-
a little twink
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion, jegotyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłapostaćautor
Wieczory w YMCA były jego ulubioną porą dnia w pracy, bo najczęściej było wtedy najspokojniej. Tomashek swoją ostatnią godzinę w pracy spędzał najczęściej na bieżni, gdzie po prostu poruszał nogami. Większość swojego czasu w tym miejscu spędzał za biurkiem, więc możliwość poruszania się była dla niego zbawienna. Nie mówiąc już o tym, że najczęściej w środku, oprócz niego, znajdowali się stali bywalcy, o których w większości nie musiał się obawiać, że zmajstrują jakieś problemy. Mógł więc na spokojnie iść przed siebie ze słuchawkami na uszach i swoimi ulubionymi żelkami w ustach. Było przyjemnie. Słuchał audiobooka książki, którą zaczął czytać fizycznie i która szybko go wciągnęła tak, że mógłby ją czytać cały czas, była jednak gruba i ciężka i nie chciało mu się jej nosić, dlatego też uznał, że skończy ją jako audiobook. Nie był bowiem purystą książkowym, który nie uznawał istnienia audiobooków, chociaż zdążył już kilku takich poznać. Machał na to ręką, bo w większości nie obchodziło go to, co inni o nim myślą.
Słuchał więc w najlepsze, odpowiednio cicho, żeby nie przeszkadzać innym i jednocześnie słyszeć, co działo się w środku. Bieżnia, z której korzystał była akurat przy oknie, więc w szybie odbijało się niemalże całe wnętrze, więc mógł kontrolować ewentualny chaos, który by się tutaj rozpoczął. Nie żeby w jakikolwiek sposób mógł temu zaradzić, bo większość klientów była wyrośniętymi i przerośniętymi facetami, od których śmierdziało testosteronem już na kilometr i chociaż czasami miło było się na nich pogapić, jak napinają swoje opuchnięte mięśnie, to Tomash nie chciał, by używali ich oni na nim. Jego zadaniem było po prostu wzywanie ochrony albo policji, jeśli zaczną się jakieś dramaty. Na całe szczęście takie rzeczy nie miały miejsca zbyt często i jeśli o niego chodziło, to musiał wzywać policję tylko raz, gdy zobaczył jak dwóch dryblasów zaczyna się przepychać na parkingu. Dzisiejszego wieczora na szczęście w środku znajdowali się spokojniejsi klienci, którzy przyszli poćwiczyć i byli zbyt zmęczeni na wszczynanie awantur.
Tomash również powoli zaczynał robić się senny. Był już na nogach niemal szesnaście godzin, a kiedyś czytał, że po takim czasie bez snu ciało zaczyna się zachowywać podobnie do momentu, gdy było się pod wpływem alkoholu. A Tommy w tym stanie chciał być tylko wtedy, gdy wypijał kilka mocniejszych drinków. Stwierdził, że wracając do domu wstąpi do sklepu i kupi sobie jakieś piwo, skoro już teraz może to robić. Uśmiechnął się, przyglądając się, jak ostatni klienci wychodzą, żegnając się z nim przyjaźnie. Zawsze go śmieszyło, że ci wszyscy wyrośnięci faceci traktują go jako swojego kolegę, bo czasami nawet rozmawiali z nim i pytali co u niego słychać. On sam zamknął budynek pół godziny później, gdy już dopilnował, że wszystko zostało wyłączone a alarm działał.
Już miał zakładać słuchawki i wskakiwać na swoją deskorolkę, gdy jego oczom ukazała się śpiąca pod ścianą sylwetka. Westchnął, podchodząc bliżej.
– Halo, halo… tutaj nie wolno spać – powiedział dość głośno, bo stał od nieznajomego w bezpiecznej odległości.
Oscar Malone
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Życie jednak szybko zweryfikowało jego mrzonki o gwałtownej i nagłej zmianie. Metropolia okazała się znacznie większa gabarytowo, przez co kilka razy zdążył się zgubić. Do tego nie miał już pieniędzy, które mógłby przeznaczyć na normalny nocleg i musiał ograniczyć się do spania dosłownie wszędzie - przystanek autobusowy, kawałek czyjegoś ogrodu (jeśli tylko nie biegał tam pies, bo takie rzeczy już mu się zdarzyły), zaplecze jakiegoś sklepu, opuszczone magazyny czy plac zabaw, na którym o dziwo było najbezpieczniej. Każdej nocy szukając noclegu zastanawiał się, czy to właśnie dzisiaj po raz ostatni zamknie oczy. Wszak zdawał sobie sprawę z wysokiej przestępczości w niektórych dzielnicach. Może powinien jednak udać się do ośrodka dla bezdomnych? Zawsze miałby kawałek chociażby i podłogi, po której nie chodziły ani szczury, ani inne robale.
Westchnął. No to nieźle sobie dojebał tą ucieczką z domu. Zaraz, czy on właśnie zaczynał żałować? Nic nie mogło być gorszego w porównaniu z piekłem, jakie fundowali mu rodzice, a już zwłaszcza rodzicielka. Nic nie było w stanie zmusić go do powrotu - blizny na plecach nadal paliły.
Poprawił plecak, w którym znajdowało się kilka jego dzisiejszych zdobyczy. Podobno freeganizm nie był taki zły, a i dla środowiska korzystniejszy, prawda? Zmniejszał ilość odpadów trafiających na wysypiska, dzięki czemu produkcja dwutlenku węgla malała. A i on nie padł z głodu i nie musiał kraść. Win win.
Kilka kolejnych godzin chodził bez celu. Kończyły mu się możliwości, jeśli chodziło o weryfikowanie informacji, które posiadał. Do tego zaczynały boleć go nogi, nie mówiąc już o zmęczeni. Dodatkowo robiło się ciemno, a to nigdy nie zwiastowało dobrze. Zło bowie najchętniej budziło się wraz z zaśnięciem promieni słonecznych. To znaczyło, że miał niewiele czasu, by znaleźć miejsce,w którym mógłby odpocząć.
Rozejrzał się. YMCA. Brzmiało jak miejsce, w którym nie powinno mu się nic stać, prawda? Trzeba było poczekać tylko, aż wszyscy wyjdą i może uda mu się włamać. Często w takich miejscach ktoś zostawiał otwarte okno - jak dwa dni temu w jednym z kin. Ach, te fotele jeszcze nigdy nie wydawały mu się tak wygodne.
Oparł się o ścianę, ignorowany przez ludzi wychodzących z budynku. Czasami dobrze było być niewidzialnym. Oparł głowę o kolana, popełniając tym samym błąd - zasnął.
Obudził go czyjś głos. Wzdrygnął się, wystraszony. Czy ty był dzień, w którym miał stać się ofiarą jakiegoś psychola?
-Kurwa - wyrwało się z jego ust, kiedy rozespany patrzył w poszukiwaniu osoby, do której ów głos należał. Wzrok zatrzymał się na młodym blondynie, wyjątkowo ładnym. - Och, wiem, wybacz - wyrzucił z siebie. - To nieplanowana drzemka - dodał zgodnie z prawdą. - Zaraz się zbieram, możesz już iść. Nic mi nie jest, więc nie musisz czekać by spełnić swój obywatelski obowiązek - skomentował marząc tylko o tym, żeby wdrapać się na jeden z daszków i wbić do budynku, gdzie będzie mógł się wykąpać. Potrzebował tego jak cholera.
Tomash Nowakovsky
-
a little twink
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion, jegotyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłapostaćautor
No ale może był zbyt naiwny na ten świat, bo przecież ludzie nie zostawali bezdomnymi z własnej woli. Nie wiedział, czy mogła istnieć osoba, która chciała zaznać takiego życia. No ale nie czuł się na siłach zarówno fizycznych, ale też psychicznych, by rozważać, co mogło się stać. Tak samo nie miał ochoty użerać się z nieznajomym. Jedyne czego chciał, to by nieznajomy wstał i bez słowa odszedł gdzieś dalej, nawet jeśli miałby to być sąsiedni budynek.
– Nie – odpowiedział, opierając dłonie na biodrach i mrużąc oczy, by móc lepiej przyjrzeć się nieznajomemu. Po jego sylwetce i głosie zrozumiał, że nie był to wychudzony mężczyzna, ale młody chłopak, który mógłby być w jego wieku. Nie było dobrze. Co innego spotkać dorosłego bezdomnego, a czymś zupełnie innym spotkanie kogoś, kto był taki jakim się było samemu. Tomashek mógł w jego twarzy dostrzec swoją własną. I na samą myśl o tym, coś ścisnęło go za mostkiem. Nie lubił tego uczucia… współczuł chłopakowi, ale nie lubił się tak czuć. Westchnął. – Pracuję tutaj i nie mogę cię tak zostawić, bo jak coś odjebiesz, to potrącą mi z wypłaty albo zwolnią – odpowiedział. Ironią było to, że nie potrzebował tej pracy. Nie musiał pracować w ogóle, bo pierogarnia rodziców nieźle prosperowała i dzięki temu mogli się utrzymać. On chciał jednak mieć swoje własne pieniądze, bo nie lubił siedzieć bezczynnie, zamknięty w swoim własnym pokoju ze swoimi własnymi myślami.
– Musisz sobie stąd iść, bo jak nie to zadzwonię na policję i będziesz spać w areszcie – zagroził i jakby na zaakcentowanie swoich słów i pokazanie, że nie blefuje, to wyciągnął swój telefon. No ale blefował, bo nie chciał dzwonić na policję. Musiałby tu zostać dłużej i czekać na ich przyjazd i pilnować, żeby chłopak nie zwiał. W głowie prosił los, by ten popchnął nieznajomego do odejścia, tak żeby on sam mógł sobie pójść. A to co chłopak zdecyduje się zrobić po odejściu Tomashka to już nie będzie jego problemem.
Obserwował go, a na jego twarzy rosła irytacja. Naprawdę chciał wrócić do domu. Bolały go nogi i chciał coś zjeść. Niemal natychmiast uderzyła go myśl o tym, jak okropnym człowiekiem jest, myśląc o tym, by wrócić do domu, który miał i zjeść jedzenie, które na niego czekało, mając przed oczami człowieka, który takich błahych rzeczy nie posiadał.
– Co ty tu w ogóle robisz? Nie jesteś czasem za młody na człowieka, któremu posypało się życie? – zagaił, nie wiedząc w sumie, dlaczego to zrobił i dlaczego nagle się zainteresował jego życiem. Pokręcił głową, jakby chciał wymazać to pytanie z eteru. – Czy jak kupię ci jedzenie, to pójdziesz spać do Harvey's? – zapytał.
Oscarek
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Inną kwestią było, że Oscar nie miał również pojęcia, jak druga strona zareaguje na jego widok. Mogło być jedynie pobłażliwe spojrzenie, jakiś wredny komentarz, który miał mu dopiec, lub wpierdol, o który podobno zawsze się prosił będąc w złym miejscu o złym czasie.
Nic dziwnego, że kiedy już rozbudził się dostatecznie, wyrwany z drzemki, mierzył chłopaka nieufnie, zastanawiając się, którym z trzech przypadków będzie. Nie wyglądał na takiego, który miałby się na niego rzucić z pięściami tylko po to, by odreagować, ale pozory istniały i potrafiły zwodzić. Ile to razy sam się przejechał na własnym, mało trafionym osądzie, później w brodę sobie plując, że nie wykazał się większą przezornością?
Zmarszczył brwi, słysząc jego słowa. Nie. Nie. Nie. Ale go wkurwiała taka odpowiedź. Niemal zawsze zwiastowała zaczepkę, której sam nie szukał. Chciał spokoju. Chciał, żeby chłopak, który na oko był w jego wieku, po prostu dał mu spokój, pozwalając zadbać o własne dobro w postaci wygodnego kawałka podłogi i prysznica. Potrzebował tego niemiłosiernie, a blondyn jedynie przeciągał nieuniknione.
-Kto powiedział, że planuję coś zrobić? Przysiadłem na chwilę, żeby odpocząć, a ty zaraz robisz ze mnie kryminalistę. Mało ludzki odruch, wiesz? - żachnął się. Jasne, że planował coś odjebać. Z tym, że jego rozmówca nie musiał o tym wiedzieć. Im szybciej Malone przekona go, że jest nieszkodliwy (bo był) i niewinny, ty szybciej odejdzie. - W takim razie dzwoń, proszę. Nie wiem co im powiesz i co udowodnisz, bo w świetle prawa nie robię niczego złego - lekko ramionami wzruszył, podnosząc się z brudnego podłoża. Może spanie w areszcie nie byłoby takie złe? Zawsze to przynajmniej jedna lub dwie noce w miarę spoko warunkach. Nie pizgało pod ubraniem, deszcz nie padał na twarz. Niemal luksus w porównaniu z mostem, pod którym trochę wiało.
-Te, a kto powiedział, że posypało mi się życie, hm? - skomentował, czując potrzebę bronienia samego siebie. Oczywiście, że się sypało. Aktualnie było kupą gówna, w której tarzał się coraz bardziej. Do znalezienia brata jeszcze długa droga, a sen o torontowskim życiu jakoś się nie sprawdzał. - Dziwny jesteś. Grozisz mi policją, naskakujesz na mnie, a teraz chcesz mi kupić jedzenie? - westchnął, prychając pod nosem, rozbawiony. - Dobra. Kup mi jedzenie. i czym znowu jest Harvey? - rzucił, bo był cholernie głodny. No i fajnie byłoby zjeść coś, co nie pochodziło ze sklepowego kontenera na odpady.
Tomash Nowakovsky
-
a little twink
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion, jegotyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłapostaćautor
Chłopak, na którego patrzył, nie sprawiał wrażenia niebezpiecznego. Tomash nauczył się jednak, aby nie oceniać książki po okładce i myśleć, że to co widzi jest tym, czym jest w rzeczywistości. Nie potrafił prześwietlić chłopaka i odgadnąć, kim był i do czego mógł być zdolny. Pocieszało go jednak to, że chłopak nie wyglądał na mięśniaka i dzięki temu nabrał odrobiny pewności siebie, jeśli doszłoby do jakiejś konfrontacji. Westchnął, słysząc jego słowa i oskarżenia. Ciężko było mu się z tym nie zgodzić, bo właśnie tak było – oskarżał chłopaka o coś, czego ten jeszcze nie popełnił. Nie mówiąc już o tym, że nie miał absolutnie żadnych powodów do posadzania go o niecne zamiary. No ale o Tomashku można było powiedzieć różne rzeczy, ale nie to, że był idiotą (nawet jeśli czasem się tak zachowywał). Z resztą historia pokazywała, że bezdomni lubili wbijać do lokalu i korzystać z ich łazienek, a czasem nawet spędzali w środku noc. I chociaż nigdy nie robili przy tym większych problemów i nie niszczyli niczego, to później klienci nie byli zbyt chętni do odwiedzania przybytku.
– Myślę, że nie chciałbyś spędzić nocy w areszcie z jakimiś niebezpiecznymi i pijanymi typami – powiedział, kiwając głową, jakby to miało skłonić nieznajomego do zaniechania swoich zamiarów. Wątpił, żeby mu się to udało, więc musiał wyciągnąć jakieś inne argumenty. Kupienie jedzenia wydało mu się więc najlepszym rozwiązaniem. – Wiesz, jak się mówi… blondyn zmiennym jest – powiedział, uśmiechając się lekko. No już typie, zbieraj się i idziemy, chciał powiedzieć, jednak tylko o tym pomyślał. Nie miał ochoty stać tu ani chwili dłużej. – Śpisz pod murem ośrodka rekreacyjnego… jesteś albo bezdomny, albo pijany – wzruszył ramionami. Nie chciało mu się bawić i udawać, że nie widzi tego, co jasno się przed nim jawiło. – W sensie wiesz… mam oczy – dodał szybko, obserwując chłopaka aż ten podniesie się z ziemi. Nie chciał się z nim wykłócać i robić tutaj scen, zwłaszcza że wszędzie wokoło były kamery.
– To taka sieć restauracji… nie jesteś stąd? To kanadyjski fastfood – spojrzał na niego, wskazując palcem świecące się neonowe logo restauracji, które było przed nimi. Zmrużył nieco swoje oczy, idąc obok chłopaka, ale trzymając się odpowiedniej odległości od niego. – To czemu szwendasz się po ulicach? – zapytał, grzebiąc w kieszeni, z której wyciągnął paczkę papierosów. Początkowo chciał zapalić jednego, bo przez ostatnie kilka godzin głód nikotynowy zdążył wzrosnąć do olbrzymich rozmiarów. Szybko się jednak rozmyślił i wepchnął paczkę do plecaka. Wyciągnął jednak żelki, które zajadał w pracy i wsadził sobie jednego do ust, po czym wyciągnął je w stronę chłopaka.
Oscar Malone