-
absolwent dziennikarstwa i gość od pogrzebów
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Prychnął cicho pod nosem, a napięcie, które gniotło go w klatce piersiowej, na moment odrobinę odpuściło. Spojrzał na nią z ukosa, kręcąc z niedowierzaniem głową. Ta dziewczyna była niemożliwa – przed chwilą niemal ryczała, a teraz potrafiła rzucić takim tekstem, jakby gadali o pogodzie, a nie o tym, że przespali się po pijaku i nawet tego nie pamiętała.
- Przestań pieprzyć, Gabriela - odpowiedział, choć w kąciku jego ust pojawił się cień krzywego uśmiechu. Może i chciał zachować powagę, ale jej żart trochę rozładował sytuację. - Nic nie musisz poprawiać. Było... normalnie. - Potarł twarz dłonią, wracając do rzeczywistości. No właśnie, śmieszki śmieszkami, ale temat dziecka i całego tego bagna wciąż wisiał nad nimi. - Nie powiedziałem ci, bo i po co? - dodał już zupełnie poważnie, patrząc jej prosto w oczy. - Rano w ogóle nie kontaktowałaś, a ja uznałem, że wywlekanie tego tylko wszystko skomplikuje. Zresztą, sama widzisz, co się dzieje, jak zaczynamy grzebać w przeszłości. Od razu jest dym. A teraz mamy na głowie ważniejsze sprawy niż ocenianie moich czy twoich łóżkowych popisów sprzed x czasu.
Noe podskoczył, kiedy Gabriela z hukiem zleciała z krzesła. Przez ułamek sekundy chciał zerwać się na równe nogi i pomóc jej wstać, ale zanim w ogóle zdążył zareagować, ona już zbierała się z podłogi, sycząc z bólu i rzucając pretensjami o Charly. Patrzył na nią i autentycznie zamurowało go. W głowie miał teraz jedną wielką pustkę i kompletny chaos. No nie, kurwa, ja już nic z tego nie rozumiem - pomyślał, czując, jak wzbiera w nim czysta frustracja. O co jej znowu chodzi z tą nagłą zmianą nastawienia?! Przed momentem była bliska płaczu, trzymała się za brzuch, panikowała, że nie ma gdzie mieszkać, że dziecko będzie chore, że próbowała ukraść dwa miliony baksów... a teraz? Teraz wystarczyło, że wspomniał o dziewczynie, z którą się spotyka, a ona nagle zapomniała o całym świecie, o ciąży, o lekarzach i dostała jakiegoś chorego napadu zazdrości czy pretensji. To było tak absurdalne, że aż bolały go zęby.
- Tak, dokładnie o tę Charly Hayes mi chodzi - odpowiedział szorstko, nawet nie próbując ukrywać, jak bardzo irytuje go ta jej nagła zmiana frontu. Oparł się mocniej o stół i zmierzył ją ciężkim wzrokiem. - I niby czemu mam o niej nie mówić? Spotykam się z nią, Gabriela. Chyba mam prawo układać sobie życie, skoro ty masz mnie głęboko w dupie? - Odetchnął głęboko, starając się opanować nerwy, choć czuł, że zaraz eksploduje - Przestań na moment fiksować się na jej imieniu i pomyśl logicznie - dodał, kręcąc głową. - Skoro jest szansa, że to moje dziecko, to chyba jasne, że muszę być wobec Charly szczery i jej o tym powiedzieć, zanim dowie się od kogoś innego. Ale ty nagle zapomniałaś o całym tym syfie, w którym tkwisz, bo usłyszałaś jedno imię? Serio? - Robił jej wyrzuty zapominając, że jeszcze całkiem niedawno sam robił jej sceny zazdrości o pierdolonego Billa.
Przewrócił oczami i westchnął głośno, czując, że zaraz znowu zacznie go boleć głowa. W tym momencie miał ochotę po prostu jebnąć drzwiami i zostawić ją samą z tym fochem z tyłka, ale nie potrafił.
- Tak, zabrałem ją na ten dach, Gabi. I tak, była zachwycona – uciął krótko, a jego głos ociekał irytacją. Założył ręce na piersi, nie spuszczając z niej oka. Ten jej nagły, sztuczny śmieszek wcale go nie rozbawił. Dobrze znał te jej zagrywki. - Przed chwilą ustaliliśmy, że zamykamy stare rozdziały i nie gadamy o innych ludziach, a ty pierwsze co robisz, to zaczynasz przesłuchanie o moją randkę. O co ci właściwie chodzi? - zapytał prosto z mostu, mrużąc oczy. - Bo jeszcze pięć minut temu ryczałaś przez hajs i lekarza, a teraz zachowujesz się, jakbym zrobił ci jakąś osobistą krzywdę, bo spotykam się z dziewczyną. Przestań w końcu kręcić i powiedz, co cię tak naprawdę boli, zamiast rzucać tymi swoimi złośliwymi tekstami.
Gabriela R. Blais
-
You're a bad idea but I like bad ideas.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracji-postaćautor
- Normalnie? Auć… - to nie są słowa, które chce usłyszeć kobieta po wspólnej nocy. Podejrzewała, że w tamtym stanie nie była boginią seksu, ale nie przywykła z jego strony do tak oschłego traktowania. To budziło w niej tą małą chęć do zdobycia tego co było poza zasięgiem jej rąk. – Jak na kogoś, kto zarzeka się, że nasza przyjaźń powinna bazować na szczerości i zaufaniu, to postępujesz dość wygodnie. Ty mi robiłeś jazdy i sceny, ale gdy sytuacja robi się dla ciebie skomplikowana, to uciekasz.
Przestała masować swój obolały tyłeczek, gdy potwierdził tożsamość dziewczyny. Kurwa…
- Masz rację, to mój syf, jak słusznie zauważyłeś. Po prostu dobrze wiedzieć, że jak znowu nasza grupka się zbierze, to nasza kochana Charly może przyprowadzić ciebie. Mam wtedy udawać, że Ciebie nie znam? Teraz zabierasz się za moje koleżanki? – prychnęła i roześmiała się, bo nic innego nie pozostało jej w tej sytuacji. Bo jeśli faktycznie, to dziecko… Szykują się bardzo ciekawe tygodnie.
- Serio? Chcesz wiedzieć o co mi chodzi? CHCESZ?! – wystawiła palec wskazujący w jego stronę i powoli zmuszała go do cofnięcia. Nachyliła się nad nim, gdy w końcu opadł na kanapę i przez chwilę wpatrywała się w jego oczy, szukając odpowiednich słów. Tylko, że tutaj nic nie było racjonalne.
- To sobie kurwa poczekasz na odpowiedź, bo sama tego nie ogarniam. Przeszkadza mi, że spotykasz się z jakąś dupą. A teraz jestem wkurwiona, że to Charly. A jednocześnie chcę, żebyś był szczęśliwy. Plus jestem ciekawa. To popierdolone, ale w końcu taka jestem. Jednocześnie chcę, żebyś poszedł do niej, ale też chcę sprawić, żebyś o niej zapomniał... - przekrzywiła delikatnie głowę na bok, zerkając na jego usta. Wsunęła kolano pomiędzy jego uda i mocniej się nachyliła. Jej włosy delikatnie łaskotały go w policzki, gdy tkwiła w tej dziwnej pozycji nad nim, jakby chciała go pocałować. W końcu jednak odepchnęła się dłonią od kanapy i pokręciła głową.
Nie mogła go wciągnąć w tę gierkę...
Nie jego...
- Fajnie, że ta randka wam wypaliła. Potraktuj to jakie przyjacielskie zainteresowanie. - posłała mu znaczące spojrzenie, ale oboje przecież wiedzieli, że to wszystko było gówno warte.
Była zazdrosna. A przyjaciele czegoś takiego nie czuli względem siebie.
Noe Villeneuve-Scott
-
absolwent dziennikarstwa i gość od pogrzebów
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Noe prychnął krótko, kręcąc z niedowierzaniem głową. No tak, urażona duma Gabrieli ucierpiała, bo nie nazwał tamtej pijackiej nocy cudem świata.
– A co mam ci, kurwa, bajki opowiadać? – rzucił szorstko. – Ledwo kontaktowałaś od dragów i alkoholu. Miałem ci powiedzieć, że było jak w filmie, żebyś poczuła się lepiej? Oboje ledwo kontaktowaliśmy. - Kiedy jednak zaczęła wygadywać te bzdury o jego ucieczce i wygodnictwie, poczuł, jak znowu skacze mu ciśnienie. – Ja uciekam? Ja postępuję wygodnie? – powtórzył, a jego głos niebezpiecznie zniżył się, stając się chłodny. Patrzył jej prosto w oczy, nie zamierzając odpuścić. – Przestań odwracać kota ogonem. Siedzę tu z tobą, chociaż mogłem po prostu olać temat i zająć się swoim życiem. Gdzie ty tu widzisz ucieczkę, do cholery?
Te jej złośliwe teksty i ten udawany, kpiący śmiech powoli wyprowadzały go z równowagi. Patrzył na nią, czując, jak wzbiera w nim czysta złość, bo znowu robiła z niego tego złego, odwracając całą sytuację na swoją korzyść.
– Przestań pierdolić głupoty – uciął ostro, nie spuszczając z niej wzroku. – Nikt nie każe ci udawać, że mnie nie znasz. Charly to dorosła dziewczyna i zanim zaczęliśmy się spotykać nawet nie wiedziałem, że ją znasz, więc przestań rzucać kretyńskie teksty o zabieraniu się za twoje koleżanki.
Kanapa ugięła się pod jego ciężarem, gdy dziewczyna parła na niego, zmuszając go do cofnięcia się. Nie cierpiał, kiedy traciła nad sobą kontrolę i zaczynała swój emocjonalny teatr, ale nie zamierzał uciekać wzrokiem. Serce biło mu szybciej, ale nie ze strachu, tylko z tej całej buzującej między nimi wściekłości i bezsilności.
– Tak, kurwa, chcę – odpowiedział cicho, nie wykonując żadnego ruchu, żeby jej nie spłoszyć. – Chcę w końcu usłyszeć coś konkretnego, a nie te twoje durne gierki i docinki.
Zamarł, kiedy wsunęła kolano między jego uda. Patrzył na jej usta, czując na twarzy muśnięcie jej włosów i zapach, który znał na pamięć od lat, a w głowie miał totalną pustkę. Przez tę jedną, cholerną sekundę myślał, że ona naprawdę to zrobi, a on choćby nie wiem jak bardzo próbował udawać twardziela znowu by stopniałby pod tym jej pieprzonym dotykiem. Ale ona po prostu się odepchnęła. Kurwa mać.
– Siedzisz tu, gadasz o tym, jak bardzo masz nasrane w głowie, a potem robisz coś takiego. Co ty, kurwa, robisz? Testujesz mnie? Sprawdzasz, jak daleko możesz się posunąć, zanim kompletnie oszaleję? – zapytał cicho, a jego głos był pozbawiony wcześniejszej energii. Wstał z kanapy, bo musiał złapać trochę dystansu i stanął parę kroków dalej, tyłem do niej, opierając dłonie na biodrach. – Mówisz, że chcesz mojego szczęścia, a sekundę później rzucasz tekstem, że chcesz sprawić, żebym o niej zapomniał. To nie jest po prostu popierdolone. To jest samolubne, do chuja. Nie możesz mnie trzymać na smyczy i szarpać nią za każdym razem, kiedy poczujesz się samotna albo znudzona. Zwłaszcza teraz, kiedy masz w brzuchu dziecko, a my musimy podjąć dorosłe, poważne decyzje. Przestań się mną bawić, okej? Bo ja już naprawdę nie mam na to siły.
Uniósł obie ręce i po prostu ukrył twarz w dłoniach, odcinając się od niej. Chciał chociaż na te kilkanaście sekund zniknąć, nie patrzeć na nią i nie słuchać tych jej sprzecznych komunikatów, od których pękała mu głowa. Nagle spojrzał na nią słysząc jej dalsze bzdury, a na jego twarzy malowało się niedowierzanie pomieszane z ironią.
– Przyjacielskie zainteresowanie? – powtórzył pod nosem, a z jego piersi wyrwał się gorzki śmiech. – Ty na serio to powiedziałaś? Po tym, jak przed chwilą prawie na mnie weszłaś na kanapie i gadałaś, że chcesz sprawić, żebym o niej zapomniał? Błagam cię, nie rób ze mnie debila.
Nagle opadł z sił. Cała złość i frustracja, które przed chwilą w nim buzowały, nagle zjechały do zera, zostawiając po sobie tylko zmęczenie. Nie czekając nawet na to, co znowu mu odpowie, usiadł z powrotem na kanapie.
Gabriela R. Blais
-
You're a bad idea but I like bad ideas.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracji-postaćautor
- To czemu tego nie olałeś?! - sama już nie wyrabiała nerwowo, a jej mózg przegrzewał się od natłoku emocji. Miała pieprzony Koktajl Mołotowa w głowie i tylko krok dzielił ją od wizyty u Roski, żeby wysłała ją do psychiatryka. Normalnie może poprosiłaby ją o receptę na jakieś mocne tabsy, po których będzie niczym emocjonalna roślinka, ale nie zamierzała ryzykować zdrowiem dziecka. Chociaż ta rozmowa na trzeźwo nie należała do jej ulubionych.
Ugryzła się w język zanim znowu rzuciła jakiś komentarz o Charly. Poczuła metaliczny smak krwi w ustach, od którego zaczynało ją mdlić. Z cichym jękiem usiadła na krześle i oparła łokcie na blacie, wsuwając głowę pomiędzy ręce. Nie zdawał sobie nawet sprawy jak jego słowa raniły. Tak, Charly była cudowna. Normalna, bez całego tego bagażu spierdolenia, który ona za sobą wlokła każdego dnia.
- Próbuję. Myślisz, że dla mnie to takie proste? Kurwa. Robisz mi po prostu sieczkę i w żaden sposób mnie również nie oszczędzasz. Mówisz, że mnie kochasz i nalegasz na związek na wyłączność. Dostaję pogadanki i sceny zazdrości o innych facetów, a potem... Nagle zrzucasz bombę o tym jak Charly jest cudowna i traktujesz to na poważnie. A jednocześnie mówisz, że nie zostawisz mnie z dzieckiem. I kiedy myślę, że już to rozgryzłam i wiem jak postępować, to okazuje się, że chuja to warte i zaczynam od nowa. - mówiła cicho wciąż walcząc z mdłościami, które nie chciały odpuścić. Uzewnętrznianie się było cholernie trudne.
- Sprawiasz, że zatrzymuję się i zaczynam myśleć. Jakby to było być z kimś każdego pieprzonego dnia. Że może warto dać temu szansę i spróbować. Jestem w tych tematach jak dziecko we mgle. Nawet nie wiem jakby to wszystko miało wyglądać. A gdy staram się poukładać własne emocje, to masz ciągle do mnie wyrzuty, że robię coś źle. Zrozum w końcu, że się tobą nie bawię. - ta przemowa ją wykończyła. Miała wrażenie jakby była balonikiem, z którego ktoś spuścił powietrze.
- Masz rację. Musimy podjąć ważne decyzje. Zrobimy badania. Jeśli dziecko nie jest twoje, to sprawa sama się rozwiąże. Ty wrócisz do Charly. Ja do swojego życia. Skoro i tak masz być w naszej grupce przyjaciół, to musimy nauczyć się normalnie rozmawiać. Wszystko zostanie na przyjacielskiej stopie, a jak zaczniemy poruszać tematy, które rodzą konflikty, to będę wychodzić. Jeśli jednak jest twoje... - to co właściwie? Mieli się bawić w dom, gdy nie potrafili wytrzymać ze sobą pięciu minut bez kłótni? - Wtedy chcesz jej powiedzieć? Jeśli to przełknie, to dalej będziesz z nią? Czy jak to widzisz? Nie będę ci... - wstała gwałtownie od stołu i popędziła do łazienki. Opadła na kolana obok porcelanowego tronu i zaczęła wymiotować. Tylko tego jeszcze brakowało na dzisiejszy dzień.
Noe Villeneuve-Scott
-
absolwent dziennikarstwa i gość od pogrzebów
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Bo jestem idiotą – warknął, a jego głos aż ociekał bezsilnością. – Bo od tylu lat, niezależnie od tego, jak bardzo mnie ranisz i jak głupio się zachowujesz, ja nie potrafię po prostu się odwrócić i mieć cię w dupie. - Przetarł nerwowo kark, czując, że zaraz sam wybuchnie.
– Gabriela, o czym ty do cholery mówisz? Kiedy ja ostatnio nalegałem na jakikolwiek związek na wyłączność? Sześć lat temu! Przed tym, jak poleciałaś do Billy'ego, bo go wielce kochałaś! W końcu, po naszej ostatniej rozmowie w nocy, że nie jesteś w stanie mi dać, tego, co oczekuję, spróbowałem pójść do przodu. I co? I nagle chcesz zmieniasz zdanie? Mówię ci, jak wygląda rzeczywistość. Chcę być w porządku wobec ciebie i tego dziecka. Po prostu próbuję nie być skończonym chujem w sytuacji, która przerosła nas oboje. – powiedział, a jego głos, choć cichy, drżał od ledwo powstrzymywanych emocji.
Odwrócił się powoli w jej stronę, a ta złość, która jeszcze przed chwilą w nim buzowała, ustępiła miejsca kompletnemu otępieniu. Patrzył na nią, na to, jak siedzi bez sił i poczuł, jak coś ściska go w gardle.
– Ty... zaczynasz myśleć o tym, jakby to było być z kimś na stałe? – powtórzył cicho, jakby musiał te słowa osobiście przetrawić, żeby w ogóle w nie uwierzyć. Stanął tuż przy kanapie, opierając dłonie na biodrach i patrząc na nią z góry, tym razem bez agresji w głosie. - I ty się dziwisz, że ja mam wyrzuty? Przez lata rzucałaś mi ochłapy, a teraz, kiedy ja w końcu próbuję żyć bez ciebie, ty mi mówisz, że nagle chcesz spróbować? – Pokręcił głową, a w jego oczach pojawił się potworny żal. – Nie mówię, że się mną bawisz specjalnie. Mam rzucić wszystko, zranić Charly i zaryzykować dla ciebie, bo może warto dać temu szansę? A jeśli się znowu rozmyślisz, jeśli stwierdzisz, że życie z kimś na stałe jest dla ciebie nudne, to co wtedy? Musisz mi dać coś więcej niż tylko myślenie, bo ja już nie mam siły na zgadywanie, co ty tak naprawdę czujesz.
Patrzył na nią przez dłuższą chwilę w ciszy. Z jednej strony poczuł ulgę, że w końcu zaczęła mówić z sensem, ale z drugiej... ten scenariusz, jeśli dziecko nie jest twoje, to wracasz do Charly brzmiał znowu jak sprzeczności. Przecież dopiero co zastanawiała się, jak to jest być z kimś w związku, bo co, bo jest dziecko? A jak go nie będzie, to sorry, spierdalaj, jednak wolę sobie bimbać z kutasa na kutasa? Co za pojebane gówno...
– Jeśli jednak nie jest moje... – powtórzył cicho zawieszone przez nią zdanie, patrząc na podłogę. – No właśnie. Co wtedy? Co jeśli nie będzie moje? O tym właśnie mówię, dopiero mówiłaś o zastanawianiu się nad byciem w związku. Bo co? Bo jesteś w ciąży? Czyli jak nie będę ojcem, to powiesz sorry, Noe, jednak nie będę z tobą? Przecież to jest największe świństwo jakie mogłabyś mi zrobić...
Wściekłość i bezsilność zmieszały się w nim tak mocno, że aż zacisnął pięści, patrząc jej prosto w oczy.
– Tak, Gabriela. Chcę jej powiedzieć – odpowiedział bez wahania. – Jeśli to moje dziecko, Charly dowie się o tym ode mnie jako pierwsza. Zasługuje na prawdę, a ja... - Kiedy Gabriela urwała w pół słowa, wstała gwałtownie od stołu i popędziła do łazienki. Ruszył za nią bez zawahania, wpadając do pomieszczenia tuż po tym, jak zatrzasnęła drzwi. Uklęknął przy niej, zgarnął jej włosy z twarzy i karku, trzymając je z tyłu.
– Spokojnie, jestem tu. Oddychaj – powiedział cicho, a jego głos, przed chwilą ostry, teraz brzmiał inaczej – był łagodny, troskliwy, niezależnie od tego, jak bardzo go wkurzała. – A czy dalej z nią będę? Nie wiem. Nie wiem, bo to nie zależy tylko od tego, czy ona to przełknie. To zależy też od ciebie. Od tego, co ty zrobisz i czego ty oczekujesz, bo jeśli mam rzucić wszystko i być z tobą tylko dlatego, że wypada, a nie dlatego, że chcesz... to nie ma sensu. Ale najpierw musisz mi, kurwa, powiedzieć, czy ty w ogóle chcesz, żebym był. Jako ktoś więcej niż tylko ojciec z doskoku. - dokończył to, co przerwały mdłości Gabrieli. Czekał na werdykt, wiedział, że po tej rozmowie, ktoś zostanie zraniony. Nie chciał tego, ale nie dało się tego uniknąć.
Gabriela R. Blais
-
You're a bad idea but I like bad ideas.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracji-postaćautor
- Zwariuję z tobą. U ciebie w mieszkaniu, kiedy wyznałeś mi, że mnie kochasz, zasugerowałam ci otwarty związek, ale powiedziałeś, że chcesz związku na wyłączność. - jęknęła z tej bezsilności, bo wszystkie styki w mózgu już jej się przegrzały. Ona o jednym, a ten o drugim. Może jednak powinna od razu się przefarbować na siwo, bo taniej wyjdzie? - Do jasnej ciasnej! Jeśli jeszcze raz coś powiesz o cholernym Williamie, to ci przywalę! Tak! Jest dla mnie dalej kurwa ważny! Tak, chcę żeby był w moim życiu! I tak byłam z nim w związku! I tak, kurwa ruchałam się z nim! Możemy przestać już o nim kurwa mówić!? - uderzyła dłonią w kafelki i pokiwała głową. W dupie to miała czy jej krzyki usłyszy wspomniany przez nich Billy, czy też ta papla sąsiadka, która rozgada całemu osiedlu swoje zmyślone bajeczki. Ile razy miała jeszcze mówić, że miała słabość do swojego eks? Zapewne, gdyby teraz napisał, to poleciałaby do niego, ale ile razy mogli to wałkować?
- Nigdy bym ci nie kazała z nią zerwać czy z jakąkolwiek inną kobietą. Nie wiem, okej? Nigdy nie byłam w takiej relacji i nawet kurna nie wiem, jak coś takiego działa na dłuższą metę. Myślisz, że dałabym ci zielone światło i ot tak zmieniłabym całe swoje życie? - to nie było takie proste. Tutaj nic nie było czarno-białe.
Wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, gdy zawartość żołądka lądowała w toalecie. Nie narzekała zbytnio na dolegliwości ciążowe. Wręcz można było uznać, że rozkwitała w tym stanie błogosławionym. Była trzeźwa i poświęcała sporo czasu na pracę i odpoczynek. I może to był błąd, bo jak widać miała już pojebane myśli. Dorosłość i stabilizacja? Nawet matka by jej nie uwierzyła na takie rewelacje.
- Ciąża nie ma z tym nic wspólnego. Po prostu... Chciałbyś wychowywać cudze dziecko? - wyciągnęła dłoń, żeby podał jej papier, żeby mogła wytrzeć usta. Spłukała toaletę i usiadła na podłodze, opierając plecy o ścianę. Dalej ją mdliło, więc wolała pozostać blisko swojego porcelanowego przyjaciela.
- Nie wiem, Noe... Po prostu kurwa najpierw chciałabym ogarnąć jak takie coś ma funkcjonować. Poznać zasady. To nie jest takie proste. Masz Charly i niech tak zostanie. A my? Może spróbuj mi to przybliżyć? Wiem, że to pojebane i w chuj samolubne, ale muszę wiedzieć, na co się piszę. I co mogłabym tobie, albo komuś obiecać.
Noe Villeneuve-Scott
-
absolwent dziennikarstwa i gość od pogrzebów
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Parsknął przepełnionym goryczą śmiechem i aż poderwał głowę do góry, gapiąc się przez chwilę w sufit, jakby szukał tam ratunku.
– Boże, Gabriela, słyszysz ty siebie?! – cofnął rękę z jej pleców i usiadł na piętach, patrząc na nią z niedowierzaniem. – Tak, powiedziałem, że chcę związku na wyłączność, bo cię, kurwa, kochałem! A jak ty to sobie wtedy, przepraszam bardzo, wyobrażałaś? Że będziemy oficjalnie razem, a ja będę z boku grzecznie patrzył i klaskał, jak spotykasz się z innymi facetami i idziesz z nimi do łóżka?! - Przetarł twarz dłoniemi, czując, że zaraz eksploduje mu głowa. – Oferowanie otwartego związku komuś, kto traktuje cię poważnie, to nie jest żaden kompromis. To była zwykła zasłona, żebyś mogła mieć ciastko i zjeść ciastko.
Aż zamarł, kiedy uderzyła dłonią w kafelki, a jej krzyk odbił się echem od ciasnych ścian łazienki. Przez kilka sekund panowała absolutna cisza. Twarz mu stężała, a oczy zwęziły się w szparki. Ta jej nagła szczerość rozjechała go emocjonalnie, ale Noe spoważniał.
– Dobrze – powiedział spokojnym głosem. – Przestańmy o nim mówić. Już nigdy, kurwa, nie wspomnę jego imienia.
Wstał, prostując się i patrząc na nią z góry, po czym zaśmiał się krótko, prosto w twarz samemu sobie. Zrobił krok w tył, opierając się plecami o zamknięte drzwi łazienki i krzyżując ręce na piersi.
– Ty dalej nie łapiesz sedna sprawy. Tu nie chodzi o to, czy ty byś mi kazała z nią zerwać. Chodzi o to, że ty stawiasz mnie w sytuacji, w której każde wyjście robi ze mnie skurwysyna.
Patrzył jak z bolesnym stęknięciem opiera się o muszlę, a po łazience niesie się kolejny, dławiący dźwięk. Gdy przestała, urwał spory kawałek papieru z rolki i podał jej bez słowa.
– Nie, nie chciałbym – odpowiedział cicho, patrząc jej prosto w oczy. – Dlatego te testy to jedyne logiczne wyjście.
Zmrużył oczy, a na jego usta wypełzł blady uśmiech. Pokręcił głową, patrząc na nią, jak siedzi skulona, zmęczona i tak cholernie zagubiona w rzeczach, które dla większości ludzi były podstawą.
– Zasady? Do związku nie ma regulaminu. - Opuścił dłonie między kolana, splatając palce i popatrzył gdzieś obok niej jakby próbował ubrać w słowa coś, co było naturalne jak oddychanie. – To jest ta cholerna codzienność. To jest robienie razem rzeczy, okej? Tych głupich, jak kupowanie w środku nocy chipsów na stacji, i tych ważnych. To jest to, że budzisz się rano, zaspana, potargana, z nieświeżym oddechem, a ten drugi patrzy na ciebie i myśli sobie, że jest dokładnie tam, gdzie powinien być. To jest świadomość, że niezależnie od tego, jak bardzo spieprzysz dzień w pracy, jak bardzo będziesz nie do zniesienia, wracasz do domu i tam jest ktoś, przy kim nie musisz grać. - Przeniósł wzrok z powrotem na jej twarz, zatrzymując go na jej oczach. – Być w związku to znaczy troszczyć się o kogoś. To jest ta pewność, Gabriela. Świadomość, że możesz na kogoś liczyć zawsze. Niezależnie od tego, czy świat się wali, czy wszystko jest w porządku. Ty nigdy czegoś takiego nie doświadczyłaś, co? Zawsze miałaś tylko gierki, ucieczki i wieczną walkę. - Odetchnął głęboko i oparł tył głowy o ścianę, czując, jak ciśnienie z niego schodzi. - Ale dopóki sama nie poukładasz tej pustki w środku, nie będziesz w stanie obiecać niczego ani mnie, ani nikomu innemu.
Gabriela R. Blais
-
You're a bad idea but I like bad ideas.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracji-postaćautor
- Niektóre związki tak funkcjonują. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak wiele par jest w tych całych klubach dla swingersów. To działa w dwie strony. I nikt nie powiedział, że masz na to patrzeć. To też ma swoje zasady. - tyle, że oboje mieli całkowicie odmienne zdanie co do cielesności. Dla niej seks był kolejną przyjemnością, której nie chciała sobie odmawiać. Zabawą, do której nie przywiązywała emocji. Było miło i tyle. Każdy szedł w swoją stronę. Dla niego jednak taka intymność była jednoznaczna z uczuciami i tu właśnie tkwił pies pogrzebany.
- Ty tak to widzisz. Nie ja. - przymknęła oczy, żeby dłużej nie patrzeć na jego zbolały wyraz twarzy. Raniła go. Wiedziała, że każde jej słowo było niczym cios, ale i bez tej rozmowy było chujowo. Nie czuła się z tym najlepiej. Serio, pragnęła jego szczęścia, ale jednocześnie wkurwiało ją to, że poświęcał swój czas komuś innemu. Z drugiej strony nie była w stanie mu obiecać czego tak bardzo pragnął. To wszystko było tak bardzo do dupy. I nie było żadnego dobrego rozwiązania tego konfliktu. Bo z jakiekolwiek strony by na to nie spojrzeć, to ktoś w tej relacji będzie najzwyczajniej w świecie się męczyć.
- No właśnie. Więc co z tego, że bylibyśmy razem, jak zaraz może się okazać, że ojcem jest ktoś inny. Sam powiedziałeś, że nie chcesz wychowywać dziecka obcego faceta. - zaśmiała się ironicznie i oparła dłonie o uda. Słuchała każdego jego słowa. A jej myśli wciąż uciekały do relacji z tym, którego imienia mieli zakaz używania. Miała to wszystko. Czuła dokładnie to, co opisał, ale to było dawno temu. I za grosz nie rozumiał jej punktu widzenia.
- Noe, ale my to mamy też teraz. A raczej mieliśmy. Kurwa mi chodzi o te wszystkie zobowiązania. Nagle musisz się komuś tłumaczyć z tego, co robisz. Będziesz miał do mnie problem o każdą imprezę. O to, w jakim stanie będę wracać i z kim siedzieć. Nie przywykłam do dziennego kontaktu z kimś. Nie wiem nic o planowaniu wspólnej przyszłości. Nagle musisz zrezygnować z wielu rzeczy dla tej drugiej osoby. Co jest zdradą? Cielesność? Czy wymiana wiadomości z kimś innym? Tego nie ogarniam. - bo nigdy nie była w takiej sytuacji. Znała takie rzeczy z opowieści znajomych. A i tak nieraz wywracała oczami, gdy ktoś się zbierał, bo miał wezwanie od swojej drugiej połówki. - To całe randkowanie i spędzanie czasu tylko z jedną osobą. Nie mamy co się czarować. Jakbym ci powiedziała, że jadę do klubu, to siedziałbyś całą noc i się wkurwiał. Bo byś mi za grosz nie ufał. Ja sama bym sobie nie ufała. Nie umiem tego ot tak zmienić. Tutaj potrzeba czasu. - nie umiała mu inaczej tego wytłumaczyć.
Noe Villeneuve-Scott
-
absolwent dziennikarstwa i gość od pogrzebów
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Opuścił głowę na dłonie, czując, jak bezsilność rozlewa mu się po ciele. Tu właśnie tkwił w tym cały szkopuł, o którego rozbijali się za każdym cholernym razem. Nie potrafili przeskoczyć tej jednej, fundamentalnej różnicy. Dla niej seks był po prostu przyjemnością z listy uciech. Dla niego seks z kimś, kogo kochał, było jednoznaczne z uczuciami. To była intymność, której nie potrafił i nie zamierzał dzielić z innymi.
– To nie są żadne zasady, to jest szukanie furtki – powiedział już ciszej, podnosząc na nią wzrok. – Chcesz mieć faceta, który trzyma cię za rękę, kiedy świat ci się wali, ale jak poczujesz ochotę, to chcesz mieć prawo pójść w miasto i nie czuć wyrzutów sumienia. Ja tak nie potrafię. - To był ten pieprzony pat. Sytuacja bez wyjścia.
– To jest tak bardzo do dupy, że bardziej się nie da – zaczął powoli, przełykając ślinę – bo ktoś z nas musiałby cierpieć, żeby to działało. Albo ja zmusiłbym cię do układu, w którym czułabyś się uwięziona i osaczona, albo ty wepchnęłabyś mnie w relację, która rozszarpałaby mnie od środka przy każdym twoim wyjściu z domu. Żadne z nas nie zasługuje na to, żeby męczyć się na własne życzenie.
Tylko pokiwał głową, a twarz mu skamieniała. Ten ironiczny śmiech uderzył go mocniej niż krzyk. Słyszał w nim tę beznadzieję, w którą oboje zabrnęli, ale też coś jeszcze – barierę, której za nic nie potrafił przebić.
– Dokładnie. Co z tego – powtórzył, a jego głos był wyprany z jakichkolwiek emocji. Widocznie dla niej był po prostu kimś, kto nie rozumiał i nie potrafił pojąć jej punktu widzenia. Kimś zbyt sztywnym, by zaakceptować jej potrzebę wolności. – Przestańmy się już boksować – rzucił cicho. – Ty masz swoją prawdę, ja mam swoją. Umówmy te badania, wtedy przynajmniej jedno z nas będzie wiedziało, na czym stoi.
Słuchając tego potoku słów, z każdym kolejnym zdaniem czuł, jak ta spirala absurdu ostatecznie się zaciska. Nie przerywał jej. Pozwolił jej wyrzucić z siebie to wszystko, bo te pytania – o to, co jest zdradą, o tłumaczenie się z imprez, o odpisywanie ludziom – obnażały całą prawdę o tym, kim dla siebie byli, a raczej, kim nigdy nie zdołają być.
– No właśnie. Nie ufałabyś sama sobie – powtórzył cicho, a w jego głosie nie było już nawet złości, tylko pogodzenie się z faktami. – I masz absolutną rację. Siedziałbym całą noc, wkurwiałbym się i odchodził od zmysłów. Mówisz o zobowiązaniach, jakby to był wyrok śmierci albo jakiś pieprzony obóz przetrwania. Tłumaczenie się, zakazy, kontrolowanie... Jeśli ty tak widzisz normalną relację, jako smycz, na której ktoś cię trzyma, to ty w ogóle nie rozumiesz, o czym ja do ciebie mówię. Jeśli kogoś kocham, to po prostu naturalnie wolę spędzić wieczór z tą osobą, niż szlajać się po klubach i szukać wrażeń. Nie muszę się do tego zmuszać. Nie potrzebuję czasu, żeby się tego nauczyć, bo to się po prostu czuje. - Odepchnął się od drzwi, prostując się na pełną wysokość i spojrzał na nią z góry. – Ty nie potrzebujesz czasu, ty po prostu nie chcesz dorosnąć. Chcesz żyć jak nastolatka, bez żadnych konsekwencji, bez ponoszenia odpowiedzialności za to, jak twoje zachowanie wpływa na drugiego człowieka. Pytasz, co jest zdradą? Jeśli musisz się nad tym zastanawiać czy pisanie z kimś po kryjomu albo ocieranie się o kogoś w klubie przekracza granicę, to znaczy, że taki związek nie ma najmniejszego sensu.
Przez kilka sekund stał tyłem do niej, aż w końcu wypuścił z płuc powietrze. Kiedy odwrócił głowę z powrotem w jej stronę, na jego twarzy malowało się już tylko zmęczenie.
– Wiesz co? Masz rację. Nie ma co się czarować – powiedział spokojnie, opierając się ramieniem o futrynę. – Musimy postawić sprawę jasno. Zostajemy na etapie przyjaźni i na tym koniec. Chcę, żeby było jak dawniej. Chcę znowu mieć z tobą ten kumpelski, normalny układ, w którym po prostu potrafiliśmy usiąść, pogadać, pośmiać się z głupot i nie wymagać od siebie rzeczy, których żadne z nas nie jest w stanie drugiemu dać. Odetnijmy to wszystko grubą kreską. Bądźmy po prostu przyjaciółmi, tak jak na początku, bo jeśli teraz nie wrócimy do tamtego momentu, to żal i pretensje zniszczą wszystko, co kiedykolwiek nas łączyło.
Gabriela R. Blais
-
You're a bad idea but I like bad ideas.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracji-postaćautor
Dla własnej wygody mogłaby mu obiecać teraz wszystko. Omamić ładnymi słówkami, żeby wziął na swoje barki całą tę sytuację razem z nią. Wiedziała, że pomimo wszelkich słów, jeśli powiedziałaby mu, że go kocha, to wychowałby z nią nawet cudze dziecko. Rzuciłby dla niej Charly i zaopiekował się nią oraz dzieckiem. Z każdym innym postąpiłaby właśnie w ten sposób. Naobiecywała głupot, a później prowadziła podwójne życie oparte na kłamstwie i zdradzie. Z szacunku do ich relacji i wspólnej przeszłości, nie mogła mu tego zrobić. Nie zamierzała grać jego uczuciami.
- Mamy inne poglądy na związek, Noe. - uśmiechnęła się delikatnie, ale to nie był szczęśliwy gest. Jej twarz wyrażała smutek, który był głęboko zakorzeniony. - Nie ma sensu. - przyznała mu rację i również dźwignęła się z podłogi, żeby po raz ostatni na niego spojrzeć. Powiedzieli sobie już wszystko. Postawili sprawę jasno i ustanowili granicę, której tym razem nikt nie zamierzał przekraczać.
- Deal. - wyciągnęła swoją dłoń i przypieczętowała ten ich mały układ. Przyjaźń. Nic więcej. Wracamy do starych czasów, kolego. Do wspólnych wygłupów i krzywych akcji. Zero uczuć. Żadnego dotyku, który wykraczałby poza te kruche ustalenia.
To definitywnie zamykało pewien rozdział.
- Jestem trochę zmęczona. Ten dzień był zbyt emocjonalny. Odprowadzę cię, bo jeszcze Burrito cię zagryzie. - te dwa małe diabełki naprawdę nie lubiły Noe. Szkoda tylko, że to pożegnanie było takie sztuczne. Oboje nie czuli się komfortowo po tej całej rozmowie. Przed nimi jeszcze była długa droga, żeby powrócić do tego co kiedyś ich łączyło. Tylko czy im się uda?
Koniec
Noe Villeneuve-Scott