Nie chciała się żalić. Ostatnim czego potrzebowała od kogokolwiek, była litość albo współczucie. Sama weszła w ten związek i sama przez lata w nim tkwiła, doskonale wiedząc u boku jakiego człowieka żyje. Nie odeszła, choć wielokrotnie mogła. Być może dlatego, że tak było łatwiej i wygodniej.
Teraz również nie kierowała się chęcią zemsty. Pragnęła wolności i zamierzała wyrwać ją Elliotowi z rąk. Gdyby pozwolił jej odejść w chwili, w której podpisała dokumenty rozwodowe, puściłaby wszystko w niepamięć. Nie oglądałaby się za siebie, nie próbowałaby niczego mu odbierać. To on sprawił, że przestało jej to wystarczać. Każdym kolejnym miesiącem przeciąganych mediacji, każdym dniem, w którym z niewytłumaczalną satysfakcją przypominał jej, że wciąż miał nad nią władzę. Im dłużej to trwało, tym mocniej chciała, żeby sam stracił wszystko na czym budował swoje życie. Żeby musiał zacząć od nowa albo żeby wreszcie świat zobaczył jego prawdziwą twarz.
- Nie obchodzi mnie nic innego poza moją karierą i żeby nic mnie z nim nie łączyło. Chcę wymazać ten rozdział ze swojego życia - odpowiedziała zgodnie z prawdą. Właśnie to było dla niej najważniejsze. Nie rodzina, która do dziś stała po stronie Elliota, jej odejście traktując jak fanaberię i brak szacunku. Nie pieniądze, które była w stanie zarobić sama. Nie piękny dom na obrzeżach miasta ani wakacje, na które mogła polecieć o każdej porze roku.
Święty spokój - to jego chciała najbardziej.
Prawdopodobnie miał rację. Być może wciąż oszukiwała samą siebie, próbując uwierzyć, że stała się dla Callahana obojętna. Że brak podpisu pod pozwem rozwodowym był jedynie przejawem złośliwości, niczym więcej. Ale jakkolwiek nie chciałaby tego przyznać, Elliot i Magnus pod pewnymi względami byli do siebie podobni. Nie wrzucała ich do jednego worka, dzieliło ich zbyt wiele, by mogła pozwolić sobie na tak niesprawiedliwe porównanie. Obaj jednak od lat funkcjonowali w świecie, którego ona nigdy do końca nie rozumiała. Świecie wpływów, nazwisk, pozycji i ego, gdzie porażki nie wybaczano, a
posiadanie często znaczyło więcej niż samo uczucie. Magnus znał ten świat znacznie lepiej od niej. Wiedział jak myślą tacy mężczyźni, wiedział również, że nawet jeśli uczucia dawno wygasły, świadomość, że kobieta, która kiedyś należała do ciebie, patrzy już wyłącznie na kogoś innego, potrafiła boleć bardziej niż urażona duma. Zwłaszcza jeśli tym kimś był największy wróg.
- Muszę zagryźć zęby i udawać, że uprzedmiotowienie bardzo mi się podoba? - odpowiedziała, unosząc kącik ust. Doskonale wiedziała, że nie próbował jej obrazić. Nie poczuła się urażona, choć jego słowa niebezpiecznie przypominały te, które wcześniej usłyszała od recepcjonisty. Może dla wolności musiała upaść jeszcze niżej. Jeżeli taka była cena, była gotowa ją zapłacić.
Mogła przed oczami
jeszcze męża emanować zainteresowaniem wobec innego mężczyzny. Mogła patrzeć na Grimstada w sposób w jaki nigdy nie patrzyła na Elliota. Mogła pozwolić sobie na więcej swobody, mogła flirtować, prowokować, uwodzić. Mogła zrobić wszystko, jeśli na końcu tej drogi naprawdę czekał początek nowego życia.
- Dziękuję - odparła, wymijając go, by podejść do pozostawionej na kanapie torebki. Wyciągnęła z niej telefon, wsunęła stopy z powrotem w piekielnie niewygodne szpilki i bez słowa wcisnęła urządzenie w jego dłoń.
- Mogę wrzucić je na swoje sociale. Może uda się zasiać ziarno niepewności - stanęła dokładnie w tym samym miejscu, odwracając się przodem do rozświetlonej panoramy Toronto. Nie patrzyła w obiektyw, za to parsknęła krótkim śmiechem, słysząc jego kolejne pytanie. Pokręciła głową, ale zamiast odpowiedzieć, zadała własne.
- Czy to ten moment, w którym w zawoalowany sposób mówisz mi, czego będziesz ode mnie chciał w zamian za tę przysługę? - odwróciła się do niego z uśmiechem będącym niemal lustrzanym odbiciem jego własnego.
- Jesteś dobrym aktorem? - zapytała, powoli zmniejszając dzielący ich dystans, zatrzymawszy się tuż przed nim. Uniosła dłoń i oparła ją lekko o jego klatkę piersiową, nie robiąc nic więcej, jakby sama sprawdzała czy będzie potrafiła przekroczyć tę cienką granicę pomiędzy udawaniem a rzeczywistością Dopiero po chwili przesunęła ją wyżej, wygładzając kołnierzyk jego koszuli, którego wcale nie trzeba było poprawiać.
- Ja przez lata udawałam zakochaną kobietę - wspięła się na palce i wyszeptała tuż przy jego uchu, a na jej ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.
- Poradzę sobie wyśmienicie - odsunęła się równie spokojnie, jak przed chwilą się zbliżyła, odwróciła na pięcie i wróciła do kanapy. Sięgnęła po szklankę, dopiła resztę alkoholu jednym, nieco zbyt odważnym łykiem i wypuściła z płuc długi oddech.
Magnus Grimstad