ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
173 cm
recepcjonistka w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Dość już miała byłego narzeczonego, co ciągle skomle by mu wybaczyła oraz plotek na swój własny temat i chociaż szczerze nienawidzi życia w wielkim mieście, to z braku-laku oraz w nagłej potrzebie przeprowadziła się do Toronto.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

p i e r w s z y
To, jak wiele czasu spędzała nad zastanawianiem się, co ja tu tak właściwie robię było wręcz niedorzeczne. Gdy opuszczała swoje rodzinne miasteczko widziała wielkie perspektywy, modnych pięknie ubranych ludzi i siebie równie pięknie ubraną, co Ci wszyscy podobno lepsi od niej. Widziała, jak przemierza ulice Toronto pewna siebie, bez żadnych zmartwień - nowe miasto, nowa ja i tak wiele, wiele, wiele możliwości.
Wtedy nie brała jeszcze pod uwagę, jak ciężko jest tu żyć - w tym nowym, zupełnie obcym miejscu, tak różnym od Saint-Pacôme i rodzinnej farmy. Nawet mieszkanie ciotki nie dawało jej ukojenia, bo co jej po tym, że staruszka jest człowiekiem bezproblemowym i całkiem dobrze się z nią mieszka, jeśli zza okna nieustannie wydobywa się trąbienie stłoczonych w korku samochodów, a sąsiadka zamieszkująca lokum nad Tobą, przez siedem dniu w tygodniu drze japsko na gromadkę swoich równie garłatych dzieci.
Na dodatek, jakiś debil przyczepił się do niej na ulicy, gdy spóźniona jechała swoim rowerem do roboty. Niby miał trochę racji, bo prawie go rozjechała pędząc przez pasy, ale w mieście chyba również panowało prawo większego, a że ona na tym rowerze była zdecydowanie wyższa to pierwszeństwo po prostu jej się należało, koniec kropka.
Do środka weszła więc w pośpiechu, właściwie w ostatniej chwili i zupełnie nie w humorze. Klapnęła przy swoim biurku, by po dosłownie kilku sekundach walnąć się rękoma i głową na zimną powierzchnie blatu i chyba pierwszy raz od czasu wyjścia z domu wziąć taki porządny, spokojny oddech.
Nie odrywając głowy od biurka, odpaliła komputer stacjonarny stopą i dalej oddawała się tej przyjemności, jaką niósł odpoczynek po porannym pościgu do pracy. Słabo by ją było stracić tak po niecałym miesiącu, ale nie miała siły kompletnie na nic; na chwilę zapomniała i o swoim bossie, i o współpracownikach, i o klientach, którzy za kilka chwil pojawią się w drzwiach i zaczną zalewać ją pytaniami, i o tym, że powinna wyglądać trochę bardziej reprezentatywnie, bo była pierwszą osobą, którą widzą klienci.
Toronto po prostu, znów ją pokonało.

Karrion Stifler
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
brzydzę się AI, a tak to nie mam problemu z niczym
41 y/o
Enjoy the simplest things
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Czarnych pięściarzy bije się dużo łatwiej
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiHe/tler
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Karrion nie był osobą, która rozpoczynała dzień od kawy i pogaduszek. W klubie był od świtu, jak zwykle obchodząc sale treningowe, zaglądając do magazynu sprzętu i sprawdzając grafik rozpisany na najbliższy tydzień. Często też rano robił rozruch, kiedy było tu pusto i mógł w spokoju ponaparzać w worek. Dziś jednak pominął ten element, robiąc sobie jeden dzień odpoczynku.
Widząc nową pracownicę niemal rozpłaszczoną na blacie biurka, uniósł lekko brew, będąc autentycznie ciekaw, jakaż to historia stoi za takim początkiem dnia. Nie zakładał bowiem, że ma do czynienia z leserem, który ma pracę w dupie.
Zwolnił krok i zatrzymał się tuż obok stanowiska. Przez moment obserwował ją w milczeniu, z rękami skrzyżowanymi na piersi.
- Toronto 1, Dubois 0? - rzucił spokojnie.
Po chwili położył na blacie kilka kartek, które trzymał pod pachą.
- Jak już wrócisz do żywych, potrzebuję dwóch rzeczy. Najpierw skontaktuj się z Moralesem i zapytaj, czy byłaby możliwość jednorazowego przeniesienia treningu z czwartku na piątek, godzina ta sama. Jeśli nie, zaproponuj mu czwartek 17:30 albo sobotę 12:00. Niech da konkretną odpowiedź jeszcze dzisiaj - przesunął palcem po jednej z kartek. - A później przygotuj mi zestawienie wszystkich karnetowiczów, którzy wynajmują szafki na wyłączność. Do tego policz, ilu ludzi korzysta ze zwykłych szafek dostępnych dla wszystkich. Chcę mieć to przed końcem zmiany - brzmiał rzeczowo, ale bez niepotrzebnego kija w dupie. Rozumiał, że nie każdy może wstawać codziennie prawą nogą i że za ludźmi kryją się różne historie. Nie ma więc co oceniać ich przez pryzmat jednego czy dwóch zachowań.
Odepchnął się lekko od blatu i już miał odejść, kiedy coś go zatrzymało. Kącik ust drgnął mu minimalnie.
- A skoro już jesteśmy przy rzeczach ważnych... - spojrzał na nią z rozbawieniem. - Jak tam twoje pierwsze spotkanie z Michaelem Reaganem? - parsknął cicho pod nosem. - Słyszałem, że dopadł cię w zeszłym tygodniu przy recepcji - Michael Reagan był w klubie instytucją samą w sobie. Świetny bokser amator, stały klient od lat, jeszcze zanim Karrion przejął klub i jednocześnie człowiek, który potrafił zrobić awanturę o źle wydrukowany numer szafki, pięciominutowe opóźnienie treningu albo brak jego ulubionego napoju w automacie.
- Jeśli jeszcze nie zdążył cię doprowadzić do szału, to gratuluję. Większość ma go dość po pierwszych... trzech minutach? - zachichotał lekko i uniósł brew. - Chyba, że próbowałaś się z nim kłócić... ale o tym raczej bym słyszał - spojrzał na nią z podejrzliwością, nie zakładając od razu, że przyjęła wszystko na klatę i obsłużyła go wzorowo. W zasadzie to nawet by się zdziwił, gdyby tak się stało, choć z drugiej strony mogło też być tak, że Michael mógł mieć dobry dzień, Dubois mogła wpaść mu w oko czy coś i tym samym nie był aż takim chujem skurwiałym jak zawsze.

Léa Dubois
ODPOWIEDZ

Wróć do „Kingsway Boxing Club”