-
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Nie potrafił wyjaśnić kumplom, czemu wtedy wrócił taki z siebie zadowolony, niemniej piękna ciemnowłosa niezaprzeczalnie poprawiła mu humor, jednocześnie dając mu nowej energii do dalszej zabawy. Jego odprężenie i spokój również częściowo przełożyły się na dalsze sukcesy w pracy.
Półtora miesiąca później Lucien nadal był w swoim żywiole. Zdobywanie miejsc na podium na międzynarodowych wyjazdach, spotkania ze sponsorami i mediami, sesja zdjęciowa promująca jego ulubione zegarki, kolejne wybijające markę Mercedesa w sprzedaży merchu i nowych modeli aut. Wszystko szło zgodnie z jego planem. Miał talent, pieniądze, kontrolował swoją karierę, którą mógł kontynuować niezagrożony swoją pozycją w firmie. Wydawało się, że nic nie mogło przerwać jego dobrej passy.
Obecnie całkowicie skupiał się na swoich obowiązkach. Po ostatnim wyścigu w Europie i zajęciu drugiego miejsca miał kilka dni na przygotowania, zanim ruszy do USA. Nie mogło więc obejść się bez treningu na pobliskim torze.
Ten dzień był długi i intensywny pod kątem testów auta i analizy danych. Na ostatnich okrążeniach dawał z siebie wszystko, by wykręcić jak najlepszy czas, biorąc pod uwagę nowe ulepszenia, a zadowolony z wyników, w końcu udał się do szatni. Zmęczony, ale w pełni usatysfakcjonowany z pracowitego dnia, miał ochotę już tylko na długi prysznic.
Był w trakcie rozsuwania swojego czarnego uniformu, kiedy nagle usłyszał otwierane drzwi.
— Daj mi chwilę, Johnny, ogarnę się i wrócę na briefing, okej? — westchnął, spoglądając przez ramię, dopiero wtedy orientując się, że do pomieszczenia nie wszedł jego menadżer, tylko… jakaś dziewczyna.
Odwrócił się w jej stronę z rozsuniętym kombinezonem i ściągnął brwi, dopiero po kilku sekundach orientując się, że to pewna znajoma-nieznajoma.
— Co Ty tutaj robisz? — zapytał z zaskoczeniem pomieszanym z ostrożnością. To mu jednak nie przeszkodziło w tym, żeby kontynuować ściąganie z siebie kombinezonu, którego górna część opadła mu na biodra, ukazując obcisłą koszulkę termoaktywną. — Nie mam teraz zbyt wiele czasu na rozmowy — zauważył z mieszanymi uczuciami, zsuwając z bioder uniform i usiadł na ławce, żeby całkiem pozbyć się zewnętrznej części ubrania, ostatecznie pozostając w samej bieliźnie.
Zachodził przy tym w głowę, co ona od niego chciała. Czy była jakąś psychofanką? Bo tego chyba nie można było nazwać przypadkiem. Spojrzał na nią z oczekiwaniem i nieznacznym napięciem, nie wiedząc, czego powinien się spodziewać.
Zoya Weasley
-
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Problem zaczął się w momencie, w którym zauważyła, że nie miesiączkowała. Początkowo zrzuciła to na stres spowodowany licznymi zajęciami, co rzutowało na jej ogólny nastrój, jednak po upływie kolejnych dni i dziwnych, porannych nudnościach pobiegła do apteki po t e s t. Zapobiegawczo kupiła nawet dwa, które, zgodnie z zaleceniami producenta, wykonała następnego ranka.
Wtedy również zwymiotowała, widząc na pierwszym teście dwie kreski. Przy drugim zakręciło się jej w głowie i musiała przysiąść na desce klozetowej, aby nie upaść. Ręce drżały jej ze zdenerwowania, a w oczach zebrały się łzy, kiedy żarliwie wpatrując się w obie plakietki, liczyła, że wynik ulegnie zmianie.
Ten jednak pozostał niewzruszony na dramat, jaki spadł na ramiona Zoi.
I wówczas w jej głowie zapanował chaos. Niezliczone myśli rozlały się po umyśle, jedne głośniejsze i głupsze od drugich. Trybiki w głowie Zoi ruszyły pełną parą, kiedy usiłowała dojść do tego, jak w ogóle do tego doszło. Wówczas znowu wróciła myślami do, o zgrozo, nieszczęsnego seksu w alejce i aż przygryzła ze złości wargę, wspominając tamtą upojną chwilę.
— Pieprzony dupek! — wrzasnęła. — Cholerny kretyn! — Wyszła z toalety z trzaskiem drzwi. Kotłowało się w niej tyle emocji, że w pierwszej chwili całą winą obarczyła Luciena. Dopiero kilka godzin później, leżąc w łóżku z kubkiem herbaty, po morzu wylanych łez, również samą siebie nazwała i d i o t k ą.
Kolejne dni upływały pod znakiem niepewności. Zoya usiłowała dostać się do ginekologa, ale ci byli zatrważająco oblegani w całym Toronto. Musiała poczekać trzy tygodnie.
Dwoiła się i troiła, aby odnaleźć k o c h a n k a, jednak ani razu nie spotkała go w klubie. Próbowała pytać, ale zważywszy na to, że niewiele mogła o nim powiedzieć, barmani nie potrafili pomóc.
W końcu, pod koniec tygodnia, czekając na autobus, zobaczyła na przystanku reklamę zegarków, na której, o zgrozo, widniała twarz nieznajomego. Zoya stanęła przed billboardem i z szeroko otwartymi oczami oraz rozchylonymi ustami przyglądała się perlistemu uśmiechowi Luciena Spencer. Zachęcał on do zakupu absurdalnie drogiego Rolexa.
Czy mogła mieć większego pecha?
Do wtorku robiła research na jego temat. Przeglądała informacje w wyszukiwarkach, obejrzała parę wywiadów i zapisała się na facebooku do jakiejś grupki psychofanek. Tam dowiedziała się, że mężczyzna miał treningi w Toronto, więc czym prędzej postanowiła go odwiedzić.
Usiadła na trybunach, jak najbliżej toru, chociaż wokół znajdowało się kilka grupek kobiet, które wesoło plotkowały na temat kierowcy. Zoya spojrzała na nie z pobłażliwością, po czym skupiła się głównie na sportowym aucie. Z zatrważającą prędkością pokonywało ono kolejne okrążenia.
— Jakiś wariat — rzucała co jakiś czas i, zgorszona tempem jazdy, cmokała nerwowo. Sama osobiście najbezpieczniej czuła się w siodle i na rowerze. Owszem, potrafiła prowadzić samochód, jednak przestrzegała wszystkich przepisów, a czasami nawet jechała wolniej niż wymagały tego znaki.
Na ławce spędziła dobrą godzinę, zanim trening Luciena dobiegł końca. Wtedy pośpiesznie zeszła z trybun i... niczym rasowa psychofanka odnalazła szatnię kierowcy, po czym, pod nieobecność jego wspólnika, który akurat gdzieś sobie wyskoczył, weszła do pomieszczenia.
Zoya nie miała w głowie planu. Ten zmieniał się z minuty na minutę. Idąc w kierunku toru, zamierzała zwyzywać mężczyznę od najgorszych i obarczyć go całą winą. Potem nieco zmiękła i przypomniała sobie, że mimo wszystko tamtego wieczoru oboje chcieli tego samego; cholernego spełnienia.
Teraz kiedy stanęła już przed Spencerem, Zoi całkowicie odebrało mowę.
Przede wszystkim nie spodziewała się tak obojętnego nastawienia. Nie przywitał jej, choć widocznie był zdziwiony tym nagłym spotkaniem. Pomimo tego jednocześnie zaraz wydawał się zupełnie pasywny, bo opieszale zaczął kontynuuować ściąganie kombinezonu.
Więc kiedy Lucien zapytał, co tu robiła, odpowiedziała jedynie westchnieniem. Na moment uciekła spojrzeniem z jego twarzy, która wydawała się zdecydowanie mniej przyjazna, niż tamtej nocy do koszulki termoregulacyjnej. Potem zerknęła jeszcze niżej na ciężki dół stroju i buty.
Postawiła pierwsze kroki w stronę mężczyzny, jednak znowu przystanęła, gdy oświadczył, że nie miał wiele czasu na rozmowę. Wówczas aż zirytowana prychnęła! Chyba mogła się domyślić, co sam o niej pomyślał, a to mimowolnie zdenerwowało Zoyę jeszcze bardziej.
Naprawdę nie chciała znajdować się w tym miejscu.
Naprawdę.
— Niestety musisz znaleźć go dla mnie odrobinę więcej — rzuciła, po raz kolejny przesuwając spojrzenie z twarzy Luciena na jego dobrze zbudowane, półnagie ciało.
Gdyby tylko znajdowali się w innych okolicznościach z pewnością pozwoliłaby sobie popatrzeć na niego dłużej. Teraz jednak dumnie uniosła podbródek i zaciskając palce na pasku torebki, zminimalizowała dzielący ich dystans.
Stanęła pomiędzy szeroko rozstawionymi kolanami mężczyzny. Naprawdę niestosownie blisko, po czym zaczęła nerwowo grzebać w torebce. Gdy znalazła test, natychmiast kucnęła i ostrożnie ułożyła dłoń na jego kolanie.
Najpierw uważnie popatrzyła mu w oczy. Chyba intuicyjnie próbowała odnaleźć w nich coś więcej; jakąś iskrę, która mogłaby dodać jej otuchy. Dopiero potem podetknęła plakietkę pod twarz Luciena, dbając o to, aby dokładnie przyjrzał się dwóm kreskom.
Lucien Spencer
-
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
To opanowanie nie raz uratowało Luciena w groźnych sytuacjach. Zarówno na torze, jak i poza nim, kiedy rozmawiał z mediami o oczekiwaniach przed wyścigami i później podsumowując przebieg wyścigu. Żaden ze wścibskich dziennikarzy nie był w stanie go sprowokować do pokazania przed wszystkimi swoich słabości czy frustracji, kiedy coś nie szło po jego myśli. Opanowanie oznaczało siłę mentalną kierowcy. Nikt ani nic nie mogło wytrącić go z równowagi.
Dystans i chłód, jaki przybrał w momencie ujrzenia Zoi, były jego naturalną tarczą dla tego, co działo się wewnątrz niego. A w jego głowie zapanował istny mętlik. Nie przypuszczał, że jeszcze kiedykolwiek ją spotka. Przyjemne chwile w alejce zdawały się już dawno wyblaknąć w jego wspomnieniach, a jednak bez trudu rozpoznał jej twarz. Tego przenikliwego spojrzenia nie dało się zapomnieć.
Ale tym razem nie wyglądało to na przypadkowe spotkanie. Znalazła go w miejscu, które traktował jak drugi dom i w którym mógł być w stu procentach sobą. W bezpiecznej przestrzeni, do której nikt niepowołany nie powinien mieć dostępu. Jak ona tu się w ogóle dostała?
W jego umyśle pojawiła się jeszcze jedna istotna informacja — skoro tu była, musiała wiedzieć, kim był. A to jednocześnie ułatwiało sprawę i ją utrudniało. Zbyt wielu ludziom dał się wykorzystać i obawiał się, że to, co dostrzegł w niej wtedy, zaraz zostanie przyćmione przykrymi faktami, że była po prostu kolejną fanką, której dał się uwieść.
Najlepszym, co mógł zrobić w tej sytuacji, to postawić na wyuoczone opanowanie. Nie przestał jednak jej obserwować. Zanotował to subtelne westchnienie i badawcze spojrzenie, które przesunęło się po nim niespiesznie. Mimowolnie kącik jego ust nieznacznie drgnął, kiedy przypomniał sobie, jak wtedy powiedział jej, że nie miał nic do ukrycia. I gdy poddała go analizie za pomocą swoich drobnych dłoni. Cholera, chyba nadal by jej na to pozwolił.
Ale romans z psychofanką nie wpisywał się w jego bingo. A ciemnowłosa, tak śmiało nachodząc go w jego szatni i zachowując się nad wyraz podejrzanie, przypominała jedną z tych, które zbyt łatwo nie odpuszczały.
Uniósł nieznacznie brew na żądanie o znalezieniu więcej czasu dla niej. I tak, słowo zażądała było całkowicie adekwatne do tonu głosu i postawy, jaką przyjęła, żeby dowieść swego. Czymkolwiek to było.
— Muszę? — dopytał, nie będąc pewnym, czy rozkazywanie z jej strony mu odpowiadało, czy raczej powinien zacząć się jej obawiać.
W następnej chwili już znajdowała się przy nim. Z tej perspektywy mógł dokładniej przyjrzeć się jej dżinsowym spodenkom podkreślającym jej krągłe biodra i smukłą talię, zgrabnym nogom i wzorzystemu topowi, opinającemu piersi. W innych okolicznościach nie zawahałby się, by sięgnąć po nią swoimi dłońmi i przyciągnąć ją za biodra do siebie, ale widząc, jak nerwowo grzebie w torebce, nie zrobił nic wbrew swojemu rozsądkowi.
Gdy ostatecznie Zoya kucnęła przed nim i oparła się dłonią o jego kolano, zastygł w bezruchu. W jej spojrzeniu dostrzegł mieszaninę emocji, które sprawiły, że mimowolnie złagodniał. Dopiero w momencie, kiedy podetknęła mu pod twarz test, spojrzał na niego, a jego serce aż przystanęło z wrażenia. W jego głowie zaś huknęło jedno wielkie: NIE. To nie mogła być prawda.
— Co to jest? — Z ust Luciena padło ostrożne pytanie. Spojrzał ponownie na Zoyę, chcąc wyczytać z jej twarzy intencje, jakiekolwiek drgnięcie, które świadczyłoby o głupim żarcie. Przy tym kontrolował swój oddech, żeby nie dać po sobie poznać, jak uderzyła go obawa, która nasunęła mu się wraz z ujrzeniem testu. Wiedział, co oznaczały dwie kreski, raczej pytał o to, co to według niej dla niego znaczyło, choć obawiał się najgorszego. — Oczekujesz ode mnie gratulacji? — dopytał zaraz, ściągając przy tym brwi. Łatwiej było mu przyjąć wersję, w której przyszła mu się pochwalić, bo przecież ludzie byli różni, a on nie mógł dać się na nic nabrać.
Zoya Weasley
-
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nabrała głębokiego oddechu, po czym powoli wypuściła powietrze, zanim ponownie spojrzała Lucienowi w oczy. Zanim jednak nawiązała z nim kontakt, mimowolnie przesunęła wzrok po jego bokserkach i nagiej klatce piersiowej. Widok tak obnażonego mężczyzny mocno ją krępował, chociaż nigdy nie miała z tym problemu.
— Jesteś głupi? — prychnęła z ironią i zupełnie odruchowo zacisnęła dłoń na jego kolanie. Zaraz zwinęła palce w pięść, a paznokciami przypadkiem zbyt mocno przesunęła po jego nagiej skórze.
Wszystkie emocje z zatrważającą siłą kotłowały się we wnętrzu Zoi. Miała ochotę zwymiotować z nerwów, ale z całych sił zacisnęła usta i po raz kolejny nabrała naprawdę głębokiego wdechu.
Dopiero wtedy dotarło do niej, że znajdowali się zdecydowanie zbyt blisko. Spojrzenie Luciena zdawało się wypalać dziurę w jej twarzy i drążyć jakiś niezrozumiały, acz ogromny żal po tym, co wydarzyło się półtora miesiąca temu.
Tak bardzo pragnęła cofnąć czas. Niekoniecznie po to, aby zrezygnować z tamtego zbliżenia, ale przynajmniej po to, aby się zabezpieczyć i nie doprowadzić do sytuacji, w której musieli ponownie na siebie patrzeć.
Na kolejne pytanie poderwała się z miejsca i odmaszerowała kilka kroków dalej. Dopiero wtedy odwróciła się gwałtownie w stronę mężczyzny, wciąż wyraźnie spięta.
— Och, tak. — Zaśmiała się sztucznie. Pokręciła głową, po czym rozłożyła ręce w geście bezradności, wpatrując się w mężczyzne z narastającym niedowierzaniem. — Wkradłam się do szatni kierowcy GT tylko po to, aby usłyszeć od niego gratulacje. Naprawdę uważasz, Lionel, że jestem aż tak szalona?
Dopiero gdy ostatnie słowo opuściło usta Zoi, zorientowała się, że pomyliła jego imię. Była jednak zbyt roztrzęsiona, aby to naprostować, więc jedynie nerwowo odwróciła wzrok u zrobiła kilka kolejnych kroczków wzdłuż pomieszczenia. Potem przeczesała dłonią włosy i znowu wypuściła powietrze. Po chwili odwróciła się z powrotem w stronę Luciena i wskazała brodą na test ciążowy, który wciąż trzymał w dłoni.
— Możesz go sobie zatrzymać na pamiątkę. Mam drugi. — rzuciła trochę prześmiewczo, ale chyba wciąż wystarczająco poważnie, aby Lucien zrozumiał, że sprawa była powazna. Wówczas Zoya skrzyżowała ramiona na piersi. — Skoro już chciałeś mi pogratulować... to ja też ci pogratuluję. Gratulacje. Będziesz ojcem.
W tamtej chwili Zoya nie miała jeszcze pojęcia, jak bardzo ta wiadomość wpłynie na życie mężczyzny. Jak skutecznie zburzy spokój i porządek, który tak pieczołowicie wokół siebie zbudował i jak mocno wystawi na próbę jego plany, marzenia i... kontrakty. Dla niej był po prostu człowiekiem; nieodpowiedzialnym, a jednocześnie niebywale przystojnym mężczyzną, z którym tylko raz pozwoliła sobie zgrzeszyć.
Świat widział go jednak zupełnie inaczej. Dla innych Lucien Spencer był gwiazdą. Twarzą Mercedesa i wielu prestiżowych marek.
Zoya wpadła w gówno. Chociaż jeszcze teraz myślała tylko o sobie. O własnym spokoju, o uporządkowanym życiu i planach, które wraz z dwoma kreskami na teście nagle stanęły pod znakiem zapytania.
Daddy
-
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
— Za To Ty jesteś wariatką — skwitował, kręcąc przy tym nieznacznie głową. Nadal z całą swoją śmiałością wpatrywał się w nią, nie wiedząc, czego powinien się po niej spodziewać. Jej przytyk nie zrobił na nim takiego wrażenia, jakiego prawdopodobnie się spodziewała, niemniej z każdą chwilą oddychał coraz głębiej, starannie kontrolując swój oddech.
W międzyczasie trybiki w jego głowie pracowały pełną parą. Nie chciał dopuszczać do siebie myśli o wpadce, ale już samo zachowanie ciemnowłosej sugerowało, że zamierzała się podzielić z nim nowiną. Niekoniecznie dla niego dobrą. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że nie był jedynym mężczyzną na świecie, który znalazł się w takiej sytuacji. I niejednego kobiety chciały sobie dzięki temu owinąć wokół palca. Lucien nie dowierzał, że wplątał się w coś takiego.
Siedział na ławeczce, bezwiednie trzymając test, który mu wręczyła, i obserwował jej nerwowe dreptanie po szatni, a po chwili jej sztuczny śmiech wypełnił pomieszczenie. Widział, jak ta sprawa na nią wpływała, więc jedyne, co mógł zaoferować, to swój własny spokój. Wydawało się to najlepszym wyjściem, biorąc pod uwagę fakt, że jej nerwy automatycznie zaczynały udzielać się także jemu. Ona, oraz ten cholerny test pokazujący dwie kreski, sprawiały, że z trudem zbierał własne myśli. Nawet nie zauważył, kiedy zaczął spinać swoje barki. Lecz w chwili, gdy przekręciła jego imię, prychnął lekko, nie potrafiąc ukryć rozbawienia.
— Tak, sądzę, że tak, bo normalni ludzie nie zakradają się do takich miejsc i nie wymachują nikomu testem przed oczami na dzień dobry. Chyba, że to psychofanki — zauważył, patrząc na nią wymownie, dając jej w ten sposób do zrozumienia, że idealnie pasowała do tego schematu. — Poza tym Lucien — zwrócił jej uwagę po chwili, nie mogąc przemilczeć jej
Gdy wskazała na test, opuścił na niego na chwilę wzrok i mimowolnie się skrzywił. Na szczęście nie mogła słyszeć, jak jego serce tłukło się w piersi. Ale dopiero następne jej słowa całkowicie go zmroziły. Przez kilka sekund wpatrywał się w Zoyę z rozchylonymi wargami, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
Nigdy nie wyobrażał sobie siebie w roli ojca. W tym momencie zależało mu wyłącznie na stale rozwijającej się karierze, w trakcie której nie było miejsca na dziecko. A już z pewnością nie z nieznajomą, z którą spędził przyjemną chwilę, c h w i l ę w ciemnej alejce pod klubem. Kurwa, przemknęło mu przez myśl, gdy przypomniał sobie o braku zabezpieczenia. Jeden jedyny wieczór, kiedy nie myślał o konsekwencjach, a działał.
Teraz konsekwencje uderzały w niego ze zdwojoną siłą, zwiększając jego strach przed tym, jak przez jeden głupi błąd wszystko, na co przez tyle lat pracował, mogło się posypać. Skandal, zawód rodziców, niepokojenie przez media, wieczne pytania o ten incydent, utrata sponsorów i kontraktu. Przez jego głowę w bardzo krótkim czasie przewijały się coraz to mroczniejsze scenariusze.
Nie mógł pozwolić, by teraz zatruły mu umysł. Musiał zachować rozsądek. Odłożył test na bok, po czym wstał z miejsca i podszedł w kierunku ciemnowłosej.
— A skąd masz pewność, że to moje? Może częściej zdarzało Ci się tak wpadać na nieznajomych? — zasugerował z nieco bojowym nastawieniem, zatrzymując się na kilka kroków przed nią. Jego analityczny umysł musiał brać pod uwagę wszystkie okoliczności. Również i tę najbardziej prawdopodobną, jaką była okrutna intryga, w jaką dziewczyna planowała go wplątać.
crazy one
-
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Poza tym Zoya bywała kłótliwa. Wychowana pośród pięciorga braci, musiała nauczyć się radzić sobie w każdej sytuacji, a przede wszystkim dostosować do ich buntowniczej natury.
Niemniej Lucien nazwał ją w a r i a t k ą tylko dlatego, że wkradła mu się do szatni. Nie wiedział jeszcze, że był to najmniejszy problem.
W tamtej chwili Zoya nie doceniała jego opanowania. Pomimo natłoku trudnych informacji i jeszcze trudniejszych emocji naprawdę świetnie sobie radził. Oczywiście w przeciwieństwie do niej. Sama czuła jak to obszerne pomieszczenie z każdą sekundą stawało się ciaśniejse. Dusiła się. Robiło jej się gorąco zarówno od spojrzeń posyłanych w stronę Luciena, jak i od każdego słowa, które przyszło im zamienić.
Usłyszała charakterystyczne, ironiczne prychnięcie, świadczące o tym, że pomyłka z imieniem go rozbawiła. Sama nie była z tego dumna, więc mimowolnie zacisnęła usta i jeszcze przez chwilę trwała w kuckach tuż obok mężczyzny.
— Co, proszę? — oburzyła sie. Tym razem zignorowała wzmiankę o poprawnym brzmieniu jego imienia i jedyne, co mogła mu zaproponować, to spojrzenie, w którym rozbłysło się niedowierzanie i złość. Miał zdecydowanie zbyt wysokie mniemanie o sobie. — Nie jestem żadną psychofanką. Nie jestem nawet normalną fanką, głupku! Wyobraź sobie, typie, że jeszcze kilka dni temu nawet nie wiedziałam kim jestes! — Zdenerwowana nadymała policzki, zanim ostatecznie wstała i odeszła kawałek dalej. — Wal się. Skoro ja musiałam się nagimnastykować, aby dowiedzieć się jak się nazywasz, to teraz ty kombinuj — powiedziała złośliwie, tylko i wyłącznie, aby zrobić mu na przekór, po tym, jak nazwał ją psychofanką.
Nie chciała być tak postrzegana. Nie chciała, aby pomyślał, że celowo zaszła z nim w ciążę tylko dlatego, że był popularny. Z niewiadomych przyczyn to właśnie sprawiło, że poczuła się paskudnie. Z drugiej strony mogła spodziewać się takiej reakcji! W końcu przespała się z wyjątkowo atrakcyjnym i, ku swojemu nieszczęściu, rozpoznawalnym mężczyzną.
Śmiała przypuszczać, że gdyby na jej miejscu znalazły się inne kobiety i miały okazję spotkać Luciena w podobnych okolicznościach, niektóre nie zawahałyby się sfingować całej tej popapranej sytuacji. Nic więc dziwnego, że podejrzewał, że była naciągaczką.
Problem polegał na tym, że była niewinna. Była niewinna, ale wiedziała, że obecnie jej słowa nie miały żadnej siły. Ta świadomość sprawiła, że uderzyła w nią kolejna fala żałości.
Wpatrywała się w Luciena, podczas gdy on przez kilka długich sekund odwzajemniał jej spojrzenie. Miał lekko rozchylone wargi, a jego twarz pozostawała nieodgadniona. Był w szoku, ha, tego akurat była pewna, jednak cała reszta zdradzała wyjątkowo niewiele, dlatego niespokojnie przestąpiła z nogi na nogę.
Ostatecznie naprawdę nie wiedziała, jak powinna się zachować, więc robiła to, co wychodziło jej najlepiej. Była typową Zoyą Weasley. Tą nerwowa i butną. Obrosła ironią byle tylko mu nie pokazać, jak bardzo ta sytuacja ją przerastała.
Uniósłszy dumnie głowę, mocniej splotła ramiona na piersi, gdy Lucien odłożył test i zmniejszył dzielący ich dystans. Nadal miał na sobie jedynie bokserki, więc ze wszystkich sił walczyła z pokusą, aby choć na moment nie zsunąć wzroku na jego nagą klatkę piersiową. Tylko tego jeszcze brakowało, aby pomyślał, że jej się podobał!
Słowa Luciena błyskawicznie zalały Zoyę falą wściekłości. Po raz kolejny przygryzła wnętrze policzka, a chwilę później bez wahania dźgnęła go palcem w pierś.
— Słuchaj, Lionel. — Tym razem celowo użyła niewłaściwego imienia. — Akurat w zeszłym miesiącu napatoczyłeś się tylko ty, więc jestem pewna, że to twoje dziecko.
Mimo wszystko nie zamierzała się wybielać ani udawać kogoś, kim nie była. Lubiła niezobowiązujące przygody i nie widziała w tym niczego złego. Zresztą, no halo, Lucien Spencer sprawiał wrażenie człowieka o bardzo podobnym podejściu do życia, więc tym bardziej nie czuła się winna temu, że zdarzało jej się sypiać z różnymi mężczyznami.
Byłaby głupia, gdyby nagle zaczęła odgrywać przed nim cnotkę.
— A co z tobą? — Ponownie skrzyżowała ramiona na piersi i nie cofając się nawet o krok, nachyliła się w stronę Luciena. Zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem, po czym pogardliwie cmoknęła. — Dużo będziesz miał dzieci z tego roku? — zapytała prześmiewczo, odbijając pałeczkę i jawnie suerując, że też się... puszczał.
To wszystko nie było żadną intrygą, o którą Lucien podejrzewał Zoyę.
To wszystko było konsekwencją tego, że oboje zachowali się jak nieodpowiedzialni gówniarze.
LIONEL Spencer
-
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Z drugiej strony świadomość, że to wrażenie nie miało nic wspólnego z rzeczywistością, budziło rozczarowanie. Lucien musiał się więc upewnić, co tu się w ogóle działo, kim ona była i czego od niego chciała. Nawet, jeśli miało to potwierdzić wszystkie czające się w nim obawy.
A nic tak nie kryło buzujących w nim emocji, jak maska opanowania i dystansu. Dlatego oburzenie ciemnowłosej przyjął dość spokojnie, ściągając przy tym brwi z pewnym niedowierzaniem.
— A jednak zadałaś sobie trochę trudu, żeby mnie znaleźć — zauważył, bo jak znaleźć typa, którego widziało się dosłownie kilkanaście minut, bez choćby jego imienia? Och, no tak, wiedział, jak. — Chociaż nie, to wcale nie jest takie trudne, bo wystarczy rozejrzeć się po billboardach, czy w socialach — przekrzywił nieco głowę na bok, posyłając jej zuchwałe spojrzenie. Nie był jakąś supergwiazdą jak Cristiano Ronaldo, ale nie tylko ci, którzy interesowali się wyścigami, go rozpoznawali. Pochodził z Toronto, więc sama reprezentacja kraju i miasta na światowych wyścigach sprzyjała zainteresowaniu mediów.
Tym bardziej więc dziewczyna, która kojarzyła go z imprezy, prędzej czy później miała szansę natknąć się na niego ponownie. Swoją drogą nieco krzepiąca wydała mu się myśl, że mimo upływu czasu zapadł jej w pamięć aż tak.
— Nagimnastykować? Proszę Cię, to nie mogło być aż tak trudne. Nie jestem jakimś totalnym randomem – prychnął po raz kolejny, w ten sposób dając wyraz swojemu sceptycyzmowi.
Co do niej nie mógł już mieć tej pewności. Była ładna, a jej charakterystyczny błysk w oku sprawiał, że nie dawała o sobie zapomnieć. Nie potrafiłby przejść obok niej obojętnie. Do tego stopnia, że zapomniał o tym, co było tak cholernie ważne, żeby zapobiec sytuacji, w której się znaleźli.
Na chwilę powiódł wzrokiem za jej wskazującym palcem, którym dźgnęła go lekko w pierś, w pierwszym odruchu chcąc ją przed tym powstrzymać. Jako kierowca zawodowy musiał mieć naprawdę dobry refleks, więc jego ręka instynktownie uniosła się na kilkanaście centymetrów do góry, ale tym razem zatrzymał się w połowie drogi, finalnie ograniczając się wyłącznie do kolejnego pomruku niezadowolenia.
Znowu przekręciła jego imię! Po jej zaciętej minie było widać jej celowość, dlatego sam zacisnął mocniej szczęki i wstrzymał na moment powietrze. To było nieczyste zagranie.
— Bardzo wygodnie się złożyło, Mindy — stwierdził, mianując ją pierwszym lepszym imieniem, które przyszło mu do głowy. — W końcu najlepiej trafić na bogatego łosia, żeby to jemu przypisać pełną odpowiedzialność — uznał, krzywiąc się przy tym w nieco pogardliwym grymasie. Co prawda, zdarzyło mu się naciąć na nieuczciwych ludzi udających przyjaciół, byle tylko zdobyć wejściówki na ważne wydarzenia, wybić się na jego nazwisku albo wykorzystywać jego kontakty do własnych celów, ale chwyt na dziecko zdarzył mu się po raz pierwszy.
Problem polegał na tym, że z każdą chwilą w obecności Zoi zaczynał dostrzegać w tym również swoją winę, choć starał się nadal nie dopuszczać do siebie tych myśli. W głowie przez cały czas powtarzał sobie niczym mantrę, że nie mógł być ojcem. To się nie działo naprawdę.
A mimo to ciemnowłosa stała przy nim, niebezpiecznie blisko, i wpatrywała się w niego hardo, próbując mu wmówić coś zupełnie innego.
— Zwykle potrafię się kontrolować — uniósł wysoko brew do góry i uśmiechnął się kącikiem ust, który nie miał nic wspólnego ze szczerym uśmiechem. Nieznaczna niechęć w jego głosie świadczyła o pewnym wyjątku, który najwyraźniej właśnie miał tego konsekwencje.
Nie puszczał się na prawo i lewo. Nie popełniał głupstw. Dla niego liczyło się tylko jedno — kariera. O niej musiał myśleć przede wszystkim. Westchnął ciężko, nagle zdając sobie sprawę, że potrzebował więcej przestrzeni. Kilka kroków od ciemnowłosej mogło załatwić sprawę.
— W ogóle dlaczego nie wzięłaś pigułki po? — zapytał, odwracając się w końcu, żeby rzucić na nią spojrzeniem. W natłoku myśli nie był w stanie zniwelować cienia krytyki w swoim głosie.
mindy
-
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Naprawdę. Naprawdę nie miała wcześniej pojęcia, kim był Lucien Spencer. Naprawdę nie zwracała uwagi na modeli z reklam czy billboardów. Widaomo, że rzucała na nie okiem, ale nigdy nie zapamiętywała twarzy ludzi występujących na telebimach. Nie znała też wizerunków osób reprezentujących Kanadę w różnych sportach, więc cała ta sytuacja była dla niej po prostu niedorzeczna.
Rozpoznała Luciena dopiero w momencie, w którym desperacko potrzebowała go znaleźć.
— Czy gdybyś był zwykłym randomem, ta rozmowa byłaby łatwiejsza? — zmieniła temat, celowo ignorując jego sceptycyzm. Nie zamierzała wszystkiemu zaprzeczać, skoro i tak nie wykazywał najmniejszej chęci, aby jej uwierzyć. Miała wrażenie, że wszystko działało na jej niekorzyść: od tego niefortunnego zbliżenia do ciąży, poprzez trudności z odkryciem tożsamości Luciena, aż po tę durną, acz konieczną rozmowę.
Po dźgnięciu mężczyznę palcem oraz po ponownym przekręceniu jego imienia, dostrzegła napięcie malujące się na jego twarzy i ledwo powstrzymała uśmieszek wywołany odrobiną satysfakcji. Przynajmniej przez chwilę mogła w dość dziecinny sposób pocieszyć się tym, że w końcu zobaczyła u Luciena większe emocje.
Sama Zoya puściła mimo uszu fakt, że użył nietrafionego imienia. Kłębiło się w niej tyle sprzecznych uczuć, żalu i nerwów, że akurat w tym momencie nie był w stanie jej tym poruszyć.
— Bogatego łosia? — powtórzyła oszołomiona, po raz kolejny nie dowierzając temu, co usłyszała. Odpowiedziała na pogardliwe spojrzenie Luciena równie chłodnym i pełnym złości wzrokiem, po czym odwróciła głowę w stronę okna i oparła dłonie na biodrach.
Znowu potrzebowała chwili, aby poukładać myśli, choć te wirowały niczym tornado i żadna nie przynosiła racjonalnych odpowiedzi.
Miał ją za naciągaczkę. Za zwykłą oszustkę! I to bolało najbardziej, bo Zoya nie miała żadnych argumentów, którymi mogłaby go przekonać, że się mylił. Była, dosłownie, n i k i m. Jakąś randomową, młodą kobietą niefortunnie zestawioną ze sławą Luciena Spencera i najpewniej niebotycznym majątkiem, który zdawał się całkowicie przyćmiewać wiadomość o ciąży.
— Czy ja chociaż raz powiedziałam, że próbuję zrzucić na ciebie całą odpowiedzialność do cholery?! — wrzasnęła tak głośno, że aż sama odniosła wrażenie, że ściany wokół zadrżały. — Przyszłam cię tylko poinformować — dodała tym razem zaskakująco spokojnym tonem.
Nie chciała go wykorzystać. Nigdy nie przezszło to Zoi przez myśl. Chyba podświadomie zamierzała zrobić po prostu to, co uważała za właściwe, czyli po prostu powiedzieć Lucienowi do czego doprowadził ich nieodpowiedzialny seks. Pewnie liczyła, że wspólnie i uczciwie dojdą do jakiegoś porozumienia oraz zastanowią się co powinni zrobić dalej.
Oboje, bo w równym stopniu byli odpowiedzialni za to co się wydarzyło. cholera.
— Dobrze wiedzieć, że pechowo okazałam się wyjątkiem — zakpiła. Doskonale zrozumiała, co miał na myśli, mówiąc „zwykle”. Pomimo tego nie poczuła się w żaden sposób wyróżniona. Słowa Luciena tylko jeszcze bardziej ją przybiły. Ba! Wychodziło na to, że w przeciwieństwie do Spencera, to ona nie potrafiła się kontrolować, więc jeżeli naprawdę był takim człowiekiem, za jakiego zaczęła go uważać, mógł tamtego wieczoru po prostu ją spławić.
Niestety wyglądało na to, że Zoya miała w sobie jakiś śmieszny urok, bo tego nie zrobił!
Pomimo większej przestrzeni Zoya wbrew oczekiwaniom, wcale nie była spokojniejsza. Lucien nadal zaskakiwał ją kolejnymi, wypowiadanymi zdaniami, co wprawiało jej umysł w stan erroru. Ilekroć zabierał głos, spoglądała na niego z piętrzącą się w oczach pretensją.
Również tym razem miała wrażenie, że idealna odpowiedź na jego pytanie nie istniała. Cokolwiek by nie powiedziała, to nadal stałaby w świetle bycia naciągaczką, więc tym bardziej nie zamierzała się z niczym kryć.
— Nie pomyślałam o tym.
Ale Zoya myślała o wszystkim innym. O jego oddechu, który wypuszcał tamtej nocy tuż obok jej ucha, intensywnych pocałunkach i pchnięciach; o tym, jak powiedziała, że była niesamowita i o mimice Luciena, kiedy doznał spełnienia. Najprawdopodobniej nawet nie pamiętała, że się nie zabezpieczyli. Większość innych wspomnień była skrajnie rozmazana.
— Właściwie... — to jesteś dupkiem. — Właściwie... — żałuję, że tu przyszłam. — Gdybym nie była wtedy pijana, to nawet na ciebie bym nie spojrzała — dodała chyba tylko po to, aby podbić swoją samoocenę i fakt, że naprawdę paskudnie czuła się w jego towarzystwie.
Lucien Spencer
-
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Nie miał pewności, dlaczego się nie broniła. Dlaczego nie zaprzeczała temu, o co ją osądzał. Czyżby tak szybko zabrakło jej argumentów? Czy może w ten sposób próbowała wzbudzić w nim litość? A może straciła zapał, bo nie był jednak takim łosiem, za jakiego go wzięła? Te pytania kotłowały się w jego głowie, pozostając bez odpowiedzi.
Po nagłej zmianie przez nią tematu na kilka sekund się zawahał. Nie rozumiał, do czego zmierzała i co właściwie chciała ugrać. Swoim chaotycznym zachowaniem zbijała go z tropu. I choć jakoś przedziwnie zaczynała wzbudzać w nim wyrzuty sumienia, rozsądek krzyczał do niego, że nie mógł dać się zwieść tym jej pięknym, smutnym oczom.
— Może — odparł po chwili zgodnie z pewnym zdezorientowaniem w głosie, marszcząc przy tym brwi. Zwykłemu randomowi nie zależałoby tak na swojej długo kształtowanej pozycji, przeszło mu przez myśl, ale słowa gryzące go w koniuszek języka celowo zignorował. — Ale nie jestem — i nie mogę pozwolić sobie na takie wpadki — dlatego mam znacznie więcej — do stracenia — powodów do wątpliwości — stwierdził w zamian chłodno. Zbyt długo walczył o swoją pozycję i reputację, żeby zaprzepaścić do skandalem. Nie przepadał za robieniem wokół siebie szumu, w tym złym kontekście. Dziecko z przypadkową dziewczyną stanowiło problem.
— Obawiam się, że tak — skrzywił się, przytakując jej słowom. Bogaty łoś był idealną ofiarą intrygi, w którą najwyraźniej próbowała go wplątać. Znów zastanowiło go, czy była zła za to, że nie dawał się jej nabrać, czy za to, że nie wierzył w jej niewinność.
Dopiero jej wrzask sprawił, że na chwilę go kompletnie zamurowało. Wpatrywał się w nią, widząc jak nagły gniew został przytłumiony spokojem, i próbował zrozumieć sens jej słów. W tym samym momencie po raz pierwszy uderzyła go myśl, że może jednak naprawdę była niewinna. Odwrócił na chwilę wzrok i zwilżył nerwowo wargi. Nie, to nie mogło być tylko.
— I czego w takim razie ode mnie oczekujesz? — zapytał rzeczowo, powracając do niej spojrzeniem, starając się za wszelką cenę zachować spokój. Nie lubił błądzić po omacku i nie wiedzieć, na czym stał.
Zdecydowanie bardziej lubił konkrety. Konkretem było szybkie przejście z interesującej rozmowy do seksu bez zobowiązań w uliczce. Prosta transakcja — oboje pragnęli jednego. Jednak to, co działo się obecnie w szatni nie miało najmniejszego sensu. Gorączkowe poszukiwania go, zakradnięcie się do szatni, zaatakowanie go testem — to musiało mieć jakieś logiczne wyjaśnienie. Tylko informacja to było stanowczo za mało jak na jej wysiłki.
— Pechem był wyłącznie brak gumki — wydął wargę rozdrażniony. Tamta noc była zbyt dobra, żeby żałował tamtego zbliżenia. Jedyne, o co w tym momencie pluł sobie w brodę to brak tego przeklętego zabezpieczenia, który mimo wszystko nie pozwalał mu na całkowitą pewność co do zdania ciemnowłosej. Jego cholerny błąd, przez który może przegrać całe swoje życie.
Lucien nie był dupkiem. A przynajmniej starał się nim nie być. Zawsze wydawał się odpowiedzialny, kontrolujący swoje emocje, mówiący wprost, czego potrzebował i na ile mógł sobie pozwolić, biorąc pod uwagę swoją karierę. Zawsze dotrzymywał danego słowa i starał się spełniać oczekiwania innych. Na tych ostatnich czasem zdarzało mu się przejechać, przez co stał się ostrożniejszy w tym, kim się otaczał. Przy Zoi się zapomniał. Raz. Jeden, jedyny.
A ona właśnie stwierdziła, że gdyby nie alkohol w jej żyłach, nie zwróciłaby na niego uwagi. W chwili wypowiedzenia przez nią tych słów, zatrzymał na niej spojrzenie na kilka sekund, próbując nie dać po sobie poznać, jak bardzo to wyznanie uderzyło w jego dumę. Pieprzone kłamstwo.
Nie zastanowił się nad tym, co robił. Wystarczył jeden impuls, żeby znów znalazł się przy niej. Spojrzał w jej niebieskie oczy, które przez różnicę wzrostu musiała zadrzeć nieco do góry, przez co poczuł jej ciepły oddech delikatnie muskający skórę tuż pod obojczykiem. Tylko kilka centymetrów dzieliło ich od siebie i mrowienie w jego palcach zdradzało instynktowną potrzebę ułożenia swoich dłoni na zgrabnych biodrach dziewczyny. Wstrzymał się, tłumacząc sobie w duchu, że przecież chciał tylko jej coś udowodnić.
— Jesteś tego pewna? — zapytał niższym tembrem głosu. Jego nagi, umięśniony tors falował pod wpływem głębokiego oddechu, który kontrolował w oczekiwaniu na jej odpowiedź. Mimowolnie jego wzrok przesunął się niżej, na jej pełne usta.
A wtedy otworzyły się drzwi.
— Luke, długo… co tu się dzieje? — Zaskoczony i zaniepokojony Johnny przystanął w progu, spoglądając to na Luciena to na ciemnowłosą. — Co Ty tutaj robisz? Nieupoważnionym nie wolno tu przebywać.
Spencerowi załomotało serce i stanął w bezruchu, a przez jego myśl przebiegło tylko — Kurwa. Kurwa, kurwa, kurwa.
Zoya Weasley
-
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Na „może” Luciena odpowiedziała jedynie skinieniem głowy. Tak jak podejrzewała, wszystko byłoby o wiele prostsze, gdyby okazał się kimś z jej świata. Na przykład z tego samego kręgu majątkowego oraz społecznego.
Patrzyła więc na niego z jawnym oburzeniem, usiłując ukryć, że z każdą chwilą robiło jej się coraz bardziej przykro. Nie dość, że niespodziewanie nosiła pod sercem dziecko, co samo w sobie było wystarczająco wielkim szokiem i stresem, to jeszcze miała wrażenie, że Lucien rękami i nogami zapierał się przed przyznaniem do ojcostwa.
Po raz pierwszy tak dobitnie uderzyla w Zoyę świadomość, że kobiety w przeciwieństwie do mężczyzn, często musiały zmagać się w życiu z ciężkimi kłodami.
I idiotami, dodała sobie z goryczą, mimowolnie mierząc Luciena wzrokiem od stóp aż po czubek głowy.
W końcu wybuchła na tyle gwałtownie, że nawet zauważyła, jak mężczyzna na moment znieruchomiał, po czym odwrócił wzrok. Nie planowała tego. Naprawdę, do cholery, nie planowała tego przebiegu całej rozmowy w szatni. Chyba jednak dobrze się stało, bo postawa Luciena przechodziła wszelkie wyobrażenia Zoi i tak czy tak, czymś ją w końcu negatywnie zaskakiwał.
— Chciałam po prostu porozmawiać. O tym, co z tym — tu wskazała na swój brzuch — robimy dalej.
Opcji było kilka, choć tak naprawdę żadna nie przemawiała do Zoi. Nie chciała mieć dziecka. Ba nawet, nie czuła się gotowa, aby zostać m a t k ą. Z drugiej strony wychowała się w tradycyjnej, naprawdę dużej rodzinie, otoczona miłością Acacci i rodzeństwa, więc, choć ta myśl przeszła jej przez głowę, prawdopodobnie nie byłaby w stanie usunąć ciąży. Problem polegał na tym, że obdarzenie potomstwa miłością wymagało również minimalnej dojrzałości. Tymczasem ona i Lucien przepychali się jak dwa osły.
Prychnęła na wzmiankę o gumce. Nie mogła przecież temu zaprzeczyć. Być może jako mężczyzna ponosił większą odpowiedzialność za to, że się nie zabezpieczył, ale ona również była winna. Powinna była go wtedy zatrzymać, ale nie potrafiła! Usta Luciena i jego dłonie były zbyt przekonujące, aby Zoya zdobyła się na jakąkolwiek próbę przerwania.
Teraz jednak na pewno nie spodziewała się, że on podejdzie tak blisko; że świadomie przekroczy tę niepisaną granicę przyzwoitości i sprawi, że oddech Zoi po raz kolejny ugrzęźnie w gardle.
Początkowo zdezorientowana uniosła wzrok, aby odwzajemnić jego spojrzenie. Chwilę później jej oczy pociemniały ze złości, bo domyśliła się do czego zmierzał. Ba, przecież na pewno chciał udowodnić, jak bardzo potrafił na nią zadziałać i to nie tylko w tamtej obskurnej alejce, ale również teraz, kiedy była całkowicie trzeźwa oraz boleśnie świadoma.
Musiała w duchu przyznać, że Lucien robił ogromne wrażenie. Miał przystojną twarz, seksowną zawziętość w źrenicach i fantastycznie umięśnione ciało, którego umiejętności poznała aż nazbyt dobrze. Zoi momentalnie zrobiło się gorąco, jednak ze wszystkich sił starała się zdusić narastającą falę pożądania. Cholera, musiała się opanować!
W końcu przekornie odpowiadając na jego niespodziewany atak, przysunęła się jeszcze bliżej. Na tyle, że nie tylko ich oddechy zderzyły się ze sobą, ale również koniuszki nosów otarły się o siebie. Podobnie jak usta. Przypadkiem, co zaskoczyło samą Zoyę, musnęła dolną wargę Luciena. Nie było w tym jednak żadnego pocałunku.
Przez cały ten czas nie odrywała od niego wzroku, choć z tej odległości utrzymanie spojrzenia wydawało się niestosowne i niewygodne.
— Jestem — odpowiedziała hardo, prosto w wargi Luciena. — Od swoich poprzedników różnisz się tylko tym, że tamci się zabezpieczyli. No i karierą, ale chyba tę możesz wkrótce stracić. Media uwielbiają skandale.
Zoya sama nie wiedziała, dlaczego to powiedziała. Najwyraźniej w ogóle nie panowała nad swoim językiem, a nagbromadzona złość, że ich rozmowa nie przyniosła żadnych rezultatów, pchnęła ją do takiej złośliwości. W rzeczywistości był to żałosny chwyt i... doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
Tak naprawdę nawet nie zamierzała informować nikogo z jego otoczenia o ciąży. Ba, po tym, co wydarzyło się tutaj, coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że własnym bliskim również nie będzie chciała powiedzieć, kto jest ojcem dziecka.
Niestety nie mogła już się wycofać i na całe szczęście właśnie wtedy do szatni wszedł jakiś mężczyzna. Wówczas Zoya odskoczyła od Luciena jak oparzona.
— Właśnie wychodzę. I tak niepotrzebnie tu przyszłam — oznajmiła, najpierw zwracając się do Johnnyego, a potem przenosząc spojrzenie z powrotem na Luciena. Następnie rzeczywiście nerwowo opuściła pomieszenie.
Lucien Spencer