35 y/o
For good luck!
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wszystko potoczyło się tak szybko, że nie zdążył zareagować - zresztą, gdyby potoczyło się odrobinę wolniej, co mógłby zrobić? Lada tkwiąca między nimi wcześniej była barierą bezpieczeństwa, teraz jednak okazała się przeszkodą. Nie mógł zrobić n i c na widok zbliżającej się, lekko podpitej blondynki, którą kojarzył z twarzy, jeszcze w miarę równo utrzymującej swój krok.
Do czasu.
Smród piwa wypełnił przestrzeń między nimi w ułamku sekundy, jeszcze nim dostrzegł w pełni skalę dokonanych przez kobietę zniszczeń. W jedno uderzenie serca zarejestrował ciemną plamę piwa i zmrożoną w zaskoczeniu twarz siedzącej naprzeciw niego blondynki. W drugie, fala złości przemknęła przez jego trzewia docierając do samego gardła z przekleństwem, które w nim utkwiło.
W trzecie, zauważył sięgającą po serwetki rękę Haze i wyciągnął własną. Zamiast złapać kobietę, chwycił za pojemnik z nimi i podniósł go, przesuwając na swoją stronę baru gdy uchwyciła pierwszą z nich. Nie zamierzała przecież jej pomagać?
Jego szklanka ze stukotem wylądowała na blacie gdy szeroko uśmiechnięta blondynka ruszyła w jego kierunku. Znał ją - rozpuszczoną córkę jednego z partnerów biznesowych Monroe, zamożnego właściciela udostępniającego niektóre swoje nieruchomości na rzecz procentów otrzymywanych z zysków tego, co na ich terenach się działo.
- Jessica - wycedził, w swej głęboko skrywanej satysfakcji dostrzegając, jak kobieta wymija ladę i usiłuje dostać się na drugą stronę baru, nic nie robiąc sobie z panujących w tym miejscu zasad - jak każda osoba, która w życiu wychowała się z taką ilością wpływów i pieniędzy. - Twój ojciec nie byłby zadowolony słysząc, jak traktujesz gości tego lokalu.
Dostrzegł wyciągnięte w jego stronę ramiona gdy rzuciła się w jego stronę, pragnąc owinąć je wokół jego szyi jak gdyby zobaczyła w nim starego przyjaciela, zachęcona do tego wypitym piwem. Z każdym pokonywanym przez nią centymetrem jego wściekłość tylko wzmagała, a świadomość siedzącej naprzeciw Haze, tkwiącej w kałuży wylanego piwa, jedynie tę wściekłość podsycała.
- To nie ja, to ona na mnie wpadła... - żachnęła się, już niemal będąc przy nim, niemal owijając ramiona wokół jego szyi gdy jego ręka wystrzeliła do przodu. Palce zacisnęły się na kobiecym nadgarstku nim ten zdołał dotrzeć do jego ciała, w geście na tyle gwałtownym, że kobieta zatrzymała się natychmiast, zaskoczona.
- Greaves - rzucił głośniej, przez ramię, do tkwiącego przy kasie barmana, który kątem oka obserwował tę sytuację. - Dorzuć na rachunek tej pani koszt zakupu nowej sukienki gwiazdy dzisiejszego wieczoru - rzucił, obserwując sprzeciw, jaki malował się na twarzy blondynki a także jej skonfundowane spojrzenie gdy odwracała je ku Haze, nagle orientując się w tym, kim właściwie była. - Wyglądała na drogą - dodał, a kącik ust barmana uniósł się wyżej gdy wstukiwał jeszcze jedno zero na rachunek należący do blondynki.
- Dobrze, zapłacę za sukienkę. Swoją drogą, wcale nie wygląda na dro... - prychnęła kobieta, szarpiąc nadgarstkiem by uwolnić go z jego uścisku, lecz jego palce tylko mocniej zacisnęły się na jej skórze. - Nie chciałam, okej? - syknęła, popełniając kolejny błąd - kierując tę żałosną namiastkę przeprosin do n i e g o.
- Nie wątpię. Ale sukienka panny Haze, oraz podłoga mojego baru jest teraz cała w piwie - odrzucił ze spokojem, który mógł podarować mu wyłącznie silny uścisk na ręce kobiety, którą miała czelność wyciągnąć w jego kierunku.
- Przecież obsługa to posprząta - zaśmiała się i, jakby na potwierdzenie tego, Greaves ruszył z mokrą ścierką w stronę wyjścia zza baru, które obecnie ich dwójka zagradzała.
- Nie, Jess - przerwał jej, pochylając się nad kobiecą sylwetką. Czarny kosmyk włosów wymknął się ich ułożeniu i powędrował w stronę czoła gdy mierzył ją spojrzeniem, palce coraz mocniej zaciskające na jej dłoni. - Moja obsługa nie będzie sprzątać twojego syfu.
Mokra szmata znalazła się obok nich sprawiając, że wypuścił kobiecą dłoń z ręki.
- Mój ojciec się o tym dowie. - Jessica potarła nadgarstek wściekle, przeniosła mordercze spojrzenie na barmana i odebrała od niego materiał, odwracając się w drugą stronę by wymaszerować na drugą stronę baru.
- Przesuń się - warknęła do Violet, chcąc uzyskać lepszy dostęp do klejącego śladu wylanego piwa, Monroe jednak znalazł się już z powrotem na swoim miejscu, naprzeciwko brunetki i sięgał po swoją szklankę wody. - Siedź - odrzucił natychmiast i choć ton jego głosu nie był wściekły - nie, gdy mówił do niej - jednocześnie był dość d o s a d n y.
Przekleństwa blondynki utonęły w dźwiękach muzyki gdy pochyliła się, ślizgając na podłodze na której spoczęły jej kolana. Na czworaka zaczęła zmywać podłogę, lawirując między nogami hokera, na którym siedziała Haze, podczas gdy jej partner stawał się coraz czerwieńszy na twarzy.
- Wygląda na to, że Rapture bardzo stara się zrobić na tobie jak najgorsze wrażenie - westchnął. Upił łyk swojej wody z westchnieniem, patrząc na sukienkę kobiety i zastanawiając się co mógłby z tym problemem zrobić, nie poświęcając blondynce dalszej uwagi. - Zgaduję, że nie pozwolisz mi tego w żaden sposób wynagrodzić.

trouble magnet
29 y/o
For good luck!
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie zdążyła nawet zdecydować, czy naprawdę zamierza spełnić absurdalne polecenie blondynki, bo pojemnik z serwetkami zniknął sprzed jej dłoni, zabrany przez Vincenta szybko i bez miejsca na dyskusję. I przez tę jedną, krótką chwilę poczuła przede wszystkim ulgę. Prostą, niemal dziecinną ulgę, że ktoś przerwał ten odruch za nią, zanim zdążyła pochylić głowę, zacząć wycierać cudzy bałagan i dopiero później nienawidzić się za to, że znowu pozwoliła potraktować siebie w ten sposób. Nie musiała tłumaczyć, że nie była kelnerką, nie musiała udowadniać, kto na kogo wpadł.
Tyle że szkopuł polegał na tym, że Vincent nie zatrzymał się na zabraniu jej serwetek. Wszystko, co wydarzyło się potem, eskalowało z każdą kolejną sekundą, od dłoni zaciśniętej na nadgarstku blondynki, przez kwotę dopisaną do rachunku w ramach egzekucji, aż po ścierkę i blondynkę na podłodze.
Słyszała każde słowo Vincenta, widziała, jak sprawnie odebrał tamtej dziewczynie całą pewność siebie, ale nie potrafiła już ustalić, w którym dokładnie momencie przestała być osobą, której należało pomóc, a stała się centralnym punktem kary wymierzanej w jej imieniu.

Obiektywnie patrząc – było to bardzo słuszne, ale…
No właśnie – ale.
Dla niej, to co wydarzyło się dalej, było niczym koszmar w pięknym opakowaniu.
Obiektywnie – nie pozwalał jej sprzątać po kimś, kto ją u p o k o r z y ł. Również obiektywnie – jako osoba zarządzająca tym miejscem wręcz powinien zareagować. Zrobił jednak dokładnie to, czego chciała uniknąć – rozdmuchał uwagę, ustawiając Jessicę do pionu, robiąc z niej samej gwiazdę wieczoru.
Realnie patrząc powinna być mu była wdzięczna i jakaś jej część uznała za pociągające to, że stanął po jej stronie tak bezwzględnie, że nie musiała nawet próbować się tłumaczyć. Równocześnie jej cholerny układ nerwowy nie potrafił elegancko rozróżnić tego, że ukrócił możliwość dalszego upokarzania jej od odebrania jej możliwości decydowania, co stanie się dalej.
Siedź, tak kontrastowo miękkie w stosunku do niej, niż wcześniejsze słowa do blondynki, uziemiło ją wcale nie dlatego, że była zachwycona jego dominacją, czy chętna zrobić na złość dziewczynie, która miała posprzątać swój bałagan. To, w pierwszej kolejności, zanim jej umysł zdążył to przemielić, jej ciało potraktowało jako komendę wypowiedzianą przez dużego, silnego i wściekłego mężczyznę. A ciało zawsze było szybsze niż myśli – zwłaszcza jej.
Zacisnęła palce obu dłoni odrobinę mocniej na butelce wody przed sobą, maskując przy tym delikatne drżenie dłoni.
Dziękuję — odezwała się, opuszczając wzrok na butelkę, jakby nagle szczególnie zainteresowała ją etykieta.
To dziękuję było jeszcze inne, niż pozostałe dwa. To było niemal urzędowe, nawet gdy niezręcznie próbowała je rozpuścić uśmiechem – takim, który chciała, aby był tak samo przekonujący, jak kilka tych drobnych, wcześniejszych, ale takim nie wychodził.
Obserwowała jak wracał na swoje miejsce po drugiej stronie baru, wyglądając jakby wraz z pokonaniem tych kilku kroków zostawił za sobą również całą tę przerażająco stanowczą wersję siebie, która jeszcze chwilę wcześniej ściskała nadgarstek blondynki i wydawała polecenia tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Oddech wypuściła odrobinę wolniej, celowo rozluźniając palce zaciśnięte na butelce, jeden po drugim. Kolejny uśmiech nadal nie wyszedł jej całkiem naturalnie, ale tym razem nie próbowała już zmusić się do wyglądania przekonująco.
Mam już wodę, astronomicznie wycenioną sukienkę i pokaz na żywo. Klub chyba przekroczył budżet na przeprosiny — odpowiedziała mniej cierpko, mniej służbowo, cały czas starając się ignorować obecność blondynki pomiędzy jej nogami. — Nie musisz niczego wynagradzać — dodała, starając się po drodze, w miarę sylab, wytracić tej sztywności, której była absolutnie świadoma, a której nie potrafiła tak po prostu wyłączyć, choćby nawet chciała.
Choćby przez to, że nie sposób było nie odnotować, jak inaczej nie tylko brzmiał, ale układał się czy patrzył, kiedy nie mówił do cycatej, aroganckiej blondynki.
Ale jeśli bardzo ci zależy, to możesz na następny raz przygotować dla mnie jakiś sekret, którym nie obraca znacząca liczba osób, a za który wciąż nie musiałbyś mnie zabić — podsunęła po chwili niewielkiego zawahania, jeszcze zanim zdążył choćby zaoponować, że przecież – w istocie, musiał wynagrodzić, tę niedogodność.

rsvp
you
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
For good luck!
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie było możliwości by spojrzał na tę perspektywę jej oczyma.
Nawet, gdyby podzieliła się z nim swoimi wątpliwościami, gdyby on przemielił je w swoich myślach i spróbował przyjąć jej założenia, nie potrafiłby ich podzielać, ponieważ były b ł ę d n e. To blondynka, teraz skrzętnie sprzątająca rozlane przez siebie piwo, była powodem tego całego wydarzenia, to ona z góry założyła swoją wyższość nad kobietą, na którą sama wpadła - a z której to teraz ją strącił, dosłownie i w przenośni.
To ona była powodem jego wściekłości.
Nawet przez myśl nie przeszło mu, że blondynka mogłaby mieć to za złe j e j. Czy Haze kazała mu cokolwiek zrobić? Czy spojrzała choćby na niego w sposób, którego nie mógł zignorować?
Reakcja była dla niego refleksem, była natychmiastowa i bezwarunkowa. I była pokierowana w ś c i e k ł o ś c i ą, ponieważ ona z takim powodzeniem maskowała wszystko inne. Bo ona maskowała tę głęboką potrzebę wymierzenia sprawiedliwości dla brunetki, której kompletnie nie znał i którą ledwo udało mu się namówić do wypicia z nim butelki pieprzonej wody.
Ale z Haze wszystko było skomplikowane. Może bardziej niż być powinno.
Dostrzegł napięcie w jej zaciśniętej wokół butelki pięści, sposób, w jaki odwracała wzrok, byle tylko blondynka z ziemi zniknęła. I to napięcie mu się udzieliło, nagle zapragnął, by po Jessice nie został żaden ślad tak jak po piwie, które usiłowała sprzątnąć. Nie dlatego, że przeszkadzało mu jej upokorzenie - ale dlatego, że przeszkadzało j e j.
- Nie muszę, ale chcę. - nie zgodził się ignorując posapywanie blondynki, z której sukienki wydostawał się dekolt pod wpływem niestandardowej pozycji.
Jej towarzysz pochylił się, usiłując jej pomóc, na co z krzykiem kazała mu zostawić się w spokoju. Chwilę później, czerwona na twarzy, z jasnymi włosami splątanymi na każdy możliwy sposób, podniosła się z ziemi. Wściekle rzuciła szmatę za bar, nieomal trafiając nią biednego barmana.
- Proszę bardzo - warknęła, zadzierając głowę. Odwróciła się na pięcie, obrzucając Haze spojrzeniem nim wymaszerowała w stronę wyjścia, rozpoczynając kłótnię z bogu ducha winnym mężczyzną, który jej towarzyszył.
Sekret.
Miał ich w zanadrzu wiele. Część tkwiła pod ladą, w schowanej w jednej z szafek broni i stercie pieniędzy niezwiązanej z wypisanymi, legalnymi czekami. Część w kieszeni jego spodni, w telefonie pełnym tajemniczo podpisanych numerów i zakodowanych wiadomości. Część zaś schowana była zaledwie paręnaście metrów dalej, na zapleczu, w tych pomieszczeniach, do których nikt nie miał dostępu poza paroma, wydzielonymi osobami.
- Masz już wodę, astronomicznie wycenioną sukienkę i pokaz na żywo - zanegował, jego łokcie oparły się o blat baru gdy przyglądał się kobiecie, zaś jego kącik ust uniósł w górę w szelmowskim uśmiechu. - Nie sprzedaję swoich sekretów łatwo.
Na jedno uderzenie serca zatrzymał się, patrząc w jej ciemne tęczówki - w blask podświetlanego baru odbijający się w ich głębi bursztynowym kolorem. Wiedział, że odmówi, a jednak w c i ą ż tu siedziała - więc czy nie powinien spróbować?
- Zatańcz ze mną - rzucił, słysząc cichszą, wolniejszą muzykę spływającą z parkietu pełnego bujających się par. - Jeden taniec, jeden sekret.

worth killing for
29 y/o
For good luck!
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zaproponował jej całkiem uczciwy układ, gdyby rozpatrywać go bez dodatkowych okoliczności.
Tyle, że gdy oferta padła, przez sekundę zawiesiła się, patrząc na niego, a następnie spojrzenie uciekło jej gdzieś na bok, na ludzi na parkiecie, na kolorowe światła przesuwające się po podłodze, po czym wróciło do niego z wyraźnym opóźnieniem, jak gdyby potrzebowała dodatkowych kilku sekund, żeby dogonić rozmowę, która zdążyła odjechać jej już o kilka stacji dalej.
To było śmieszne, bo jeszcze nie tak dawno sama propozycja wystarczyłaby, żeby natychmiast odmówiła, tymczasem teraz przez ten jeden krótki, bardzo nierozsądny moment naprawdę rozważyła odpowiedź inną niż ta, którą za chwilę miała wypowiedzieć.
Uśmiechnęła się, ale był to ten rodzaj uśmiechu, który przyniósł odpowiedź, jeszcze zanim wypowiedziała ją na głos. Trochę przepraszający, choć obiektywnie nie miała przecież za co przepraszać. Trochę wdzięczny, za to że w ogóle zapytał. I trochę zawstydzony tym, że odpowiedź prawdopodobnie go rozczaruje.
To był ten moment, kiedy kąciki jej ust uniosły się lekko, spojrzenie zmiękło, a następnie spełzło powoli z jego twarzy, jak gdyby miała powiedzieć coś, czego wcale nie chciała mówić.
Bardzo chciałabym być tą osobą, która teraz mówi głośno, że się zgadza, ale nie jestem nią.
Nigdy nie wypowiedziałaby tego na głos.

Doskonale zdawała sobie sprawę, że problemem wcale nie była mokra od piwa sukienka ani nawet perspektywa wyjścia na środek parkietu. Problem zaczynał się gdzieś dalej, dokładnie tam, gdzie kończyła się bezpieczna odległość pomiędzy dwojgiem ludzi siedzących przy barze, a zaczynała się fizyczna bliskość. Wystarczyło jej wiedzieć, jak jej ciało reagowało na zwykły, nagły ruch w jej pobliżu – jak się napinało i szykowało do ucieczki, dosłownie wszystko traktując jako sygnał do ucieczki – aby móc przewidzieć, że zwyczajny wolny taniec mógłby się skończyć katastrofą. I to nie taką pokazową, ale momentem, w którym toczy się realny pojedynek między rozsądkiem a ciałem, w efekcie którego, gdyby faktycznie złapał ją za rękę – zesztywniałaby jak idiotka.
Późno już. — Oczywistość, która jeszcze chwilę temu zdawała się jej nie przeszkadzać, nagle spadła w formie argumentu – w dodatku wypowiedzianego na tyle cicho, jak gdyby sama chciała, by ta odmowa zniknęła pomiędzy kolejnymi taktami muzyki.
Nie drgnęła, choć powinna się wycofać; było późno, rano miała pracę, a mokry materiał sukienki coraz mniej przyjemnie kleił się do skóry, więc właściwie dostała od losu cały zestaw rozsądnych powodów, żeby wreszcie zabrać czek i wyjść. Wystarczyło zsunąć się ze stołka, podziękować i pozwolić tej rozmowie skończyć się dokładnie tam, gdzie sama ją właśnie zatrzymała.
Ale ten sekret możesz przechować — dodała po chwili, a jej uśmiech wrócił ostrożnie na wargi. — Na wypadek, gdybyś kiedyś chciał to renegocjować i zaproponował mniej wymagającą formę zapłaty.
Nie była pewna, czy próbowała w ten sposób podtrzymać rozmowę, czy raczej zostawić sobie drogę powrotną do propozycji, której właśnie odmówiła. Prawdopodobnie jedno i drugie, co było już dostatecznie nierozsądne samo w osbie.
Chyba powinnam znaleźć managera — rzuciła po chwili. — Jeszcze trochę i zacznę myśleć, że drukuje pieniądze na poczekaniu. — W domu zapewne sama rozliczy siebie za ten niezręczny żart, który miał za zadanie ukierunkować rozmowę na coś zupełnie innego i znacznie prostszego, niż złożona przez mężczyznę propozycję, którą pozostawiła z decyzją odmowną.
rsvp
ask me again, someday
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
For good luck!
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Znał odpowiedź jeszcze zanim ją wypowiedziała.
Impulsywne pytanie spotkało się z równie szybką reakcją. Dostrzegł ją w chwili, w której odwróciła wzrok, przenosząc go na parkiet pełen ludzi, kolorowe światła i błysk neonów by zaraz wrócić do niego z przepraszającym uśmiechem wyginającym jej usta.
I choć spodziewał się odmowy, z jakiegoś powodu gdzieś z tyłu głowy poczuł ukłucie rozczarowania. Taniec nie zobowiązywał do niczego, dla wielu ludzi nie różnił się od tego, co robili teraz - wspólnej rozmowy nad bezalkoholowym napojem przy barze. Zniknęła nawet Jessica, można by rzec, że w popłochu, pozostawiając wyłącznie zapach piwa rozlanego na materiał sukienki po sobie.
Miała tysiące powodów by mu odmówić - właśnie zaczynając od tego. Dyskomfortu związanego z lepkim napojem wrzynającym się we włókna jej astronomicznie wycenionej sukienki. Idąc dalej, wciąż był dla niej nieznajomym mężczyzną, choć w miejscach takich jak to, czasem nawet znajomość imienia przekraczała pewne granice dla innych osób. Kończąc na tym, że nie przyszła tutaj hobbystycznie, jak już podkreśliła, nie był to jej typ rozrywki - była tu w celach zarobkowych i te cele wypełniła.
Westchnął, przypominając sobie o czekającym gdzieś pod ladą czeku. Na wspomnienie o drukowanych przez managera pieniądzach uświadomił sobie, że nadal jej go nie wręczył - coś, czego nie zrobił do końca świadomie, ale jednocześnie skłamałby mówiąc, że był z tego powodu zawiedziony. Rozejrzał się, niepewny tego, gdzie mógł leżeć i gdy ona oznajmiała już swoje wyjście - wciąż tkwiąc w miejscu - odsunął się w bok, przesuwając palcami po zwitku różnych kopert i wyciągając tą podpisaną V. Haze.
- Dlaczego? - pytanie samo opuściło jego usta gdy wyciągnął w jej stronę dłoń z czekiem. Zatrzymała się na krótki moment, nim odstawiła kopertę na blat tuż obok tej przełomowej butelki wody.
Nie wiedział, po co w ogóle to drążył. Nie wyglądała na osobę, która miałaby zmienić dla niego zdanie - a on nie przywykł do zabiegania o uwagę kobiet, które sobie tej uwagi nie życzyły. Powinien pozwolić jej wyjść, trzymać te drzwi wiecznie otwarte tak jak wtedy, gdy wkroczyła do jego loży, a on, choć pragnął osłonić się przed światem zewnętrznym, nie zamknął zasłon szczelnie.
- Czy to przez to, że to nie twój rodzaj rozrywki? - zapytał, jego ton brzmiał swobodnie choć oczy, na przekór instynktowi, który podpowiadał mu by ją w y p u ś c i ć, wpatrywały się w nią intensywnie. - Przez Jessicę i jej wylane piwo?
Jego spojrzenie prześlizgnęło się po kobiecie i zatrzymało na parkiecie pełnym ludzi, który nawet dla niego wydał się teraz zapchany, a goście bawiący się na nim zbędni.
- Nie lubisz tłumów? - kontynuował, wciąż jednak tkwiąc po drugiej stronie blatu i nie wykonując żadnego ruchu w jej stronę, innego niż wypowiadanie niewygodnych pytań. Jego wzrok powrócił do niej, dłoń sięgnęła do szklanki z resztką nalanej mu wody, nagle żałując, że w środku jednak nie było czegoś mocniejszego. - Czy boisz się mnie?

someday
29 y/o
For good luck!
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pozwoliła mu podawać za nią argumenty, które były w tej sytuacji całkiem logiczne, ale które mimo wszystko nie podyktowały jej decyzji. Każdą z tych niewygód najpewniej potrafiłaby zdusić, gdyby m o t y w a c j a była odpowiednia. I musiała przyznać przed samą sobą, że była. Chciała się zgodzić wystarczająco mocno, by przez chwilę naprawdę to rozważać, ale nie na tyle, by wygrać z czymś, co nie podlegało już rozsądkowi ani nawet jej woli. Z lękiem, który nie czekał na myśl, nie pytał o intencje i nie rozróżniał dotyku od zagrożenia, zanim jej ciało zdążyło zesztywnieć na sam widok ruchu wykonanego w jej stronę.
Aż w końcu jednocześnie trafił w sedno, ale też rozminął się z nim o kilometry.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że odpowiedź brzmiała tak.
Obawiała się go, bo był mężczyzną, a lęk przed nimi został niemal wdrukowany w jej kod genetyczny. Bała się jego i to nie abstrakcyjnie, ani nie dlatego, że usłyszała plotki, bądź wiedziała o nim więcej niż to, że był integralny z tym miejscem i potrafił być stanowczy. Bała się jego rozmiaru, gwałtowności, sposobu wydawania poleceń i przede wszystkim – tego, jak łatwo przejmuje kontrolę nad sytuacją.
Ale nie wobec niej.
Dlatego równocześnie nadal znajdowała się przy barze, naprzeciwko niego, pomimo wskazania oczywistej, późnej pory. Bo poza strachem, który był w jej ciele stałym już lokatorem, czuła wobec niego ciekawość. I ten dziwny, zwierzęcy magnetyzm.
Więc: tak, ale.
Chyba każdy tutaj chociaż trochę się ciebie boi — odpowiedziała, nie spuszczając z niego spojrzenia – a kosztowało ją sporo, by zdusić chęć kapitulacji i potrzebę zainteresowania się etykietą butelki, którą zdążyła już przeczytać kilka razy.
Nie rzucała tego bezpodstawnie. Wystarczyło wskazać tę parę osób, które nie wpisywały się w obsługę klubu, a dalej uginały przed nim karku – wystarczyło wskazać na arogancką blondynkę czy nachalnego radnego, po których, po jego interwencji, szybko nie było śladu.
Odpowiedź padła, nie uniknęła jej, ale rozmyła ją z pełnią świadomości.
Schwyciła w palce obu dłoni butelkę, przegrywając z samą sobą i jednak gubiąc ten kontakt wzrokowy. Szczerość tego, co planowała dopowiedzieć, była zbyt duży, by splatać to z jednoczesnym patrzeniem w jego ciemne, hipnotyzujące oczy.
To nawet imponujące, jak szybko potrafisz sprawić, że wszyscy robią dokładnie to, czego od nich chcesz. Imponujące i jednocześnie niepokojące — doprecyzowała, raz kolejny odczytując slogan reklamowy z etykiety butelki. — Zwłaszcza kiedy nie musisz nawet podnosić głosu — dodała po chwili, obracając butelkę o te kilka stopni, jakby kolejna linijka drobnego druku zaczęła ją naprawdę interesować. — Ludzie po prostu wiedzą, że powinni cię posłuchać. — Przesunęła kciukiem po chłodnym plastiku. — Tak jak mówiłam: potrafisz być naprawdę przekonujący.
I chyba właśnie to niepokoiło ją najbardziej; nie sposób, w jaki wpływał na ludzi dookoła, bo ten mogła obserwować z bezpiecznej odległości, ale fakt, że powoli zaczynała odnajdywać jego ślady także we własnych decyzjach.
Tyle, że on nie miał wglądu do żadnej z jej introspekcji.
Zaczynam się tylko zastanawiać, czy przypadkiem nie działa to również na mnie — przyznała ciszej, z cieniem autentycznego uśmiechu, który miał odebrać temu wyznaniu przynajmniej część ciężaru. — Spójrz, późno już — powtórzyła argument — a ja wciąż tu jestem.
I czekowi nie poswięciła ani grama uwagi.
you make leaving harder than it should be
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
For good luck!
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Strach w Rapture miał różne formy - przynajmniej w przypadku wszystkich wokół, którzy reagowali na niego w ten czy inny sposób. Wśród swoich pracowników szukał respektu, ale też oferował im godziwe stawki i względnie bezproblemową pracę, które mogły na niego zarobić. U osób pokroju Benneta oczekiwał całkowitego posłuszeństwa przez sam fakt tego, że był właścicielem tego przybytku - i to samo mogło tyczyć się rozpuszczonej gówniary, która miała czelność wylać swoje picie na zatrudnioną przez klub wokalistkę.
Wszystko to mógł sprowadzać do działania pod wpływem strachu i, poniekąd, tym właśnie było. Ale jednak ani w przypadku innych, ani w j e j, nie był to jego klasyczny przykład.
Od samego początku dostrzegał jej lęk, jeszcze wtedy, gdy wtargnęła do jego loży. Widział go w unikaniu kontaktu wzrokowego, w nerwowym przesuwaniu przedmiotów przed sobą, w tym napięciu jak struna, które nie mogło być komfortowe.
A jednak coś nie pozwalało mu jej w należyty sposób zakwalifikować.
Bała się go - ale jednocześnie w tym równaniu nie wiedział, czy właśnie on miał w tym największą rolę, czy chodziło o coś zupełnie innego.
- Przeceniasz moje możliwości - odparł zdawkowo, dostrzegając jej dłoń nerwowo przesuwającą butelkę, która stała się znów celem dla jej ciemnego spojrzenia. - W tym klubie wiele rzeczy leży kompletnie poza moim zasięgiem.
Nie upatrywał się w nią uparcie - zamiast tego samemu powiódł spojrzeniem po bawiącym się tłumie, wsłuchał w huk głośnej muzyki. Było późno, co oznaczało, że impreza wkroczyła w swój najgorszy moment - pijanych ludzi, którym alkohol i zabawa dały zbyt wiele śmiałości.
- Nie chcę, żeby ta muzyka grała tak głośno, nie chcę, żeby ci ludzie bawili się na parkiecie - mruknął, spoglądając na tkwiącą najbliżej ich parę, która właśnie wydzierała się na siebie w rytm piosenki. - Gdybym mógł, zamknąłbym imprezę w tej chwili i wszystkich wyrzucił.
Było wiele powodów, dla których nie mógł. Byłoby to przecież złe dla jego interesu, nie powinien zachować się w ten sposób jako właściciel klubu, jego menadżer byłby wściekły. Ale czy jedna czy dwie godziny działania dłużej uczyniłyby jakąkolwiek różnicę w szerszej skali? Czy faktycznie n i e m ó g ł tego zrobić?
Zerknął na tkwiącą przed nim kobietę, na jej wzrok uparcie wpatrujący się w etykietę butelki. Gdyby mógł, zostawiłby tu wyłącznie ją. Ale czy tłum nie był miękką pierzyną, w której czuła się bezpiecznie?
- Moja sprawczość ma swoje ograniczenia, nawet tutaj - westchnął, przesuwając bezmyślnie swoją szklankę w bok tak, jak ona robiła to ze swoją butelką, choć w jego przypadku nie miało to nic wspólnego z głęboką potrzebą poznania zawartości etykiety. - Nie mówiąc o tym, że chciałbym z tobą zatańczyć - dodał, lecz jego wzrok stracił na tej intensywności, usta wykrzywiły się w beztroskim uśmiechu wyczuwalnym w tonie głosu. - Ale twoja zgoda leży poza zasięgiem moich możliwości.

then stay
29 y/o
For good luck!
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miała ochotę zauważyć, że wybrał wyjątkowo dziwny zestaw przykładów jak na człowieka próbującego przekonać ją o granicach własnej sprawczości, bo muzyka grała przecież w jego klubie, ludzie bawili się pod jego dachem, a impreza trwała tylko dlatego, że dotąd nie postanowił jej zakończyć. Mógł nie mieć wpływu na wszystko, dobrze, w to była jeszcze skłonna uwierzyć, ale powstrzymała uśmiech, kiedy kolejne z jego rzekomo niemożliwych pragnień brzmiały coraz bardziej jak rzeczy, które mógłby załatwić jednym gestem, telefonem albo spojrzeniem posłanym w stronę któregoś z pracowników. Nawet opróżnienie klubu nie wydawało się w jego wykonaniu szczególnie ambitnym przedsięwzięciem. Zwłaszcza, kiedy był tak przekonujący. Znacznie bardziej interesujące było jednak to, dlaczego w ogóle o tym myślał. Dlaczego przeszkadzała mu muzyka, tłum i wszystko, skoro to było jego środowisko.
Pytanie zatrzymała dla siebie, bo wypowiedziane na głos odsłoniłoby zbyt wiele również po jej stronie. Dlaczego chciałby ściszać dla niej muzykę. Dlaczego rozważał wyrzucenie ludzi, których obecność powinna być dla właściciela klubu czymś pożądanym, a nie niedogodnością. Dlaczego wśród wszystkich rzeczy znajdujących się poza jego zasięgiem najbardziej przeszkadzała mu akurat jej odmowa, choć przyjął ją bez drgnięcia jakiegokolwiek mięśnia twarz.
Mogła zapytać.
Powinna może zapytać, skoro to on pierwszy zdecydował się popchnąć ich rozmowę w miejsce.
Zamiast tego milczała.

Przesunęła tylko kciukiem po krawędzi koperty, po raz pierwszy widocznie sięgając do – formalnie – tego, po co tutaj tak naprawdę była.
Być może zdecydujesz się jednak zachować tę chęć na inny raz — poprosiła przesuwając palcami po papierowej powierzchni koperty. Wzięła nieco głębszy oddech i dopiero wtedy uniosła na niego spojrzenie. — Taki, w którym będę przypominać bardziej partnerkę do tańca, a mniej ruchomą browarnię — dodała miękko, zatrzymując kopertę w połowie drogi do jej torebki. — I nie zapomnij o sekrecie dla mnie.
Inny raz. Najprawdopodobniej za tydzień, przy kolejnym zleceniu, jakby siedem dni mogło wystarczyć, żeby poukładała w sobie wszystko, co od długich siedziało zbyt głęboko, żeby dało się to tak prędko naprawić. Wiedziała przecież, że tyle nie wystarczy. Że nawet w odpowiedniej sukience, trzeźwa, przygotowana i pachnąca czymkolwiek innym niż rozlane piwo nadal mogłaby zesztywnieć przy pierwszym dotyku.
Mimo to, nieco egoistycznie, chciała zostawić sobie tę furtkę, głupio wierząc, że skoro nie potrafiła zrobić tego teraz, może zdąży nauczyć się tego przed następnym razem.
— Tak jak powiedziałam, jesteś bardzo przekonujący, Vincent. — Jej spojrzenie zatrzymało się na nim o ułamek sekundy dłużej, niż planowała. Sposób, w jaki delikatnie zaakcentowała jego imię, miał zastąpić fizyczny dotyk, którego mu odmówiła. Wślizgnęła je pomiędzy nich po raz pierwszy, ostrożnie, ale świadomie, i po raz pierwszy realnie go dotknęła.
Wynagrodzenie za wieczór zniknęło we wnętrzu jej torebki.
Nie przekonał jej realnie do tańca, nie sprawił, że przestała się bać ani że jej ciało nagle zapomniało wszystkiego, czego nauczyło się przez ostatni czas. Sprawił tylko, że nie potrafiła już zamknąć tej możliwości całkowicie.
Był realnie niebezpieczny dla niej. I nie twierdziła tak przez wiedzę, której nie powinna posiadać. Był niebezpieczny w ten nieoczywisty sposób.
Dziękuję za wieczór — dodała, czując nieprzyjemny ucisk w żołądku. Słowo uprzejme, ale nie czuła się uprzejma. — I za wodę.
lo siento
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
For good luck!
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie przywykł do tego.
Nie chodziło o sam fakt powiedzenia mu nie bądź odrzucenia wystosowanej przez niego propozycji. Droga, którą przebył w ciągu swojego życia usłana była przeszkodami a wszystko, co z biegiem lat udało mu się osiągnąć było przez niego wyszarpane. Nikt nie zaoferował mu życia na srebrnej tacy i nawet teraz, pozostała w nim wewnętrzna, skryta pokusa podążania za tym, co nie było zbyt ł a t w e.
I chciałby sobie to w ten sposób wytłumaczyć.
Fascynowała go, bo była s k o m p l i k o w a n a i niedostępna. Nie odkrywała wszystkich kart na stole przez wgląd na jego pozycję, pieniądze czy urodę. Chciałby wierzyć, że właśnie przez tą pogoń jego trzewia zalewało poczucie zawodu gdy dostrzegł w jej twarzy całkowitą rezygnację ze złożonej przez niego propozycji.
Chciałby myśleć, że był w tym wyłącznie p o ś c i g.
Ale nie potrafił uwierzyć w to całym swoim sercem. Było coś w Haze innego, co wydawało mu się znajome, a zarazem kompletnie inne, dzikie i obce. Jej reakcje były niemal niemożliwe do przewidzenia, rozbiegane spojrzenie zaś czyniło z każdego uśmiechu elitarne osiągnięcie. Wyglądała na jednocześnie całkowicie niezainteresowaną spędzaniem czasu w jego towarzystwie i zupełnie zamrożoną w miejscu, niezdolną do wstania i wyjścia.
Aż do teraz.
Nie zamierzał dalej z nią walczyć - głównie dlatego, że choć brunetka nie posiadała żadnej instrukcji obsługi, wiedział jak wyglądała iluzja odmowy. Taka, którą posługiwali się ludzie pragnący bycia przekonanym, zdobytym, zmuszający innych do odrobiny wysiłku. To nie był ten jej rodzaj - ten był szczery, niemal przepraszający, jakby sięgnęła do jego wnętrza i wyczuła to ukłucie zawodu, za które teraz pragnęła go przeprosić.
- Niejedna osoba uznałaby to za atut - odrzucił sarkastycznie, świadom tego, że sytuacja jej sukienki z pewnością nie pomagała mu w byciu przekonującym. W innym świecie, być może pomogłaby mu z jej z d j ę c i e m.
A ty jesteś bardzo skomplikowana, Violet, pragnął odpowiedzieć natychmiast, ale zamiast tego wyprostował się, odrywając łokcie od blatu baru, o który stał ciągle oparty. Przyglądał jej się gdy wstawała z miejsca i chwytała za kopertę
- Avis skontaktuje się z tobą w sprawie zwrotu za sukienkę - odrzucił, dostrzegając, że okienko między nimi, które powoli zaczynało się zamykać teraz wpuszczało drobne uprzejmości - oraz formalności z nimi związane.
Jego wzrok po raz ostatni przemknął po kobiecej sylwetce, napotykając pożegnalne spojrzenie.
- Jeśli będziesz czegoś potrzebowała... - wyrzucił, wbrew sobie, bardziej z automatu, choć jednocześnie wątpił, by kiedykolwiek zwróciła się w jego stronę z c z y m k o l w i e k. - Wiesz gdzie mnie znaleźć, Violet.
I on również wiedział gdzie znaleźć j ą. Ta myśl nigdy nie opuściła jego ust ale z jakiegoś powodu przyniosła ze sobą odrobinę komfortu gdy patrzył, jak kobieta odwraca się i kieruje do wyjścia, zostawiając go w tyle.
koniec
i'll be waiting for you
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Rapture”