-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Benjamin jednak burzył to wszystko, ładując prawdziwe tornado, którego nie dało się okiełznać. Zazwyczaj spokojny i chłodno logiczny umysł Kierana szalał. Czuł się tak, jakby nagle pojawił się sztorm, z którym na bieżąco trzeba było się mierzyć, nie mając pewności, czy ostatecznie wyjdzie się z tego cało.
Burreau aktualnie pogrążał się bardziej, nijak nie potrafiąc jasno określić, gdzie wyjścia właściwie się znajdowało. Mógł milczeć. Zbyć chłopaka jednym zdaniem, stwierdzając, że przecież jego propozycja nie była szczera. Ot, palnął głupio, biorąc przykład z Benjamina, który momentami plótł trzy po trzy. Nic nieznaczące słowa.
Z tym, że dla Kierana każde miało znaczenie, kiedy tylko opuszczało jego usta. Musiał wziąć za nie odpowiedzialność i zmierzyć się z konsekwencjami własnych wyborów.
A w tym wszystkim nie był nawet pewien, czy faktycznie to krótkie zapytanie zostało wypowiedziane bez chęci uzyskania na nie pozytywnej odpowiedzi. Czy faktycznie czaiła się tam nieszczerość, czy umysł został zmuszony, by poddać się małemu pisklęciu chcącemu szybko stać się dorosłym ptakiem?
Ostatecznie wylądował z Benjaminem w swojej ulubionej kawiarni, zdradzając mu tym samym miejsce, w którym przesiadywał. Gdyby tylko nie ten ład wprowadzony do życia, wybrałby przypadkowy lokal, jednak nie był w stanie zmienić nawyków. To właśnie tutaj zielona herbata z imbirem smakowała najlepiej.
Czuł się dość dziwnie wchodząc do lokalu w towarzystwie. Osoby tu pracujące znały go, był niemal stałym klientem, który mimo wszystko zawsze pojawiał się tutaj samotnie, zawsze zajmując ten sam stolik. Dzisiaj rutyna została złamana - miał towarzystwo, co nie obyło się bez zdziwionego spojrzenia baristy, który miał tego dnia zmianę.
-Dzień dobry, Ralph - zwrócił się do młodego chłopaka, zręcznie ignorując fakt, że ten przyglądał się Benjaminowi tak, jakby był co najmniej królem Wielkiej Brytanii. - To, co zawsze proszę. A dla… - chwila zawieszenia, której potrzebował, by jakoś określić swojego towarzysza. Kolega? On? Po prostu Benjamin? Nie składał zamówień za innych, skąd miał mieć pewność, jak powinien zwrócić się do kogoś, kto był tu z czystego przypadku, a jednak zaproszony? - Co ty właściwie pijesz? - rzucił, uprzytomniwszy sobie, że nie znał jego preferencji. To skutecznie pozwoliło mu również wybrnąć z niedokończenia wcześniejszej wypowiedzi.
Mr Chaos
-
shooting star, straight through the heart.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Od samego wejścia miał ochotę coś powiedzieć. Rzucić jakiś elokwentny komentarz, który miał na celu wyśmiać blondasa i miejsce, w którym kawkował, no ale nie mógł... lokal był przyjemny... spokojny i cholernie pasujący do Burreau. Wszystko miało tu swoje miejsce... nawet ten barista, który widocznie znał kujona zamówienie na pamięc. Ha. Zabawne. Mógłby przysiąc, że przez moment poczuł deliaktne ukłucie zazdrości. No bo wyglądało na to, że ten jak mu tam... Ralph, cholerny wreck it Ralph w tym momencie wiedział więcej o blondynie o delikatnej urodzie niż sam Thallman. Irytowało go to, cholernie, ale nie mógł niczego po sobie pokazać, co nie? To nie byłoby w jego... s t y l u.
Po chwili prawie parsknął śmiechem, orientując się jak bardzo ten mały gest na niego wpłynął. A sam fakt, że ten Ralfik gapił się na Bejnamina, jakby nie wiadomo co zobaczył no to już była druga sprawa. Benji zerknął na Kierana, a następnie spojrzał się na baristę i odparł zawadiacko - o co chodzi Ralph? Nigdy nie widziałeś dwóch mężczyzn na randce? - uśmiechnął się szeroko, po czym po prostu nie wyrobił i wybuchnął głośnym śmiechem, gdy tamten się zaczerwienił. - Dla mnie gorąca czekolada, z piankami, bitą śmietaną i podwójne espresso z boku - to nie było jego typowe zamówienie, ale potrzebował jakiejś dodatkowej dawki energii, zwłaszcza, że Kieran swoim zachowaniem coś za bardzo próbował go uspokoić. Welp. - zapłacisz, kochanie? - przysunął się do blondyna, obejmując go chwilowo w pasie, w tym samym momencie wyciągając jakieś dwadzieścia zmiętych dolców na ladę i odparł - zostaw sobie na cokolwiek tam chcesz, Ralfi, mkay? - cmoknął niemalże i ruszył w kierunku wolnego stolika, rzucając na fotel swój plecak. - Burreau, jeżeli to nie jest twoje miejsce to weź mi plecak! Zaraz wrócę! - rzucił kierując się w stronę łazienki. W łazience nachylił się nad zlewem, żeby obmyć sobie twarz. Był cholernie zmęczony po wczorajszej libacji i niemal zerowym śnie. Wkurwiało go od środka, że za cholerę nie potrafił rozgryźć Kierana. Z jego twarzy naprawdę ciężko było wyczytać cokolwiek, choć sam obraz chłopaka rozmierzwiającego wcześniej włosy w bibliotece dosłownie wrył mu się w pamięć.
W tamtym momencie Benjamin zdał sobie sprawę, że Kieran będzie cholernie trudnym przypadkiem. I może właśnie dlatego był gotowy podjąć to wyzwanie. Otarł twarz, spojrzał jeszcze przez chwilę na swoje odbicie, po czym wyszedł z łazienki i skierował się do stolika, który oczywiście był zupełnie innym niż ten, który sam wcześniej wybrał. Mógł się domyślić, że Kieran ma tutaj swoje miejsce, no nie? Rozsiadł się wygodnie w fotelu i spojrzał na chłopaka. Tym razem zupełnie nic nie mówiąc...
Burreau
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
-Nie jestesmy na randce, nie sluchaj go Ralph. To zwyczajne spotkanie - powiedzial szybko, byc moze za bardzo, zaprzeczajac wczesniejszym slowom Benjamina. Powinien sie opanowac i nie zdradzac, ze jego slowa jakkolwiek na niego wplynely. Przeciez nie mialy znaczenia. Ot, rzucone tak tylko po to, by zdenerwowac Kierana. Robil tak za kazdym razem, teraz nie mogl oczekiwac niczego innego.
Automatycznie siegnal po portfel, kiedy padly slowa o placeniu. Nie mial z tym problemu, posiadal wystarczajace fundusze, by pokryc rachunek za kawe, na ktora ostatecznie sam zabral Benjamina. Dobre wychowanie nakazywalo brac odpowiedzialnosc na kazdej plaszczyznie. Reka zatrzymala sie jednak w polowie drogi, kiedy poczul na swoim boku dotyk, znacznie bardziej odczuwalny niz ten na dloni, zaledwie kilkadziesiat minut wczesniej. Jego cialo bezwiednie sie napielo, a sam Kieran odniosl wrazenie, ze i serce na krotki moment przestalo bic, dostosowujac sie do chwili.
Chaos ponownie wkradl sie do glowy Burreau. Reakcja byla przesadzona, tak podopowiadala mu logika. Z tym, ze zaczynala miec powaznego wroga, ktory staral sie przekonac chlopaka, ze ow gest, chociaz przesmiewczy, mial w sobie wiele intymnosci. Przelknal powoli sline rad, ze jego twarz nie odzwierciedlala w najmniejszej czesci tego, co rozgrywalo sie we wnetrzu blondyna. Zaczynal gubic sie jeszcze bardziej i potrzebowal ucieczki. Marzyl, by znalezc sie w swoim odosobnieniu, pozwalajac by plotno uwolnilo jego umysl, niczym Myslodsiewnia.
Spojrzal na bariste, ktory wolno wodzil wzrokiem od niego do Benjamina. Jego rowniez Kieran nie potrafil jednoznacznie rozgryzc, chociaz moglby postawic dwiescie dolarow na to, ze dostrzegl dziwny blysk w jego ciemnych oczach. Zaraz jednak uwaga prawnika ponownie zostala skradziona przez towarzysza, ktory oddal mu wolnosc.
Nikogo nie powinno dziwic, ze przeniosl plecak. Mial swoje miejse, ktorego nie chcial zmieniac. Nie mialo znaczenia, czy Benjamin z nim byl czy nie, niektore elementy musialy zostac takie same, bo wlasnie dzieki nim Kieran mogl zachowac resztki siebie, nie popadajac w niejasny obled.
Chwile nieobecnosci chlopaka wykorzystal na uspokojenie sie. Bliskosc Thallmana nie powinna robic na nim wrazenia. Byla zwyczajna. Nie raz, nie dwa ktos stal obok niego tak blisko, ze zaklocil przestrzen. Nie raz nie dwa zostal zlapany za reke. Tamte razy jednak wydawaly sie nie miec najmniejszego znaczenia. Niknely calkiem, niezarejestrowane.
Uspokoj sie, nakazal sobie po raz kolejny. Znowu niepotrzebne analizy, niepotrzebne wnioski, ktore rodzily coraz to wiecej watpliwosci.
Spojrzal na Benjamina, ktory zajal miejsce nie wypowiadajac ani slowa. Ta cisza wokol niego byla nietypowa; tak bardzo inna od tej burzy, ktora szalala ilekroc sie pojawial. Nie pasowala, niemal przeszkadzala, wpychajac sie nieproszona. Czy to nie bylo paradoksalne? Narzekal, kiedy Benjamin mowil za duzu. Narzekal, kiedy nie mowil nic.
Uchylil lekko usta gotow rzucic komentarzem, on pierwszy, tak sam z siebie. Nie mial okazji, w tej chwili pojawila sie taca z zamowieniem przyniesionym przez Ralpha.
-Nie zamawialismy slodyczy - wyrwalo sie Kieranowi na widok babeczki na niewielkim talerzyku. Unikal slodyczy, pozostalosc z przeszlosci.
-Na koszt firmy, dla stalego klienta za lojalnosc - padla odpowiedz.
I ponownie zostali sami w tej ciszy, ktora wwiercala sie Burreau w umysl.
-Mozesz ja wziac - podsunal ciastko ozdobione lukrowym serduszkiem w strone Benjamina, przerywajac na chwile wlasne milczenie.
benjamin thallman
-
shooting star, straight through the heart.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Blablablalab, już ma mu kurwa pokaże zwyczajne spotkanie! Pomyślał przez moment, ale nie chciał robić żadnej sceny przy kasie, żeby Kieran nie spalił się ze wstydu, więc poczekał, aż do momentu, kiedy grzecznie ładnie siedzieli przy stoliku, który był chyba jego ulubionym. - Burreau... - odezwał się w końcu, - Najpierw zabierasz mnie do swojej sekretnej kawiarenki, a teraz dajesz mi babeczkę z serduszkiem - pominmy fakt, ze byla to babeczka dla niego od jego kochasia srasia, ale anyways... - Nie wiem, jak wyglądają randki w świecie prawników, ale zaczynam mieć wrażenie, że Ralph jednak dobrze zrozumiał sytuację. - Przesunął talerzyk bliżej siebie, jednak zamiast od razu zabrać się za jedzenie tego cudownego wypieku, wsunął palec pod odrobinę lukru, zbierając go z krawędzi ciastka. Oblizał go powoli, przez cały ten czas nie spuszczając wzroku z Kierana. Oczywiście robił to specjalnie. Wszystko, co robił w jego obecności, zaczynało być cholernie celowe. Każdy uśmiech, każde przechylenie głowy.... każdy komentarz rzucony w jego kierunky, czy też każdy dotyk, który nigdy tak naprawdę nie był przypadkowy.
Chciał zobaczyć reakcję. Jakąkolwiek.
Najmniejsze drgnięcie kącika ust, zmianę w spojrzeniu albonapięcie szczęki, które zdradzało więcej, niż blonduyn mógłby przyznać. Benjamin zaczynał rozumieć, że w przypadku blondyna nie mógł liczyć na oczywiste odpowiedzi. Musiał wyłapywać drobiazgi. I cholernie go to wciągało. - Eh, Kieran, Kieran…. - zaczal, opierając łokieć o stół. - Irytuje mnie to, że nie potrafię cię rozgryźć. U większości ludzi po pięciu minutach już wiem, gdzie nacisnąć, żeby zaczęli płakać, wkurwiać się albo chcieli się ze mną przespać. - urwał na moment, zerkając na babeczkę, po czym oderwał od niej niewielki kawałek. - Z tboą próbuję wszystkich trzech i nadal nie jestem pewien, czy którekolwiek działa. - Wrzucił ciasto do ust, marszcząc lekko brwi. Było dobre, ale nie na tyle by dać mu jakąś satysfakcję… Sięgnął po gorącą czekoladę, zgarniając ustami jedną z pianek. Przez moment siedział cicho, przyglądając się parze unoszącej się nad kubkiem. Zmęczenie nadal nieprzyjemnie ciążyło mu na powiekach, a pulsujący ból głowy przypominał o tym, że zdecydowanie przesadził poprzedniego wieczoru. - Tak właściwie, czemu mnie tutaj przyprowadziłeś? - zapytał nagle. Tym razem w jego głosie nie było zadnejj kpiny. Oczywiście mógł obrócić wszystko w żart, stwierdzić, że Kieran już planował ich wspólną przyszłość albo chciał przedstawić go Ralphowi jako nowego chłopaka. Tylko że naprawdę był chooolernie ciekawy. Burreau nie wyglądał na kogoś, kto wpuszczał ludzi do swojego życia bez powodu. - moze jednak spdobało ci się moje towarzystwo, eh?? - dodał, odzyskując namiastkę swojej zadziorności, która chyba była w trybie nie przeszkadząć. Odłamał kolejny kawałek babeczki, lecz zamiast go zjeść, wyciągnął rękę ponad stołem, podsuwając ciasto w stronę ust Kierana. - No dalej, kochanie. Ugryź, żeby Ralph jeszcze troszkę bardziej mi pozazdrościł. - był ciekawy czy Burreau zdawał sobie sprawę z tego, że tamten koleś na bank miał na niego crusha. A tak poza tym? No to domyślał się, że tamten zaraz palnie mu tekstem w rodzaju, że był niereformowalnym lub jakieś inne bajlando. Ale hej... YOLO?
Burreau
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
A jednak dzisiaj, z własnej woli, zmienił swoje zwyczajne upodobania, dokładając jeszcze jeden element. Benjamina, który siedział na wprost, patrząc na niego uważnie, jak robił zawsze ilekroć ich wzrok się spotkał. Czy to działało na kobiety? Podobno były skłonne przepaść w pięknych oczach, pochłonięte przez zapraszające spojrzenie. Czy Benjamina takie były? Z pewnością ładne, o intensywnym odcieniu, który idealnie współgrałby z bielą płótna. I te iskierki tańczące po tęczówkach, jakby zapraszały do wspólnej zabawy. Przepadł na chwilę wyobrażając sobie, jak dodaje maleńkie kropeczki dopełniając całości.
-Hmm? - wyrwało mu się, co jedynie pokazało, że nie był w pełni skupiony. Powoli jednak przetworzył to, co zarejestrował słuch. Jak dobrze, że podzielność uwagi nie uleciała z niego całkowicie. - To nie sekretna kawiarenka. Jest po prostu moją ulubioną. Benjamin, gdyby to była randka nie siedzielibyśmy tutaj. Zabrałbym cię do innego miejsca, bardziej szczególnego, a już na pewno nie dałbym ci babeczki, która jest darmowym podziękowaniem za lojalność - skomentował, zerkając na niego. Nie był romantykiem. Nie w oczywistym tego słowa znaczeniu, ale umiał sprostać wymaganiom narzuconym przez normy społeczne. Miał w głowie jakieś wizje, nigdy niespełnione, a które szybko zostały przysłonięte przez widok Thallmana bawiącego się lukrem. Mało higieniczne.
Śledził wzrokiem drogę, jaką pokonał lukier ściągnięty z palca językiem. Coś w tym geście wydało mu się intymnego, nie na miejscu, a jednak hipnotyzującego na tyle, że nie odwrócił wzroku, nieświadomy wstrzymując oddech na ułamek sekundy.
-Ja nie płaczę, denerwuję się rzadko i nie mam zamiaru z tobą spać, Benjamin. Ustaliliśmy to całkiem niedawno - skomentował, upijając łyk kawy, która przyjemnie łechtała jego przełyk. Przymknął na chwilę oczy, rozkoszując się tą ulotną chwilą.
Uśmiechnął się lekko obserwując jedzącego chłopaka, który zaraz dobrał się do gorącej czekolady. Coś urzekło go w jego zachowaniu, jakby na chwilę stał się niewinny, pozbawiony buńczucznej maski, którą przywdziewał w innych okolicznościach.
Podobał mu się ten widok.
-Nie wiem - odpowiedział zgodnie z prawdą. Czemu go tu przyprowadził? Czemu zniszczył rutynę, wciągając w nią Benjamina? Był spustoszeniem, na które kieran się narażał. - To po prostu pojawiło się w mojej głowie, kiedy zobaczyłem, jak zmęczony jesteś. Co prawda nigdy tu z nikim nie przychodzę, bo to jakby takie, wiesz, moje miejsce. Prawdę powiedziawszy nie sądziłem, że będziesz w ogóle chciał tu przyjść - stwierdził, stawiając na szczerość. Nie widział niczego złego w powiedzeniu prawdy. Ostatecznie prędzej czy później Thallman sam by tu trafił. Kieran przyspieszył ten proces. - Nie podoba ci się? - zerknął na niego. Byli różni, mieli różny gust, co od razu rzucało się w oczy. Ubiór, sposób mówienia, wyrażania myśli. Yin i Yang w prawdziwym życiu.
-Benjamin. Nawet, jakby mi się nie podobało, nie zraziłoby cię to, prawda? Im bardziej bym się zapierał, tym większa pewność, że ty byś był - rzucił, skupiony na kawałku ciastka, który znalazł się niebezpiecznie blisko jego twarzy. - Czemu Ralph miałby ci zazdrościć? - zmarszczył lekko brwi. Kolejna niewiadoma, tym razem w postaci obecności Ralpha w konwersacji.
-To nie jest romantyczny film, o którym marzą dziewczęta. A ja nie jem słodyczy - skomentował i machinalnie złapał Benjamina delikatnie za dłoń, powstrzymując go przed przypadkowym wepchnięciem słodkości do ust prawnika. Poczuł pod palcami ciepło jego skóry i szorstkość, do której nie nawykł. Jedna, dwie, trzy sekundy. Wzrok powędrował od dłoni do twarzy Benjamina i wtedy go puścił, wolniej niż powinien, cofając rękę.
-Przepraszam - rzucił szybko po raz pierwszy odwracając wzrok, jakby ze wstydem. - Nie powinienem tego robić. Sam jeszcze niedawno mówiłem o zakłócaniu przestrzeni osobistej, a teraz odbieram ją tobie - zaczął wywód, czując jak ogarnęło go zdenerwowanie.
benjamin thallman
-
shooting star, straight through the heart.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Uśmiechnął się bezczelnie, ale nie cisnął dalej. Nie tym razem. Zamiast tego upił łyk gorącej czekolady, pozwalając piankom przykleić się do górnej wargi, zanim językiem szybko je zgarnął. - I tak, podoba mi się - odpowiedział nagle, już trochę spokojniej, wracając do jego pytania. Rozejrzał się po kawiarni, zanim wrocil wzrokiem do swojego kujonka, - Jest cicho, gdyby nie twoje towarzystwo to pewnie bym zasnął - rzucił, zerkając na niego. - a twoje towarzystwo o dziwo działa na mnie rozbudzająco, ciesz się. - Powiedział to niby jak żart, ale zaraz wbił wzrok w babeczkęi -I nie wiem, czy bardziej mnie obraża, czy rusza to, że nigdy nikogo tu nie przyprowadzasz, a przyprowadziłeś mnie. - Uniósł wzrok na Kierana. - Bo wiesz, ja lubię myśleć, że jestem wyjątkowy.
Kiedy blondyn zapytał, czemu Ralph miałby mu zazdrościć, Benji przez moment tylko się na niego gapił. Potem parsknął śmiechem, zakrywając usta dłonią. - O Boże, ty naprawdę jesteś ślepy - rzucił, kręcąc głową. - Ralph patrzy na ciebie, jakbyś był ostatnią ciepłą muffinką w tej kawiarni. Jakbyś jednym skinieniem mógł mu poprawić dzień, tydzień i może nawet całe życie. Pewnie nie raz zwalił sobie na samą myśl o tobie - Nachylił się nad stolikiem, zniżając głos. - I nie mówię tego, bo jestem zazdrosny.- Urwał na sekundę. - nie jest dla mnie żadnym zagrożeniem - prychnął i wyciągnął kawałek babeczki w jego stronę i już spodziewał się odmowy, wykładu, może tego świętego tekstu o tym, że to nie romantyczny film, blablbla świzdupizdu tralalala. Ale nie spodziewał się dłoni Kierana na swojej.
Tylko na momencik… na ulamek sekundy serce mu stanęło. Spojrzał na ich ręce, na jego palce obejmujące delikatnie jego dłoń, a potem powoli przeniósł wzrok na twarz chłopaka. Nie uśmiechał się już tak szeroko. Nie przez pierwszą sekundę, a w momencie gdy go puścił i zaczął przepraszać, Benjamin zmarszczył brwi. - Hej, hej, hej, hej - przerwał mu ciszej niż zwykle. - Przestań. - Odłożył kawałek babeczki na talerzyk i przez chwilę tylko mu się przyglądał. - Nie zabrałeś mi przestrzeni, Burreau. Złapałeś mnie za rękę, nie wsadziłeś mnie do bagażnika i porwałes. - Uśmiechnął się delikantie, ale tym razem bez zadnej zaczepki- Poza tym... nie przeszkadzało mi. - na jego twarzy pojawił się bezczelny uśmieszek, po czym dodał zadowolony z siebie - mógłbym się do tego przyzwyczaić.
Burreau
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
-Hipotetyczną, Benjamin. Nie powiedziałem, że cię na taką faktycznie zabiorę. I tak pewnie by ci się nie spodobało - odpowiedział, zerkając na niego znad parującego kubka z kawą. Powstrzymał się przy tym od komentarza, że serce posiadał każdy, bo bez niego trudno było żyć. Jego myśli bowiem skupiły się na czymś zupełnie innym.
Randki.
Wbrew wszelkiej opinii o nim krążącej był na kilku. Co prawda zaaranżowanych przez rodziców tylko po to, by sprawdzić potencjalną kompatybilność i zyskać sobie kolejnych sojuszników w postaci wpływowych jegomości, ale nadal owe spotkania zaliczały się do statystyk. Nie chodził jednak z tymi kobietami do miejsc, które sam wybierał - nikt nie dawał mu wolnej ręki w tym względzie. Wszystko było z góry zaplanowane, włącznie z większością zachowań młodego prawnika. Wiedział, że gdyby nadarzyła się okazja, gdyby mógł zadecydować, wybrałby coś odmiennego. Im jednak nie chciał dawać niczego szczególnego.
…przez kilka sekund patrzyłeś, jak oblizuję lukier, jakbym właśnie pozował ci nago.
Zmarszczył lekko brwi, usilnie starając się odgonić myśl, która próbowała wcisnąć mu się do umysłu. Chciał wymazać krótkie wspomnienie i emocje, które mu towarzyszyły. Nieśmiałe i lekko przyspieszające bicie serca.
Nago.
Jak bardzo nagość Benjamina różniła się od tej, którą blondyn widział każdego dnia?
To pytanie zostało zakorzenione, niemal niezauważalnie wypalając swój ślad w głowie chłopaka, mając przypomnieć o sobie w momencie, w którym będzie stałam się zachować profesjonalnie.
-Gdyby nie moje towarzystwo, nie byłoby cię tutaj - zauważył, lekko się uśmiechając. Zrobiło mu się miło na sercu, że tak trywialna rzecz jak ulubiona kawiarnia Kierana, przypadła do gustu Thallmanowi. Nie powinno mieć to znaczenia i zapewne tylko żartował, ale prawnik nie potrafił pozbyć się przyjemnego odczucia.
Podobało mu się coś, co było jego.
-Obraża? Czemu to miałoby cię obrażać? Zdaje mi się, że to podchodziło bardziej pod komplement. Benjamin, naprawdę jesteś dziwny i sprzeczny - westchnął. I jak miał zrozumieć, skoro czyn, który w głowie Bureau jawił się jako coś pozytywnego, ostatecznie mógł mieć negatywne brzmienie? - Jesteś wyjątkowy - zaczął bezwiednie, bo usta okazały się szybsze, niż umysł. - Ostatecznie jesteś pierwszą osobą, która tu zabrałem. To się chyba kwalifikuje, co? Poza tym nigdy nie spotkałem drugiego takiego człowieka, który nosiłby w sobie tyle chaosu i zamieszania, przelewając je na otoczenie - dokończył myśl. Tak, był jedyny w swoim rodzaju, pod wieloma względami. Również tymi, które chłopak póki co ignorował, nie chcąc dopuścić ich do władzy. Bo gdyby tylko stracił na chwilę czujność doszedłby do wniosku, że każda najdrobniejsza część Thallmana była wyjątkowa. Oczy, sposób mowy, żarty, delikatny prowokacyjny uśmiech i to unoszenie brwi za każdym razem, kiedy manipulował reakcjami Kierana.
-Za dużo sobie wyobrażasz i doszukujesz się tam, gdzie nie trzeba. Ralph jest dla mnie miły, bo widzi mnie tu niemal codziennie. Jestem jednym z wielu stałych klientów, to nic wielkiego, więc zrezygnuj z takich insynuacji. To można podpiąć pod pomówienia - odpowiedział, obracając się mimowolnie w stronę baristy, który oparty o tylny blat, patrzył w ich stronę. Nie dostrzegł w jego spojrzeniu niczego, co potwierdzałoby słowa Benjamina.
Nie jest dla mnie żadnym zagrożeniem
Dla Kierana jednak Benjamin był.
Niewinne słowa, niewinne stwierdzenie, które nie powinny nic znaczy. A jednak skupił się na nich, pozwalając myślom płynąć.
Gwałtowność i nieprzewidywalność własnej reakcji była konfundująca. Wcale nie chciał cofać dłoni, podobało mu się to, co czuła skóra. Ale nie wypadało. Istniały zasady, których się nie łamało, a Kieran nigdy nie wychodził na hipokrytę. Dlatego czuł się tak zmieszany i niepewny, po raz pierwszy od dawna. Słowa chłopaka zmusiły go jednak do ponownego spojrzenia na niego. Uśmiechał się, nie był zły, ani nie groził pozwem.
Już otwierał usta, by coś powiedzieć, przerwać emocjonalny chaos, kiedy jego dłoń nie trafiła w ucho szklanki, przewracając ją i wylewając resztki kawy, która rozlała się zarówno po stoliku, jak i ubraniu Kierana, niebezpiecznie prąc również w stronę Benjamina.
-Cholera - wyrwało mu się, kiedy sięgał po serwetki.
Początkowo umknęło jego uwadze pojawienie się Ralpha. Dopiero, kiedy usłyszał jego głos, mówiący że się tym zajmie i poczuł na swojej koszuli jego dłoń wycierającą ciepła plamę, przeniósł na niego spojrzenie. Jego ręka wystrzeliła pod wpływem impulsu, łapiąc nadgarstek baristy. Nie było w tym delikatności, która towarzyszyła spotkaniu się z dłonią Benjamina. Gniewny uścisk dopełniony chłodnym spojrzeniem oczu prawnika. Nie rozumiał, czemu zareagował w taki sposób, ale coś w bezczelnym geście Ralpha zburzyło na chwilę stoicki spokój. Coś, co miało wiele wspólnego z obecnością Benjamina i faktem, że Kieran nie chciał być przez nikogo dotykany.
-Poradzę sobie, Ralph. Dziękuję - rzucił do niego kulturalnie, pomijając przeprosiny. Puścił jego rękę i zabrał się za wycieranie ubrania, przez co umknął mu przepełniony złością i wyzwaniem wzrok baristy posłany w stronę Benjamina.
You're incorrigible
-
shooting star, straight through the heart.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
No ale nic, zdecdował, że po prostu posłucha Kierana i jego słownych wypocin i nie będzie nic komentował, przynajmniej teraz... Oparł się wygodniej, chociaż jego spojrzenie na moment złagodniało. Sam fakt, że Kieran wpuścił go do miejsca należącego do jego codzienności, znaczył dla niego więcej, niż zamierzał przyznać. Było to w pewnym rodzaju słodkie i urocze? Ugh. Musisz się ogarnąć Thallman!! Dlatego szybko schował to pod kolejną warstwą żartów. -pbraża mnie to, bo zaraz stwierdzisz, że zaprosiłeś mnie wyłącznie z przyczyn logistycznych i zepsujesz romantyczną otoczkę naszej pierwszej randki - odparł. - Poza tym nie jestem sprzeczny, a fascynujący, a to jest wielka różnica! - Wskazał na siebie kawałkiem babeczki. - Powinieneś się cieszyć, że dostałeś okazję mnie analizować, bo nie każdemu jest to dane... - już miał zapytać, czy nazwanie go komplementem oznaczało, że Burreau naprawdę go lubił, kiedy usłyszał coś znacznie lepszego.
''Jesteś wyjątkowy.''
No znieruchomiał na ułamek sekundy. No proszę. Kieran naprawdę to powiedział. - Wiedziałem - oznajmił z zadowoleniem. - wiedziałem, że tak naprawdę to zakochałeś się we mnie od pierwszego wejrzenia tylko próujesz to zaciekle zwalczyć, ha! - Uśmiechnął się szerzej, wyłapując również sposób, w jaki Kieran ponownie bronił Ralpha. Benjamin nie był zazdrosny.Absonotfuckinglutely. Po prostu barista patrzył na blondyna zdecydowanie zbyt długo niz mu sie to podobalo. - Pomówienia? Pozwij mnie - rzucił. - Chętnie zobaczę, jak udowadniasz przed sądem, że RALFIK nie fantazjuje o tobie podczas spieniania mleka XD - Nie zdążył powiedzieć niczego więcej, bo dłoń Kierana minęła kubek. Kawa rozlała się po stoliku, ruszając również w stronę Benjamina. - shieeett! - Uniósł babeczkę wraz z talerzykiem, ratując ją w pierwszej kolejności, kompletnie ignorując gorącą ciecz upieprzającą jego spodnie. Troche piekło, ale nic mu to nie robiło, serio. Odsunął się razem z krzesłem i przez chwilę przyglądał się, jak zazwyczaj perfekcyjny Burreau przeklina, próbując osuszyć koszulę. - wyluzuj, to tylko kawa - usmiechnął się, ale jego rozbawienie zniknęło, kiedy przy stoliku pojawił się Ralph i bez zaproszenia zaczął wycierać plamę na klatce piersiowej Kierana.
Benji zmrużył oczy, ale zanim zdążył rzucić jakimś komentarzem, Burreau chwycił baristę za nadgarstek. Nie było w tym żadnej delikatności. Wygladalo to zupełnie inaczej od tego jak chwycil Thallmana kilka chwil wcześniej. Och. O c h. Gdy barista posłał mu gniewne spojrzenie, muzyk rozsiadł się wygodniej i uśmiechnął szeroko. Powoli oderwał kawałek uratowanej babeczki, wsunął go do ust i uniósł brew.. - Standardowa obsługa stałego klienta? Wszystkim wyciera kawę z klatki piersiowej? - Sięgnął po kilka serwetek i nachylił się w jego stronę, jednak zatrzymał dłoń kilka centymetrów od mokrego materiału. - Mogę? - zapytał, wpatrujac sie w jego chłodne tęczówki - Nie chciałbym naruszyć pana przestrzeni osobistej. - Jego wzrok zsunął się na koszulę przyklejoną do ciała Kierana, po czym usmiechnal sie bezczelnie, ale nadal go nie dotknął - I tak tylko zaznaczę... mnie złapałeś delikatnie. Jego prawie pozbawiłeś dłoni. - przybliżył się deliaktnie do jego twarzy i wyszeptał - czyi jednak jestem bardzo wyjątkowy, huh?
Burreau
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Czemu zapamiętał ten cholerny groszek?
I chociaż zdawało się, że Kieran faktycznie mógł pomylić się w osądzie, intuicja podpowiadała mu, że miejsca, które jemu sprawiały radość i w których czuł się komfortowo, dla Benjamina byłyby zwyczajnie nudne. A może po prostu chciał w to wierzyć, mając wymówkę na kolejny raz. Może nie chciał mówić niczego więcej, poza spławianiem na starcie chłopaka, obawiając się, że podobnie jak dzisiaj, zgodziłby się na wyjście, które zostawiłoby swoje piętno w umyśle chłopaka.
Za dużo informacji, za dużo myśli, za mało odpowiedzi.
-Różnimy się od siebie. Sam nazywasz mnie nudnym, więc możesz założyć, że miejsca, które bym wybrał nie wpiszą się w twój gust. Tak samo inne aktywności. To nie jest powierzchowność, Benjamin. Raczej przypuszczenia lub założenia - powiedział po chwili, kiedy stoczył kolejną bitwę z własnymi myślami. Ostatnio miewał ich naprawdę sporo i wiele z nich bywało nad wyraz męczących. Jeszcze trochę, a zacznie cierpieć na migrenę. - I tak, nie znam cię jeszcze dobrze, ale czy tych kilka spotkań nie wyrobiło u nas zdań na nasz temat? Sam jakieś o mnie masz, a niewiele o mnie wiesz - spojrzał na niego. Nie mówił tego złośliwie ani zaczepnie. Ot, stwierdzenie, które miało poprzeć jego tok myślenia. W ich głowach powstały opinie, nakreśliły się wizje, które teraz miała zweryfikować rzeczywistość. Ta sama, która coraz usilniej próbowała zmienić spojrzenie prawnika na młodego muzyka. Jak miał trzymać się jednego przekonania, kiedy Thallman każdorazowo pokazywał coś, co nie pasowało do wizji?
-To nie jest randka - zaznaczył po raz kolejny. Czy jednak był sens? Benjamin zdawał się usilnie uczepić tego słowa, które nie powinno mieć większego znaczenia. Miało być żartem, czym zwykłym rzuconym w eter, a jednak Kieran z jakiegoś powodu odczuwał potrzebę zaznaczania, że ten wypad się do nich nie zaliczał. W pewien sposób uwłaczało mu, że tak zwyczajne wyjście mogłoby zostać nazwanym tym szczególnym mimo wszystko słowem.
Lekko zmarszczył brwi.
-Lubisz sobie dopowiadać, prawda? Niezależnie od tego co zrobię, co powiem, gdzie cię zabiorę, zawsze będzie chodziło o sprawy związane z romansem. Że mi się podobasz, że o tobie marzę, że się zakochałem. Niezależnie od wszystkiego zawsze będziesz do tego pił - westchnął. Tak, ten chłopak był niereformowalny i coraz bardziej utwierdzał w przekonaniu Kierana, że nic nie było w stanie tego zmienić. Jego natura nie umiała się dostosować do zasad innych, niż jego własne. A te odstawały od wyznawanych przez Burreau. - Robisz się ordynarny - tym razem jego głos zabrzmiał znacznie poważniej, może ostrzej. Chciał uciąć rozważania na temat Ralpha. Był dobrym chłopakiem i świetnym baristą, który potrafił dogodzić podniebieniu Kierrana. Blondyn nie chciał nawet dopuszczać do siebie wizji wszystkiego, o czym mówił Benjamin w obawie, że to zmusiłoby go do spojrzenia na niego inaczej.
Nijak nie pomogło pojawienie się baristy, który chciał być uczynny, a jedynie dolał oliwy do ognia sprawiając, że prawnik nie pokazał się ze swojej najlepszej strony, będąc szorstkim i niegrzecznym. Ciepło kawy mieszające się z ciepłem niewłaściwej dłoni. Spanikował wewnętrznie, przypominając sobie wszystkie słowa Thallmana.
-Chciał być miły. Czasami ludzie są tacy bez podtekstów - powiedział, już bez takiego przekonania, jakim naszpikowany był jego głos zaledwie kilka minut wcześniej.
Wbił wzrok w rękę Benjamina, która zatrzymała się przy jego torsie. Wystarczyło, że odetchnąłby głębiej, a poczułby po raz kolejny ciepło jego skóry. Serce zabiło mu niemiarowo, dziwnie nieśmiało, na tę myśl.
Mogę?
Po raz pierwszy zapytał, nie pchając się w rejony, które Kieranowi przeszkadzały. Nie wymusił na nim interakcji, tym razem czekając na pozwolenie. Prozaiczne pytanie, które zmusiło blondyna do zastanowienia się i zmusiło do przeprowadzenia analizy.
Czy chciał?
Jego wzrok złagodniał, kiedy spotkał się z oczami Benjamina. Nie był winien przesadnych reakcji Kierana, który beształ sam siebie w myślach. Za bardzo pozwolił emocjom wziąć górę, zbierając żniwa. Już otwierał usta, by coś powiedzieć, kiedy twarz muzyka znalazła się blisko; na tyle, że Burreau bez problemu dostrzegł te fascynujące plamki na jego tęczówkach. Przyciągały, nie pozwalając mu spuścić z siebie wzroku. Serce zabiło niepewnie, a rozum krzyczał, by się opamiętał.
Dźwięk tłuczonego szkła sprawił, że ostatecznie prawnik odsunął głowę, przechylając ją w stronę hałasu - Ralph upuścił szklankę, zbierając teraz jej pozostałości z podłogi. To z pewnością nie był jego dzień.
-Pójdę do łazienki, zaraz wracam - rzucił, na dłuższą chwilę zatrzymując wzrok na wyciągniętej dłoni Benjamina, jakby walczył sam ze sobą, czy nie zostać. Wyczuwał jednak irracjonalne niebezpieczeństwo i to odczucie kazało mu na chwilę odsunąć się od chłopaka.
Uśmiechnął się do Ralpha, którego minął, by ostatecznie zniknąć w niewielkim pomieszczeniu. Nachylił się nad umywalką, spoglądając w lustro. Nie poznawał sam siebie. To nie były jego oczy - zazwyczaj spokojne, teraz zdawały się szaleć niczym wzburzony ocean. Odkręcił kran, przemywając twarz chłodną wodą, zaraz zabierając się za czyszczenie koszuli. Był pewien, że plama tak łatwo nie zejdzie.
-Benjamin, stało się coś? Poparzyłeś się, kiedy kawa na ciebie leciała?- spytał, kiedy po paru minutach wrócił odzyskawszy swoje jestestwo. Nie umknęło jego uwadze, że ciepły napój spłynął również na chłopaka, wsiąkając w jego spodnie. Zmarszczył lekko brwi, przyglądając się uważnie twarzy Benjamina, która zdawała się być zgoła różna od tej, którą zapamiętał, kiedy na chwilę go zostawiał.
benjamin
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjiczas narracjipostaćautor
Dzisiaj miał być ten dzień. Zebrał się w sobie pewien, że nie zostanie odrzucony, kiedy Kieran postanowił pojawić się w kawiarni w towarzystwie. Po raz kurwa pierwszy kogoś przyprowadził i to jeszcze typa, który wyglądał jakby był w co drugiej pannie i w co trzecim kolesiu w mieście. Od razu było widać po jego parszywej gębie, że miał swoje za uszami. I jeszcze ten bezczelny uśmieszek, którym uraczył Ralpha. To są chyba jakieś kpiny!
Zachowując profesjonalizm, ubolewając, że nie może napluć do zamówienia chłopaka towarzyszącemu prawnikowi (był pewien, że ten zmusił go do wspólnego przyjęcia tutaj, bo wiedział, że Kieran sam z siebie nigdy nikogo by tu nie zabrał), przygotował ich napoje, które postawił na tacy. Dorzucił jeszcze muffinkę z serduszkiem, żeby dać kolejny sygnał Kieranowi. tego nie mógł zignorować, bo już bardziej oczywistej rzeczy, poza rzuceniem się na niego, nie było. Niestety, szybko przekonał się, że ta sama babeczka została odrzucona i pchnięta w stronę bezimiennego typa spod ciemnej gwiazdy. A żeby się nią kurwa udławił!
Wrócił do polerowania szklanek, co rusz rzucając spojrzeniem w stronę ulubionego stolika blondyna. Rejestrował jego gesty, chcąc wyczytać kim był dla niego ten drugi. Porywaczem? Szantażystą? Oblechem? Pasowało wszystko.
Widząc, jak Kieran wylewa na siebie napój, zareagował natychmiastowo. Podszedł do niego, chcąc pozbyć się powiększającej na jego torsie plamy. Serce waliło mu jak cholera, napawając się możliwością bycia bliżej chłopaka niż kiedykolwiek. Niby nic, a może dzięki temu w końcu uda mu się go wyrwać.
Takiej reakcji się jednak nie spodziewał! Jasne, pragnął dotyku chłopaka, ale nie w takim wydaniu i nie przy kimś, komu cała ta scena sprawiała satysfakcję. Posłał więc nieznajomemu zabójcze i chłodne spojrzenie, winiąc go za wszystko. Jeszcze zobaczymy, niedojdo, kto będzie spijał pomyje z podłogi! Ach, jak marzył, żeby mu krzesło na twarzy rozpłaszczyć.
Po raz kolejny wrócił do siebie, odprawiony z kwitkiem. Kurwa, skąd Kieran go wytrzasnął? Z jakiegoś rynsztoka, bo obudziła się w nim potrzeba uratowania bezdomnego? To by do niego pasowało.
Widząc, jak prawnik znika w łazience, postanowił wykorzystać chwilę. Jebać zasadę bycia wiecznie miłym dla klientów - niektórego raka trzeba było się pozbyć w pierwszym stadium.
-Czym go zmusiłeś, żeby tu z tobą przyszedł? Zagroziłeś, że mu rodzinę wymordujesz? Nie zdziwiłbym się. Ale taka dobra rada - odpuść sobie. On nie jest dla ciebie, a widziałem jak na niego patrzysz. Nie masz u niego szans - rzucił, stając przy stoliku, gdzie koleś walczył z plamą na spodniach. - Spójrz na siebie. Nie masz niczego do zaoferowania, a Kieran jest za porządny by zadawać się z takim marginesem. Znajdź lepiej kogoś swojego pokroju, kto będzie się umiał dostosować do twojego niskiego poziomu. Będzie mniej bolało - dodał i poklepał go po ramieniu, jak przyjaciela, któremu udzielało się dobrych rad. Miał ochotę mu zwyczajnie w mordę przyjebać, ale nie można mieć wszystkiego. Zamiast wcielić w życie własne fantazje, wrócił za kontuar, uśmiechając się do Kierana, który wracał z łazienki z lekko wilgotnymi włosami na czole. Cholera, wyglądał nad wyraz pociagająco.
Autor: Eve