Nie spodziewał się. Tak, to najlepsze zdanie; tak, to najbardziej słuszne określenie które mógłby wyłuskać z błyszczącej skóry zdziwienia, gdy winda zmieniła bieg; kiedy świat zmienił schemat, kiedy przewidywalność zdążyła się zawalić. Myślał, przez krótki moment że coś zaprzestało działać, że musiał pęknąć któryś program, mechanizm, że to szaleństwo było tylko usterką wpisaną w figlarny los. Zaskoczył się, gdy nie było. Uniósł jedną z brwi. Milczał. Nie była rozsądna - dobrze. Nikt nie jest zbytnio rozsądny, gdy wybiera ten zawód, szczególnie w podobnym miejscu. Świat lubił niezwykle słuchać o bohaterach, o operacjach które zaplanowano miesiącami, a zapominał o tym jak znaczna część ludzkiej prozy rozgrywała się cicho, w kolejnych, monotonnych samogłoskach karetek, w podobnych przebiegach wezwań, w interwencjach o których nikt nie mówił, bo znacznie wygodniej jest powiedzieć o kolejnym przeszczepie i rekonstrukcji niż o kolejnej perforacji czy krwawieniu. Nie uśmiechnął się, początkowo nie zdradzając czy cieszy się, czy może wręcz przeciwnie, jest tylko rozdrażniony jej decyzją. Powietrze, które momentalnie otarło jego skórę, otuliło go rześkim, niezwykle przyjemnym szalem. Zanurzył ręce w kieszeni, szukając opakowania papierosów.
-
Zabawne - parsknął w natychmiastowej odpowiedzi na zadaną wątpliwość. Rozbijał o nią swój wzrok, zupełnie, jakby pragnął przeniknąć przez gładką mieliznę twarzy, dostać się znacznie głębiej, pod jej myśli, pod całą, wiodącą ją motywację. Wiedział, że nie zdołają sobie tego w pełni szczerze wyjaśnić. Pytanie, które zawiesiła w przestrzeni, mogło też dotyczyć jej samej. Dlaczego? W rzeczywistości nie miał żadnych problemów by udać się do domu. Pozostał dłużej, bo musiał, dlatego, że jego raport się przedłużył. Lubił się tak tłumaczyć; bo chociaż rzeczywiście nie stronił od odpoczynku, tak naprawdę, w głębi duszy był świadomy że jest on zwyczajnie pusty; że nie ma szansy być sobą, bo kilkanaście lat temu podjął pewną decyzję i nie był już w stanie więcej jej odwrócić. Te wszystkie, płytkie relacje, imprezy, nawet jego terraria i przeczytane książki wydawały się piaskiem który bezustannie przesuwał się przez klepsydrę jego dłoni. Wszystko bezwartościowe, wszystko ulotne, wszystko zbyt płaskie, krótkie.
Boże.
-
Sama mnie tu zabrałaś - drasnął ją z cieniem grzechoczącego w tembrze jego głosu rozbawienia -
a ja z jakiegoś powodu - spoważniał, wyostrzając spojrzenie, nagle wyostrzone, skupione jak u zwierzęcia -
nie potrafiłem jeszcze ci odmówić. - Dlatego, że przede wszystkim nie chciał. Prawda jest taka, że gdyby nie chciał tu być, wyszedłby, zanim jeszcze zdołał się pojawić. Nie miał pod tym względem skrupułów, nie znał takiej grzeczności. Wyciągnął paczkę w kierunku Iris, zapraszająco, czy nie będzie chciała poczęstować się używką. Zapalniczka trzasnęła, rzucając rozchwiany płomień. Czubek papierosa rozżarzył się delikatnie jak mająca powoli obumierać gwiazda.
-
…więc? Co to świadczy o tobie? O mnie? O naszej pracy? - wymieniał, kalecząc ciszę. Mógłby zapytać wprost, dlaczego zdecydowała się nacisnąć inny przycisk, ale wiedział, że nie byłaby w stanie mu wyjaśnić swojego zachowania. Niektórych rzeczy zwyczajnie nie dało się wytłumaczyć i on doskonale wiedział, że było to niemożliwe. Zaciągnął się teraz dymem, pozwalając mu pęcznieć w swoich płucach. Zabrał filtr spomiędzy swoich ust i odetchnął. Gryzący, agresywny zapach zatańczył na orbicie jego ciała, mieszając się z perfumami i zapachem żelu pod prysznic który zdążył wziąć szybko tuż po ostatniej przeprowadzonej operacji. Wydawał się doskonale obchodzić z tym momentem, przeplatając milczenie i precyzyjne słowa jak interwały kolejnej procedury, tylko po to, by ostatecznie dodać:
-
Nie musisz mi odpowiadać. Po prostu naciesz się widokiem - panoramy, która rozciągała się na stelażu horyzontu; widokiem ich samych, wyjątkowo uwikłanych w tej scenie, która być może nie miała nigdy się powtórzyć.
Iris Valentine