-
I'm about to lose it, but I'm doing finenieobecnośćniewątki 18+takzaimkimów mi ładnietyp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kiedy wytrzeźwiał tak naprawdę po raz pierwszy, na odwyku, miesiące wstecz, nie sądził, że chował tak wiele nieprzyjemnych wspomnień w niekończącym się cugu. Jego ekstrawertyczna natura, wieczny uśmiech, absolutne uwielbienie do poznawania nowych ludzi i miłość do tańca dawały mu zwykle całkiem sporo uwagi. Darmowe drinki, nowi znajomi których imion zapominał w ułamku sekundy, czasami osoby obu płci, których odwzajemniane zainteresowanie sprawiało, że lądowali w bliżej nieokreślonym gdzieś, by oddać się dorosłym zabawom. To było okay, to pamiętał przelotnie, zwykle bez jakichś szczególnych fajerwerków, czasami z lekkim grymasem, kiedy wspomnienie wydawało się żałosne.. Przypomniał sobie również kilka sytuacji w których wcale nie chciał brać udziału. Małe urywki bez kontekstu. Duża, szorstka dłoń przytrzymująca go w miejscu, silne dłonie sprawiające ból, kiedy próbował się odsunąć, głodne pocałunki których nie chciał oddawać. Bo prowokował. Bo flirtował. Bo był za bardzo do przodu, jakby to usprawiedliwiało branie bez pytania, albo branie, gdy wyraźnie mówił "nie". Bolało. Wspomnienie bolało. Brzydziło. Przywoływało wstyd i sprawiało, że czuł się obrzydliwie brudny. Jego własna wina. Sam sobie zasłużył. Dostał o co się prosił.
Nie słyszał. Nie widział. Nie czuł. Zmagał się z łapaniem oddechu drżąc, łzy przeciskały się przez zaciśnięte powieki. Nie mógł oddychać. Panikował jeszcze bardziej, płuca próbowały zaciągnąć powietrze za bardzo, nie dając miejsca na wydech. Chciał umrzeć. Naprawdę i szczerze, każdej pierdolonej minuty każdego dnia, a jedyne miejsce, gdzie względnie funkcjonował, to ta kuchnia. Miał w niej miejsce, miał rolę, wszystko było na swoim miejscu, a problem zaczynał się, kiedy opuszczał mury budynku. Nie chciał. Nie mógł. Nie dawał rady. Dłonie przesunęły się na jego własny kark i wyższą część pleców, drapiąc przez koszulkę, szukając jakiegokolwiek ujścia dla hektolitrów czarnej rozpaczy, której nijak nie mógł się pozbyć. Chciał się rozszarpać na strzępy, wyrwać własne serce przez plecy, jebać bałagan i konsekwencje... Ale nie mógł. Nie dało się. Był zmuszony żyć i oddychać. Bezsensowny, marnujący tlen, śmieć. Zużyty i nie nadający się do niczego.
Apatia i chłodna pustka powoli zastępowała hałaśliwy napad paniki. Obmywała go jak chłodna woda, zalewając stopniowo od czubka głowy, przez ramiona, do koniuszków palców, potem przez brzuch i biodra aż do palców stóp. Zmęczenie. Przejmujące psychiczne zmęczenie, znacznie bardziej dobitne niż to fizyczne sprawiło, że klapnął ciężko na podłodze, opierając się plecami o metalowe drzwiczki pod blatem, odchylając na moment głowę, łapiąc kilka głębokich wdechów. Koniec zjawiska. Nie chciał nawet otwierać oczu, pociągając nosem, bojąc się, że nadal tam był i że już zawsze będzie patrzył na niego jak na kruchą porcelanę gotową rozpaść się w każdym momencie.
emptiness
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Stał tam, gdzie kazał mu własny instynkt przetrwania, wciśnięty plecami w stalowy blat po drugiej stronie przejścia. Patrzył, jak Bennett osuwa się na ziemię, jak kurczy się w tym ciasnym kącie pod szafkami i jak desperacko, niemal boleśnie wbija palce we własne włosy. Każdy stłumiony dźwięk, każde płytkie szarpnięcie klatki piersiowej młodszego kucharza uderzało w Castillo z siłą, której kompletnie się po sobie nie spodziewał.
W gastronomii widzi się różne rzeczy — ludzi pijanych, zaćpanych, załamanych, wściekłych. Ale Diego po raz pierwszy od bardzo długiego czasu poczuł, że kompletnie nie wie, co robić. Ta bezradność paliła go od środka żywym ogniem.
Kiedy najgorsza fala paniki zaczęła w końcu odpływać z ciała Lexiego, ustępując miejsca tej ciężkiej, lodowatej apatii, w kuchni znów zrobiło się potwornie cicho. Bennett usiadł prosto na kafelkach, bezwładny, wycieńczony i z zamkniętymi oczami. Wyglądał, jakby właśnie stoczył walkę o życie — i w gruncie rzeczy dokładnie tak było.
Diego powoli, bardzo ostrożnie opuścił uniesione dłonie. Zrobił głęboki, cichy wdech, starając się zrzucić z siebie paraliżujące napięcie, by jego własne ciało nie wysyłało żadnych sygnałów agresji.
Nie podszedł do niego jak szef. Nie podszedł też jak facet, który jeszcze kilka minut temu pozwalał sobie na dwuznaczne mruknięcia w ciemności. Zrobił kilka wolnych, ciężkich kroków, dając o sobie znać szuraniem butów o podłogę, po czym... usiadł. Nie tuż obok, nie w przestrzeni osobistej Lexiego, ale na przeciwległym kafelku, opierając się plecami o tę samą linię szafek, kilka stóp dalej. Podciągnął jedno kolano, opierając na nim przedramię.
— Już.. — odezwał się. Jego głos był teraz zupełnie inny. Niski, wyprany z jakichkolwiek filtrów, podszyty surowym, głębokim zmęczeniem i czymś, co brzmiało jak bezbrzeżny smutek. — Jesteś tutaj. Na podłodze w kuchni. Nikogo tu nie ma, Bennett. Tylko ty i ja. - przez chwilę patrzył na ślady po łzach i na to, jak kurczowo wciąż trzymał się resztek sił.
— Przepraszam — powtórzył ciszej, a to słowo brzmiało w jego ustach nienaturalnie, jakby rzadko go używał. — Przekroczyłem granicę. Chciałem... sam nie wiem, co chciałem. Głupio zagrać. Nie powinienem był cię tak osaczać. - wyciągnął z kieszeni spodni czystą, bawełnianą ściereczkę do naczyń — nawyk, który miał każdy kucharz — i bezgłośnie położył ją na podłodze w połowie drogi między nimi, przesuwając ją lekko palcami w stronę Lexiego.
— Nie patrzę na ciebie jak na szkło, mały. Patrzę na faceta, który miał dzisiaj cholernie ciężki dzień i który właśnie udowodnił mi, że pod tym całym pyskatym pancerzem chowa coś bolesnego. — Diego odwrócił na chwilę głowę, spoglądając w przestrzeń ciemnej sali restauracyjnej za nimi. — Nie musisz mi nic mówić. Ani teraz, ani nigdy. Ale nie zamierzam cię tu zostawić samego na tej podłodze. Siedź sobie, ile chcesz. - i z tymi słowami, wyprostował się na swoim miejscu, odchylając głowę, by oprzeć jej tył o metalową szafkę.
-
I'm about to lose it, but I'm doing finenieobecnośćniewątki 18+takzaimkimów mi ładnietyp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Diego nie poruszył się, kiedy Lexie wspomniał o pocałunku. Przyjął to uderzenie w absolutnej, kamiennej ciszy, choć mięsień na jego szczęce drgnął gwałtownie. Przez krótką chwilę, patrząc na podłogę między nimi, Castillo zmagał się z falą surowego poczucia winy, które boleśnie uciskało mu klatkę piersiową. Słowa młodszego kucharza o tym, że „byłby z tym okay”, wisiały w powietrzu jak gorzka, spóźniona prawda, która teraz nie miała już najmniejszego znaczenia.
Ale całe to osobiste napięcie wyparowało w ułamku sekundy, gdy puste spojrzenie Lexiego oparło się o ścianę, a z jego ust popłynęły kolejne zdania.
Monotonny, wyprany z jakichkolwiek emocji głos chłopaka ciął gęstą ciszę kuchni niczym precyzyjny, lodowaty skalpel. Szczegóły – trucizna, niszczenie dowodu, pociąg, masowy grób – uderzały w Diego jeden po drugim, sprawiając, że krew w jego żyłach niemal zamarzła. To nie był pijacki bełkot ani dramatyczne wołanie o uwagę, jakie słyszał od Bennetta wcześniej. To była przerażająca, chłodna kalkulacja człowieka, który stał już jedną nogą nad przepaścią i po prostu opisywał widok w dół.
Diego powoli przeniósł na niego wzrok. Jego ciemne oczy, zazwyczaj tak twarde i nieprzeniknione, teraz były szerokie, pełne głębokiego, paraliżującego niepokoju. Przez dłuższą chwilę nie potrafił wykrztusić ani słowa, czując, jak w gardle rośnie mu ciężka, dławiąca gula. Docierało do niego, jak potwornie głębokie było dno, o które ten chłopak codziennie się obijał, podczas gdy wszyscy dookoła widzieli tylko bezczelnego, pyskatego dzieciaka w za dużych ciuchach.
Odetchnął powoli, zmuszając swój własny system do powrotu na ziemię. Nie mógł panikować. Jeśli teraz pęknie, Lexie zamknie się w sobie już na zawsze.
— Lexie... — zaczął. Jego głos drgnął na tym jednym słowie, tracąc całą swoją szorstkość, stając się cichym, ochrypłym szeptem.
Ostrożnie, bardzo powoli, jakby zbliżał się do rannego, dzikiego zwierzęcia, Diego przesunął się po kafelkach o te kilka stóp. Nie naruszył drastycznie jego przestrzeni, ale skrócił dystans na tyle, by usiąść ramię w ramię, opierając się o te same metalowe drzwiczki. Nie dotknął go, ale chłopak mógł znowu poczuć bliskość jego ramienia, stałą i bezpieczną.
— Popatrz na mnie. Proszę, odwróć głowę i popatrz na mnie — poprosił cicho, a w jego głosie potężna, desperacka szczerość. Czekał cierpliwie, aż Lexie oderwie wzrok od tamtego pieprzonego kafelka.
— To, co teraz powiedziałeś... to nie jest coś, co powinieneś nosić sam w głowie. Ani minuty dłużej — mówił dalej, a jego głos odzyskiwał tę stabilną, głęboką siłę, choć wciąż podszyty był ogromnym przejęciem. — Rozumiem, że jesteś potwornie zmęczony. Słyszę to. I słyszę, jak bardzo ci ciężko. Ale nie pozwolę ci zniknąć. Nie w ten sposób. I nie w jakimś pieprzonym pociągu jako John Doe. Twoje życie ma cholerne znaczenie, nawet jeśli ty teraz widzisz w nim tylko ciemność.
Diego zacisnął dłoń na własnym kolanie, walcząc z emocjami.
— Nie jestem terapeutą, nie mam pojęcia, jak naprawić to, co pękło w środku, ale nie zostawię cię z tym samego. Odwiozę cię i jeśli będziesz chciał, posiedzę z tobą całą noc. Ale jutro, Lexie... jutro usiądziemy i znajdziemy kogoś, kto potrafi ci pomóc. Profesjonalistę. Lekarza. Kogoś, kto wyciągnie cię z tego bagna, bo sam tego nie uciągniesz, a ja nie zamierzam patrzeć, jak toniesz. Masz wokół siebie ludzi, którzy cię złapią. Ja cię złapię, słyszysz? - wyciągnął powoli dłoń, kładąc ją na podłodze tuż obok dłoni Lexiego, zostawiając mu wybór, czy chce ten dotyk przyjąć. — Nie musisz być silny. Po prostu... pozwól sobie pomóc. Proszę. - nie mógł mieć go na sumieniu, nie mógł pozwolić, by ten chłopak o bezczelnym uśmiechu i ogromnym sercu po prostu przestał być.
-
I'm about to lose it, but I'm doing finenieobecnośćniewątki 18+takzaimkimów mi ładnietyp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
"Lexie..."
Dźwięk zdrobnienia doszedł go od mężczyzny wciąż siedzącego obok. Zapomniał na moment, że tam był, tonąc we własnej, cichej i śmiertelnej pustce. Słyszał jak przesuwa się bliżej, czuł spojrzenie na swojej skórze i wiedział, że patrzy na niego, jak na ranne, dzikie zwierzę. Już mu było wszystko jedno. Nie chciał wstawać, ruszać się, oddychanie właściwie działo się samo i tylko dlatego to robił. Jego ciało chciało żyć, nawet jeśli on poddał się cholera wie jak dawno temu. Miękka prośba złączyła jego brwi wysoko, oczy znów się zaszkliły i po raz kolejny gówno widział. W sumie nie musiał. Nie spojrzał w twarz Latynosa, ale lekko się w jego stronę odwrócił, ciężko, mięśnie wydawały się być z waty; zawiesił wzrok na spracowanej, dużej dłoni, poznaczonej bliznami.. To była dobra dłoń. Żylasta, ale zgrabna, długie palce, które zacisnęły się na jego własnym kolanie, kiedy mówił.
- Nie znasz mnie. - wytknął cicho, ale z tym samym chłodem, kiedy próbował wcisnąć mu, że niby był dla niego ważny. Lexie był w tej kuchni od kilku miesięcy, tak, ale poza pracą, nie mieli ze sobą kontaktu. Jedyną "prywatą" była ta jedna, szorstka rozmowa kilka dni wstecz i.. to właściwie tyle, dowiedział się o nim więcej przez tą krótką chwilę, niż przez miesiące pracy obok. Nie miał mu za złe, nie był mu winny niczego, naprawdę... Po prostu nie chciał słuchać naciąganych, pompatycznych pierdół o tym, jaki jest ważny. Skrzywił się lekko, kręcąc przez moment głową, ale nie walczył dalej, słuchając jego wywodu w milczeniu.
"Ja cię złapię, słyszysz?"
Słyszał. Tylko ciężko mu było wierzyć, że mężczyzna, który nie tak dawno temu oskarżał go o desperackie szukanie uwagi, nagle cierpiał na przypływ ciepłych uczuć jego względem, bo co? Bo zbliżył się trochę za bardzo i przeważył szalę stresu? Bo sam tam stał, kilka metrów dalej i patrzył jak Bennett rozpada się na kawałki, a teraz było mu go szkoda? Nie chciał tego. Nie chciał litości.
- ..to nie jest dobry pomysł, żebym został z tobą na noc, Tio.. - mruknął po chwili, w końcu podnosząc na niego spojrzenie. Tak, był większy, zdecydowanie silniejszy i Bennett nie stanowił najmniejszego zagrożenia dla niego, znajdując się w znacznie niższym, wagowym przedziale... Ale gdzieś tam była taka opcja, że Diego wcale nie chciał się bronić. Że pozwoliłby mu zatonąć, chowając się w intymność, w fizyczność, w kradzione ciepło, które nie należało do niego. Lexie był w tym dobry; w ucieczce w seks, w trywialne, przemijające radostki ciała.. A potem lądował z łoskotem, czasami na kafelkach kuchni we własnej restauracji.
be my breath
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kiedy Lexie w końcu uniósł wzrok i wypowiedział jego imię, Diego drgnął ledwo zauważalnie. Usłyszenie „Tio” z ust kucharza, który zawsze rzucał tylko bezczelnym „szefie” albo prowokacyjnym „boomer”, uderzyło go prosto w klatkę piersiową.
Słuchał jego cichego pomruku o tym, że spędzenie nocy razem to zły pomysł. Spojrzał w te piwne, przeszklone oczy i doskonale odczytał to, co kryło się za tym ostrzeżeniem. Znał ten mechanizm. Widział go u ludzi, którzy uciekali przed własną głową w najprostsze, fizyczne bodźce, szukając jakiegokolwiek ujścia dla bólu w cudzym ciele, byle tylko na chwilę zagłuszyć ciszę. Sam nie był święty. Wiedział, jak działa kradzione, desperackie ciepło.
Diego powoli wypuścił powietrze z płuc, a jego dłoń, wciąż leżąca na podłodze tuż obok dłoni Lexiego, ani drgnęła. Nie cofnął jej, ale też nie skrócił dystansu.
— Masz rację, nie znam cię — odezwał się cicho, a jego głos był teraz całkowicie pozbawiony wcześniejszego napięcia. Był po prostu spokojny, twardy i cholernie stabilny. — Nie wiem, co cię tu doprowadziło, nie znam twoich demonów i nie mam pojęcia, jak to jest być w twoich butach. Ale wiem, co widzę teraz. Widzę dzieciaka, który chce zniknąć, i nie zamierzam udawać, że tego nie słyszałem. - pzechylił lekko głowę, trzymając wzrok Lexiego, nie pozwalając mu uciec z tego kontaktu.
— I nie bój się, Bennett. Nie ma tu żadnego drugiego dna — dodał, a w kąciku jego ust pojawił się niemal niewidoczny, smutny cień uśmiechu. — Masz mnie za idiotę? Wiem, gdzie masz granicę, i przed chwilą sam ją boleśnie poczułem. Jeśli mówię, że z tobą zostanę, to znaczy, że posadzę swój tyłek na twoim krześle, zrobię ci herbatę i będę siedział w drugim końcu pokoju, dopóki nie zasłanie cię zmęczenie. Bez poezji, bez gier i bez dotykania. Suicide watch. -mhm, tak sobie wmawiał.
Oparł głowę o metalowe drzwiczki szafki, patrząc przed siebie na gasnące powoli stoiska zmywaka.
— Nie dostaniesz ode mnie litości, bo jej nie potrzebujesz. Potrzebujesz kogoś, kto nie pozwoli ci dzisiaj zrobić głupoty. Tylko tyle i aż tyle. Jeśli nie chcesz jechać do siebie, możemy pojechać do mnie. Mam kanapę w salonie, która pamięta lepsze czasy, i cholernie nudną telewizję kablową. Ty decydujesz. Ale sam dzisiaj nie zostajesz. - odwrócił głowę z powrotem do Bennetta, a jego wzrok złagodniał.
— Wstawaj. Podłoga w kuchni robi się zimna. No już, pomóc ci?