ODPOWIEDZ
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przyjedź do mnie.
Lina trochę zbyt długo wpatrywała się w wyświetlacz, na którym pokazywały się jej własne słowa i krótka odpowiedź poniżej, na którą odpisała wysyłając adres. W głowie miała mętlik, który jednak nie powstrzymał jej przed złożeniem tej propozycji. A mimo to teraz poczuła niepewność, chociaż nie dlatego, że nagle pożałowała swojego zaproszenia. Jeszcze kilka tygodni wcześniej podobna wiadomość pewnie w ogóle nie przyszłaby jej do głowy. Zapraszanie kogoś do swojego mieszkania oznaczało wpuszczenie go do jedynego miejsca, nad którym miała pełną kontrolę. To tutaj wracała po gorszych dniach, tutaj zrzucała z siebie cały zewnętrzny świat i nie musiała niczego udawać. Horacy miał za chwilę przekroczyć próg tej niewielkiej przestrzeni, zobaczyć ją taką, jakiej nie oglądał nikt przypadkowy. Co zaskakujące, zamiast szukać wymówki, żeby odwołać zaproszenie, złapała się na tym, że zaczęła zastanawiać się, czy zdąży coś ugotować, zanim zapuka do drzwi.
Co się z nią działo?
Doskoczyła do lodówki, by zajrzeć do środka i zastanowić się, co mogłaby zrobić na kolację. Na co dzień mało gotowała, zazwyczaj żywiła się gotowcami, które pewnie nawet nie stały koło pełnowartościowych posiłków. Szybki rzut oka na to, co miała w lodówce wyklarował jej pomysł, za co zaczęła się od razu brać, żeby się ze wszystkim wyrobić.
Sięgnęła po telefon i uruchomiła pierwszą lepszą playlistę. Z głośników popłynęła cicha muzyka, bardziej wypełniająca ciszę niż domagająca się uwagi. Gotując, co jakiś czas zerkała na zegarek, bardziej niecierpliwie, niż chciałaby się do tego przyznać. Nikogo nie zapraszała do tego mieszkania. Z mężczyznami zazwyczaj spotykała się u nich, koleżanki z pracy pewnie nawet nie wiedziały, gdzie Lina mieszka. Sąsiadów kojarzyła tyle o ile, bo z nikim się nie spoufalała. Czy była inna przestrzeń, która byłaby bardziej jej? Nie formalnie, bo przecież to miejsce nie należało do niej, ale na ten moment było jej domem. Na fotelu leżała niedbale przewieszona przez oparcie bluza, na blacie leżało rozkręcone małe radio, które któryś z sąsiadów wyrzucił, a Lina teraz próbowała dać mu drugie życie. Nie było nigdzie żadnych zdjęć, niczego, co mogłoby cokolwiek zdradzać jej przeszłość bądź pochodzenie, ale poza tym wszędzie walały się dowody jej obecności.
Kiedy w końcu usłyszała dzwonek do drzwi, otarła dłonie o kuchenną ścierkę i ruszyła w stronę przedpokoju. Otworzyła niemal od razu.
Bez obrazy, ale wyglądasz jak siedem nieszczęść. Dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie ciebie po długim dyżurze – rzuciła na powitanie z mieszaniną rozbawienia i czegoś, co u normalnego człowieka nazwałoby się troską, ale Lina absolutnie nie chciała tak o tym myśleć. – Wejdź – dodała miękko, przesuwając się, by wpuścić go do środka i zamknąć za nim drzwi. – Kolacja jeszcze nie jest gotowa, ale już niedługo. No i nie są to zimne frytki, więc myślę, że warto poczekać. – Uśmiechnęła się, czując jakieś dziwne ciepło, które rozlało się w okolicy jej klatki piersiowej.

Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
34 y/o
For good luck!
187 cm
lekarz specjalista medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Horacy nie miał pojęcia, o której wyjdzie ze szpitala, wręcz z każdą kolejną godziną coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że prawdopodobnie nie wyjdzie wcale. Już dawno przestał wierzyć w godziny wpisane do grafiku. To był jeden z tych dni, kiedy każdy plan rozpadał się po kolei. Jeden pacjent wymagał dłuższej obserwacji, u innego pogorszyły się wyniki, ktoś inny zadawał pytania, na które nie było dobrych odpowiedzi, a pomiędzy tym wszystkim były jeszcze rozmowy z rodzinami i niedobór personelu na zmianie. Dopiero późnym popołudniem udało mu się znaleźć kilka minut, żeby wymknąć się do pokoju socjalnego. Oparł się ciężko o krzesło, postawił przed sobą papierowy kubek z kawą, która zdążyła już wystygnąć, i dopiero wtedy przypomniał sobie o telefonie. Niedokończona wiadomość do Liny wisiała w komunikatorze od kilku godzin. Przez moment patrzył na nią bez słowa, po czym skasował ją i napisał od nowa, krótko wspominając o wyjątkowo ciężkim dyżurze i obiecując, że zadzwoni, kiedy tylko uda mu się wyjść.
Przyjedź do mnie. Te trzy słowa sprawiły, że na moment zapomniał o zmęczeniu.
Jeszcze kilka tygodni wcześniej uznałby podobne zaproszenie za coś, na co należało grzecznie odmówić. Znalazłby dziesiątki rozsądnych argumentów, które pozwoliłyby mu wrócić do pustego mieszkania, zjeść cokolwiek z lodówki i położyć się spać, przekonując samego siebie, że właśnie tak powinno wyglądać jego życie. Dzisiaj nie szukał żadnego. Może dlatego, że coraz trudniej było mu udawać przed samym sobą, iż nie czeka na każdą kolejną rozmowę z nią bardziej, niż powinien.
Szpital miał swój własny zapach. Mieszankę środków dezynfekujących, lateksowych rękawiczek, leków i klimatyzacji, której nie dało się pomylić z niczym innym. Prysznic w socjalu trwał ledwie kilka minut. Stał pod gorącą wodą z zamkniętymi oczami, czując, jak napięcie powoli schodzi z barków. Woda spływała po karku, po plecach, po dłoniach i przez chwilę przyszło mu do głowy, że chciałby równie łatwo zmywać z siebie wszystkie historie, które zabierał ze szpitala. Od lat powtarzał sobie, że nauczył się zostawiać pracę za drzwiami oddziału, prawda była znacznie mniej wygodna. Każdy taki dzień zostawiał w nim ślad. Czasem niewielki, czasem głęboki, ale nigdy nie wychodził stamtąd dokładnie takim samym człowiekiem, jakim wszedł rano.
Kiedy drzwi otworzyły się niemal natychmiast po dzwonku, przez krótką chwilę po prostu na nią patrzył. Było w tym widoku coś zaskakująco zwyczajnego. Lina stała we własnym mieszkaniu, z kuchenną ścierką przewieszoną przez ramię i zapachem gotującej się kolacji unoszącym się w powietrzu. Nie próbowała wyglądać inaczej niż zwykle. Nie stworzyła żadnej wersji siebie przeznaczonej dla gościa. Była po prostu sobą. I właśnie to poruszyło go najmocniej.
Zaśmiał się cicho, kiedy bez żadnych ceregieli oznajmiła, że wygląda jak siedem nieszczęść.
Mam nadzieję, że tylko siedem. Pod koniec dyżuru byłem przekonany, że co najmniej dwanaście. Ale ja też się cieszę, że cię widzę. - Patrzył na nią jeszcze moment, po czym uśmiechnął się z tym charakterystycznym, spokojnym rozbawieniem. Jeszcze stał przy drzwiach, trzymając w dłoni kurtkę, jakby potrzebował kilku dodatkowych sekund, żeby naprawdę uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Nie restauracja, nie przypadkowo wybrana ławka w parku, ale jej mieszkanie, pachnące czymś ciepłym i domowym, z cichą muzyką dobiegającą z kuchni i śladami jej codzienności rozsianymi po całym wnętrzu. Miał wrażenie, że przekroczył granicę znacznie ważniejszą niż próg niewielkiego mieszkania. Lina nie należała do ludzi, którzy otwierali przed innymi drzwi tylko dlatego, że wypadało. Jeżeli go tu zaprosiła, znaczyło to więcej, niż prawdopodobnie sama chciała przyznać.
Powoli odwiesił kurtkę, po czym ruszył za nią do kuchni.
Nie było w tym pośpiechu. Raczej ostrożność człowieka, który przez długi czas uczył się nie naruszać cudzej przestrzeni, a teraz próbował odnaleźć się w tej nowej, nieopisanej jeszcze bliskości, która pojawiła się między nimi od tamtego wieczoru nad klifami. Zatrzymał się tuż obok niej
To co właściwie przygotowujesz?— zapytał cicho. — Po takim dyżurze zjadłbym nawet zimne frytki. - Jego dłoń odnalazła jej talię, objął ją lekko i przyciągnął do siebie. Tak, jak przytula się kogoś, przy kim po długim dniu wreszcie można odetchnąć. Zmęczenie nadal było w nim obecne, ale odkrył z pewnym zdziwieniem, że nie ciążyło już tak bardzo. Nie chodziło już o odpoczynek, a o obecność Liny. Przez ułamek sekundy pozwolił sobie po prostu trwać w tej bliskości, wsłuchując się w cichą muzykę płynącą z głośników, odgłos bulgoczącego garnka i jej spokojny oddech.

Liyana Sinclair
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Mejka
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lina też się cieszyła, że go widzi, choć jednocześnie nie była typem osoby, która potrafiłaby mówić takie rzeczy wprost. Nigdy nie była dobra w takich momentach. Znacznie łatwiej przychodziło jej rzucić kąśliwą uwagę, wywrócić oczami albo obrócić wszystko w żart, niż powiedzieć komuś, że jego obecność naprawdę coś dla niej znaczy. Nawet wtedy, gdy była to prawda. A może zwłaszcza wtedy. Dlatego tylko uśmiechnęła się pod nosem. Krótko, prawie niezauważalnie.
Myślała, że to będzie dziwne uczucie. Widzieć go tutaj, w tej przestrzeni, która dotychczas była wyłącznie jej. Nawet kurier, który czasem podrzucał jej paczki, nie przekraczał progu, a Lina nigdy dotąd nie czuła potrzeby, żeby kogokolwiek tu zaprosić. A jednak w jakiś sposób obecność Horacego wydawała się po prostu właściwa. A ciemnowłosa nie pomyślała nawet przez chwilę, że może powinna się przygotować jakoś do tej wizyty. Założyć coś ładnego, pochować rzeczy, które nie miały swojego miejsca, więc zwykle walały się gdzieś na widoku. Bo chociaż była bardzo skryta, nie miała w zwyczaju udawać kogoś, kim nie jest.
Kiedy Horacy przyciągnął ją do siebie, w pierwszej chwili Lina mimowolnie zamarła. Napięcie mięśni było odruchem, jak stare przyzwyczajenie. Jej ciało zawsze potrzebowało chwili, żeby zaakceptować czyjąś bliskość.
Sinclair nie pamiętała, kiedy ostatni raz ktoś ją tak po prostu przytulał. Bez podtekstu seksualnego, bez tej niezręczności, charakterystycznej dla szybkiego objęcia, które jest niekomfortowe dla obydwu stron. Kiedy była dzieckiem lubiła się przytulać, szczególnie do taty, który był miękki i ciepły i chociaż pachniał mentolowymi fajkami, Linie nigdy to nie przeszkadzało. Kiedy stała się nastolatką przytulenia rodziców zajęły te wymieniane z przyjaciółkami, albo chłopakiem, z którym umawiała się przez chwilę w szkole średniej. A potem, w dorosłym życiu, postawiła wokół siebie mur niemal fizyczny, pozwalając sobie na bliskość w bardzo ograniczonym stopniu.
Kiedy ktoś naruszał jej przestrzeń, w Linie budziło się zazwyczaj pragnienie ucieczki. Czasem wystarczyło niewiele – próba pogłaskania po dłoni, czułe objęcie po seksie, który miał być tylko i wyłącznie spełnieniem potrzeb, bez nadawania mu dodatkowego sensu. Nie była gotowa na przyjęcie cudzej bliskości, bo to oznaczałoby, że coś musiałaby z nią zrobić. Przyjąć, a potem może oddać trochę swojej własnej. Otworzyć się na innego człowieka w sposób, który ją przerażał.
Teraz, przytulona do Horacego, czekała na to znajome uczucie, które zazwyczaj się pojawiało. Dopiero po upływie kilku długich sekund dotarło do niej, że było jakoś inaczej. Że wcale nie chciała uciekać, nie chciała walczyć.
Powoli wypuściła powietrze, którego nawet nie pamiętała, że nabrała. Jej ciało rozluźniło się, jakby doszło do tych samych wniosków, co głowa. Ręce, do tej pory opuszczone wzdłuż ciała, uniosła teraz, by objąć mężczyznę w pasie. Dłonie położyła płasko na jego plecach, delikatnie gładząc je przez materiał koszulki.
Odchyliła głowę, tylko po to, by móc na niego spojrzeć.
Makaron z sosem pomidorowym. Gwiazdki Michelin za to danie nie będzie, ale zepsuć się chyba też go nie da – stwierdziła, lekko wzruszając ramionami, na tyle, na ile było to możliwe w tej pozycji. – A jeśli okaże się, że nawet to przerasta moje umiejętności to w najgorszym wypadku zamówimy coś z pewnej indyjskiej knajpki z okolicy – dodała, uśmiechając się nieco zaczepnie, kiedy słowami, ale i wspomnieniami wróciła do tamtego wieczoru. Rozmowy w barze i późniejszej kolacji. Miała wrażenie, jakby to wszystko wydarzyło się dawno temu. Przez chwilę przyglądała mu się bez słowa. Miał podkrążone oczy, rysy twarzy wydawały się ostrzejsze niż zwykle, a i w jego postawie było coś ciężkiego, jakby każdy kolejny ruch kosztował go odrobinę więcej wysiłku. Chętnie zabrałaby od niego zmęczenie, które przecież było doskonale widoczne, choć wiedziała, że nie jest w stanie tego zrobić. – Aż tak źle dziś było? – zagaiła, jednocześnie wyswobadzając się z jego objęć, bo sos trochę za bardzo bulgotał w garnku, a woda na makaron zaczęła się gotować. – Chcesz o tym pogadać? – spytała, biodrem opierając się o blat i zerkając w jego stronę, jednocześnie mieszając w garnku.

Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
ODPOWIEDZ

Wróć do „#703”