Zapukała tylko raz. Nie lubiła natarczywości.
Potem cierpliwie czekała, wsłuchując się w odgłosy dochodzące zza drzwi. Przez krótką chwilę nic się nie wydarzyło. Zdążyła nawet pomyśleć, że być może nikogo nie zastała. Że pomyliła adres albo zwyczajnie przyszła za późno. Może Ash podał jej zły. A może był to ostatni moment, by zwyczajnie zawrócić i uznać, że los podjął decyzję za nią. Myśl ta przemknęła przez nią równie szybko, jak się pojawiła.
Usłyszała kroki.
Wyprostowała się odruchowo, wygładzając dłonią materiał jasnej, lnianej sukienki. W ciepłym, lipcowym powietrzu poruszały się jedynie luźne pasma włosów, które wymknęły się z niskiego upięcia.
Drzwi ustąpiły.
Przez ułamek sekundy po prostu na siebie patrzyli. Nie wiedziała, kogo spodziewała się zobaczyć. Ale z pewnością nie jego. Nie było w nim ciężaru ludzi, którzy od lat obracali się w sprawach, o których nie mówiło się głośno. Nie dostrzegła chłodu ani wyrachowania. Pierwsze wrażenie bywało jednak zwodnicze, a Briony już dawno nauczyła się nie ufać temu, co widziało się w ciągu pierwszych kilku sekund.
Na dźwięk własnego pseudonimu uniosła jedynie delikatnie brew.
– Mam nadzieję, że wyłącznie w dobrym znaczeniu. - Wypowiedziała to z ledwie dostrzegalnym uśmiechem i wyciągnęła dłoń z naturalną uprzejmością.
Gest, którym ją przywitał, zaskoczył ją bardziej, niż chciała okazać. Przez chwilę miała wrażenie, jakby przeniosła się do innej epoki. Kiedy odzyskała dłoń, na jej twarzy wciąż malował się ten sam spokojny wyraz.
Przekroczyła próg i niemal od razu poczuła znajomy zapach.
Pigmenty. Rozpuszczalniki. Środki chemiczne, których sama używała przez lata podczas pracy nad obrazami.
Dopiero chwilę później jej wzrok powędrował dalej. Na ścianę.
Zatrzymała się.
Insektaria zajmowały znacznie więcej miejsca, niż początkowo przypuszczała. Niektóre tętniły życiem, inne sprawiały wrażenie zastygłych w czasie. Przez chwilę przyglądała im się w milczeniu z uwagą właściwą komuś, kto od lat uczył się cierpliwości od natury.
Kącik jej ust drgnął.
– Wygląda na to, że każdy ma tutaj własne tempo. - Przesunęła spojrzeniem po kolejnych gablotach, a po chwili odwróciła ku niemu głowę.
– Myślę, że podobałoby mi się to miejsce bardziej, gdybym nie miała wrażenia, że wszyscy mnie obserwują. - Wypowiedziała to z zupełną powagą.
Na wzmiankę o prysznicu skinęła głową.
– Proszę się mną nie przejmować. - Kiedy zniknął za drzwiami łazienki, jeszcze przez chwilę stała nieruchomo, wsłuchując się w odgłos odkręcanej wody.
Dopiero wtedy pozwoliła sobie ruszyć. Pracownie zawsze opowiadały historię swoich właścicieli.
Powoli przesuwała wzrokiem po wysokim biurku. Nie dotknęła niczego. Dłonie splotła za plecami, jak podczas muzealnych oprowadzań, pozostawiając między sobą a przedmiotami bezpieczny dystans.
Pigmenty stały obok butelek z odczynnikami. Pędzle spoczywały starannie oczyszczone. Metalowe narzędzia odbijały światło wpadające przez okno, a szkło laboratoryjne lśniło subtelnie w popołudniowym słońcu.
Nie dziwiła jej obecność materiałów malarskich. Po nie właśnie tu przyszła.
Znacznie bardziej zastanawiało ją, jak naturalnie współistniały z preparatami entomologicznymi. Jakby dla właściciela tego miejsca sztuka i natura od dawna mówiły tym samym językiem.
Zatrzymała wzrok na jednym z pędzli. Przez krótką chwilę przypomniała sobie wiadomość od ojca.
"To ostatni raz."
Palce prawej dłoni poruszyły się niemal odruchowo. Ledwie dostrzegalnie. Drżenie pojawiło się tylko na moment. Zacisnęła je spokojnie i odwróciła wzrok. Po raz pierwszy od wejścia do mieszkania zaczęła się zastanawiać, czy przyszła tu po pomoc dla Richarda...
...czy może dla samej siebie.
Elwood Madry