-
pilot w średnim wieku, który do dziś nie potrafi się ustatkować, bo dziesięć lat temu złamano mu serce
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Właśnie dla tego Raynott był tak bardzo pewny tego, że coś musiało się popsuć. Nie potrafił jednak powiedzieć co konkretnie i z jakiego powodu. Gdy się nad tym zastanawiał, nic nie przychodziło mu do głowy. To zaś wiele komplikowało, bo chciał to naprawić, ale zrobienie tego w ciemno nie miało być łatwe.
Na początek postanowił zrobić dla niej coś miłego. Uznał, że może dobrze im zrobi, jeśli w końcu spędzą razem trochę czasu, jak to jeszcze niedawno mieli w zwyczaju. Zdecydował się też ugotować dla niej jednej ze swoich specjałów. Nim jednak na cokolwiek zacząłby się przygotowywać, to doskonale wiedząc, jak ostatnio sprawy się miały, postanowił się upewnić, że McDowell w ogóle dotrze dziś do domu, więc wcześniej ją o to podpytał.
Kiedy już sytuacja była dla niego jasna, mógł wziąć się za przygotowania, a wieczorem na nią czekał… I czekał, i czekał, ale czas płynął, robiło się coraz później, a po brunetce nie było żadnego śladu. Prawdę powiedziawszy, choć nie powiedział jej o swoich planach, bo chciał ją zaskoczyć, to teraz czuł się przez nią wystawiony. Może dlatego w złości w końcu sam zjadł kolację, a jej porcję zostawił na stole, gdzie na nią czekała.
A nie widząc dalszego sensu w czekaniu, nie sądził, żeby jeszcze dziś miała wrócić do domu, Tracy po prostu udał się spać po obejrzeniu odcinka serialu. Tego samego, który wcześniej zaczęli razem, a z którym on nie chciał dłużej na nią czekać, bo wisiał w zawieszeniu już całkiem długo i nie zanosiło się na to, aby jeszcze mieli razem do niego przysiąść.
Choć nie mógł mieć do niej pretensji o to, że miała własne życie, a jego przestała uwzględniać w swoich planach, w końcu nic nie była mu winna, ani do niczego nie była zobowiązana, Raynott nie umiał nie czuć się z tym dziwnie. Teraz to on poczuł się przez nią odsunięty… I to wcale nie było przyjemne odczucie. Prawdę powiedziawszy doskwierało mu bardziej, niż by się tego spodziewał.
Debbie McDowell
-
stewardessa air canada o duszy romantyczki, która obiekty westchnień zmienia średnio trzy razy w miesiącu, przy każdej nowej miłości przechodząc prawdziwą przemianę osobowości
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wycofała się nieco, ponieważ z tyłu jej głowy zaczęły majaczyć obawy o to, że polubiła go trochę za bardzo. Nie potrafiła tego pojąć, bo przecież od samego początku podchodziła do tej znajomości z dystansem, którego w przypadku wielu innych jej brakowało.
Tracy’ego traktowała i n a c z e j, a chociaż wiedziała, że po prostu się przyjaźnili, to najwyraźniej nie przeszkodziło jej w tym, aby zacząć rościć sobie względem niego pewne prawa. Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, w swojej bezmyślności najpewniej rzuciłaby się na głęboką wodę i zapragnęła sprawdzić, co z tego wyjdzie, jednak w jego przypadku nie chciała ponosić takiego ryzyka.
Nie chciała niepotrzebnie się rozczarować.
Musiała zadbać, żeby wszystko wróciło na właściwe tory, włącznie zresztą z jej własnym poczuciem, że była pożądana. Wcześniej towarzyszyło jej ono właśnie przy nim, a jednak od momentu, w którym nabrała przeświadczenia, że poszła w o d s t a w k ę, Debbie nawet nie myślała o tym, aby ponownie wkraść się do jego łóżka. Własnej pewności siebie postanowiła poszukać gdzieś indziej.
I odnalazła ją na tinderze, gdzie dość szybko zdobywała kolejne dopasowania. Nie analizując tego jakoś szczególnie, w ciągu kilku minionych dni umówiła się na kilka kolejnych randek. I tak, najpierw spędziła je na drinkach, a później odreagowała własne niepowodzenia w ramionach mężczyzn, którzy nie mieli zagościć w jej życiu na dłużej. Wystarczyli jednak na tyle, aby choć przez chwilę poczuła się s p e ł n i o n a.
Dziś jednak wróciła do mieszkania Raynotta w środku nocy. Facet, z którym się spotkała, niekoniecznie miał ochotę ją przenocować, co skończyło się sprzeczką jeszcze intensywniejszą, niż wcześniejszy seks. Na miejsce dotarła więc nieco poirytowana, ale uczucie to wyparowało, kiedy zrobiła drobny rekonesans w salonie. Jej uwagę przykuło bowiem zostawione tam jedzenie, które wyglądało tak, jakby na kogoś czekało.
Nie połączyła kropek od razu. Prawdę powiedziawszy nie sądziła, że powinna wiązać je ze sobą, ale mimo to w jej umyśle zapaliła się czerwona lampka. Przez dłuższą chwilę przyglądała się porzuconej kolacji, a później skierowała się do sypialni, której drzwi lekko uchyliła.
Spał s a m. Nieudana randka?
Wciągnęła głębiej powietrze, jeszcze przez moment zastanawiając się nad tym, czy w ogóle powinna się odzywać. — Tracy? — szepnęła trochę głośniej, najwyraźniej mając zamiar wyrwać go ze snu. Odkleiła się od framugi, o którą do tej pory się opierała, po czym ruszyła w stronę łóżka, na którego brzegu przysiadła. Nie miała pewności, czy blondyn już się obudził, ale mimo to odezwała się ponownie. — Zostawiłeś jedzenie na stole — zauważyła, chcąc zweryfikować jego zamiar. Może po prostu zrobił to przez przypadek?
Tracy Raynott
-
pilot w średnim wieku, który do dziś nie potrafi się ustatkować, bo dziesięć lat temu złamano mu serce
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dodatkowo ostatnio spędzali ze sobą tak mało czasu, że trudno było zrobić cokolwiek. Dlatego Tracy zdecydował się wykorzystać jeden wieczór, kiedy Debbie miała wieczorem wrócić do domu i przygotował dla nich kolacji, aby mogli razem do niej przysiąść i spędzić ze sobą czas. Niestety, pomimo wcześniejszej deklaracji brunetki, wcale nie zjawiła się dziś wcześniej w domu, więc ten wieczór wyglądał całkiem podobnie do podobnych – spędzili go osobno.
Różnica była tylko taka, że Raynott niczym największy naiwniak czekał na nią z kolacją, aż w końcu zrozumiał, że nie przyjdzie i dalsze czekanie nie miało sensu. Wtedy postanowił olać to, czując lekką irytację spowodowaną tym, że McDowell nie zjawiła się, mimo że wcześniej powiedziała mu coś innego.
Nie mógł jednak złościć się na nią. W końcu wiedział, że mogła robić to, na co tylko miała ochotę, a jej plany mogły się zmienić. Nic jednak nie mógł poradzić na to, że rozczarowanie niepowodzeniem nie dawało mu spokoju. A było tak, bo wiązał z tym wieczorem spore nadzieje. Tracy’emu naprawdę przeszkadzało to, jak obecnie wyglądała ich relacja, ale nie był już pewny, czy mógł cokolwiek z tym zrobić, w końcu do tego była mu potrzebna Debbie, a jej, jak widać, nie było…
Wróciła dopiero, gdy Tracy już dawno spał. Udało jej się jednak obudzić go, gdy zaczęła się do niego odzywać, chociaż początkowo nie zareagował. Ale nie dlatego, że próbował coś zademonstrować. Po prostu był zaspany i mimo wyrwania go ze snu, miał jeszcze nadzieję prędko do niego wrócić, bo w pierwszej chwili nie dotarło do niego, że to McDowell była winna jego pobudki. To zrozumiał dopiero, gdy odezwała się po raz drugi.
– Mhm… Możesz odgrzać, jeśli jesteś głodna. Powinno być w porządku – odparł, wciąż leżąc na łóżku i nie otwierając oczu. Skoro ona nie pokwapiła się, żeby wcześniej wrócić do domu, on nie musiał się zrywać, kiedy wreszcie raczyła się pojawić. – Nie przyszłaś, więc sam zjadłem wcześniej – nie mówił tego z wyrzutem, po prostu nakreślił sytuację, żeby wiedziała, że została tylko jej porcja i nim nie musiała się przejmować, chociaż… Czy tego powinien się obawiać? Ostatnio przecież w ogóle nie wyglądała na przejętą nim.
Debbie McDowell
-
stewardessa air canada o duszy romantyczki, która obiekty westchnień zmienia średnio trzy razy w miesiącu, przy każdej nowej miłości przechodząc prawdziwą przemianę osobowości
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie mogła przecież w tym wszystkim przestać myśleć o sobie.
Może jednak powinna była go o tym uprzedzić, choć jednocześnie wydawało jej się, że nie ma takiej potrzeby. Zakładała bowiem, że jej wieczorne nieobecności w mieszkaniu nie były niczym nadzwyczajnym. Od czasu do czasu wychodziła przecież, aby zapewnić mu niezbędną przestrzeń i dać szansę na to, aby zaprosił do siebie kogoś innego. Nie chciała, żeby czuł, że próbowała go ograniczać.
Różnica była zatem wyłącznie taka, że jej wieczorne wyjścia nieco wezbrały na intensywności. Częściej spędzała czas z kimś innym, a co za tym idzie, nieco rzadziej bywała w mieszkaniu Tracy’ego. Nie znaczy to jednak, że próbowała go ignorować. Po prostu nie było już tak dużo czasu, który mogłaby z nim spędzić.
Dziś jednak poczuła się w i n n a.
Nie dotarło to do niej od razu, ale kiedy udało jej się go obudzić i zrozumiała, że pozostawiona w kuchni kolacja miała czekać na nią, jasne stało się również to, że z a w i o d ł a. Powinna była być tu wcześniej, wcale nie ze względu na ewentualną możliwość spędzenia z nim nocy. Powinna była wrócić i zachować się jak p r z y j a c i ó ł k a.
Myśl o tym, że nie zrobiła tego, gryzła ją do tego stopnia, iż teraz nie mogła pozwolić mu spać dalej bez uprzedniego wyjaśnienia. Kiedy usłyszała, że mogła odgrzać swoją porcję, wydała z siebie pomruk niezadowolenia. — Nie chcę jeść bez ciebie — stwierdziła, co wcale nie było przejawem tego, że nie doceniała jego starań. Wręcz przeciwnie, sama myśl o tym sprawiała, że było jej miło, a jednak samotne spożycie posiłku na pewno nie było tym, do czego dążył. Ona też nie miała być z tego zadowolna.
Gryzła ją jeszcze jedna kwestia, dlatego chwilę później trąciła blondyna dłonią w łydkę. — Dlaczego nic nie powiedziałeś? — zapytała, mrużąc przy tym oczy. Pytanie czy planowała wracać wieczorem do domu nie było niestety wystarczającym sygnałem. — Przecież gdybym wiedziała, że coś gotujesz, wróciłabym wcześniej — i żeby sprawić mu przyjemność, zadbałaby o brak spóźnień.
Jak to możliwe, że akurat w ich przypadku w ostatnim czasie ewidentnie zawodziła k o m u n i k a c j a?
Tracy Raynott
-
pilot w średnim wieku, który do dziś nie potrafi się ustatkować, bo dziesięć lat temu złamano mu serce
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Przez to, że nic mu nie mówiła, Raynott był coraz bardziej przekonany o tym, że chciała się od niego odsunąć. Coraz rzadsze pojawianie się w domu, unikanie go, a co za tym idzie, brak rozmów, sprawiały, że blondyn czuł się odsunięty, a dziś uderzyło to w niego najdobitniej. Oczywiście to nie tak, że w ogóle ze sobą nie rozmawiali, ale tym rozmowom brakowało obecnie głębi. Zamieniali ze sobą parę zdań na tematy organizacyjne, komentowali sprawy błahe, ale to było wszystko. A wcześniej przecież wyglądało to zupełnie inaczej. I Tracy’emu brakowało tego, co było wcześniej, ale sam też był winny, bo ostatnio nie zrobił zbyt wiele, żeby coś zmienić.
Nie wiedział jednak, jak do tego podejść, dlatego dzisiejsza akcja była jego pierwszą próbą.
– To zapowiedź strajku głodowego? – zapytał przekornie, przyciskając twarz do poduszki, pod którą wsunął obie ręce. Lekko mogły bawić go jej frustracja i niezadowolenie, dlatego teraz się z nią droczył. Ale uznał je również za dobry sygnał, bo jeśli reagowała w ten sposób, to oznaczało, że przynajmniej trochę jej zależało.
Kiedy trąciła go w łydkę, Tracy popatrzył na nią przez ramię i przez chwilę milczał, zastanawiając się nad odpowiedzią. Początkowo miał po prostu powiedzieć jej, że chciał zrobić jej niespodziankę, ale to wydało mu się na tyle ckliwe, że wycofał się z tego pomysłu. – Bo wtedy, jakby coś poszło nie tak, nie mógłbym się wycofać – stwierdził, uśmiechając się głupio, po czym mogła poznać, że powód wcale nie był taki. Chciał ją po prostu miło zaskoczyć, ale ostatecznie niestety nie wyszło to tak, jak chciał. Być może faktycznie powinien ostrzec ją o swoich planach, ale teraz na naprawienie tego błędu i tak było za późno.
Poza tym, nie mówiąc nic, Tracy może poddawał ją testowi? Gdyby powiedział jej wprost o swoich zamiarach, wróciłaby wcześniej, bo tak należało. On jednak mógł chcieć przekonać się o tym, czy sama z siebie chciała spędzić z nim czas, gdy w powietrzu zawisła sugestia, że taka opcja była możliwa… I okazało się, że to ją niekoniecznie interesowało, co było dla blondyna przykrym odkryciem.
Tracy nie miał pojęcia, kiedy tak bardzo się od siebie oddalili.
Debbie McDowell
-
stewardessa air canada o duszy romantyczki, która obiekty westchnień zmienia średnio trzy razy w miesiącu, przy każdej nowej miłości przechodząc prawdziwą przemianę osobowości
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Co ciekawe, przez dłuższy czas to rzeczywiście d z i a ł a ł o. Wszystko było w porządku nawet wtedy, kiedy ona znikała wieczorami, aby umożliwić mu spotkanie się z kimś innym. Nie przeszkadzało jej bowiem to, że sypiał z innymi kobietami, a jednak kiedy zaprosił do swojego łóżka dziewczynę, z którą wcześniej zabawiali się razem, poczuła się pominięta. Trochę tak, jakby nawet tamtej nocy mogła być dla nich p r z e s z k o d ą.
Nie powiedziała mu o tym, ponieważ się wstydziła. Wbrew temu, co zwykle pokazywała, jej samoocena wcale nie była wysoka. Debbie naprawdę nie była zbyt pewna siebie, zatem mówienie o własnych kompleksach było dla niej o wiele trudniejsze, niż podejmowanie się wszystkich tych tematów, które inni uznawali za trudne, podczas gdy ona bywała w nich bezpośrednia.
A choć Tracy sprawiał zwykle, że czuła się komfortowo, ten jeden raz nawet przed nim nie była w stanie się otworzyć.
I trochę między nimi namieszała, na co być może zaczęła otwierać oczy, kiedy znalazła na stole tę samotną kolację. Właśnie dlatego zdecydowała się obudzić go i dać mu do zrozumienia, że jeśli przygotował ją z myślą o niej, sporo to dla niej znaczyło. — Może trochę? — zasugerowała, prawdopodobnie w ogóle nie wypadając przy tym wiarygodnie. W gruncie rzeczy dlatego, że Debbie naprawdę ceniła sobie dobre jedzenie.
Ceniła sobie również jego, choć teraz nie była pewna, co miała myśleć o jego odpowiedzi. Nie była czymś, co szczególnie by jej się spodobało, ale skoro niczego innego nie miała dostać, pozostawało jej to zaakceptować. Zmrużyła jednak oczy, tym samym dając Raynottowi do zrozumienia, że nie do końca to kupowała. — Jak ci wyszło to też nie zadzwoniłeś — wytknęła mu jeszcze, a chwilę później perfidnie uszczypnęła go w łydkę. — Zjem, ale zrobię to tutaj. A ty się posuniesz i będziesz jadł ze mną — wycelowała w blondyna palcem, po czym podniosła się z łóżka.
Skierowała się w stronę wyjścia z sypialni, ale zanim przekroczyła próg, jeszcze się zatrzymała. — A jak będziesz wredny to wiedz, że nakruszę — zagroziła, wykonując jeszcze wymowny gest dłonią, najpierw celując dwoma palcami na swoje oczy, a później na niego. Zamierzała zadbać o to, aby jednak zjedli tę kolację r a z e m.
Tracy Raynott
-
pilot w średnim wieku, który do dziś nie potrafi się ustatkować, bo dziesięć lat temu złamano mu serce
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie przewidział tylko jednego – tego, jak przy okazji się do siebie zbliżą. Zmiany, które zaczęły zachodzić, były tak drobne i stopniowe, że stały się zauważalne, przez co blondyn spuścił gardę i nie zwrócił uwagi na to, w którym momencie zaczęło zależeć mu tak bardzo. A zależało mu na Debbie, jej towarzystwie, ich nowych rytuałach, codziennych rozmowach i prostych rzeczach, które wkradły się do ich codzienności i stały się czymś wspólnym. Bliskość w tym wszystkim również odgrywała istotną rolę, ale ona towarzyszyła im od początku i trudno powiedzieć w którym momencie, ale w końcu przestała odgrywać pierwsze skrzypce.
Dlatego coś Tracy’ego ruszyło, gdy zaczęli się od siebie oddalać. Nie miał pojęcia, co było powodem, ale wiedział jedno – nie chciał pozwolić na to, żeby Debbie odsunęła się od niego jeszcze bardziej, dlatego chciał się postarać, żeby pokazać jej, że wciąż tu był i nie chciał, żeby o nim zapomniała… Może nawet trochę obawiał się perspektywy, że faktycznie w końcu mogła o nim zapomnieć?
– Nie przekonałaś mnie – stwierdził, a kącik jego ust uniósł się. Nie miał wątpliwości co do tego, że była ostatnią osobą, która zdecydowałaby się na taką formę strajku.
Noga mu podskoczyła po tym, jak Debbie go uszczypnęła. Blondyn zaraz posłał jej groźne spojrzenie spod zmrużonych powiek. – A odebrałabyś? – zerknął na nią wymownie, podejrzewając, że kiedy nie było jej w domu, musiała być zajęta. To było w i d a ć. Słowa Tracy’ego nie oznaczały jednak, że miał do niej o to pretensje, bo nie miał prawa się tego czepiać… Chociaż z jakiegoś powodu poczuł nutkę zazdrości na myśl o tym.
– Kiedy jesteś taka stanowcza, nie umiem ci odmawiać – poruszył zaczepnie brwiami mówiąc dowcipnie, ale rzeczywiście nie zamierzał się stawiać, dlatego w końcu obrócił się na plecy, aby następnie móc podnieść się do pozycji siedzącej.
Uśmiechnął się, gdy usłyszał jej groźbę. – I zostawisz mnie jeszcze z tymi okruszkami? – zapytał, gdy znikała za drzwiami, po czym pokręcił lekko głową. Powiedział to luźno, jakby dalej się z nią droczył, ale pojawił się w tym też sygnał odnośnie tego, co go ostatnio gryzło – to, że zaraz kompletnie go porzuci. Już pomału zaczęła to robić i miał wrażenie, że kiedy w końcu znajdzie swój kąt i się wyprowadzi, ich kontakt zupełnie się urwie.
Nie umiał powiedzieć tego wprost, ale nie chciał, żeby go zostawiła.
Debbie McDowell
-
stewardessa air canada o duszy romantyczki, która obiekty westchnień zmienia średnio trzy razy w miesiącu, przy każdej nowej miłości przechodząc prawdziwą przemianę osobowości
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Pomimo tego, iż w ostatnim czasie podchodziła do niego nieco i n a c z e j, to jednak nie zamierzała nagle całkowicie wycofać się z jego życia. Wciąż miała pozostać w nim w roli przyjaciółki lub koleżanki, w zależności od tego, jak sprawy potoczyłyby się po jej wyprowadzce.
W chwili obecnej jednak aż tak intensywnie o tym nie myślała. Nie zastanawiała się już nad tym, czy Tracy’emu może nie byłoby lepiej, gdyby w pełni odzyskał przestrzeń, w którą ona się wkradła. Wcześniej głowiła się nad tą kwestią głównie przez to, iż wbiła sobie do głowy, że mógł woleć spędzać czas z kimś innym - z kimś, w obecności kogo może bardziej by się zaangażował.
Rzecz w tym, że Debbie nie potrafiła być pamiętliwa. Pewien czas temu sprawił jej przykrość i pozwolił uwierzyć, że wolał obracać się w innym towarzystwie, więc jeśli sprawy między nimi miały wrócić na właściwe tory, mogła rzeczywiście potrzebować tego, aby pokazał jej, że mimo wszystko była dla niego ważna. Kiedy dziś dostała to, jej podejście nieco się zmieniło.
Wcale aż tak bardzo nie chciała się już izolować.
Wzruszyła lekko ramionami, kiedy zadeklarował, że go nie przekonała. A usłyszawszy jego późniejsze pytanie nieznacznie zmarszczyła nos. — Potrafię mieć całkiem podzielną uwagę — co oczywiście nie gwarantowało, że sięgnęłaby po telefon, będąc zagrzebaną w cudzej pościeli. Zważywszy jednak na to, jak szybko jej dzisiejszy k o l e g a spławił ją po tym, jak dostał to, czego chciał, wcale nie czułaby się rozczarowana, gdyby sama wcześniej zakończyła to spotkanie.
Teraz natomiast nie myślała już o nim zbyt wiele, w pełni już skupiając się na Tracy’m, którego słowa wywołały na jej twarzy uśmiech. Zniknął dopiero wtedy, kiedy na wyjściu zaserwowała mu jeszcze g r o ź b ę. — Zależy od ciebie! — krzyknęła w odpowiedzi, będąc już niemal w kuchni. Tam skubnęła nieco jedzenia z talerza, ale prędko doszła do wniosku, że należało je odgrzać. Gdy mikrofala oznajmiła, że było ciepłe, chwyciła talerz i z nim udała się z powrotem do sypialni.
— Co tak właściwie wzięło cię na gotowanie? — zapytała z pełną buzią, kiedy przekroczyła próg pokoju. Od razu podeszła w stronę łóżka, ale zamiast ułożyć się tam wygodnie, wcisnęła talerz Raynottowi. Widelcem skubnęła nieco jedzenia i wetknęła je sobie do ust, po czym oddała sztuciec jemu. Sama w tym czasie pozbyła się spodni. — Myślałam, że gotujesz tylko na specjalne okazje — skomentowała, odwracając się tyłem, aby chwilę później zacząć szperać w jego szafie. Potrzebowała piżamy, a w tej roli w ostatnim czasie najlepiej sprawdzały się j e g o koszulki.
Tracy Raynott
-
pilot w średnim wieku, który do dziś nie potrafi się ustatkować, bo dziesięć lat temu złamano mu serce
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie chciał jednak przez to wyciągać poważniejszych wniosków, mimo że te nasuwały się same, bo… przeczyły wszystkiemu, co postanowił sobie przed laty. Choć uparte trwanie w postanowieniu, które mogło go życiowo hamować, wydawało się głupotą, to Raynott w ten sposób jedynie chronił się przed zranieniem i może słusznie, skoro McDowell była bliska zrobienia niemal tego, co jego była? Co prawda jego była załatwiła to szybciej, ale Debbie przecież też zaczęła zostawiać go samego, a to coś, co w relacjach przerażało go najbardziej, odkąd został porzucony tuż przed ślubem.
Wygląda więc na to, że nie tylko Tracy’emu, ale też Debbie udało się dotknąć problemu, który bolał to drugie najbardziej.
I nie, blondyn nie miał o to do niej urazy. Rzecz jedynie w tym, że przypominało mu to o jego obawach, które powstrzymywały go przed zmianami w życiu i stawieniem czoła temu, co mógł czuć do McDowell.
– Mhmm, na pewno – zerknął na nią wymownie, bo akurat jego nie mogła oszukać, że w takiej sytuacji miałaby podzielną uwagę. Znał ją przecież. Ale kto wie, może Debbie po prostu sugerowała mu, że jej dzisiejsze towarzystwo pozostawiało wiele do życzenia? Tego jednak Raynott nie zdołał wyłapać.
Usłyszawszy jej odpowiedź dochodzącą z głębi mieszkania, Tracy uśmiechnął się pod nosem. Tyle w tej chwili mu wystarczyło, żeby być zadowolonym, nawet jeśli deklaracja Debbie nie była czymś wiążącym na dłużej. Na początek dobre i to…
– Ostatnio coś się mijamy, więc uznałem, że może w końcu coś razem zjemy i posiedzimy – wzruszył ramionami, jakby to nie było niczym specjalnym, po czym nabrał sobie na otrzymany od niej widelec trochę jedzenia i wpakował je sobie do ust. Przy okazji obserwował to, jak Debbie rządziła się w jego rzeczach, co jemu jakoś nie przeszkadzało. – Także można powiedzieć, że ty wieczorem w domu to specjalna okazja – stwierdził i posłał jej wymowne spojrzenie, nawiązując do tego, jak często ostatnio wybywała gdzieś.
– Swoją drogą, to z jakiegoś konkretnego powodu, czy po prostu tak wyszło? – skoro już dopytywali się o różne rzeczy, Raynott postanowił wykorzystać tę okazję, aby sprawdzić, czy coś się między nimi zmieniło, a może to była tylko jego wyobraźnia.
Debbie McDowell
-
stewardessa air canada o duszy romantyczki, która obiekty westchnień zmienia średnio trzy razy w miesiącu, przy każdej nowej miłości przechodząc prawdziwą przemianę osobowości
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie chciała też nigdy go zranić, ale stało się tak, ponieważ nie miała pojęcia, co tak właściwie czuł Tracy. Nie sądziła, że mógł realnie się do niej przywiązać, bo przecież od samego początku oboje zakładali, że jej wprowadzka była wyłącznie czymś chwilowym. Zakładała zatem, że kiedy wieczorami znikała z domu, dawała mu przestrzeń, której mógł potrzebować.
Wydawało jej się, że kiedy bywała tu zbyt często, mogła być dla niego p r z y t ł a c z a j ą c a.
Dziś jednak w jej umyśle zapaliła się czerwona lampka. Naprawdę doceniła to, że Raynott próbował zrobić coś z myślą o niej i najwyraźniej realnie chciał zabiegać o to, aby spędzali w swoim towarzystwie nieco więcej czasu. To miało dla niej znaczenie na prostej, czysto przyjacielskiej płaszczyźnie, ponieważ niczego więcej i tak od niego nie oczekiwała.
Stając na jego drodze wcale nie próbowała go w sobie rozkochać i może to dla powodzenia tej relacji miało okazać się kluczowe.
Teraz natomiast skupiła się na poszukiwaniu odpowiedniej koszulki, w której mogłaby dzisiejszej nocy zasnąć. Nie czuła się przy tym ani trochę speszona, ponieważ nie był to pierwszy raz, kiedy rządziła się z jego rzeczami trochę za mocno. Skoro jednak Tracy do tej pory się na to nie uskarżał, Debbie nie sądziła, aby w tym momencie cokolwiek miało ulec zmianie.
— To nie jest mój dom, pamiętasz? — przypomniała mu przekornie, kiedy obróciła się w jego stronę przez ramię. Zaraz jednak znalazła w jednej z szafek coś, co wydawało się zadowalające, dlatego mogła skupić się na dalszym przebieraniu. W związku z tym, że toczyli rozmowę, tym razem już odwróciła się w stronę Raynotta, przy okazji walcząc ze ściągnięciem własnej bluzki.
Chwilę później odrzuciła ją gdzieś w kąt i naciągnęła na siebie tę, która należała do blondyna.
Zaraz po tym wypuściła głośniej powietrze i ruszyła w stronę łóżka, na które też zaraz się wpakowała. — Po prostu nie chciałam wchodzić ci w drogę, kiedy zapraszałbyś kogoś, z kim chciałbyś spędzić noc — przyznała, wzruszając przy tym lekko ramionami. — To nie jest wielkie mieszkanie, a jęki Ellen nie są akompaniamentem, przy którym chciałabym zasypiać — dodała po chwili, starając się podejść żartobliwie do kwestii jego znajomości z j e j koleżanką. Jeśli chciał z nią sypiać, miał przecież ku temu pełne prawo - nawet w obliczu tego, że Debbie nie czuła się z tym faktem zbyt komfortowo.
Tracy Raynott