Pick me up, walk me home
Man, it feels like God threw me a bone
Sticky sweet, tangerine
Would you sit and keep me company?
Oczywiście, że wiedziała, że mówił o niej, ale zgryźliwy komentarz był o wiele bardziej kuszący niż formalne poprawienie go. Nie była już jego narzeczoną, chociaż nadal łapała się na tym, że kciukiem przejeżdżała po swoim serdecznym palcu, doszukując się pierścionka albo że spoglądała na pustą dłoń, która jeszcze do niedawna była pięknie ozdobiona. Były to odruchy bezwarunkowe, które przez dwa lata wykonywała kompletnie nieświadomie, w losowych momentach — kiedy się skupiała, kiedy ją coś nudziło, ale także kiedy myślała o nim, uśmiechając się do siebie w myślach i nie mogąc doczekać się, aż wróci do domu. Teraz to wszystko zniknęło, a ostatnie dwa dni miały w sobie niewyobrażalną pustkę, która odbijała się głucho od ścian ich mieszkania, ale również w jej sercu.
I love you, baby, I promise
And I hope I never see what your face looks like going
A face I swear that I could spend my whole life knowing
Here's to hoping
Nie odpowiadał jej na wywody i monologi, co tylko ją niepotrzebnie irytowało. Przecież to nie tak, że nie miał w głowie żadnej myśli, bo ta prezesowa łepetyna ciągle pracowała na pełnych obrotach! Chciała wiedzieć, co myślał, chciała, żeby wykrzyczał jej w twarz, co o tym wszystkim sądził, skrytykował ją za nieodpowiedzialne zachowania i chciała… chciała usłyszeć, jak za nią tęsknił. Chciała usłyszeć również coś miłego, przez co poczuje nieznośne ukłucie serca i przez co poczuje się jak ostatnia debilka, że go odrzuciła. Po co? No właśnie — po co? Miała powód, żeby być na niego zła,
zdradził ją. I to wszystko nadal wydawało się być na tyle absurdalne, że czasami zapomniała o tym, co zrobił, a po chwili uderzała ją chwila realizacji i ciężka rzeczywistość. Jego ostrzegawcze
Blair sprawiło, że spojrzała na niego spod byka jak rozzłoszczona pięciolatka, ale miała nadzieję, że był to tylko początek jakiegoś wielkiego wywodu. Cóż, przeliczyła się.
Choć kusiło ją gadać jak katarynka, tak finalnie postanowiła grać w jego milczącą grę, zwłaszcza jeśli po raz kolejny nie usłyszała ani słowa. Odwróciła się na pięcie i przez chwilę zrobiło jej się niewyobrażalnie przykro. Po co on w ogóle tutaj przyjechał? Poszczuć ją swoją osobą? Spojrzeć na nią swoimi czekoladowymi oczami i sprawić, że przez chwilę zacznie kwestionować całą ich napiętą relację? Że była o krok od wskoczenia mu w ramiona, bo tak bardzo za nim tęskniła i marzyła, żeby już nigdy więcej jej nie puścił? Chciała jego uwagi, a cały czas wmawiała sobie, że tylko z kimś przegrywała. Miała uczucie, że nie był
tylko jej Charliem, a ona nie miała zamiaru się dzielić. Wszystkim, tylko nie nim.
I może właśnie dlatego postanowiła się kulturalnie pożegnać, obrócić na pięcie i włożyć wszelkie starania w to, aby grawitacja tym razem była po jej stronie. Chciała pokazać, że naprawdę nie potrzebowała opiekunki — była dorosła, potrafiła o siebie zadbać, a gdyby ktoś chciał ją zaatakować, to była mała i zwinna, więc z pewnością pokazałaby zbrodniarzowi tajne sztuki kobiecego taekwondo.
Blair, do cholery.
Usłyszała za sobą, przez co przyspieszyła kroku i byłaby skłonna zacząć powoli truchtać przed siebie, ale ta żyrafa dogoniła ją w kilku dłuższych krokach, stając przed nią i blokując jej przejście. Nie ułatwiał jej zadania, chciała o nim zapomnieć — nie żeby sama nie zaczęła dzisiaj z nim rozmowy, ale po prostu… po prostu chciała się podroczyć, a nie sprawiać, że nagle postanowi być nadopiekuńczym ex narzeczonym. Świat nie był po jej stronie, nawet głupi podmuch wiatru, który sprawił, że z tak bliskiej odległości wyraźnie czuła otulający zapach jego perfum. Była na granicy zdrowego rozsądku, a i tak postanowiła grać nie uległą. Zadarła nieco brodę, dostrzegając parę pięknych oczu wpatrujących się w nią intensywnie. Serce zaczęło jej bić niebezpiecznie szybko, kiedy tak stał na wyciągnięcie jej ręki, a ona nie mogła uczynić nawet najmniejszego kroku lub gestu.
Zacznijmy od początku. Oho. Uniosła lekko brwi, finalnie skupiając się na tym, co interesowało ją najbardziej.
Z nikim się nie spotykam. Wpatrywała się w niego uważnie, a z jej serca spadł niewyobrażalnie wielki ciężar.
Mam twoją lokalizację w telefonie, zapomniałaś? Co?! Kompletnie zapomniała, bo było to dla niej oczywiste jak oddychanie. Jednak po ich rozstaniu czasami zapominała, jak się poprawnie oddycha, więc takie pierdoły również jej umknęły. Uniesione brwi nagle zostały zmarszczone, kiedy wyraźnie zaakcentował ostatnie słowa.
— I co z tego, że byłam w parku nad wodą? — zapytała, wolno mrugając i patrząc na niego niezrozumiałym spojrzeniem.
— Myślałeś, że postanowię rzucić się do jeziora Ontario w środku nocy? Trzeba było przyjechać z wędką — wymamrotała, wywracając oczami. Nie była głupia; a przynajmniej nie wtedy, jak była trzeźwa. Prawda była jednak taka, że upita alkoholem i z takim wesołym towarzystwem, mogło się różnie skończyć, ALE miała solidne kumpelki, które od razu na pewno by ją wyciągnęły. No, jeśli same przy okazji nie wpadłyby do wody, a to już byłaby masowa tragedia.
To wszystko było jakieś chore, nie chciała już dłużej tego słuchać, więc zrobiła krok w lewo, dokładnie w momencie, kiedy przed nią pojawiła się ręka. Oczywiście, że wiedział, jak zareaguje. I musiał też wiedzieć, w którą stronę zdecyduje się ulotnić, co dobiło ją… jeszcze bardziej. W obecnej sytuacji nawet siedzenie z nim w jednym, ciasnym pomieszczeniu było wyzwaniem. Nie chciała z nim rozmawiać, a nawet nie chciała bezpiecznie dojeżdżać do domu. Wiedziała jednak, że szwędanie się nocą po Toronto nie było najrozsądniejszym wyborem, skoro co rusz mogła natrafić na jakieś różne… barwne postacie. Teraz po prostu nie chciała stać na przeciwko niego, być otoczona zapachem jego perfum, czuć na sobie jego troskliwe spojrzenie i poczucie, że nadal mu na niej zależało.
Baby boy, honeybee
God, I love the way you look at me
Cholera.
Chciała go wyminąć od drugiej strony, a znowu zasłonił jej drogę ucieczki, przez co spojrzała na niego zdenerwowana, z nieco zaszklonymi oczami, bo niezmiernie irytowało ją to, że tak dobrze ją znał — że z łatwością przewidywał jej następne kroki i był w stanie zareagować, nim zdążyła pomyśleć. Teraz stał zagradzając jej drogę, z rozłożonymi na boki ramionami, zupełnie jakby tym sposobem zachęcał ją do przytulenia się do niego. Czy to była impulsywna myśl? Czy to był zły odruch, że po prostu pokonała ten dzielący ich krok i na kilka sekund objęła go ciasno w talii, spełniając nie tylko swoje pragnienie, ale także jego? Nos zatopiła w jego koszuli, która cały czas pachniała ich wspólnym domem i to tylko pogorszyło jej stan, kiedy poczuła się tak bardzo otulona jego bliskością. Aż w końcu się odsunęła, wyrywając się z jego uścisku (o ile zdecydował się ją przez tą chwilę objąć) i ocierając spod oka jakąś łzę, która śmiała uciec.
— Przypomniałam sobie o smutnych pieskach w schronisku. Okropne, że muszą tam siedzieć, w momencie, kiedy inne śpią teraz na kanapach lub w łóżkach — wytłumaczyła najgłupszą wymówką, żeby czasami nie pomyślał, że płacze przez niego! W końcu była w swojej single era, tak?!
— Czemu ci tak na tym tak bardzo zależy? — była nieugięta. Cofnęła się od niego o dwa kroki, żeby nieco mniej zadzierać głowę, ale także żeby ograniczyć sobie możliwość ponownego zatonięcia w jego ramionach.
— Nie jestem nieodpowiedzialna, umiem o siebie zadbać — rzuciła rozgoryczona, wydymając lekko dolną wargę.
— A wiesz co mnie najbardziej denerwuje? — zapytała i nawet nie czekała, aż jej odpowie, w obawie, że nagle rzuci jej krótkie
nie.
— Że pojawiasz się tutaj, dwa dni po tym, jak powiedziałeś mi, że mnie zdradziłeś, kompletnie nieproszony, a ja nie potrafię cię pogonić. Nie potrafię ci się oprzeć i przytulam się do ciebie jak jakaś idiotka. Mam sobie to kompletnie za złe! Charles Marshall, wynoś się z mojego serca — wyrzuciła z siebie praktycznie na jednym oddechu, nie dbając o to, co mówiła. Nie zwracała uwagi, że właśnie między słowami przyznawała, że dalej go kocha.
Odwróciła się znowu na pięcie, ale nie uciekała. Zmierzała w kierunku auta, gdzie wsiadła na miejsce pasażera, jak na passenger princess przystało i zatrzasnęła za sobą drzwi. Była zła, jednak w tym momencie bardziej na siebie niż na niego. Przez swój nagły wybuch niekontrolowanych emocji i słów. Przez mieszankę tak sprzecznych uczuć, które mieszały nie tylko w jej głowie, ale również w sercu. Chciała być teraz w domu, ale jednocześnie nie chciała, żeby ją zostawiał. Świadomość samotnego pójścia do ich apartamentu była zbyt dobijająca, już wolałaby całą noc spędzić w garażu. W pewnym momencie uświadomiła sobie coś ważnego — nie miała kluczy. Gdzieś zaplątały się jej podczas otwierania któregoś z alkoholi i miała w głowie przebłysk sceny, w której Cora zgarnęła je do swojej torebki.
— Cora ma moje klucze — oznajmiła jedynie, patrząc przez przednią szybę i miała cichą nadzieję, że… że Charlie nadal miał gdzieś pod ręką swój komplet.
maybe I need you