Wspólna wycieczka poza miasto zdawała się być idealną okazją, na pielęgnowanie ich relacji. Miał przygotowanych kilka opcji zapasowych, gdyby Lilian nic nie znalazła albo nie zaangażowała się w temat, jednak na szczęście tak się nie stało — ucieszył się, gdy podeszła do tego z optymizmem. I znał ją na tyle, że mógł sobie wyobrazić, jak z ekscytacją szukała tej rolki, którą zapisała i jak pisała o całym wyjeździe. Sam odetchnął z ulgą, kiedy zgranie terminów okazało się nie być szczególnie wymagające i mogli uciec na ten weekend z dala od najbliższych. On potrzebował oderwania się od wszystkiego, zrobić reset po kilku miesiącach spędzonych w Toronto, bo jednak przez ostatnie pięć lat zdążył odzwyczaić się od tak bliskiego kontaktu z rodziną. Przesadą byłoby powiedzenie — przynajmniej w jego przypadku — że z rodziną wychodzi się najlepiej na zdjęciach, jednak czasami zasada co za dużo to niezdrowo miała swoje odnalezienie w relacjach z bliskimi.
Ogromny plus dostrzegał w ucieczce u Lilian. Przy okazji ich wspólnego wieczoru w Oakville, nieco opowiedziała o swojej babce i Nico mógł bez problemu stwierdzić, że staruszka nie zmieniła się, a nawet i może z wiekiem odbijało jej jeszcze bardziej. Dziewczyna nie była małym dzieckiem, aby nie mogła mieć swobody i przede wszystkim, wolności wyboru. Cieszył się, że się buntuje, ale nieco martwił się, że będzie mieć później przez to suszoną głowę. Naprawdę był w stanie odprowadzić ją po powrocie nawet i pod sam pokój, w międzyczasie witając się z Dolores, byle tylko cały jej gniew i zażalenia spadły na niego, a nie na Davenport. Koniec końców, to była jego propozycja, aby wyjechać, prawda? Nawet jeśli Lilka zgodziła się na nią z własnej, nieprzymuszonej woli, to dalej w głównej mierze on był prowodyrem tej ucieczki.
Droga minęła im przemiło. Uważnie słuchał tego, co mówiła mu Lilian, angażując się w rozmowę i również samemu nie szczędząc w słowach. Akurat trafiło się tak, że obydwoje byli gadułami, choć bez wątpienia dziewczyna przebijała go w tej skali natłoku słów; lubił to zawsze. Słuchać, jak opowiadała o czymś z poruszeniem albo jak narzekała na coś oburzona, słodko marszcząc wtedy nos. Teraz sobie to wyobrażał, w większości mając skupione spojrzenie na drodze, a jedynie rzucając jej krótkie spojrzenia lub zerkając na nią nieco dłużej w momencie, kiedy natrafili na czerwone światło.
Biwaki były dla niego chlebem powszednim. Jeździli na nie z rodzicami, ale także rozbijali je na podwórku. Na początku obserwował, jak robiło to starsze rodzeństwo, a później sam się tego nauczył, również w podstawówce dołączając na krótką chwilę do harcerstwa. Czemu na krótką? Nico próbował różnych rzeczy, ale umiejętności nabyte przez ten czas pamiętał do dzisiaj.
— Tak, za dzieciaka jeździliśmy z rodzicami pod namioty. Jak byliśmy młodsi to pewnie była to dla nas większa radocha, bo później jakoś o wiele rzadziej się na nie wybieraliśmy. — I pamiętał, że było narzekanie. Również zakończyły się dziecięce zabawy jak gonienie się patykami lub rzucanie szyszkami, łapanie żab czy konkurs na największą ilość kamiennych kaczuszek na jeziorze. Wspominał to wszystko z pewną nostalgią i miał nadzieję, że może po tym, jak jego mama wyzdrowieje, to rodzina zechce nieco powspominać i udać się na taki wyjazd.
Przepiął Cheetosa na dłuższą smycz, przypinając go do jednego, stabilnego miejsca, żeby mógł sobie chodzić i węszyć po najbliższej okolicy, ale żeby też nie biegał bez nadzoru po krzakach lub cudzych grillach. Nalał mu świeżej wody i zaczął wypakowywać części ich chaty, aby zacząć ją rozkładać.
Czuł na sobie jej spojrzenie, które praktycznie że powodowało u niego jeszcze większe ciepło, jakby temperatura na dworze była niewystarczająca. Uśmiechnął się pod nosem, a że akurat kucnął odwrócony do niej tyłem, to nie była w stanie tego dojrzeć. Może i lepiej? Słysząc jej słowa wstał i odwrócił się w jej kierunku, widząc jak idzie do niego z wystawionymi rękoma i czując klepnięcie jej dłoni na swojej rozgrzanej klatce piersiowej, nie mógł powstrzymać się od szerokiego uśmiechu oraz śmiechu — szczerego, rozbawionego przez jej czyny. Uważnie ją obserwował, najpierw spoglądając na ręce sunącego po jego torsie, a potem spojrzał na jej twarz. Brązowe oczy, które uważnie obserwowały rozsmarowywanie kremu; a może to nie o to chodziło? Jej delikatny, ciepły dotyk sprawiał, że serce biło mu dwa razy szybciej i próbował sam się uspokoić, aby czasami dziewczyna nie wyczuła tego, gdy zdecyduje się dosmarować jego klatę. Były to słodkie tortury, które nie chciał, aby się kończyły. Spojrzał jej w oczy, nawiązując z nią krótki kontakt wzrokowy. Stała blisko, uważnie przejeżdżając po każdym centymetrze jego górnej części ciała, a on w głowie miał wizję ich wspólnego pocałunku. Jak dobrze było trzymać ją tak blisko siebie, czuć znajome ciepło skóry pod swoimi palcami i muskać delikatnie jej usta, które z każdym kolejnym, krótkim dotykiem, na nowo wryły się w jego myśli.
— Nie śpiesz się, trzeba dobrze zabezpieczyć się przed słońcem — odparł z pełną powagą. Jakby właśnie chodziło o to bezpieczeństwo, a nie nieodpartą chęć, aby zatrzymać ją przy sobie. Upomniał się szybko w myślach — nie powinien tak robić. W końcu… byli przyjaciółmi, tak? Dawanie sobie jakiejkolwiek nadziei, nawet spowodowanej krótką myślą, było jak wymierzanie liścia w policzek. Nie chciał robić tego ani sobie, ani jej, tym bardziej że jeszcze jakiś czas temu sam mówił, że nie chce jej nic narzucać.
— A ty jesteś dobrze nasmarowana? Lepiej cię natrzeć teraz, niż potem obsmarowywać panthenolem — rzucił z lekkim rozbawieniem, biorąc to jako okazję, aby uważnie otaksować jej sylwetkę i spojrzeniem przesunąć po jej ramionach i rękach. Nie było co się śmiać; miał to być miły weekend, a przecież poparzenie od słońca skutecznie może zepsuć dobrą atmosferę.
Lilian Davenport