ODPOWIEDZ
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

07.

trigger warning
motyw choroby nowotworowej
Pozostał dziś nieco dłużej - przeciągnął strunę odprawy zatrzymując się na rozmowie ze swoim kierownikiem, streszczając mu zastrzeżenia rodziny jednego spośród pacjentów i obwieszczając jak zawsze kiełkujące potencjalne przyjęcia które hodowano na oddziale ratunkowym. Obiecał, że doprowadzi do końca pewną balansującą na pograniczu konsultację, niestety, pacjenci przyjeżdżający do szpitala nie mieli wyczucia czasu i wgryzali się niekiedy w dość niewygodny moment pomiędzy zmianą zespołów - jednym z nich był mężczyzna krwawiący ze stenotycznego guza który prawdopodobnie rozwijał się w nim przez lata, doszczętnie choć początkowo subtelnie trawiąc jego ciało, obecnie wciśnięte w pościel niczym kukła o dużym, rozdętym do granic brzuchu i cichym, zmatowiałym głosie. Był to gatunek sprawy już z samej góry przegranej - o której każdy z nich wiedział że skończy się w jeden sposób możliwe że odwleczony w czasie, ale przecież się skończy, prędzej niż błogie później. Zbiegał po schodach nadal o nim myśląc, świadomy, że gdy powróci do pracy mężczyzny mogło już nie być bo równie dobrze była w stanie go uśmiercić sama zaproponowana operacja. Zgadzał się. Rozmawiał z nim i się zgadzał, obiecał mu że podpisze dokumenty. Wydawał się być świadomym, że nie ma innego wyjścia. Cóż.
Nie chciało mu się zadzwonić, bo i tak wydostawał się z pracy drogą prowadzącą przez oddział ratunkowy. Przystanął przy stanowiskach, gdzie miejsce zdążyły zagrzać już nowe (wypoczęte?) osoby. Odczekał, aż znajdą chwilę, podnosząc na niego wzrok - stał w ten sposób, opierając się nonszalancko o powierzchnię blatu.
- ...z cztery jednostki mu zapotrzebujcie - przekazał, na początku wskazując którego pacjenta rzeczywiście miał na myśli - i może już jechać do nas - szef doskonale wiedział i szef na niego oczekiwał wyznaczając odpowiednie osoby do zabiegu. Trochę żałował, że nie był w stanie go wykonać, zupełnie jakby było mu mało... Niektórzy śmiali się że próbował zawsze brać na siebie zbyt wiele, a on zastanawiał się, co tak naprawdę w tych chwilach nim kierowało - dlatego, że nie było to na pewno współczucie ani świadomość misji (jakiej misji, do cholery?).
- A ja w zamian za to - dodał później - oznajmiam, że w y p i e r d a l a m - wzruszył ramionami, podnosząc się i przechodząc nieopodal lady. Nie martwił się, czy ktokolwiek z pacjentów zdołał usłyszeć jego słowa - w takich chwilach mówił szybciej niż myślał, wyłącznie ciesząc się faktem ze mógł zwyczajnie odpocząć od obowiązków. Miał już całkiem wychodzić, ale jego spojrzenie zatrzasnęło się na postaci jednej z pielęgniarek - wiedział że tak jak on podobnie skończyła pracę.
- Jeszcze tu jesteś? - pytanie w jego ustach ulotniło się z tonem nagłego i niewątpliwie rozbawionego oskarżenia. Sam nie był lepszy, tkwiąc tutaj więcej niż było mu wyznaczone, co sprawiło, że z twarzy noszących na powierzchni wspomnienia ostatniego dyżuru - zostało ich tylko dwoje.

Iris Valentine
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
wyobraź sobie tutaj szum fal
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Istniało duże prawdopodobieństwo, że Iris Valentine pracowała za dużo. Istniało nawet duże prawdopodobieństwo, że doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Jeśli jednak nie zdawał sobie z tego nikt, kto był nad nią i kto akceptował wszystkie jej zmiany grafików, dodatkowe dyżury i nadgodziny – zamierzała z tego korzystać. Im bardziej skupiała się na pracy, im bardziej była zmęczona i mniej spała tym mniej przejmowała się wszystkim, co działo się w jej życiu poza pracą. Trudno, żeby doskwierała ci samotność, gdy cały dzień funkcjonujesz na wysokich obrotach i dookoła wielu różnych osób. Zarówno personel jak i pacjenci byli po prostu jej tłem. Szumem, który zagłuszał wszystko, co jej doskwierało. I funkcjonowało jej się w ten sposób doskonale!
Dlatego nie spieszyła się z wyjściem ze szpitala. Jej dyżur mógł się skończyć parę chwil wcześniej, ale chyba trochę liczyła, że jak się zakręci tu i tam to znajdzie sobie zajęcie, komuś się przyda albo okaże się, że brakuje obstawy. Mogłaby przecież jeszcze zostać! Mogła…
Jeszcze tu jesteś?
W myślach aż przeklęła, bo nie spodziewała się, że ktoś ją na tym przyłapie. Albo raczej inaczej… że ktoś zwróci na to uwagę w tak bezpośredni sposób. Odwróciła się przez ramię i zmierzyła lekarza spojrzeniem, bo tak – dość sprawnie dodała dwa do dwóch, a kącik jej ust drgnął w lekkim rozbawieniu
To samo można powiedzieć o tobie, doktorze Iverson. – rzuciła zaskakująco swobodnie, bo to pierwsze spięcie bardzo szybko minęło. Nie był lepszy od niej. W ciągu ostatnich kilkunastu godzin spotkali się na tych korytarzach nie raz, nie dwa i pewnie nie pięć razy. Zamknęła szafkę z lekami, odwróciła się w stronę mężczyzny i założyła ręce na piersi, ale nie przestała się przy tym uśmiechać – Mało tego… wyglądasz jak ktoś, kto jeszcze chętnie by został. Znam to spojrzenie. – zdecydowanie zbyt często widywała je w lustrze – Czternaście już minęło? – zapytała, a ponad jego ramieniem spojrzała na to, co dzieje się na oddziale. I to był błąd! Nawiązała kontakt wzrokowy z przełożoną pielęgniarek, która chwilę wcześniej zaczęła dyżur. Liczyła, że dzisiaj panowanie obejmie ktoś inny.
Valentine! – Iris skrzywiła się wymownie, starając się przesunąć tak, żeby Jude odrobinę ją zasłonił – Nie chowaj się tylko stąd idź! Nie potrzebuję przepracowanych pielęgniarek na zmianie! Niezależnie od tego jak dobre są, albo przynajmniej tak im się wydaje! – zagrzmiała kobieta, a Valentine tylko wywróciła oczami – Jestem dobra. – mruknęła pod nosem, spojrzała na zegarek, a zaraz po tym na lekarza, który pracował tak samo długo jak ona – Uważaj, bo ciebie też stąd wyrzuci. – bo ktoś tym miejscem musiał rządzić i to naprawdę rzadko byli lekarze. Ruchem głowy wskazała na kierunek wyjścia z oddziału - Lepiej po dobroci. - i dlatego sama tam ruszyła.


Jude Iverson
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Zgiełk panujący w oddziale ratunkowym otulał go niczym wata, niczym niejednorodna pieniąca się masa czegoś skąd wydobywał samotne, być może nieco losowe wypowiedzi - które jak ostre, niezwykle ciężkie kotwice trzymały go jeszcze wiernie w granicach aktualnego mającego swój moment w y d a r z e n i a . Nie dopuszczał do siebie wiadomości że był po prostu zmęczony, bo przecież nikt o to zwyczajnie nie zabiegał - nikogo to nie obchodziło - tak samo jak nowo przyjętego pacjenta nie obchodzi że przed chwilą na tym samym, zajętym przez niego łóżku ktoś inny zdołał zakończyć swoje życie. Odrzucał, w związku z tym to zmęczenie przytwierdzone do ciała niczym zwilżony płaszcz. Był tu częściowo, zrozumiał, znając bardzo dobrze to odczucie, które pojawiało się w chwilach przekazania zmiany, odczucie, że odpowiedzialność przestaje już spoczywać w uścisku jego dłoni i decyzji. Każdy wcześniejszy problem i każda potencjalna tragedia wydawały się jakby bardziej mdłe i odległe. Pozostał jedynie uśmiech którego ostry, rysujący się łuk przekazywał w kierunku Valentine. Miała rację. Zostałby tutaj dłużej, o wiele dłużej niż przewidywał regulamin. Zostałby tutaj dłużej pomimo władzy zmęczenia, zostałby tutaj dłużej bo dzięki temu nie musiał szukać dla siebie odpowiedzi, wyjaśnień tych mniej wygodnych, przytwierdzonych korozją do miękkiej, elastycznej wyściółki jego serca. Wzdrygnął się, przyłapując samego siebie na gorącym uczynku. W szpitalu przez większość czasu mógł dobrze wiedzieć co uczynić albo przynajmniej miał narzędzia pozwalające zdeterminować dokładnie jego wybór. Poza szpitalem z kolei wydawał się tylko cieniem, wspomnieniem czegoś, ulotnym jak mknące echo. Kim miał być tak naprawdę? Czy Jude Iverson istniał czy zginął po tamtej bójce, czyniąc ze swojego ciała jedynie posłuszny fantom? pożyteczny element łańcucha pokarmowego przeklętej rzeczywistości jaką chciałby rozdrapać? Boże. Nie miał sił aby chociaż spróbować się z tego jakoś wybronić. Mógł tylko myśleć, że istniał. Oddychał. Istniał. Oddychał.
- Nie trzeba mi dwa razy powtarzać - wzruszył ramionami, kwitując swoją odpowiedź. Sam to wcześniej obwieścił i nie zamierzał znajdować się na celowniku oddziałowej. Każdy, kto prowadził batalie z pielęgniarkami, bardzo często źle kończył, nieważne czy po stronie personelu czy pacjentów. Przeczesał palcami włosy, dosyć nieułożone, zupełnie, jakby pomimo kąpieli wciąż pamiętały tłamszenie się w chirurgicznym ekwipunku.
- Ale bym zapalił, cholera - mruknął, bardziej do samego siebie niż do innych. Zaczekał na Iris, decydując się aktualnie dotrzymać jej towarzystwa - prawda przedstawiała się tak, że nie miał w zwyczaju stronić od innych ludzi - po prostu nigdy przesadnie do nich nie lgnął. Lubił rozmowy z innymi osobami ale nie lubił tego, co samodzielnie uważał za marnowanie czasu. Miał swoje różne zasady, czasami w odczuciu pozostałych niekoniecznie uznane za logiczne.
- Co teraz? - dopytał, przechylając nieznacznie głowę i dosięgając kątem spojrzenia twarzy Valentine. - Masz już plan, co ze sobą zrobisz? Szefostwo ma dni dobroci i czasami zakłada, że nie możemy ciągle mieszkać w szpitalu - mówił niemalże kpiąco, zupełnie, jakby drwił z całej sytuacji. Czy byli dobrzy? Czy byli źli? Jacyś byli na pewno. Kolejne, stawiane przez niego kroki były jak odliczanie, odliczanie przed chwilą do przekroczenia progu drzwi wejściowych.
- I tak wrócimy - rzucił urwaną myśl. Możliwe, że zdążył ugryźć się w język przed rozwinięciem tego zdania, możliwe, że zwyczajnie nie czuł w sobie potrzeby, by odpowiednio je dokończyć. Zawsze obecni, zawsze wierni i potencjalnie gotowi się zamienić. W dyżurze jedno jest pewne - ktoś musi się na nim znaleźć. Szpital nigdy nie śpi i nie świętuje, w zasadzie jest tak okrutnie samolubny jak tylko można to sobie wyobrazić, szpitala nic nie obchodzi poza tym, czy wciąż żyje
nawet, gdy ktoś umiera.

Iris Valentine
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
wyobraź sobie tutaj szum fal
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Iris Valentine natomiast nie była szczególnie towarzyska. A już na pewno nie w szpitalu! Nie szukała przyjaciół wśród współpracowników, ignorowała większość szpitalnych plotek i nie oceniała ludzi, z którymi pracowała po tym, co o nich usłyszała. I oddałaby wszystko, żeby oni tak samo podchodzili do niej, a cóż… doskonale wiedziała, że było różnie. I musiała z tym żyć. Tak samo jak z tym, że nie mogła pracować dwadzieścia cztery godziny na dobę siedem dni w tygodniu, chociaż miała w swoim życiu taki okres i uważała go za najlepszy. Teraz jednak utknęła w Toronto i chyba wypadało się wreszcie z tym pogodzić.
Spojrzała krótko na mężczyznę i lekko ściągnęła brwi. Jakby nie do końca spodziewała się pytania z jego strony, ale chodziło o coś zupełnie innego. Nie znała odpowiedzi. Nie miała pojęcia co teraz i zagryzając lekko wargę, gdy się nad tym zastanawiała. Na samą myśl o powrocie do dość pustego mieszkania przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz, którego jednak miała nadzieję, że nie mógł dostrzec.
I tak wrócimy. Uśmiechnęła się pod nosem, bo wszystko wskazywało na to, że trafiła na kogoś, kto nie chciał kończyć zmiany tak samo jak ona. Interesujące. Nie znała go. Mieli okazję pracować razem przy kilku pacjentach, ale nigdy w żaden sposób nie przekroczyli magicznej granicy p r y w a t n o ś c i. Czy to miał być właśnie ten dzień?
- W takim razie najrozsądniej byłoby wrócić do domu, wziąć prysznic i przespać się przynajmniej kilka dobrych godzin zanim faktycznie wrócimy. – rzuciła swobodnie, ale gdy znaleźli się przy windzie wcale nie wcisnęła guzika, który miał przywołać w pierwszej kolejności tą jadącą na dół. Wybrała górę. Czyli zdecydowanie dalej od szatni i wyjścia, do którego mieliby się skierować. Gdyby tylko byli rozsądni.
- Nie jestem rozsądna. – poinformowała, gdy tylko weszli do windy, a ona wybrała ostatnie piętro i uśmiechnęła się do niego ładnie. Nie pytała, czy miał na to ochotę i od razu założyła, że chciał tego samego – a przynajmniej akceptował jej wybór. Nie powiedziała nic więcej. Winda poruszała się szybko i nawet udało im się ograniczyć towarzystwo do minimum, poza parą stażystów, którzy przejechali z nimi w kompletnej ciszy dwa piętra. W końcu winda zatrzymała się na ostatnim piętrze, a Iris poszła prosto w kierunku klatki schodowej, dając mu do zrozumienia, że to nie koniec ich małej wycieczki. Dokąd? Na dach. Wieczór był wyjątkowo ciepły, chociaż przyjemnie wiało… no i widok robił naprawdę ogromne wrażenie.
- Chyba niewiele osób wie, że nasze wejściówki tutaj działają. No chyba, że ta moja ma jakieś magiczne zdolności, ale jeśli tak… musisz utrzymać to w tajemnicy, doktorze Iverson. – rzuciła swobodnie, mierząc w niego palcem wskazującym jakby właśnie mówiła coś szalenie ważnego. I jakby naprawdę oczekiwała, że utrzyma to wszystko w tajemnicy. Podeszła do krawędzi budynku i oparła się o nią, sunąc spojrzeniem po rozświetlonej panoramie miasta. Potrzebowała wziąć kilka głębszych wdechów.
- No i możesz zapalić. – uśmiechnęła się, bo oczywiście, że usłyszała! – Albo opowiedzieć mi… – zaczęła, wracając do niego spojrzeniem i wbijając je w męską twarz- Dlaczego tak bardzo nie chcesz wracać z dyżuru do domu? – to nie było normalne i doskonale o tym wiedziała. Większość ich współpracowników odmierzała minuty do końca, żeby jak najszybciej opuścić szpitalne mury i wrócić do rodziny, ukochanych albo chociażby kota!


Jude Iverson
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Nie spodziewał się. Tak, to najlepsze zdanie; tak, to najbardziej słuszne określenie które mógłby wyłuskać z błyszczącej skóry zdziwienia, gdy winda zmieniła bieg; kiedy świat zmienił schemat, kiedy przewidywalność zdążyła się zawalić. Myślał, przez krótki moment że coś zaprzestało działać, że musiał pęknąć któryś program, mechanizm, że to szaleństwo było tylko usterką wpisaną w figlarny los. Zaskoczył się, gdy nie było. Uniósł jedną z brwi. Milczał. Nie była rozsądna - dobrze. Nikt nie jest zbytnio rozsądny, gdy wybiera ten zawód, szczególnie w podobnym miejscu. Świat lubił niezwykle słuchać o bohaterach, o operacjach które zaplanowano miesiącami, a zapominał o tym jak znaczna część ludzkiej prozy rozgrywała się cicho, w kolejnych, monotonnych samogłoskach karetek, w podobnych przebiegach wezwań, w interwencjach o których nikt nie mówił, bo znacznie wygodniej jest powiedzieć o kolejnym przeszczepie i rekonstrukcji niż o kolejnej perforacji czy krwawieniu. Nie uśmiechnął się, początkowo nie zdradzając czy cieszy się, czy może wręcz przeciwnie, jest tylko rozdrażniony jej decyzją. Powietrze, które momentalnie otarło jego skórę, otuliło go rześkim, niezwykle przyjemnym szalem. Zanurzył ręce w kieszeni, szukając opakowania papierosów.
- Zabawne - parsknął w natychmiastowej odpowiedzi na zadaną wątpliwość. Rozbijał o nią swój wzrok, zupełnie, jakby pragnął przeniknąć przez gładką mieliznę twarzy, dostać się znacznie głębiej, pod jej myśli, pod całą, wiodącą ją motywację. Wiedział, że nie zdołają sobie tego w pełni szczerze wyjaśnić. Pytanie, które zawiesiła w przestrzeni, mogło też dotyczyć jej samej. Dlaczego? W rzeczywistości nie miał żadnych problemów by udać się do domu. Pozostał dłużej, bo musiał, dlatego, że jego raport się przedłużył. Lubił się tak tłumaczyć; bo chociaż rzeczywiście nie stronił od odpoczynku, tak naprawdę, w głębi duszy był świadomy że jest on zwyczajnie pusty; że nie ma szansy być sobą, bo kilkanaście lat temu podjął pewną decyzję i nie był już w stanie więcej jej odwrócić. Te wszystkie, płytkie relacje, imprezy, nawet jego terraria i przeczytane książki wydawały się piaskiem który bezustannie przesuwał się przez klepsydrę jego dłoni. Wszystko bezwartościowe, wszystko ulotne, wszystko zbyt płaskie, krótkie. Boże.
- Sama mnie tu zabrałaś - drasnął ją z cieniem grzechoczącego w tembrze jego głosu rozbawienia - a ja z jakiegoś powodu - spoważniał, wyostrzając spojrzenie, nagle wyostrzone, skupione jak u zwierzęcia - nie potrafiłem jeszcze ci odmówić. - Dlatego, że przede wszystkim nie chciał. Prawda jest taka, że gdyby nie chciał tu być, wyszedłby, zanim jeszcze zdołał się pojawić. Nie miał pod tym względem skrupułów, nie znał takiej grzeczności. Wyciągnął paczkę w kierunku Iris, zapraszająco, czy nie będzie chciała poczęstować się używką. Zapalniczka trzasnęła, rzucając rozchwiany płomień. Czubek papierosa rozżarzył się delikatnie jak mająca powoli obumierać gwiazda.
- …więc? Co to świadczy o tobie? O mnie? O naszej pracy? - wymieniał, kalecząc ciszę. Mógłby zapytać wprost, dlaczego zdecydowała się nacisnąć inny przycisk, ale wiedział, że nie byłaby w stanie mu wyjaśnić swojego zachowania. Niektórych rzeczy zwyczajnie nie dało się wytłumaczyć i on doskonale wiedział, że było to niemożliwe. Zaciągnął się teraz dymem, pozwalając mu pęcznieć w swoich płucach. Zabrał filtr spomiędzy swoich ust i odetchnął. Gryzący, agresywny zapach zatańczył na orbicie jego ciała, mieszając się z perfumami i zapachem żelu pod prysznic który zdążył wziąć szybko tuż po ostatniej przeprowadzonej operacji. Wydawał się doskonale obchodzić z tym momentem, przeplatając milczenie i precyzyjne słowa jak interwały kolejnej procedury, tylko po to, by ostatecznie dodać:
- Nie musisz mi odpowiadać. Po prostu naciesz się widokiem - panoramy, która rozciągała się na stelażu horyzontu; widokiem ich samych, wyjątkowo uwikłanych w tej scenie, która być może nie miała nigdy się powtórzyć.

Iris Valentine
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”