Wysunął się z łóżka, przeciągając się i ziewając głośno, po czym chwycił swoją parę spodni i pospiesznie wsunął je na siebie. - Już wychodzisz, Finnegan? - rzuciła jego ulubiona prostytutka.
-Ta, szef odetnie mi jajca, jak się nie zjawię na czas - burknął pod nosem niezadowolony, zgarniając swoją koszulę z pobliskiego krzesła, którą powoli zaczął zapinać. Alexander był jego przyjacielem, ale również szefem, któremu, no kurwa, nie chciał podpaść. Szanował go, a swoją robotę traktował poważnie. Na tyle poważnie, że przychodził do lokalnego burdelu przynajmniej raz... dwa... trzy... no dobra, pięć razy w tygodniu, ale tylko i wyłącznie po to, żeby podłapać informacje. Kto by pomyślał, że największe plotki krążą właśnie w czterech ścianach, z których wydostawało się najwięcej urywanych jęków i ciężkich oddechów, hm?
Nie robiło mu różnicy, że robił za grupowego Adonisa, Amora czy cholera wie, jak można było to nazwać. Uwielbiał seks, a przy tym łączył coś przyjemnego z pożytecznym. Tym razem z kolei nie dowiedział się niczego pożytecznego. Tylko tyle, że jeden z typów należących do przeciwnego gangu coraz częściej przychodził do tawerny, która należała do August, żony Alexandra. Po co? Jeszcze nie miał zielonego pojęcia, ale musiał ostrzec przyjaciela, zanim będzie za późno. Hall wybudował sobie niemałą reputację, a dzięki swoim umiejętnościom przywódczym mieli szacunek na dzielni, na tyle, na ile się dało.
Kiedy już cały się ubrał i pożegnał ze swoją ulubioną rudowłosą prostytutką długim, czułym pocałunkiem, założył kaszkiet, chwycił zegarek kieszonkowy na łańcuszku i zerknął na godzinę.
- Kurwa, no zajebie mnie - syknął pod nosem i szybko ruszył do wyjścia. Zerknął na chmury. Niebo spowiła szarość, a on czym prędzej stąpał po wilgotnym gruncie, żeby zdążyć przed szefem. Na szczęście, gdy wszedł do środka, zrzucił z siebie płaszcz i kaszkiet, rzucając je gdzieś na bok. Zajął swoje miejsce, wyciągając automatycznie, tak z przyzwyczajenia, karty, które leżały przed nim, i zaczął się nimi bawić. Dopiero po chwili zerknął na trójkę swoich przyjaciół.
- Panowie - uśmiechnął się, rzucając jedną z kart w kierunku Locka. Przeleciała dosłownie obok jego twarzy, muskając jego ucho.
- Cholera, o mało co się nie spóźniłem. Ta ruda? Boże, jakie ona ma zajebiste cycki, serio mam nadzieję, że to nie twoja kuzynka O'Cahallan - już chciał mówić dalej, ale dźwięk ciężkich butów roznoszący się po sali świadczył o tym, że już tutaj był.
Zerknął tylko, jak Alex wkroczył do środka i zajął miejsce, nie przestając tasować kart. Uniósł wzrok ponownie, gdy ten odstawił szkło. Spiął się natychmiast, poprawiając się na krześle.
Ktoś sprzedał ich towar? Finn spojrzał od razu na twarze swoich kompanów. Wszyscy raczej wyglądali na zdziwionych. Czy mieli w swoim gronie konfidenta?
- Jak oni to kurwa wiedzieli?! - zapytał z niedowierzaniem.
- i gdzie jest Poison, do cholery? - Rozejrzał się, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że ich blondwłosa towarzyszka była, kurwa, zaginiona w akcji. Opadł z powrotem na siedzenie, rozsypując talię. Przysunął do siebie butelkę whisky i nalał bursztynową ciecz do pustej szklanki. Nie chciał dzisiaj pić, ale jego plan w cholerę wziął. Przybliżył szklankę do ust i upił łyk, pozwalając cieczy rozprowadzić się po języku, po czym spojrzał na wszystkich.
- Dobra, spędziłem noc z El. Niczego się nie dowiedziałem, poza tym, że zacząłem lubić tę pozycję, w której ona siedzi na mnie tyłem. Dobra, nieważne... - machnął ręką.
- Podobno jakiś typ z gangu naszych ulubieńców coraz częściej przebywa w tawernie twojej żony, Hall. I co najlepsze, z kimś się tam widuje. Tylko tyle wiem! - uniósł ręce do góry, wzruszając ramionami. No nie wiedział nic więcej...no.
lock O'Cahallan Burreau poison boss