Abby Wallace
zero, Dorothy Miller
jeden.
Tak wyglądał aktualny wynik w starciu jeden na jeden.
Nigdy nie miała szans z tą kobietą, ale tekst o
spadku cukru, tak nieświadomie przez nią wypowiedziany, był tak dobrym pociskiem, że praktycznie od razu znokautował Abby w najgorszy, możliwy sposób. Truskawką, którą próbowała akurat połknąć, utknęła gdzieś w przełyku, a to zaś momentalnie wywołało reakcję organizmu w postaci kaszlu. Nie umiała. Po prostu na moment się zadławiła.
Nic poważnego.
Cóż, nie dla Millera, który w sekundę zerwał się z krzesła i doskoczył do niej, stając za plecami.
P a n i k u j ą c. I dlatego to ona skończyła jako lekarz a nie on. Archie zawsze był narwany, w gorącej wodzie kąpany. Zamiast pierwsze ocenić sytuacje, sprawdzić podstawowe funkcje życiowe — które w tym przypadku miały się zajebiście dobrze — złapał ją pod piersiami i zaczął uciskać brzuch. Nie tylko robił to w złych miejscach, ale zupełnie niepotrzebnie, bo ona po prostu potrzebowała sobie pokaszleć. Zaś przez to, że kaszlała, nie była w stanie nic powiedzieć ani kazać mu przestać, dlatego tylko machała ręką. Nie bo się
DUSIŁA, a bo chciała, żeby skończył ją naciskać, bo jeszcze trochę i puści pawia. On jednak kompletnie panikował, do momentu aż kaszel jej nie przeszedł, a z pomiędzy pełnych warg Wallace nie wydostało się…
—
ŻYJE! — krzyknęła. Trochę głośniej niż powinna, ale ten dźwięk po prostu wyszedł z niej pod naciskiem dłoni Archiego. —
Jezu Miller, prawie sam mnie udusiłeś — prychnęła, kręcąc z niedowierzaniem głowa. Mama Miller oczywiście podzieliła jej zdanie i już nawijała o tym, jak to Archie zawsze był
dramatyczny. Coś w tym było, chociaż z drugiej strony, trzeba było również przyznać, że było to również wyjątkowo
u r o c z e. To jak się o nią troszczył i zamartwiał. Nawet miała mu to wypomnieć, ale wtedy Dorothy postanowiła zapodać im co nieco lokalnych ploteczek, jak to na mała miejscowość przystało.
—
Jęcząca Janice? — wtrąciła zaraz po nim, pomagając Pani Miller z odpowiednim imieniem, chociaż nie omieszkała dodać do tego również przydomka, jaki miała dziewczyna. Swego czasu kumplowały się razem z Abby, jeszcze w szkole podstawowej. Zaplatały sobie razem warkocze i wpisywały się sobie nawzajem do
złotych myśli, w których obgadywały wszystkich dookoła. Oczywiście do czasu, kiedy Wallace nie zakumplował się bardziej z Archiem, a ich drogi... nieco się rozeszły. Charaktery również. Wallace lubiła wiedzieć i udawać wiecznie odważną, a Janice… cóż, ona ryczała dosłownie o wszystko. Płaczem często w szkole jak i poza nią wymuszała na ludziach konkretne sytuacje. Raz nawet nakablowała wychowawczyni, że Abby i Archie zrobili sobie
baze na tyłach szkoły, a potem się pobeczała, że nie chcieli jej tam zaprosić. Do tego najściemniała, że coś jej zabrali, przez co wylądowali na dywaniku DWA razy zamiast jednego. No cóż, nie przepadały za sobą, chociaż Abby ostatni raz widziała ją z kilka dobrych lat temu, zanim wyjechała z Whitby na studia.
—
Jak może nie wiedzieć kto jest ojcem? — prychnęła, znowu wtrącając się do dyskusji i tym razem już na spokojnie zgarnęła truskawkę z miski. Temat Janice tak naprawdę przyszedł w idealnym momencie, bo dźwięki temu Wallace mogła przekierować swoje myśli na starą koleżankę, a nie to, co miało miejsce w kuchni jakieś dziesięć minut temu.
—
No podobno nie wie — Dorothy wzruszyła ramionami. —
Albo nie chce powiedzieć… — dodała, jak na plotkarę przystało, a Abby poprawiła się na hokerze.
—
Na pewno wie — Wallace nie dawała za wygraną. —
Przecież chyba pamięta z kim spała w przeciągu ostatnich kilku miesięcy — a przynajmniej fajnie by było, jakby pamietała. Abby sama lubiła się czasami zabawić, ale przecież gdyby coś takiego przydarzyło się jej, od razu miałaby całą listę potencjalnych kandydatów. No bo… jak można nie pamiętać z kim się spało? Pokręciła głową z niedowierzaniem i mama Archiego również. Jak widać w tej kwestii kobiety miały dokładnie takie samo spojrzenie na temat. Obie też spojrzały w tym samym czasie na Archiego, oczekując i jego zdania w tym temacie najwidoczniej.
Nim się jednak doczekały, Dorothy oznajmiła, że ma
sprawy do załatwienia. Każda jedna osoba w pomieszczeniu doskonale wiedziała, że chodziło o Otto i jego zamiłowanie do hazardu, które Darka próbowała sukcesywnie zwalczać. I chociaż jeszcze jakiś czas temu Abby oddałaby wszystko, żeby zostali sami, tak teraz… poczuła strach. Jakaś dziwna panika zawitała do jej serca na samą myśl i już wcale nie chciała, żeby Dorothy gdziekolwiek szła. Może nawet wymyśliłaby jakiś pretekst, znowu zaczęła się dławić, ale nie zdążyła, bo kobiety już nie było.
Była za to cisza.
Dziwna.
Niezręczna.
Tak bardzo do nich niepodobna.
Każde z nich zamknięte było w swojej bańce. Myśli kłębiły im się w głowie i nie potrafiłī znaleźć ujścia, a już na pewno te Wallace, do której powoli dochodziło, co oni najlepszego zrobili? Fala przerażenia zalała jej ciało. Nie z powodu samego pocałunku, bo ten był niesamowity, ale z tej ciszy, która teraz była jego skutkiem. Teraz to tak już będzie wyglądać? Zjebali? Czy naprawdę zepsuli te wszystkie lata przyjaźni jedną chwilą zapomnienia?
Kurwa.
Siorbnęła czekoladę po raz kolejny, specjalnie wywołując ustami więcej dźwięku niż normalnie, żeby jakoś zagłuszyć tonę myśli, ale to nic nie dało. Szczególnie, że zaraz czuła, jak jego ręką zaciska się na hakerze i muska jej udo. Po nodze momentalnie przeszedł dreszcz, a ona sama westchnęła mimowolnie.
Zrób to jeszcze raz.
Serce waliło jej jak szalone. Bała się. Bała spojrzeć się mu głęboko w oczy, a dokładniej tego, co mogła w nich zobaczyć. Tylko kiedy w końcu się odważyła, kiedy te jej zawisły na jasnych tęczówkach Millera… znowu na moment przepadła. Patrzył na nią
inaczej. Nie źle, ale też nie tak samo jak kiedyś.
Inaczej.
Jak na
kobietę a nie tylko
przyjaciółkę? Nie potrafiła tego rozgryźć i chyba pała się w ogóle podejmować tego zadania. Dlatego czekała. Czekała cierpliwie patrząc na niego równie intensywnie, kompletnie nie zdając sobie sprawy, że… twarz miała całą upaćkaną w czekoladzie. Zresztą on też. I w całej tej powadze; w całym nabitym napięciu miedzy nimi, coś im w końcu
puściło. Pierwsze zaśmiał się Miller, a ona zaraz za nim.
—
I z czego się śmiejesz, Miller?! — mruknęła, udając oburzoną. —
Sam jesteś cały upierdolony! — wytknęła mu, wystawiając rękę do przodu i pokazując okrężnymi ruchami całą ją śliczną, czekoladowa teraz buźkę. —
I tu i tu i tu… — na brodzie, policzkach, nosie i… i kurwa ustach, na które znowu zapatrzyła się nieco dłużej. Chociaż po chwili wyprostowała się na hokerze i
b e z c z e l n i e jak na prawdziwą bulwę przystało, złapała za materiał
jego koszulki, którą miała na sobie, a potem wy-ta-rła sobie nią twarz. —
No co? Wytarłabym o twoją, ale... —
nie patrz, nie patrz, nie patrz… Popatrzyła. Przesunęła wzrokiem po jego nagiej
obłędnej klatce piersiowej, znowu walcząc z nieznośnym ciepłem. Czemu wyglądał tak dobrze? Czemu upierdolony czekoladą podobał się jej jeszcze bardziej?
Ogarnij się, Wallace.
Głowa krzyczała tak głośno, że głośniej się już nie dało. A ona co? A ona jak zwykle się nie słuchała. Zeskoczyła z krzesła i podeszłą bliżej Archiego. W pełni
nieświadomie weszła w jego strefę osobistą, a potem podniosła rąbek koszulki z Green Day do góry, odkłaniając kawałek brzucha tylko po to… żeby i jemu wytrzeć twarz. Przesunęła materiałem po policzku
po którym sunęły wcześniej jej palce, po brodzie i ustach
które zachłannie całowała. Znowu było jej ciepło, znowu robiło się
gęsto. Nie do zniesienia. Dlatego po chwili zrobiła w końcu krok w tył.
—
Dobra, Miller — odchrząknęła, prostując plecy i opuszczając koszulkę. —
To o której to kino? — spojrzała na zegar na ścianie, a potem na niego, uśmiechać się delikatnie. —
I co ważniejsze: myślisz, że są tu jeszcze jakieś ciuchy po Bonnie? Może mogłabym coś pożyczyć, bo moje pewnie wciąż są mokre.
does it ever drive you crazy, just how fast the night changes?