Jeszcze trzy dni temu miał taki stres, że prawie rozniósł swój pokój. Pakowanie na te wakacje, które Nicholas ogarnął jako ich oficjalny start, przerosło go w każdy możliwy sposób. LeBlanc potrafił wypisać skutki uboczne najtrudniejszych leków, ale kiedy przyszło do spakowania walizki na tydzień w ciepłych krajach z facetem, na którego punkcie miał totalnego bzika, jego mózg po prostu odmówił posłuszeństwa. Przez pół nocy biegał w kółko po pokoju, wrzucając do torby pięć par kąpielówek, trzy bluzy (bo wmówił sobie, że wieczorem nad oceanem na pewno zamarznie na kość) i jakieś losowe ciuchy, w których miał nadzieję wyglądać, chociaż trochę dobrze. Trzy razy wszystko wyrzucał na podłogę, klnąc pod nosem i próbując domknąć walizkę kolanem.
Ich początki były jeszcze bardziej pokręcone. Poznali się w szpitalu, kiedy Reeve miał tam staż, a Swanson wylądował na oddziale z nogą w gipsie po tym, jak widowiskowo zleciał ze schodów. Był zdecydowanie najgłośniejszym i najbardziej irytującym pacjentem, jakiego miał okazję spotkać, ale też jedynym, który potrafił go rozbawić po 12 godzinach stania na nogach. Potem, jak już wyszedł ze szpitala, zaczęli pisać na okrągło, spotykać się na piwo, aż stali się praktycznie nierozłączni, ale chłopak cały czas czuł, że pod tym wszystkim kryje się coś znacznie głębszego. Bał się to zepsuć, bo Nicholas był dla niego zbyt ważny, żeby stracić go przez jakieś głupie zauroczenie, a on chyba myślał dokładnie tak samo, bo obaj strasznie długo udawali, że ta chemia między nimi to tylko kumpelska relacja, dopiero szczera rozmowa zmieniła wszystko.
I tak trafili na Poipu Beach. Tylko że cisza i spokojne leżenie na kocu szybko zaczęły go nudzić. Czuł w sobie tyle energii i taką radość, że po prostu musiał zrobić coś głupiego, żeby jakoś to z siebie wyrzucić. Spojrzał na Nicholasa, który leżał obok z przymkniętymi powiekami, wyglądając, jakby zaraz miał zasnąć. Uśmiechnął się pod nosem, wstał cicho z piasku, jednym szybkim ruchem ściągnął przez głowę swoją koszulkę, rzucił ją prosto na twarz leżącego chłopaka i z głośnym wrzaskiem pobiegł prosto w stronę wody.
Woda była niesamowita. Obrócił się w stronę brzegu, unosząc się swobodnie na fali, i pomachał rękami do Nicholasa, szczerząc się w szerokim, łobuzerskim uśmiechu.
- No i co tam?! - wrzasnął na cały regulator, starając się przekrzyczeć szum oceanu. – Jesteśmy na Hawajach od dobrych paru godzin, a ty dalej tylko łapiesz opaleniznę na kocu! - Uniósł się na kolejnej fali, mrużąc oczy przed słońcem. – Proponuję zakład! Szybki wyścig do tamtej boi i z powrotem. Jak wygram, dzisiaj ty stawiasz te wielkie drinki w kokosach. Jak przegram... pozwolę ci spać do południa. Wchodzisz w to, czy pękasz?!
Nicholas Swanson