Rutyna popołudnia była dla niego skuteczną kotwicą. Wdzierała się głęboko w grunt, zaczepiając go na mocnych fundamentach codzienności. Nie była koniecznością, była jednak dobrowolnym ograniczeniem, które Jayce na siebie nakładał i na które dzień za dniem się godził, by na rauszu zwykle impulsywnych decyzji to jedno – uwielbienie do treningów i własną obecność na siłowni zaraz po uczelni i pracy – pozostawić jako niemal jedyną swoją
stałą dnia. Ruch gościł w jego grafiku codziennych czynności jako jego najczęstszy i najmilszy kompan, opowiadał przy tym własną historię, zamkniętą w maszynerii wypracowanego sumiennie ciała. Ruch także, co ważne, dawał tej historii wybrzmieć nie tylko w formie działania, ale również w efektach, gdy sylwetka Jayce’a, rozrosła i pulsująca od wniesionego w ciało wysiłku – napompowana pięknie od ciężkiej pracy mięśni – naprężała się nieznacznie. Tonęła w łunach padającego na niego słońca przez szerokie okiennice sali podczas ćwiczeń.
Lubił ten stan. Ciężkość oddechu, gwałtownie rozprężającego płuca przy większym obciążeniu; pracę serca, które malało pod żebrami i rozkurczało się cyklicznie, bijąc zaciekle w żywo uruchamiających się trybikach jego ciała. Uwielbiał to, jak kolejna dawka endorfin ocierała się o neuroprzekaźniki, i jak gładko wchodziła w obieg jego myśli. Stanowczość decyzji, autodyscyplina i chęć działania pozostawały przy tym kluczowym czynnikiem, pobudzającym go do systematycznej pracy nad sobą, pomimo tego, że już teraz wyglądał
dobrze. Zdrowo i z odpowiednimi wzniosłościami i krzywiznami ciała, jak przystało na trenera personalnego.
Pod koniec dnia, gdy promienie słońca rozpłaszczały się na pasach asfaltu, nadając powierzchni stosownego ciepła, sam czuł na sobie podobną gorączkę. Rozgrzany przez ruch i wysiłek pozwalał wtedy, by zaróżowione plamy wypieków obiegły jego twarz, przysłoniły mankamenty usłanych pojedynczymi piegami policzków i towarzyszyły mu do czasu orzeźwiającego prysznica, podczas którego ściągał z siebie pot i ostatki ciążącego mu wysiłku. Dopiero wtedy mógł planować dalszy przebieg dnia. A raczej już wieczoru. Kiedy bowiem wracał do domu, zjadał obiad i brał kąpiel, czas nie robił dla niego wyjątków – nie zatrzymywał się specjalnie dla niego. Posuwał się niechybnie szybko do przodu, kurcząc się wraz z każdą kolejną godziną spędzoną wcześniej na siłowni.
Było to poświęcenie, z którym się liczył.
Ruch i nauka na studiach stanowiły jego główne zajęcie, pozostałe aktywności traktował z mniejszą dokładnością – były one ledwie dopełnieniem dnia. Dzisiaj ostatnie wolne godziny postanowił wypełnić wizytą w barze ze znajomymi. Umówiony z nimi na spotkanie w godzinach wieczornych przyszykował się szybko, nakładając na siebie casualowy, niczym nie wyróżniający się outfit. Luźna, biała koszulka opływała swobodnie ciało, zakrywając mięśnie Jayce'a niemal w całości, i jedynie uwydatnione bicepsy, wychylające się zza krawędzi rękawków, stanowiły podpowiedź tego, co może ukrywać pod materiałem. Więcej uwydatniały spodenki, kończące się jeszcze nad kolanem, choć wybór ten był przy upalnym, duszącym powietrzu, charakterystycznym dla kanadyjskiego lata, prawie koniecznością.
Z przyjemnością wchodził do klimatyzowanego wnętrza Miller Tavern, już na wejściu czując, jak chłodny prąd powietrza zatrzymuje się na skórze, łaskocząc odkryte przedramiona i nogi. Wzrok w automatyzmie chwili przesunął się po wnętrzu, w poszukiwaniu znajomych twarzy, żadnej z tych, które oczekiwał spotkać, nie rozpoznał jednak w obliczach przebywających w barze gości.
Była za to
ona.
Briony Hawthorne dawno nie prezentowała się tak dobrze, jak dziś. Z cienkim materiałem satyny oblekającej ciało, która mieniła się nieznacznie z odległości, jakby coś wyjątkowo krnąbrnego i kapryśnego – jakaś złośliwość losu – miała ściągać jego wzrok ku niej wbrew jego woli. Lgnął do niej nieświadomie, porwany w nurt niebezpiecznej obserwacji, prawie tak, jak ćma do światła, spalając obręcz swoich jasnych oczu w poszczególnych kształtach jej sylwetki. W subtelnych obłościach drobnych piersi Briony i kontrastujących z tym, uwielbianych przez niego szerszych bioder, które nadawały jej ciału kobiecości i stanowiły solidny fundament dla długich, zgrabnych nóg, dziś ukrytych pod sukienką.
—
Kurwa... — krótkie, ciche przekleństwo szybko odnalazło drogę do ust, gdy przypadkiem, zbyt skoncentrowany na jej obecności, uderzył biodrem o stojące przy barze krzesło. Mebel zadrżał, poruszył się z chrobotliwym jękiem po podłożu, szurając nóżkami o drewniane deski podłogi, gdy Jayce przytrzymał oparcie dłonią, ratując krzesło przed przewróceniem.
Miał ochotę przekląć znów, gdy tylko cień towarzystwa Briony przemknął w kątach jego oczu, zamiast tego prychnął cicho, odwracając głowę w kierunku barmana.
Nie miał prawa być na nią zły za dobór towarzystwa, sam przecież opuścił szalupę ich historii, kończąc tę relację przeszło miesiąc temu. Mimo tego, między tkankami twardego ciała właśnie utknęła mu metaforyczna szpila, i za nic nie chciała z niego wyleźć. Werżnięta w trzon korpusu i trzon jayce'owych myśli stanowiła wyjątkowo upierdliwego gościa.
O Ethanie, choć studiowali na tym samym roku, wiedział tylko tyle, że jest irytujący, i że w żadnym stopniu nie może równać się z kimś takim, jak Hawthorne. Nie był wprawdzie pewien, co dokładnie przywiodło Briony i Ethana do wspólnego stolika, sądząc po jej ubiorze podejrzewał jednak, że chodziło o randkę, a tego... nie życzył jej z całego serca. Nie tylko z egoistycznych pobudek.
Po kilku minutach cichej, skoncentrowanej wręcz obserwacji, podczas której sączył przy barze wolno drinka, potrafił bowiem określić jednoznacznie, że
nie pasują do siebie.
Powidok bladego uśmiechu Briony, który nie wyglądał mu na szczery, jeszcze długo siedział mu w głowie, gdy ostatecznie przerzucił wzrok na mężczyznę. Ten z kolei wydawał się wyjątkowo zadowolony z siebie. Ożywiony i gadatliwy, z ustami, które nie robiły zbyt dużych przerw. Jayce oparł się plecami o blat baru tylko po to, by znaleźć chociaż jedną dłuższą pauzę w jego monologu. Poza pojedynczymi chwilami, w której pozwalał jej zadać pytanie, czy powiedzieć parę słów, nie widział jednak stosownych przystanków. Może poza jednym... gdy Ethan wstał, udając się w kierunku łazienek.
Wykorzystał tę chwilę niemal natychmiast. Bezwiednie, bezrefleksyjnie.
Ciało ruszyło w jej kierunku, wciąż trzymając w dłoniach drinka, i gdy tylko dotarł do stolika, przy którym pozostała Briony, jego obecność uwydatniło szuranie odsuniętego krzesła i stukot dna kieliszka, postawionego na blacie stołu.
—
Założę się, że skończycie te randkę z niesmakiem jeszcze przed deserem.
Głos wybrzmiał z pozorną lekkością, na końcach języka czuć było jednak znajomą jej uszom kpinę. Briony musiała wiedzieć, że zwykle przykrywał nią wszystko, czego nie chciał nazwać, ani do czego nie chciał się przyznać. Jak fakt, że obecność innego mężczyzny przy jej boku wytrącała z niego spokój, czy to, że zamiast puścić ją wolno, czuł wyraźnie, jak właśnie rośnie w nim chęć dotknięcia jej. Głos kierującego nim głodu, leżącego znacznie głębiej, niż w samym żołądku, nie chciał przy tym niknąć. Pragnął objąć znajomą delikatność jej ciała, a pozostała między nimi odległość tylko tę potrzebę wzmagała – Briony była wręcz nieprzyzwoicie blisko niego. Za blisko, by mógł ją zignorować, choć przecież sam postarał się o to, by tę przestrzeń zminimalizować, gdy tylko zdecydował się usiąść z nią w stoliku.
Jayce nie należał do ludzi, którzy pozwalali emocjom przejmować ster. Zbyt długo budował wizerunek człowieka, dla którego wszystko było prostsze: przelotne znajomości, szybkie decyzje, brak zobowiązań i jeszcze mniej powodów, by oglądać się za siebie. Wmawiał sobie, że właśnie dlatego odszedł. Bo mógł. Bo chciał. Bo tak było wygodniej.
A jednak coś w nim na moment stężało. Zmarszczył ledwie dostrzegalnie brwi i oparł teatralnie przedramię o blat stołu, jakby cała ta chwila była jedynie kolejną zaczepką, niczym więcej. Potrzebował paru sekund, by wrócić do meritum rozmowy.
—
Możesz wyjść już teraz — podpowiedział jej.
Uśmiech wrócił na swoje miejsce chwilę później z wyćwiczoną łatwością, swobodny i odrobinę bezczelny.
Briony Hawthorne