Ostatnimi czasy wyjścia z Blythem robiły się tak częste, że powoli należało je zaliczać do kategorii regularnych. I nie byłoby w tym absolutnie nic dziwnego ani złego, gdyby nie to, że Gardner czuł przy tym wszystkim, jak z każdym kolejnym spotkaniem stopniowo ulatnia się z niego lojalność wobec zasad nigdy nie spisanego Kodeksu Starszego Brata, skutecznie ustępując miejsca byciu zdrajcą własnych reguł. To nie było w jego stylu. To
naprawdę nie było w jego stylu.
A wszystko przez tę feralną noc jakiś czas temu.
Jeden lokal, dwóch typów, trzecia nad ranem, cztery powody do narzekań i o pięć kolejek za dużo.
Francis obwiniał siebie z tamtej nocy niemożebnie: że dał się podejść, że dał się zrobić, że dał się
poznać. Od tamtej pory coś się zmieniło, jakaś niewidzialna ściana przesunęła się odrobinę, jakaś cegiełka z muru odpadła, a jakieś drzwi zostały otwarte i Peter Blythe — ten
gnojek Peter Blythe — znalazł się u Gardnera na liście osób, które ten potrafił względnie tolerować. Nie potrafił już na niego patrzeć tak, jak wcześniej. Nie kazał mu już sprawdzać drzwi od drugiej strony i pilnować powietrza za nimi. Nie łapał się też więcej na tym, że z tyłu głowy odczuwa tę irytującą potrzebę testowania granic Blythe’a i przesuwania ich, żeby sprawdzić, jak wiele jest on w stanie znieść, zanim pęknie. Wcześniej tłumaczył sobie takie potrzeby dbaniem o dobro siostry, ale gdzieś podświadomie wiedział, że za jego pierwotną niechęcią do Petera od początku kryło się coś więcej. Jakaś część Gardnera gardziła bogactwem, w którym chłopak się wychowywał i bańką, w której żył. Inna żerowała w najlepsze na paranoi i grała na sceptyzmie starego detektywa. Ta najmniejsza — do której nigdy na głos by się nie przyznał — zwyczajnie nie wierzyła, że
ktokolwiek jest w ogóle warty Wendy i jej wielkiego serca.
Ale teraz Gardner siedział tu, w zachodniej części śródmieścia i żarł kebaba z tym samym Peterem Blythem, który uczepił się jego siostry, jak rzep psiego ogona i wcale nie sprawdzał na nim sztuczek, których uczono w Quantico. Francis sam nie do końca wierzył, że potrafił przy nim wrzucić na luz; że ściągnął łańcuch, opuścił swoją budę i zrzucił tożsamość psa obronnego, pozwalając sobie na
wolne. Skutecznie — i gorliwie — uciszał sumienie argumentem, że to przecież tylko na chwilę.
Bo faktycznie, takie wyjścia zwykle nie trwały ciągiem kilkunastu godzin, nie powtarzały się co dobę i chociaż były to niewątpliwie interakcje prawdziwie społeczne, to też nie zawsze wyglądały, jak tradycyjnie szablonowe kontakty międzyludzkie. Może dlatego było mu łatwiej, bo mogli nie zamienić ze sobą ani słowa i siedzieć w ciszy przez całe spotkanie, ewentualnie wymieniając się wrażeniami dotyczącymi żarcia, a potem pożegnać się, wrócić do własnego życia i tempa dnia powszedniego, jak gdyby nigdy nic? A może dlatego, że to już był swoisty rytuał i jakiś czas później któryś z nich rzucał w smsie kolejny adres i godzinę.
Jakby nie było, na szczęście dla introwertycznego
ja Gardnera, wszystkie spotkania w końcu się kończyły. I tak było tym razem. Kiedy Blythe wstał ze swojego miejsca i pomachał mu na pożegnanie, oddalając się w kierunku taksówki, Francis skinął mu łbem i sam zaczął powoli się zbierać. Właśnie wtedy jego oczy zatrzymały się na drugiej stronie ulicy, na lśniącym obiekcie i aż się zatrzymał w pół ruchu, z kluczykami do motocykla w łapie. No nie. Nie mógł tak odejść. Nie, kiedy te kilka kroków od niego kawałek tiramisu stał na ekspozycji i łapał światło jarzeniówek z półki nad nim.
Przełknął głośno ślinę. Cukier po podwójnym mieszanym mięsie wjechałby, jak złoto. Nagle całe zmęczenie z niego uszło i już chował kluczyki z powrotem do kieszeni, już robił pierwszy krok, kiedy... coś na niego wpadło. Też było lśniące, też pachniało słodko, ale niewątpliwie nie było to tiramisu. Tiramisu by go nie przytuliło. Tiramisu by tak na niego nie patrzyło. Nim się zorientował, wertował kobietę niebieskim spojrzeniem, rzucając milion pytań bez wypowiadania ani jednego. I zupełnie tak samo nagle, jak ona się zmaterializowała, tak samo nagle jasne stało się, czemu się zmaterializowała.
Pomóż mi, proszę.
Nie dała mu odpowiedzieć. Gardner zdusił w sobie zaskoczenie i jego łapska wreszcie opadły na jej talię, by jedna z nich ostatecznie przesunęła się po jej sukience. Czuł pod skórą cekiny na materiale, czuł jak napięta stała i miał jedynie nadzieję, że sam nie wyglądał jak android o mechanicznych ruchach, gdy objął ją w pasie i przyciągnął bliżej do siebie. Był detektywem, potrafił działać pod presją i w niecodziennych warunkach, ale był też sobą — bliski kontakt fizyczny z zaskoczenia zawsze przepalał mu jakieś styki, wyciągając na wierzch braki z przeszłości. Nim jednak zdążył sobie o tym na dobre przypomnieć, Panna Cekinek przerwała pocałunek, a on gotów był ją puścić, okazując wszelkie gentlemańskie nawyki, o które nie posądziłby go prawdopodobnie nikt bliski.
Tyle, że ona się wcale nie odsunęła.
Gardner przesunął spojrzenie za nią, na drugą stronę ulicy, na ten wymarzony i teraz tak bardzo nieosiągalny kawałek tiramisu, a potem na faceta w kapturze, który zastygł w półcieniu, trochę pod latarnią, trochę za. Nie widział jego twarzy i nie mógłby jej zobaczyć nawet, gdyby chciał, co wywołało mimowolne ściągnięcie brwi — może dla tego typa wyglądało to bardziej jak niezadowolenia gościa, który właśnie odkrywa, że inny łaził za jego dziewczyną.
—
Mhm — odpowiedział jej, jedną kwestią załatwiając odpowiedź na jej pytanie i komentując wymówkę wymieszaną z przeprosinami. Skoro się tym razem odsuwała, zsunął dłoń z jej łopatek; druga wciąż tkwiła tuż nad jej biodrem, we wcięciu talii. Zerknął za to na nią i dopiero teraz zorientował się, jak wysoka była i jak wygodne było to, że nie musiał nadwyrężać karku, żeby na kogoś spojrzeć. Jeszcze raz, na ułamek sekundy, wrócił ślepiami do zakapturzonego, który dalej stał tam, jak stał wcześniej. —
I chyba nigdzie się nie wybiera.
Nie był typem romantyka. Nie był wybawcą dam w opałach, przynajmniej nie w czasie prywatnym. Nie był też typem, który znał się na społecznych konwenansach i na tym, co wypada a co nie. Ale była noc, środek tej rozrywkowej części miasta i coś mu podpowiadało, że obściskująca się para to mogłoby być za mało, żeby kogoś przegonić.
—
Natrętny były? — rzucił w końcu, wolną ręką sięgając do jej twarzy. Najdelikatniej jak potrafił — a
chyba potrafił nieźle — odgarnął kosmyki jej włosów z czoła i skroni, wyobrażając sobie, że właśnie takimi gestami wymieniają się zakochani. Patrzył jej przy tym w oczy, próbując wyczytać to, czego za to nie chciała powiedzieć. To, że ją śledził, to już wiedział. Ale kim był? Czy go znała? Kojarzyła? Czy był typem z klubu, który wypił za dużo i ubzdurał sobie, że ją poderwie, a potem nie zrozumiał
nie? Czy było za tym coś więcej, niż urażona odmową duma? Miał broń? Jaką? W międzyczasie jego łapsko zatrzymało się gdzieś przy jej żuchwie, a kciuk zgarnął z jej kości policzkowej okruszek brokatu.
Peach J. Pepper