35 y/o
For good luck!
189 cm
to ten gość, który kiedyś był nikim, a teraz pisze książki
Awatar użytkownika
tylko deszcz i palce wystukujące na maszynie znajomy rytm mogły zagłuszyć myśli...
ale o niej nie
ona wciąż kręciła się gdzieś na granicy jawy i snu, w fikcji, kolejnej książce, wspomnieniu i myśli, że powinna być obok
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkijakie chcesz
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
Queenie nie była zbyt rozmowna, poza tym uważała, że Ares Horne nie jest zainteresowany Bree.
Ale przecież panna Wyatt wiedziała swoje. Przecież Ares znowu pochwalił jej sukienkę i upięcie jasnych loków, które kaskadą spływały jej po ramieniu. Przecież patrzył w jej błękitne oczy, a raz nawet zerknął na usta i na pewno zastanawiał się jak smakują. Ona cały czas myślała o tych jego, czy były tak szorstkie, jak Pan Horne w obyciu?
Chciała to sprawdzić.
I kiedy Queenie przebierała kolejne sukienki Bree już siedziała na swoim telefonie.


bree wyatt
ares... czy ja ciebie uraziłam?
wiem, że zachowałam się trochę nie na miejscu, że tak sobie wyszłam
mam nadzieję, że nie jesteś na mnie obrażony i będziemy kontynuować naszą... współpracę
może dzisiaj moglibyśmy się spotkać? wpadnę do ciebie po południu...
przepraszam, że sobie poszłam
Wiadomość...


Zagryzała wąskie wargi wstukując coraz to nowe wiadomości. Desperatka. Nie zastanowiła się nawet przez chwilę. Ona po prostu przepraszała Aresa za to, że to on w stosunku do niej zachował się grubiańsko. Ona chciała znowu go zobaczyć.
Te niebieskie oczy co chwilę zerkały na wyświetlacz telefonu oczekując jego odpowiedzi. Horne zawrócił jej w głowie, sprawił, że nie umiała przestać o nim myśleć.

Nie ona jedna.


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐


Widział te smsy, ale nie odpisał ani jednym słowem, zrzucał je z telefonu nawet nie doczytując do końca. Dzisiaj chciał tutaj gościć kogoś zupełnie innego niż Bree Wyatt. Inną Panią Wyatt. Od rana nie mógł usiedzieć na miejscu, nie mógł też napisać ani jednego zdania, bo wszystko, co wychodziło spod jego palców kręciło się wokół niej.
Dzisiaj to zrobię.
Dzisiaj nie pozwolę Ci mnie odepchnąć Queenie.
Przypomnę ci jaki smak miały wakacje w Hamptons i ile goryczy później musiałaś przełknąć, kiedy byliśmy daleko... od siebie.

Skasował. Zapalił kolejnego papierosa i zamiast zakładać na kark koszulę, on w sportowym ubraniu zabrał się za sprzątanie dworku. Mógł do tego zatrudnić ekipę, ale przecież deski w salonie były nie do ruszenia. Ani ten luźny kamień na którym wieki temu, jako dzieciaki jeszcze wyryli napis A+Q sądząc, że na zawsze, tak jak oni... razem.
Wynosił do kontenera tylko śmieci, relikty przeszłości i ich dawnych wspomnień pozostawiając na miejscu, wraz z witrażem nad wejściem. W który jako dzieciaki wpatrywali się godzinami. Piękne róże, które gdy słońce odpowiednio się ustawiło, rzucały kolorowe, migotliwe światełka do środka. Na jej jasne policzki, gdy siedzieli razem na schodach.
Na zawsze razem.
Największe kłamstwo tego świata.
Ares nawet nie zauważył, kiedy kolejne minuty przelatywały mu przez palce. Minuty... Godziny.
Słońce chowało się już za horyzontem, Horne nie miał pojęcia, że to już zbliża się godzina kolacji, a przecież na tej dzisiaj zaszczyć go miała Pani Wyatt. Ta odpowiednia, ta, na którą czekał. Usiadł w ogrodzie przy podniszczonym stoliku łapczywie wypijając dwie szklanki wody. Kilka kropli zabłądziło mu na brodzie, spłynęło po szyi, znacząc na koszulce, która i tak lepiła się do rozgrzanego ciała, mokre ślady. Spojrzał na telefon, kolejne wiadomości od Bree.
Może być osiemnasta?
Dwudziesta?
Ares...

Nie dawała za wygraną.
I kiedy Horne miał ją już spławić, napisać jej, że sobie tutaj nie życzy jej towarzystwa. Wtedy usłyszał jej głos.
Jakże mógłby zapomnieć. Zerwał się z miejsca gwałtownie, palce zaciskając na telefonie.
- Queenie - wypowiada jej imię jakby był zaskoczony, ale tak naprawdę cieszy się na jej widok. Kąciki jego ust od razu drgnęły w uśmiechu, a oczy rozbłysły, kiedy zrobił krok w jej kierunku - zająłem się pracą, nie wiedziałem, że to już ta godzina - spojrzał na wyświetlacz telefonu i wsunął go do kieszeni dresowych spodni. Kolejny krok w jej kierunku był odruchowy, jego ciało samo się do niej wyrwało, tak, że znowu znaleźli się bardzo blisko siebie. Powinien ją przytulić? Po przyjacielsku rzecz jasna. Równie niewinnie musnąć wargami jasny policzek?
Nie powinien.
Ale to zrobił, palce układając na jej przedramieniu, pochylił się w jej kierunku i najpierw to ciepły oddech omiótł jej blade pociągnięte różem lico. A potem jego wargi... dotknęły skóry. Delikatnej jak aksamit, jego gorące, szorstkie usta. W niewinnym przecież geście, przyjacielskim pocałunku w policzek. A jednak Ares zaciągnął się zapachem jej perfum, nie odsunął od razu, a jego usta zawisły tuż przy jej uchu, czekała, aż tam też dotkną jej skóry?
Nie zrobił tego.
- Dobrze cię widzieć - wyszeptał tylko te słowa tak, że musiały od razu trafić w odpowiednie miejsce.
Do głowy? Serca? Samego dna duszy?
Odsunął się, tak by móc ją zmierzyć spojrzeniem. Ją, bo przecież ona tu była najważniejsza. Nie kanapki, które mu przyniosła. Chociaż Ares zaraz zmarszczył brwi - to ja miałem ci coś przygotować. Zaraz to naprawimy Queenie. Chodź do domu, daj mi pięć minut, żebym mógł wziąć prysznic i... zająć się tobą - posłał jej wymowne spojrzenia. A zaraz bezczelnie zacisnął palce na drobnej, jasnej dłoni Queenie Wyatt, mężatki, i pociągnął ją do domu. Do tego dworku, który tak dobrze znała. Postawił ją w salonie - pięć minut Queenie, a ty w tym czasie się rozejrzyj... - zaproponował znowu przysuwając szorstki policzek do jej twarzy, blisko, ale za daleko jednocześnie.
Ares rzucił na stolik swój telefon, a potem ruszył schodami na górę, obejrzał się na nich jeszcze na Queenie trzy razy, bo w białej sukience wyglądała... robiła wrażenie.

Nie było go pięć minut, tak jak obiecał, a w tym czasie na jego telefon przyszło pięć nowych wiadomości od Bree, w których domagała się... Błagała go, o spotkanie.
Telefon brzęczał nieznośnie na stoliku zwracając uwagę Queenie. Raz za razem, jak jakiś natrętny owad.

A kiedy Horne schodził po schodach miał już na sobie nieskazitelną, błękitną koszulę, w kolorze jej pięknych oczu. Włosy wilgotne jeszcze od wody. Poprawiał na nadgarstku drogi zegarek, podwijając rękawy. Trzy guziki pod szyją nonszalancko rozpięte ukazywały jego wilgotny jeszcze tors, do którego znowu, o zgrozo, lepił się niebieski materiał.
- Queenie...

całe życie na ciebie
33 y/o
For good luck!
167 cm
stay at home mom
Awatar użytkownika
Just know that I will find my way from you
Like flowers from a tomb while you decide who you are
And I can see right through like shadows on the moon
And it's all bad news
I hate that I made you love me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszly
postać
autor

A więc jednak go zaskoczyła jej wizyta? Queenie przestąpiła z nogi na nogę, nagle orientując sie, że znalażła się w ogromnym potrzasku swoich myśli: dla Aresa najwyraźniej jej wizyta nie była taka istotna, jak dla niej. To odkrycie sparaliżowało jej pewność siebie. Dlaczego, kiedy ona pół dnia spędziła na myciu głowy, malowaniu oczu i wybieraniu sukienki, on zdawał się być zaskoczony tym, że przyszła? Przeiceż mówiła, że przyjdzie. Dziś specjjalnie poprosiła opiekunkę o dodatkowy czas pracy, żeby mieć na to wszystko czas. A on? Czy nie patrzył na zegarek i nie zastanawiał się, kiedy go odwiedzi? Czy nie odliczał minut tak jak ona? Zacisnęła palce na koszyku, spoglądając jak odkłada telefon do kieszeni i idzie w jej kierunku.
Już dawno nie czuła, ze ktoś ma na nią taki wpływ jak Ares, kiedy szedł do niej się z nią przywitać. Wyglądał bardzo dobrze nawet cały spocony i w dresach, ale kiedy powiedział, że dobrze ją widzieć odepchneła go ręką, którą położyła mu na ramieniu.
- Ares, jesteś spocony - jęknęła niezadowolona, jakby wcale jego głos przy jej uchu nie podrażnił go przyjemnie, aż przez chwilę zachwiała się z wrażenia. Jakby wcale przed chwilą nie rozważała, czy nie odchylić głowy tak, by jego usta trafiły w jej usta. Kiedyś, dawno temu, kiedy byli jeszcze dziećmi i Ares nie wiedział, że Queenie chce się z nim całować, zrobiła to podpuszczając go wcześniej żeby za przegrany zakład dał jej buziaka w policzek. Odwróciła głowę w ostatnim momencie i uśmiechała się później pół dnia, bo w końcu miała za sobą swój pierwszy pocałunek.
Spogląda na ich złączone dłonie i jak zahipnotyzowana daje się pociągnąć do wnętrza. Czar lekko prysł, kiedy ją puścił i pojęła, że jeżeli ma mieć trzeźwy umysł, to musi trzymać go na dystans. Poszedł na górę obracając się trzy razy za sobą, ale Queenie już tego nie widziała, bardziej zainteresowana remontem. Dopiero stojąc w dawnym salonie babki Bylthe, może ocenić zmiany oraz zniszczenia jakim zostął poddany dom. Przed Aresem jeszcze bardzo długa droga. Z lekkim niepokojem ogląda ściany, których drogie tapety zostały pomazane jakimiś przedziwnymi kolorami farb. Poprzedni właściciele chyba nie wiedzieli, że malowanie tapet to nie jest najlepsze rozwiązanie. Meble też były inne, według Queenie zupełnie nie pasowały. Wszędzie walały się też pudła, ale przesuwała spojrzeniem, wiedząc, że Ares musiał się dopiero wprowadzić. Przeszła do miejsca, które było kuchnią... i było wyjątkowo posprzątane. Wyjęła jakiś talerzyk i wykłada na niego przyniesione jedzenie, ale jej uwagę rozpraszał ciągle wibrujący telefon, który Ares zostawił na kanapie. Wróciła więc z ciastkami do salonu i rozgląda sie gdzie postawić ten talerzyk.
Nie chciała mu zaglądać w telefon, ale...
Ale on brzęczał i brzęczał. Jak jakaś iritująca zabawka. Kto tak do niego wypisuje?
I w końcu nie wytrzymała i spojrzała na wyświetlacz.
39 wiadomości od Bree Wyatt
- A to dziwka - mówi pod nosem Queenie i kuca, żeby kliknąć w wyświetlacz i przeczytać wiadomości. Pojawia się powiadomienie, że powinna odblokować telefon twarzą, albo kodem. I przez chwilę się zawahała, ale w końcu wpisała 140893 i ku jej zdziwieniu (a właściwie nie), zadziałało. Usmiechnęla sie lekko i odstawia talerz z ciastkami na ziemię i zaczyna sprawdzać co ta Bree właściwie pisze do tego Aresa. Przeprasza, że sobie poszła? A jej mówiła, że to Ares był wobec niej niemiły... Wyraźnie jej się sposobał Ares, ale jak mozna się tak nieszanować i pisać takie wiadomości do gościa, którego zna się kilka godzin... z każdą kolejną przeczytaną wiadomością oczy Queenie robią jej się coraz większe. Wyszła do ogólnych wiaodmości i widzi kilka ostatnich czatów - wszystkie od dziewczyn. Kliknęła randomowo w jakiś i krew się w niej zagotowała, kiedy zobaczyła jakieś cycki, zaraz kliknęła "zablokuj numer" i usuneła czat. I pewnie zrobiłaby to z całą resztą, ale wtedy słyszy głos Aresa schodzącego po schodach. Odrzuciła zaraz telefon daleko od siebie, na pewno nie tam gdzie go zostawił, bo pod poduszką i wstaje szybko. Przez moment patrzyli na siebie z dwóch końców pokoju, on wiedział że coś musiało się stać, ale ona nie chce jeszcze poruszać tego tematu. Nie, kiedy przyszła tu w innym celu.
- Szybko Ci poszło, mogłeś mi tego oszczędzić i po prostu być gotowy na czas - skrytykowała go, chociaż nie umawiali sie na żadną konkretną godzinę. Ale była już poirytowana chociażby tym, że Bree zamierza dziś jeszcze tu przyjść, znów im przerwać. Spojrzała na ziemię i podniosła z niej talerz z ciasktami. - Wyłożyłam je, teraz jest bardziej domowo - oświadczyła jakby nigdy nic i trzyma je na jednej dłoni. Pewnie myślał, że będzie tak samo miła jak chwilę wcześniej, kiedy przywitała go na tarasie. Ale kiedy Ares idzie w jej kierunku, ona obchodzi sofę z drugiej strony, jakby nie chciała, żeby się do niej zbliżał. Utrzymują kontakt wzrokowy i po chwili on już wie, że ona go unika. Taniec wokół sofy zakończył się tym, że uciekła do kuchni i staje po drugiej stronie wyspy kuchnenej, gdzie znów odkłada talerz na blat. - Musimy porozmawiać - zadecydowała spoglądając na niego poważnie.

telefon ci dzwoni
35 y/o
For good luck!
189 cm
to ten gość, który kiedyś był nikim, a teraz pisze książki
Awatar użytkownika
tylko deszcz i palce wystukujące na maszynie znajomy rytm mogły zagłuszyć myśli...
ale o niej nie
ona wciąż kręciła się gdzieś na granicy jawy i snu, w fikcji, kolejnej książce, wspomnieniu i myśli, że powinna być obok
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkijakie chcesz
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
Liczył każdą jedną minutę bez niej.
Od tego jak uciekła mu w ogrodzie Wyattów. 3000 minut rozłąki.
Znowu.
A jednak dzisiaj postanowił zająć czymś głowę, nie myśleć o niej? Nie zerkać na telefon za każdym razem kiedy napisała do niego Bree z myślą, że to może Queenie.
Postanowił posprzątać dla niej dworek, nawet nie zdając sobie sprawy, że to już ta godzina. Może dlatego, że ten dom przywodził na myśl tyle wspomnień?
Dużo czasu tu spędzali jako dzieci, a państwo Bylthowie naprawdę dobrze traktowali Aresa. On przez chwilę czuł się jak część tej wspaniałej rodziny.
Głupi, naiwny Ares...


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐


- Queenie... - wywrócił oczami, kiedy odepchnęła go od siebie. Bo kiedyś to jej wcale nie przeszkadzało, że cały mokry wyrywał się do niej. Że biegł ile sił w nogach, a potem pochylał się do jej ucha szeptając jej rzeczy, które sprawiały, że na policzki momentalnie wchodził rumieniec.
Kiedyś mogli więcej, a teraz...
Nawet te splecione razem dłonie, kiedy prowadził ją do dworku, powinny być nie na miejscu. Ale były. Pasowały do siebie idealnie. I jego palce do jej ramion za które ją ujął stawiając na środku salonu.
- Daj mi chwilę - jeszcze raz powtórzył i zniknął.
Na tę chwilę.
W której jego telefon nie dawał za wygraną, irytował, nęcił, aż w końcu spojrzała na wyświetlacz.
A Ares od razu wbił w nią ciemne tęczówki, kiedy schodził po schodach. Widział jak chowała go pod poduszkę?
Może.
Kiedyś nie miał przed nią żadnych tajemnic, opowiadał jej o dziewczynach, które wpadły mu w oko. O tej jednej nauczycielce, która wzdychała na jego widok, i z którą w szkolnym kiblu doszedł do drugiej bazy. Queenie mówiła mu wtedy, że powinni iść na całość, ale, że jak przyłapie ich dyrektor, to ją wyrzuci. Chciała żeby przyłapał? O pannach, które nie miały szans, a mimo to oglądały się za Aresem Hornem.
A teraz. Mogła zobaczyć w jego telefonie, że to wcale się nie zmieniło, że Ares wciąż miał cały wianuszek adoratorek. Nadal umiał zawrócić kobietom w głowie.
Gorzej, że on chciał tylko jednej. Tej dla której przywdział błękitną koszulę. Przeczesał palcami wilgotne włosy.
- A na jaki czas się umówiliśmy Queenie? - zapytał z ciemnym spojrzeniem wbitym w jej piękne, niebieskie oczy - ja kolację jadam o dwudziestej drugiej, nocami piszę... Ale takie świeżo upieczone mamusie pewnie o tej porze już śpią - rzucił bezczelnie. A potem zrobił krok w jej kierunku, jeden... I kolejny - sama je robiłaś? - zapytał, ale wiedział, że nie. Queenie była stworzona do wielu rzeczy, ale na pewno nie do lepienia ciasteczek. Jej jasne rączki nie nadawały się do tego. Zdecydowanie lepiej wyglądały by... oparte na jego torsie, sunące po wyrzeźbionym brzuchu. Chciał do niej podejść i zgarnąć to jedno ciastko. Chciał spróbować, ale Queenie uciekła mu. A Ares znowu się przesunął, z ciemnym, intensywnym spojrzeniem zawieszonym na jej twarzy. Otoczyli kanapę, on gonił za nią, a ona desperacko uciekła mu do kuchni.
Kuchni gdzie przecież często siedzieli na podłodze wyjadając domowe dżemy i ciastka. Stanęli po dwóch stronach wyspy, chociaż Ares zastanawiał się już nad tym, czy ruszyć do niej dookoła, czy jednak górą, przeskakując nad szafką.
- O czym chcesz rozmawiać Queenie? - zapytał nie spuszczając z niej wzroku. Czarne oczy intensywnie, ogniście wpatrywały się w te jej jasne, chłodne?
Sięgnął po jedno z ciasteczek i zlizał na jej oczach nieco kremu z wierzchu, został mu on gdzieś w kąciku ust. Odgryzł kawałek ciastka oblizując palce - niezłe. Spróbuj - zachęcił ją podsuwając w jej kierunku talerz i opierając łokcie na ladzie, nad którą zaraz się pochylił. Jego czarne oczy lustrowały jej sylwetkę zatrzymując się co chwilę na oczach - na co masz ochotę Queenie? Wino chyba odpada, ale może lemoniadę, świeżo wyciskany sok? - przesunął po blacie koszyk ze świeżymi, dorodnymi cytrusami. Ares lubił gotować, może nie był mistrzem kuchni, ale dobrze sobie radził z prostymi daniami, które nie wymagały wymyślnych składników - a co zjemy? Pamiętasz zapiekankę twojej babki? Masz ochotę? - w międzyczasie odezwał się jego telefon, który gdzieś po drodze położył na blacie. I znowu to natrętne brzęczenie, Horne wywrócił oczami - twoja szwagierka nie daje za wygraną, a wczoraj chyba odrobinę ją uraziłem... - pokręcił głową. Bo co takiego w sobie miał Ares Horne, że nawet kiedy pokazywał swój obcesowy charakter, nie można było mu odmówić...
Co Queenie?

to twoja szwagierka
33 y/o
For good luck!
167 cm
stay at home mom
Awatar użytkownika
Just know that I will find my way from you
Like flowers from a tomb while you decide who you are
And I can see right through like shadows on the moon
And it's all bad news
I hate that I made you love me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszly
postać
autor

Odpowiedziała słabym uśmiechem na jego komentarz odnośnie godzin. Nie podobało jej się to, jak Ares żył. Był zaprzeczeniem zdrowego trybu życia normalnych ludzi. Palił, siedział po nocy i jadł o dwudziestej drugiej. Sypiał z kim popadnie. Zachowywał się tak jak pewnie zachowywałby się każdy kawaler, ale w jej życiu faktycznie nie było miejsca na nocne wyprawy. Łapała tyle snu ile mogła, bo chociaż miała pomoc niani, to i tak bardzo dużo czasu spędzała zajmując się małym Percivalem.
- Faktycznie, zresztą dziś o dwudziestej drugiej już tez będę spała - oświadcza mu jednocześnie naznaczając gdzie przebiegnie granica ich spotkania. Mają tylko kilka godzin, a ich czas i tak może zostac skrócony przez pannę Wyatt. Bree Wyatt oczywiście. - Nie powinno się jeść tak późno, to niezdrowe - wymądrza się, doskonale sobie zdając sprawę z tego, że nic to w Aresie nie zmieni. Ale gdyby ich życie potoczyło sie inaczej i gdyby faktycznie to on by został jej mężem, to czy wtedy też mieliby ten problem? A może wcale nie, może dostosowałby się do jej życia.
Skrzywiła się na jego pytanie, jakby ją uraziło to, że on nawet je zadaje. Czy chciał ją upokorzyć, dlatego pytał, czy ona piekła ciastka? Wywróciła oczami.
O czym będziemy rozmawiać? Uniosła brew, bo przecież to on jest gospodarzem i poewinien ją zabawiać, ale no dobrze, skoro już się tu wprosiła..
- Może o tym, że wróciłeś do Toronto i nic mi o tym nie powiedziałeś? Mówiłeś, że ten dom jest dla mnie - uniosła głowę patrząc po sufitach i zaraz znów na niego -A jednak, kiedy tu wróciłeś nic od Ciebie nie usłyszałam? Gdyby nie fakt, że chciałam się skonfrontować z Damonem Wolfem... kiedy i jak planowałeś się do mnie odezwać? Czy może to wszystko to jakaś gra, której nie rozumiem? - skrzyżowała ramiona na piersi, oczekując od niego wyjaśnień.
Zapiekanka i lemoniada brzmiały dobrze. Widział to po tym jak rzuciła spojrzenie na lodówkę. Nie mogła sie już doczekać, ale przecież nie będzie mu mówić co ma robić. Była tylko ciekawa czy on ma to już przygotowane, czy raczej będą teraz udawać zabawę w dom i będą obierać marchewki do rzeczonej zapiekanki.
- Mam nadzieję, że nie oczekujesz, że będe ci z tym pomagała - uniosła brew lekko rozbawiona. Niestety humor popsuł jej telefon Aresa.
- Podoba Ci się Bree? Prosiła mnie, żebym się z Tobą rozmówiła na jej temat. Jest zachowawcza i ma bardzo sztywne zasady wobec facetów... - próbuje jakoś go podejść, bo z tego co pamietała (i widziała w SMSach przed chwilą), Ares woli te rozwiązłe kobiety, które nie mają żadnych zasad. Puka paznokciem w blat, czekając na to, aż Ares przyzna jej rację, że faktycznie, to nie jest kobieta dla niego..

Tymczasem jeden z nieodebranych smsów od Bree brzmiał : Martwię się, nie odzywasz się. Będę za pół godzinki, wezmę nam winko


Ares A. Horne
35 y/o
For good luck!
189 cm
to ten gość, który kiedyś był nikim, a teraz pisze książki
Awatar użytkownika
tylko deszcz i palce wystukujące na maszynie znajomy rytm mogły zagłuszyć myśli...
ale o niej nie
ona wciąż kręciła się gdzieś na granicy jawy i snu, w fikcji, kolejnej książce, wspomnieniu i myśli, że powinna być obok
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkijakie chcesz
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
- Zobaczymy - odpowiedział jej bezczelnie Ares, z czarnym spojrzeniem zawieszonym na jej błękitnych, pięknych oczach. Zamierzał ją stąd wypuścić przed dwudziestą drugą? W ogóle zamierzał?
Czy jednak uwięzić ją w tym dworku, który kiedyś należał do jej rodziny?
W swoich ramionach? W tej dzikiej, nieokiełznanej miłości, którą ją darzył?
Chciałby. Ale to nie była średniowieczna bajka, w której Ares Horne mógłby być smokiem i więzić piękną księżniczkę w swoim zamku. Niestety. Musiał liczyć się z tym, że Queenie była mężatką. Była też matką, tego okropnego pędraka, który już pewnie tęsknił za nią. Za jej jasnymi lokami, niebieskimi oczami, za jej zapachem i dotykiem. Tak jak Ares przez ostatnie dziesięć lat.
- Kiedyś ci to nie przeszkadzało Queenie - bo kiedyś, dawno temu, nie przejmowali się wcale tym które jest właściwie godzina. Byli głodni to wymykali się do kuchni, podjadali z niej najlepsze kąski, a potem uciekali na górę, albo na podwórko, żeby w wielkim domku na drzewie leżeć wspólnie póki nie wzejdzie słońce i rozmawiać.
A teraz kolacja o dwudziestej drugiej była niezdrowa, bo ona już wtedy powinna spać.
Ares w międzyczasie podsunął sobie ciężką, metalową wyciskarkę do cytrusów szurając nią po blacie. Położył na nim deskę, a w dłoń złapał duży, połyskujący nóż i jedną cytrynę, którą przetoczył po szafce dociskając ją mocno wytatuowanymi palcami. I kiedy owoc wylądował na desce, to podniósł spojrzenie na Panią Wyatt.
- Najpierw chciałem przygotować dla ciebie dworek. A potem stanąć na twoim progu ze słowami, że w tej chwili już mogę dać ci wszystko, na co zasługujesz - powiedział kompletnie szczerze, bo tak właśnie planował to Ares Horne.
Przekroił na pół cytrynę, a nóż uderzył o drewnianą powierzchnię z hukiem, potem owoc umieścił w wyciskarce. I chociaż musiał spojrzenie dzielić pomiędzy te czynności, a kolejne zerknięcia w jej piękne oczy. To po chwili znowu się na niej zawiesił, na jej pełnych ustach. Czekając na jakąś odpowiedź, reakcję, co ona o tym myślała.
Pociągnął za rączkę wyciskając cytrynę, z której sok ciurkiem spłynął do cynowego dzbanuszka.
Na jej kolejne słowa jednak, Ares wyrwał się do przodu, w jednej chwili obszedł wyspę, a jego ręka sięgnęła do jej uda. I znowu bez ostrzeżenia, bez skrępowania, sadzał ją na kuchennym blacie. Jakby była szmacianą lalką, albo jego... Po prostu jakby była jego. Jakby mu się należała.
Stanął między jej udami, a jego czarne spojrzenie opadło na dół, ale zaraz znowu lądowało na jej twarzy.
- Tak myślałem, że będziemy gotować razem... - rzucił i chociaż jeszcze zaczepił palcami za jej kolano, to zaraz się od niej odsunął - ale możesz tu siedzieć, a ja coś dla ciebie ugotuje księżniczko - Ares wrócił do swoich cytryn, na początku nie zwracając nawet uwagi na telefon, który wibrował, brzęczał denerwująco.
Dopiero po chwili powiedział Queenie, że to jej szwagierka, kiedy już sok z cytrusów dopełniał wodą.
- Wcale mi się nie podoba - odpowiedział od razu - ja jej chyba wpadłem w oko - bo tak było, że to on podobał się jej, a Bree… była ładna, ale nie umywała się do drugiej Pani Wyatt. Tej, która siedziała przed nim na kuchennym blacie. Dosypał do dzbanka lodu i odrobinę cukru. Zamieszał, a zaraz nalewał napój do wysokiej szklanki. Podał ją Queenie przesuwając zimnym, mokrym szkłem po jej udzie, opierając ją na nim, znowu bezczelnie.
- Spróbuj, czy nie za kwaśna - polecił jej. A czarne spojrzenie znowu podniosło się na jej oczy.
Ares nawet nie zauważył kolejnej wiadomości. Wyjął za to na blat duży garnek i pojemnik z makaronem. Czyli zapiekanka miała powstawać od podstaw. Dla niej. Na jej oczach.
- Jesteś o nią zazdrosna? O Bree? Że mogłaby tutaj... ze mną? - znowu podnosił na nią oczy nalewając wody do garnka. Zajął się przygotowywaniem zapiekanki, ale bez przerwy jego spojrzenie szukało tego jej, intensywnie niebieskiego. Pięknego. Jedynego w swoim rodzaju.


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐


ty mi się podobasz
33 y/o
For good luck!
167 cm
stay at home mom
Awatar użytkownika
Just know that I will find my way from you
Like flowers from a tomb while you decide who you are
And I can see right through like shadows on the moon
And it's all bad news
I hate that I made you love me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszly
postać
autor

- "Zobacyzmy"? Nie mów, że mac zaplanowane coś na późniejszą porę - wykpiła jego wiszącą przestrogę, która obudziła w niej ciekawość. Może jeżeli przyciśnie Aresa, tak jak tylko ona umie, to powie jej dokładnie co chciałby robić z nią po dwudziestej drugiej. Widziała to w jego oczach, ale czekała na to, aż jego usta przyznają to co serce wyświetla w spojrzeniu. To jak pragnie się nasycić jej widokiem, a ręce świeżbią go kiedy nie może jej dotknąć a ciało.. ciało porusza się w zawrotnej prędkości, kiedy zaraz obejdzie całą wyspę. Rzucała mu kolejną kłodę pod nogi, wyzwanie, z którym musiał sobie poradzić. Bo jeżeli nie broniłaby się tymi kłodami, to najpewniej sama położyłaby się na tym blacie i oświadczyła, że dziś ona jest jego kolacją. - Z oglądaniem perseid musimy poczekać na sierpniowe niebo - przypomina mu o nocy pełnej spadających gwiazd, kiedy leżeli w jednym hamaku w Hamptons. Ona zasnęła dość szybko w jego ramionach, ale on nie zmrużył oka aż do drugiej w nocy, kiedy zaczeły spadać pierwsze gwiazdy. Obudził ją wtedy i bardzo długo to było jedno z jej ulubionych wspomnień.
Dwa miesiące później już go nie było.
-Wszystko na co zasługuję - zamyśliła się i przesuwa paznokciem po kamiennym blacie, plan Area był poruszający, ale nie mogła oprzeć się próbie wyśmiania go. Dlaczego chciał jej nagle ofiarować wszystko? Skoro zabrał jej jednego dnia wszystko. -A więc masz na myśli dekadę milczenia, nieprzerwaną spontanicznie powrotem do Toronto, a na dodatek stary dom z kornikami? Na prawdę nie rozumiesz kobiet Ares - zadecydowała na sam koniec, mierząc go spojrzeniem ostrym jak stal wyciskarki do owoców, która stała pomiędzy nimi. Queeniewzdycha w końcu, bo wie, że nie wyciągnie chyba dziś z Aresa dlaczego ją zostawił tę dekadę temu. Dlatego postanawia skupić się na tym planie. - Ale stało się jak stało. Już tu jestem. Jak go skończysz, to mi go przepiszes? - spytała bezczelnie, lekko się uśmiechając, jak triumfatorka, która czuje pieniądz nosem. Ares był zdolny do wszystkiego, ale czy wiedział, jak duży majątek mógłby stracić, gdyby oddał dom w jej ręce? A może nie dbał również o to? Nie wiedziała jeszcze do końca z jakim poziomem ma do czynienia.
Zbyt zainteresowana kwestią finansową, nie zdążyła umknąć przed tym, kiedy nagle znalazł się tuż przed nią i znów musiała przypomnieć sobie o oddychaniu, chociaż to obok niego pachniało tak dobrze, jej ulubionymi perfumami męskimi - chociaż nigdy wczęśniej ich nie wąchała. Jej dłoń przy tym dziwnym manewsze Aresa odruchowo oparła się na jego szyji i kiedy się spojrzał w dół przychyliła się do niego i zaraz odchyliła powoli.
- To nowe perfumy? Pachniesz jakoś inaczej - zwróciła na to uwagę, bo zwracała na wszystko uwagę. Na to, jaki jest przystojny, na to jak dużo przybyło mu tatuaży, na to, że chociaż wziął dopiero prysznic już pachniał drogimi perfumami.
- Oprócz pisania książek zostałeś też kucharzem Ares? - odkąd wrócił, ciągle smakowała jego imię na swoim języku i z każdą chwilą podobało jej się coraz bardziej, nawet jeżeli miała nim rzucać zdenerowana, albo wręcz przeciwnie. - Ja nie mogę dziś gotować, mam wychodne - zażartowała sobie - Ale lubię patrzeć jak dla mnie się gotuje - specjalnie powiedziała to w bezosobowej formie, okrutnie sprowadzając go do poziomu swojego sługi, kucharzyny. Odrzuca włosy na plecy i opowiada: - Kojarzysz live cooking w japońskich restauracjach? Heath wziął mnie do takiej raz na naszą rocznicę, bardzo mi się podobało jak widziałam kucharza w akcji - plecie głupotki, ciekawa jak Ares zareaguje. Wciąż jeszcze nie poruszyli przecież tematu jej męża, mimo że Ares zdążył go już poznać. Queenie była ogromnie ciekawa co o nim sądzi! Czy uważa, że jest jej wart, czy uważa, że będzie o nią dbał? Czy uważa, że ją zdradzi (Queenie nawet nie myśli o takiej możliwości).
Ciekawy tmat ta Bree. Queenie wyraźnie poprawiła się, kiedy Ares mówi, że mu się nie podoba, ta odpowiedź spodobała sie jej.
- Wpadłeś - przytakuje, a kiedy zimna szklanka ląduje na udzie, od razu ją pochwyciła, jakby chciała zminimalizować kontakt jego ręki ze swoim udem. Przeszedł ją przecież dreszcz, kiedy znów tak bezczelnie sobie przesuwał te ganice cielesności. Musiała być twarda i mu pokazać, gdzie przebiega ta granica, ale nawet dłoń z obrączką nie chroni jej przed tym, jak całe jje ciało reaguje na jego bliskość. - Ja? Zazdrosna? - spijrzała na niego udając obojętność - Proszę Cię Aresku, dlaczego niby miałabym być zazdrosna. Jeżeli chcesz się charytatywnie udzielić, to może zrób dziewczynie przyjemność - mówi okrutnie, nawiązując do świecącego jak dyskoteka telefonu. Uniosła szklankę z lemoniadą do ust i próbuje jej łapczywie. Jeden, drugi, trzeci łyk. Patrzy w oczy Aresa nieprzerwanie, żeby widział, że i ona jest wciąż spragniona. Ale nie lemoniady.
- Za słodka
Oto wyrok.

gotuj mi
35 y/o
For good luck!
189 cm
to ten gość, który kiedyś był nikim, a teraz pisze książki
Awatar użytkownika
tylko deszcz i palce wystukujące na maszynie znajomy rytm mogły zagłuszyć myśli...
ale o niej nie
ona wciąż kręciła się gdzieś na granicy jawy i snu, w fikcji, kolejnej książce, wspomnieniu i myśli, że powinna być obok
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkijakie chcesz
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐


Mogła czytać z jego wzroku, co chciał z nią robić po dwudziestej drugiej. Mogła to widzieć w ciemnym spojrzeniu, ale i w tym zaczepnym uśmiechu, który wykrzywił jego usta, gdy stanął przed nią, gdy smagłe palce zaczepiały jej kolano kontrastując z gładką, jasną skórą.
- Zostaniesz, to się przekonasz - rzucił jednak tajemniczo. Bo przecież ich relacja nigdy nie opierała się na grze w otwarte karty, w niej zawsze było więcej niedomówień. Jakieś niedopowiedzenia, które budowały całą atmosferę. Napięcie.
Gesty, które mówiły jasno, co oni do siebie czuli, ale bez słów.
I teraz był to może tylko pociąg, ale kiedyś przecież coś o wiele głębszego. Coś... co uśpione czekało dziesięć lat, żeby to rozbudzili.
I może Ares nawet przez chwilę chciał jej o tym przypomnieć. Pocałunkiem.
Ale Queenie przypomniała mu wtedy o nocy spadających gwiazd, kiedy spała wtulona w jego tors. Kiedy długie rzęsy łaskotały jej policzki, gdy te niebieskie, piękne oczy ukryły się pod powiekami. Kiedy jej miarowy oddech grał mu na klatce piersiowej. A on patrzył w gwiazdy... Czasem. Bo większość czasu patrzył na nią. W niemym zachwycie.
Jak teraz.
A zaraz mówił jej bez oporów o tym, co chciałby jej dać. Wszystko, które zaraz wyśmiała.
- To czego ty chcesz Quennie? - wycedził przez zęby trochę urażony jej słowami. Kpinami. Kiedy on wrócił do niej teraz, w tym szczytowym momencie kariery. Kiedy mógł kupić jej dom, na który zasługiwała. Kiedy mógł dać jej to, czego wtedy nie mógł. Bo wtedy miał dla niej tylko to serce wyciągnięte na dłoni. Tylko miłość. Nic więcej.
- Wtedy nie mogłaś mnie kochać, bo byłem nikim, a teraz nie możesz, bo? - zapytał pochylając się nad tą kwaśną cytryną. Prosto z mostu. Ale przecież znał odpowiedź. Teraz nie mogła bo miała męża. Maleńkie dziecko. Bo już nie była wcale jego. Ani trochę.
Nie tak jak w Hamptons. Albo kiedy przemierzali wspólnie te Wichrowe Wzgórza rozpościerające się przy dworku jej babki.
- Zrobię to - odpowiedział na jej pytanie, chłodno, bo po co był mu ten dworek bez niej?
Po co było mu życie, w którym nie było Queenie? - Skończę go i będziesz mogła się tutaj wprowadzić, do mnie. Zostawić męża i dziecko, i po prostu... mnie kochać - bezczelny był ten Ares Horne. Ślepo w niej zakochany, wciąż. Obsesyjnie wręcz. Do pierdolonego obłędu. Który też mogła widzieć w jego czarnych oczach. Czy obawiała się go?
Powodował na jej plecach gęsią skórkę?
A może to przyjemne, ogniste mrowienie? Iskry, które tylko on w niej budził. Wtedy w Hamptons, w tym dworku.
Dzisiaj też?
Musiał to sprawdzić. Jak jasna, gładka skóra reaguje na jego dotyk. Prawidłowo. Bo kiedy przysunął się do niej, to przecież wiedział jak się spięła, a potem jej dłoń wylądowała miękko na jego szyi, jasne palce na smagłej, gorącej skórze. Ares wypuścił z płuc powietrze, które zagrało gdzieś na jej przedramieniu, kiedy się od niego odsunęła.
- Nowe, podobają ci się? - przechylił na bok głowę, tak, że szorstki policzek oparł się o jej dłoń. Kiedyś Horna nie było stać na drogie perfumy, ale teraz mógł sobie na nie pozwolić. Na to, żeby jego zapach zapadał w pamięć. I to spojrzenie, które jej posłał, prosto w oczy, zanim się odsunął. Zanim zabrał rękę z jej kolana i wrócił do garów.
- Zawsze lubiłem gotować Queenie - to był fakt, że Horne już jako dzieciak umiał przygotowywać proste dania dla siebie i rodzeństwa. A potem, kiedy już pojawił się w domu Bylthów, to przecież babka Queenie często wołała go do kuchni, do pomocy, bo jej wnuczka tego nie lubiła, a on tak.
Nie zareagował na jej zaczepkę, nalewając do garnka wodę i stawiając go na kuchence, podpalił pod nim palnik. A sam sięgnął pod kuchenną wyspę po marchewki, czyli chyba trochę się jednak przygotował na tą zapiekankę - to patrz - rzucił, kiedy nożem skrobał marchew do kosza obok jej nogi - Heath dla ciebie gotuje? - zapytał, ale zaraz jakby odpowiedziała na jego pytanie. Heath zabrał ją do restauracji, gdzie gotowali dla niej na żywo. Ares też mógł ją zabrać, ale mógł też sam coś dla niej zrobić. I zaraz brał się za tą lemoniadę, żeby najpierw ugasić jej pragnienie, kiedy marchewki leżały już poobierane w misce.
Nic nie powiedział o jej mężu, ale za to o jego siostrze o wiele chętniej. O tym, czy Queenie była o nią zazdrosna. Musnął znowu jej skórę wytatuowanymi palcami i zimnym szkłem, które pozostawiło na jej kolanie mokrą ścieżkę... a mógł to być jego język. Mógłby, gdyby Queenie Wyatt nie była mężatką.
- Czyli nie rusza cię wcale to, że wczoraj Bree Wyatt chciała wylądować w mojej pościeli, w jednej z dwóch sypialni na górze? - czarne spojrzenie wbił w jej intensywnie niebieskie oczy. To z nich chciał wyczytać, czy ją to dotknęło, czy wcale nie - może sprawię jej przyjemność - powiedział dwuznacznie, a potem sięgnął po kolejną cytrynę, żeby rozetrzeć ją o blat, nie spuszczając spojrzenia z Queenie, z jej pięknych, dużych oczu, wycisnąć ją ręcznie do dzbanka, dolać do niego zimnej wody.
Sięgnął po szklankę i tym razem napełnił ją dla siebie. Upił kilka łyków, a potem oblizał na jej oczach wargi.
- Teraz jest w sam raz - nie zaproponował jej, że jej doleje, sama mogła to zrobić. Bo Ares już zajął się makaronem wrzucając go do garnka, do wrzącej wody, a potem kolejnymi warzywami.
- Bo ja jestem zazdrosny o twojego męża - wypalił. Nie miał do tego prawa. Nie miał do niej jakichkolwiek praw, a jednak... podniósł spojrzenie na jej twarz, kiedy obierał do zapiekanki cukinię.

a ty queenie? zazdrosna? czy jednak nie rusza cię to wcale?
33 y/o
For good luck!
167 cm
stay at home mom
Awatar użytkownika
Just know that I will find my way from you
Like flowers from a tomb while you decide who you are
And I can see right through like shadows on the moon
And it's all bad news
I hate that I made you love me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszly
postać
autor

Czy specjalnie założyła dziś sukienkę, która pozwalała na to, by jego palce zaczepiały jej kolano? Każdy, nawet ten najbardziej przelotny kontakt sprawiał, że wzdłuż jej ciała przechodziły przyjemne dreszcze. Mogła się spodziewać, że będzie go kusić do tego, by sprawdzał jej granice. Sama nie była pewna gdzie teraz przebiegają, bo na pewno nie na wysokości kolan, których nie krzyżowała dając mu sygnał, że to jeszcze nie tu. Zdawać by się mogło, że specjalnie stwarzała mu te możliwości, mimo że teoretycznie jej słowa mówiły co innego.
Ale i ona nie umiała długo wzbraniać się przed energią bijącą od Aresa. Jego intensywnego spojrzenia nie dało się zignorować. Czuła jakby to nie oczami, ale łaskoczącym piórkiem przesuwał powoli po jej sylwetce, sprawiając że jej ciało reagowało. Wzdrygnęła się, obserwując to głodne spojrzenie, które zawędrowało w kącik jej żuchwy, jakby trzymała tam od niego nagle niespodziewany pocałunek. I ta sugestia, którą z siebie ledwo wydusił, poruszyła wyobraźnię Queenie. Dobrze pamięta jak smakowały jego usta, i niewiele trzeba było, by przypominała sobie ciężkość jego dłoni które na niej położył przed dwoma dniami, kiedy obejmował ją w cieniu altanki.
Mogła się przekonać? A czy on był pewny, że chciał, żeby się przekonała? Przecież ich związek nie był usłany różami, chociaż mózg ludzki ma to do siebie, że zdaje się zapamiętywać jedynie te pozytywne momenty. I może dlatego Ares romantyzował to, co pomiędzy nimi kiedyś było. Ona pamiętała też ciernie, które z lubnością wbijała w jego duszę, tak jak te, które ostatnio wbijała w jego plecy. Jeżeli chciał znów do tego wrócić, to musiał być też gotowy na to, że tym razem będzie wbijała w niego sztylety. Ale podobno niektórzy znoszą nawet to. Ares był teraz nie dość, że bogaty, to pewny siebie i bardzije zadbany - więc istniała szansa, że mógłby sobie z tym poradzić.
Czego chciała? Już się poczuł urażony? Jej uśmiech lekko zatańczył na pełnych ustach, kiedy jakby w tryimfie obserwowała jak ten potężny mężczyzna łamie się pod jednym jej słowem. Jedna kpina, jeden sztylet. I znów są o piętnaście lat młodsi.
- Ciebie - powiedziała równie ostro, jakby chciała skończyć te gierki - Ciebie mi brakowało przez ten cały czas. Nie byłeś przy mnie, kiedy byłam na studiach, kiedy brałam ślub, kiedy byłam w ciąży. - jej usta już nieuśmiechnięte, ale zaciśnięte w prostej lini, świadczą, że to co mówi jest dla niej trudne. - Brakowało mi mojego najlepszego przyjaciela, a teraz mówisz, że zniknałeś, żeby zbierać pieniądze. Ja mam pieniądze. Ciebie nie mam - oskarżyła go poważnie i uniosła podbródek, kiedy zasugerował absolutnie absurdalną rzecz. - Co ty mówisz, że nie mogłam cie kochać? Przecież to ty mnie zostawiłeś z dnia na dzień. Wiesz ile dni czekałam, aż do nie wrócisz? Tysiąc - a kiedy to przyznała jej spojrzenie oderwało się od niego, chociaż wcześniej intensywnie patrzyła w jego przystojną twarz, nie tak ją zapamiętała. Dziś Ares miał brodę, która kiełkowała mu elegancko przystryżona, włosy układające się idealnie nawet po szybkim prysznicu. Kiedyś biła od niego jakaś niewinność, ale dziś to on stawiał warunki i to nie podobało się jej. -Obiecywaliśmy sobie, że nigdy sobie tego nie zrobimy - powiedziała nieco ciszej, wyznając mu największy jego grzech, którym go obarczała. To, że ją zostawił, było znakiem zdrady. Nie wiedziała dlaczego to zrobił. Zrobił to.
Zrobić chciał również rzecz przedziwną. Ten jego pomysł... brwi Queenie powędrowały wyżej, ale serce zabiło jej mocniej, kiedy uświadomiła sobie, że Ares może mówić prawdę. Może faktycznie chciał, żeby go kochała? Żeby zostawiła dla niego całe swoje dotychczasowe życie?
Pogładziła go po policzku, z jakąś troską w oczach.
- Oszalałeś Ares
Nie było przecież o tym mowy, żeby zostawiła swoją całą rodzinę. Fakt, że nie umiała się powstrzymać przed reakcją na jego obecność, nie miała nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Ten wciąż podpowiadał, że jest żoną i matką. I to była jej rola w tym życiu.
- Pachną piżmem, lubię takie - zaakceptowała perfumy w ostatniej chwili zanim się nie odsunął i nie wrócił do gotowania.
Odzyskawszy dystans od Aresa, Queenie zauważyła, że oprócz mniej wyczuwalnych perfum, które już zaczeły ją otumaniać, skoro przeszła do gładzenia go po poliku, zyskała również spokojniej bijące serce. Przyłożyła palec do ust jakby się zastanawiała.
- Myślałam nawet, że zostaniesz zawodowym kucharzem - rzuca, jakby pokazując mu gdzie według niej było jego miejsce. Ona ze swoim mężem przy stole, unoszący kryształowe kielichy i on gdzieś z tyłu w kuchni szykujący ich rocznicowe danie. A moze wspomniała bo przypomniała sobie o babci Bylthe, która nauczyła go wielu rzeczy w kuchni.
- To spraw, tylko się zastanów czy jesteś gotowy na to, jaka będzie po tym jak jej ulegniesz, skoro teraz tak wydzwania - skomentowała, nawiązując do ciągle buczącego telefonu Aresa. Wzieła wdech i obejrzała się na miejsce w którym leżał jego telefon. Bree mówiła, że chciałaby dziś wpaść, co jak faktycznie to zrobi? Przecież wtedy Queenie nie wytrzyma tu tego wieczoru. Bycie trzecim kołem u woza nie było w jej stylu. A do tego ta cała akcja z tym, że Ares pewnie nie powstrzymałby się przed mówieniem takich dziwnych rzeczy jak to, że chce jej oddać dworek albo że jest zazdrosny o jej męża.
Kiedy to powiedział, przez jej oczy przeszedł błysk a ona zagryza wargę i schodzi z blatu. Odwróciła sie, żeby sobie nalać lemoniady. Kiedy już stała ze szklanką w dłoni, wydaje się, że w jej oczach są właśnie te sztylety, które miały go zranić.
- Jesteś zazdrosny o to, że wziął ze mną ślub? Czy o to, że może mnie całować kiedy tylko by chciał - dotkneła odruchowo palcem ust - Czy o to, że ma tyle pieniędzy, poważną pracę? - przechyliła głowę, dobrze wiedząc, że chodzi o kwestie drugą. O to,że Heath mógł przyjsć do niej pijany w środku imprezy z której chce iść, a ona i tak z uśmiechem dałaby mu się pocałować. Nagle jej oczy są znów obojętne, jakby po dwukrotnym mrugnięciu, wstąpiło w nią coś okrutnego. - Chcesz mi pokazać która sypialnię wybrałeś dla siebie i Bree?

oszalałeś
35 y/o
For good luck!
189 cm
to ten gość, który kiedyś był nikim, a teraz pisze książki
Awatar użytkownika
tylko deszcz i palce wystukujące na maszynie znajomy rytm mogły zagłuszyć myśli...
ale o niej nie
ona wciąż kręciła się gdzieś na granicy jawy i snu, w fikcji, kolejnej książce, wspomnieniu i myśli, że powinna być obok
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkijakie chcesz
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
Jego.
Poderwał do góry głowę, zaglądając w jej piękne, błękitne oczy, w te oczy, które kiedyś sprawiały, że drżał, i łamały mu serce. A potem on na dziesięć lat o nich zapomniał...
Nigdy nie zapomniał, bo kiedy te swoje czarne ślepia zamykał, to zawsze gdzieś tam głęboko w jego duszy siedziały te oczy.
Słuchał jej i jak w pierwszej chwili jej słowa dotknęły odpowiedniej struny jego duszy, tak w kolejnej... Dotykały go boleśnie, drzazgą wbijającą się prosto w serce.
Sztyletem.
Na studiach, kiedy brałam ślub, kiedy byłam w ciąży...
Kiedy ona studiowała za pieniądze swojej rodziny, to Ares chwytał się każdej roboty, żeby jakoś się utrzymać. A kiedy brała ślub? Wtedy może pił na umór, żeby zapić tęsknotę, za tymi niebieskimi oczami.
A potem ciąża, z tym facetem, nieodpowiednim dla niej. Nie tym, który kochał ją całym sercem, całym sobą. Najmocniej na świecie.
- Tylko przyjaciela Queenie? Zawsze byłem dla ciebie... tylko przyjacielem? - i znowu te jego czarne ślepia wpatrują się w jej oczy intensywnie. Dziko. Jakby mogła go teraz tym jednym słowem zranić, zabić może?
Bo co on sobie głupi wyobrażał? - Słyszałem jak mówiłaś Kristin, jak mogłabym go kochać, kiedy on jest nikim? Jak bym mogła? Nie mogłaś - przysunął się do niej znowu, a ziemniak, którego obierał poturlał się po blacie, spadł na podłogę, po której potoczył się gdzieś. Nieważne gdzie. Bo teraz najważniejsze było... - Wiesz ile dni chciałem do ciebie wrócić? Każdy jeden - przez te dziesięć lat nie było takiego jednego dnia, żeby on o niej nie myślał. Nie było takiej godziny. Kiedy pisał to pojawiała się w każdej jego powieści, blond loki, niebieskie oczy, zadziorny uśmiech. Kiedy kochał się z innymi kobietami, to myślał o niej, o jej spojrzeniu, o zapachu jej perfum, który wciąż nosił gdzieś w głowie.
- Obiecywaliśmy sobie, że zawsze będziemy razem - już jako dzieciaki, które trzymały się za rękę uciekając przed deszczem. Ares i Queenie, na zawsze razem. A jak skończyli?
Osobno, z wyrzutami, które kipiały z nich w każdym słowie, w każdym spojrzeniu, które sobie posyłali.
Obwiniali się nawzajem, ale przecież... to wszystko jej wina, ona to zepsuła. Ona jego uczucia, serce wyciągnięte na dłoni, zdeptała, jednym zdaniem nie mogę go kochać.
Nie chciała, nie umiała, nie potrafiłaby.
A on to robił, całym sobą, do tego stopnia, że kiedy go zdradziła... jak on dalej miał patrzyć w te niebieskie oczy?
Nie umiał.
Odszedł, tylko po to, żeby dla niej stać się lepszym człowiekiem.
Był nim teraz. I teraz już mogła go kochać.
Oszalałeś Ares.
Zrobił to, ale już dawno temu. Postradał dla niej zmysły. Zostawił wszystko, cierpiał, walczył, żeby teraz mógł przed nią stanąć. Z tym obłędem w oczach, z czarnym, hardym spojrzeniem. Żeby teraz mógł ją sobie wziąć, jakby była jego.
Szkoda, że już nie była...
Wtulił policzek w jej dłoń, pozwalając jej tym jego perfumą wedrzeć się głęboko w jej głowę, w myśli, zapaść może w pamięć. Może jutro jej się przypomną, razem z tym spojrzeniem, które jej posyłał, kiedy mówił, że chciał, żeby go kochała. Tylko tyle... Aż tyle w tym momencie, bo przecież Quennie już nie była tą beztroską dziewczyną, była kobietą, żoną, matką. Panią Wyatt.
Powinien zostawić ją w spokoju. Wrócił do gotowania, do kolejnych warzyw, które jego zręczne ręce poddawały obróbce, zawodowo. Zadarł do góry głowę, znowu ze spojrzeniem zawieszonym na jej twarzy, na ustach, na których oparła jasny palec. Ustach, które chciałby...
Nie umiał jej rozgryźć, tego jej spojrzenia pełnego wyższości, jakby wciąż był nikim... Jakby teraz był nikim dla niej. Teraz kiedy miał pieniądze, dworek, sławę. A te dziesięć lat temu, wtedy jeszcze patrzyła na niego jakby był wszystkim. A nie miał wtedy nic.
Złamał jej serce.
Czuł to, że złamał jej wtedy serce, wyjeżdżając, ale przecież najpierw to ona złamała to jego, zgniotła je na pył. Zamieniła w proch, nie pozostawiła na nim nic, oprócz bólu. Kurewskiego, dotykającego, najgorszego jaki on kiedykolwiek przeszedł. A na żebrach nosił długą szramę po ostrzu noża, kolejną na dłoni. Ares Horne nie miał łatwego życia.
A teraz Queenie też wcale nie zamierzała mu go ułatwić.
- Jak jej ulegniesz? - powtórzył po niej i parsknął prześmiewczo - ty myślisz, że ja mogę komuś ulec Queenie? Potulnie ugiąć przed nią karku? Być jej zabawką? - znowu zaglądał jej wyzywająco w oczy. Ares nigdy przed nikim się nie złamał. Tylko przed nią.
Przed nikim innym. Walczył nawet kiedy był na przegranej pozycji, już jako dzieciak, który zaciskał małe rączki w piąstki, gdy jego ojciec okładał jego matkę. Jako nastolatek, który w obronie Queenie wyrywał się do bandy zbójów i wiedział, że go za to pobiją. Całe życie walczył, bo jedyną rzeczą, którą miał, oprócz tego szczerego serca zakochanego w niej dozgonnie, była jego dumnie uniesiona głowa. Tak jak teraz.
- To ona będzie moją zabawką, kolejną, to ona zrobi wszystko, co ja chcę, żebym tylko zwrócił na nią uwagę, żeby tylko przez chwilę mogła być pożądana, tak bardzo jak... - Ty, nie musiał mówić tego słowa. Widziała jak na nią patrzył, czarnym spojrzeniem, błyszczącym od pożądania, wyczekującym, kiedy ona też się pod nim złamie.
A złamie. Wiedział to.
Chociaż próbowała jeszcze walczyć, słowami, które w niego ciskała. Odchylił do tyłu głowę wywracając ślepiami.
- Ładny to był chociaż ślub? - zapytał lekko - taki jakiego oczekiwałaś? Najpiękniejszy dzień twojego życia? Czy upił się wtedy potwornie i robił ci wstyd? - skoro myślała, że tylko ona może go ranić, to się grubo myliła. Jego czarne oczy spoczęły na tych jej niebieskich, wpatrywał się w nie intensywnie. Wiedział, że było tak, jak mówił - myślisz, że nie mam pieniędzy? A moja praca jest niepoważna? Poważniejszy jest twój mąż, który w swoim biurze flirtuje z sekretarką? Czy mój romans z maszyną do pisania? Zastanawiałaś się kiedyś nad tym? - odłożył nóż z hukiem na blat, a zaraz znowu przysuwał się do niej, opierał dłoń na szafce tuż obok jej biodra, przypierając ją do kuchennej wyspy - też mogę to robić kiedy chcę - pochylił się do niej, tak, że jego szorstkie wargi, zawisły tuż przy jej miękkich, pełnych ustach. Już prawie mogła czuć na sobie jego smak, a zaraz te kolejne słowa - nie potrzebujemy do tego sypialni... - ułożył to zdanie na jej drżących wargach, w które złapała więcej powietrza, jakby chciała go zaczerpnąć, zanim on to zrobi.
Zanim ją pocałuje. Bez pozwolenia. Gwałtownie. Dziko.
Ale to się nie stało, bo trzasnęły drzwi frontowe, a zaraz usłyszeli głos Bree Wyatt.
- Ares jesteś? Nic nie odpisywałeś... Martwiłam się, a drzwi były otwarte i... - skierowała się do kuchni wiedziona światłem, które paliło się nad ich głowami. A może zapachem cebuli, którą Ares wrzucił na masło, na żeliwnej patelni? Oderwał się od Queenie z zawodem wymalowanym w spojrzeniu i przemieszał warzywa, które zaskwierczały na ogniu. A kiedy ta druga Pani Wyatt zajrzała do środka i zobaczyła swoją szwagierkę, jej niebieskie oczy momentalnie otworzyły się szeroko.
- Queenie, co ty tutaj robisz? - zapytała od razu i jak jeszcze przed chwilą czaiła się w drzwiach, tak teraz pewnie weszła do pomieszczenia, a jej dłoń wylądowała na ramieniu Aresa, jakby zaznaczała swoje terytorium.
Nie miała do tego prawa, ale Horne nie strącił jej ręki, pochylił szorstki policzek do jasnej skóry, przytulając go do niej. Sprawiając jej, na razie drobną, przyjemność.


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐

skoro nie twój... to jej
33 y/o
For good luck!
167 cm
stay at home mom
Awatar użytkownika
Just know that I will find my way from you
Like flowers from a tomb while you decide who you are
And I can see right through like shadows on the moon
And it's all bad news
I hate that I made you love me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszly
postać
autor

Tylko przyjacielem? Całe jej ciało przeszył dreszcz wzburzenia, kiedy zrozumiała, że to co dla niej było najważniejsze, on pomniejszał. T y l k o sprawiło, że na jej twarzy maluje się grymas niezadowolenia. I Queenie patrzy uparcie w jego oczy. Te ciemne jak noc, jak dno studni, jak niepewność wnętrza jaskini. Niepoznane są szczegóły tych miejsc, ale znaczenie jego spojrzenia odkrywa w mig.
- Przecież, wiesz, że nie - odpowiada mu bez uśmiechu, cedząc słowa z tych ust, które wcale nie są rozluźnione i chętne by uspokoił jej myśli całując je namiętnie. Nie, jej usta są niezadowolone, niedostępne. Nie może pojąć, dlaczego Ares tak defensywnie zareagował na to, że nazwała go przyjacielem. Czy przyjaciel nie oznacza więcej niż kochanek, niż zabawka, niż kolega. Nie, Ares chciał więcej, chciał słyszeć, że jest jej miłością, że jest jej obsesją. Że nie może bez niego żyć.
I może coś w tym jest, bo dopiero kiedy go zobaczyła w bibliotece, czuje się pierwszy raz od bardzo dawna, jakby wreszcie mogła oddychać.
I wtedy Ares mówi o słowach, których Queenie sobie nie przypomina. Czy kiedykolwiek powiedziała, że nie mogłaby z nim być? Przecież to nie byłolby w zgodzie z jej sercem. W ogromnym szoku spowodowanym jego bliskością, jego słowami i próbami przywołania podobnej sytuacji, odwraca spojrzenie, ale co chwilę znów wraca do jego twarzy. Chciałaby mu powiedzić co miała wtedy na myśli, ale...
- Ja niczego takiego nigdy Ci nie powiedziałam - nie przypomina sobie przecież. Nie było możliwości, żeby zapomniała, przecież to by skończyło się kłótnią pomiędzy nimi. Wiele razy przywoływała w pamięci każdą ich sprzeczkę i próbowała się zorientować w którym momencie podjął decyzję o pozostawieniu jej i tak samo jak kiedyś, nie była pewna. W tamtym czasie, kiedy odszedł mocno analizowała każdy moment. Dlatego jest mocno zdumiona jego wersją. Jakoś jej to nie pasuje. Nie przypomina sobie, żeby wyrzekała się uczuć do niego. Nawet po tysiącu dni, wciąż miała go w sercu. I nadal ma. Ale zaraz.. dlatego mówił o Kristin? Co ona miała z tym wspólnego. Queenie znów stara się przypomnieć sobie lato 2016 roku. I wtedy jej spojrzenie nagle się zmieniło, a ona pobladła.
- Ares, to co słyszałeś to nie było o Tobie, to było... to było o mnie..- przerażona przysuneła dłoń do swojej bladej buzi, nagle orientując sie, że Ares mógł niechcący być świadkiem jej załamania nerwowego, które miała tuż przed college'm, kiedy zwierzała się swojej przyjaciółce z tego, że chce zrezygnować ze studiów, bo oszalała na punkcie Aresa. Mówiła o swoich wątpliwościach i o tym, że jeżeli oboje nie będą mieli wykształcenia, to jakie czeka ich życie? Kristin nie rozumiała do końca tego co mówiła Queenie, ale może dlatego, że zawsze miała pannę Bylthe za trochę pokręconą, trochę zbyt egzaltowaną, a tego jej chłopaka który się za nią kręcił, za jakiegoś przegrywa. Kristin nie patrzyła na Aresa tak jak Queenie, która nawet w tym bidenym chłopcu widziała najbliższą dla siebie osobe. Więc kiedy Queenie zanosząc się płaczem rozważała, co się stało, że ewidentnie nie może bez niego żyć, ta stała jedynie i wywracała oczami. - Czy ty mnie... czy ty mnie zostawiłeś, bo usłyszałeś moją rozmowę z Kristin? -w jej oczach zabłysły łzy, bo kiedy zrozumiała to... och, bezsilność wyciska z niej łzy. Bo był to najgorszy rodzaj bezsilności - taki, który przychodzi wtedy, kiedy człowiek nagle dostrzega, że być może całe cierpienie można było oszczędzić, gdyby tylko ktoś wtedy zapytał. Gdyby Ares wszedł do łazienki w której Queenie rozmawiała z Kristin, gdyby porozmawiali. Tego można było uniknąć? Tyl lat cierpienia. Cały ten czas żyła z przekonaniem, że Ares odszedł z powodów, których nigdy nie potrafiła zrozumieć. Że w końcu jego rodzina go zdenerowała do cna, że nie był w stanie już z nimi dalej żyć, więc uciekł, a ją zostawił, bo koniec końców przecież była tylko jakąś tam dziewczyną. Ile to innych dziewczyn było na Ziemi. Ale teraz nagle pojawiła się możliwość, że odpowiedź przez cały ten czas była gdzieś obok. Że usłyszał coś, czego nigdy nie powinien był usłyszeć. Źle zrozumiał jej słowa. Nie może w to uwierzyć i zaciska piąstki, żeby gardło które ma zaciśnięte się rozluźniło.
- To dlaczego nie wróciłeś wcześniej - pyta z oczami mokrymi od łez, załamało ją to czego się dowiedziała, jakby ktoś nagle rozerwał niebo jej nad głową. Ociera łzy, najpierw dłonią, ale już chwilę póxniej oderwała kawałek kuchnnego ręcznika i ociera twarz. Nie chce płakać, szczególnie, że Ares wciąż był sobą. Postanowił ranić ją i teraz opowiadał jaki ma plan na Bree. Queenie pokręciła krótko głową, jakby odrzucając jego okrutny plan. Teraz, kiedy już wie, że to nie kwestia teego, że nie znaczyła dla niego nic, tylko tego, że znaczyła wszystko , nie chciała pozwolić na to, żeby Ares toczył swoją zemstę.
- Zostaw ją - poprosiła go, ale już było za późno, przecież zamierzał się bawić bree tak jak kot bawi się myszą. I tak jak kot nie chce jej zabić, ale chce ją podręczyć. Oczywiście z początku. Później i tak ją zabija. Queenie czuła, ze Bree będzie taką myszą. A martwe myszy śmierdzą. I nie dość, że będzie musiała sobie poradzić i żyć w tym smrodzie, to jaki pożytek po takim kocie, który sę jej nie słucha?
Jego słowa dają jej do myślenia. Nie wie wciąż jaki jest najlepszy dzień jej życia, ale to prawda - nie był nim jej ślub. Wzieła go zresztą dlatego, by zabezpieczć przyszłość swoich dzieci. Nie dlatego, że darzyła Heatha taką samą miłością jak Aresa. On wyrzucał jej teraz wszystke rzeczy, ale nic nie odpowiedziała. Nie zdążyła, bo wszystko zadziało się tak szybko. Na początku przekraczał już granice - napierał na nią, przysuwał się i sprawiał, że wspominienie ich miłości zawirowało w jej głowie. I za tą granicą nie istniały już zasady. Queenie unosi spojrzenie na jego oczy, które intensywnie dają jej sygnał, że wciąż ją kocha i chce dać temu wyraz.
Zadrżała, bojąc się nagle tego, że odpowiedzi na jego pytania są negatywne. A wszysko to co przeżyła nie miało znaczenia, skoro wrócił i znów tu jest.
Jego usta znajdowały sę za blisko. Zbyt bardzo chciała go pocałować, więc wcale nie myślała logicznie. Drzwi wejściowe już zamykały się, kiedy wychyliła się w stronę uciekającego Aresa, żeby musnąć jego usta. To był jedynie moment, ale przyjemne mrowienie przeszło ją całą, kiedy widziała jak się od niej odsuwa. Miał cierpienie wypisane w oczach, ale z kolei w jej oczach widoczna była tęsknota, której nie było tam dotąd. Tęskni za tym momentem, kiedy byli tylko we dwójkę. I kiedy nie miało znaczenia nic. Spraraliżowana dynamiczną sytuacją oraz swoimi spontanicznymi decyzjami Queenie stoi wciąż w miejscu obserwując jak Ares zajmuje swoją wyćwiczoną pozycję gdzieś po drugiej stronie.
Najpierw ją usłyszała, później zobaczyła. Kobietę ubraną tak, jak się ubiera kiedy chce się skusić mężczyznę. Na obiady do Wyattów nie przychodziła w takich kozakach, a sukienki nie przypominały koszuli nocnej. Ewidentnie nie spodziewała się tu nikogo. Zdenerwowana Queenie obserwuje dłoń Bree, która ląduje na jego ramieniu, jego policzek którym się do niej przychyla. Ten widok nie był przyjemny, był obrzydliwy.
Jeżeli tak właśnie czuje się Ares, kiedy patrzy na nią i Heatha, to może zrozumieć dlaczego go nienawidzi. Poczuła się momentalnie nieszczególnie dumna z tego, jak podczas kolacji się zachowywała. Jak czule zwracała się do męża. Jak dotykała go palcami. I tak niesamowite, że Ares był taki opanowany. Ona stojąc tu po drugiej stronie wyspy, wyglądała jakby chciała rozwalić głowę Bree w moździerzu.
- Queenie skarbie, wszystko okay? Pytałam co tu robisz, jest już bardzo późno.. - Bree spojrzała na profil Aresa i już sobie wyobraża, jak mogliby za pięć minut tarzać sie w jego pościeli. Jednocześnie jednak martwiła się o Queenie, która b yła blada i wyglądala jakby miała zwymiotować.
- Och tak, wybacz. Po prostu przyszłam na kolację do przyjaciela i Ares nie mowil mi, ze zaprosil ciebie rownież - odpowiada powoli Queenie przenosąc spojrzenie na swoją szagierkę, starając się brzmieć tak niewinnie jak tylko może. Tak niewinnie jak tylko może żona jej brata, która o mały włos przed chwilą się na tym blacie o który się opierają, nie zaczęła zdradzać męża. Bo gdyby nikt nie wszedł do domu Aresa, to właśnie by go na ten blat teraz wciągała. Przecież ten pocałunek, który się nei wydarzył był jedynie kluczem do tego, by Queenie otworzyła się na.. Aresa.
- Późno..? - powtarza średnioe zainteresowana, ale zerknęła na swój złoty zegarek. Prezent od męża. Tak, faktycznie dość późno, ale nie aż tak, zeby musiała wracać. No chhyba, że ją gołąbeczki wyproszą. Bree już otwierała usta zresztą że by to zrobić.

Ares A. Horne
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”