Wrócił do gotowania, do kolejnych warzyw, które jego zręczne ręce poddawały obróbce,
zawodowo. Zadarł do góry głowę, znowu ze spojrzeniem zawieszonym na jej twarzy, na ustach, na których oparła jasny palec. Ustach, które chciałby...
Nie umiał jej rozgryźć, tego jej spojrzenia pełnego wyższości, jakby wciąż był nikim... Jakby teraz był nikim dla niej. Teraz kiedy miał pieniądze, dworek, sławę. A te dziesięć lat temu, wtedy jeszcze patrzyła na niego jakby był
wszystkim. A nie miał wtedy nic.
Złamał jej serce.
Czuł to, że złamał jej wtedy serce, wyjeżdżając, ale przecież najpierw to ona złamała to jego, zgniotła je na pył. Zamieniła w proch, nie pozostawiła na nim nic, oprócz bólu. Kurewskiego, dotykającego, najgorszego jaki on kiedykolwiek przeszedł. A na żebrach nosił długą szramę po ostrzu noża, kolejną na dłoni. Ares Horne nie miał łatwego życia.
A teraz Queenie też wcale nie zamierzała mu go ułatwić.
-
Jak jej ulegniesz? - powtórzył po niej i parsknął prześmiewczo -
ty myślisz, że ja mogę komuś ulec Queenie? Potulnie ugiąć przed nią karku? Być jej zabawką? - znowu zaglądał jej wyzywająco w oczy. Ares nigdy przed nikim się nie złamał. Tylko przed nią.
Przed nikim innym. Walczył nawet kiedy był na przegranej pozycji, już jako dzieciak, który zaciskał małe rączki w piąstki, gdy jego ojciec okładał jego matkę. Jako nastolatek, który w obronie Queenie wyrywał się do bandy zbójów i wiedział, że go za to pobiją. Całe życie walczył, bo jedyną rzeczą, którą miał, oprócz tego szczerego serca zakochanego w niej dozgonnie, była jego dumnie uniesiona głowa. Tak jak teraz.
-
To ona będzie moją zabawką, kolejną, to ona zrobi wszystko, co ja chcę, żebym tylko zwrócił na nią uwagę, żeby tylko przez chwilę mogła być pożądana, tak bardzo jak... -
Ty, nie musiał mówić tego słowa. Widziała jak na nią patrzył, czarnym spojrzeniem, błyszczącym od pożądania, wyczekującym, kiedy ona też się pod nim złamie.
A złamie. Wiedział to.
Chociaż próbowała jeszcze walczyć, słowami, które w niego ciskała. Odchylił do tyłu głowę wywracając ślepiami.
-
Ładny to był chociaż ślub? - zapytał lekko -
taki jakiego oczekiwałaś? Najpiękniejszy dzień twojego życia? Czy upił się wtedy potwornie i robił ci wstyd? - skoro myślała, że tylko ona może go ranić, to się grubo myliła. Jego czarne oczy spoczęły na tych jej niebieskich, wpatrywał się w nie intensywnie. Wiedział, że było tak, jak mówił -
myślisz, że nie mam pieniędzy? A moja praca jest niepoważna? Poważniejszy jest twój mąż, który w swoim biurze flirtuje z sekretarką? Czy mój romans z maszyną do pisania? Zastanawiałaś się kiedyś nad tym? - odłożył nóż z hukiem na blat, a zaraz znowu przysuwał się do niej, opierał dłoń na szafce tuż obok jej biodra, przypierając ją do kuchennej wyspy -
też mogę to robić kiedy chcę - pochylił się do niej, tak, że jego szorstkie wargi, zawisły tuż przy jej miękkich, pełnych ustach. Już prawie mogła czuć na sobie jego smak, a zaraz te kolejne słowa -
nie potrzebujemy do tego sypialni... - ułożył to zdanie na jej drżących wargach, w które złapała więcej powietrza, jakby chciała go zaczerpnąć, zanim on
to zrobi.
Zanim ją pocałuje. Bez pozwolenia. Gwałtownie. Dziko.
Ale to się nie stało, bo trzasnęły drzwi frontowe, a zaraz usłyszeli głos Bree Wyatt.
-
Ares jesteś? Nic nie odpisywałeś... Martwiłam się, a drzwi były otwarte i... - skierowała się do kuchni wiedziona światłem, które paliło się nad ich głowami. A może zapachem cebuli, którą Ares wrzucił na masło, na żeliwnej patelni? Oderwał się od Queenie z zawodem wymalowanym w spojrzeniu i przemieszał warzywa, które zaskwierczały na ogniu. A kiedy
ta druga Pani Wyatt zajrzała do środka i zobaczyła swoją szwagierkę, jej niebieskie oczy momentalnie otworzyły się szeroko.
-
Queenie, co ty tutaj robisz? - zapytała od razu i jak jeszcze przed chwilą czaiła się w drzwiach, tak teraz pewnie weszła do pomieszczenia, a jej dłoń wylądowała na ramieniu Aresa, jakby zaznaczała swoje terytorium.
Nie miała do tego prawa, ale Horne nie strącił jej ręki, pochylił szorstki policzek do jasnej skóry, przytulając go do niej. Sprawiając jej, na razie drobną,
przyjemność.
ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ
་༘࿐
skoro nie twój... to jej