Zoya nie wspominała aż tak intensywnie tamtej nocy, chociaż nie mogła zaprzeczyć, że w swych ruchach nieznajomy był jednym z lepszych kochanków. Pomimo tego prędko powróciła do codzienności, z tygodnia na tydzień myśląc o nim coraz rzadziej. Miała naprawdę mnóstwo zajęć. W gabinecie weterynaryjnym piętrzyło się od wypadków wolno bytujących kotów, a na domiar tego często jeździła do Huntsville, gdzie obiecała pomagać tamtejszym koniom wymagającym fizjoterapii.
Problem zaczął się w momencie, w którym zauważyła, że nie miesiączkowała. Początkowo zrzuciła to na stres spowodowany licznymi zajęciami, co rzutowało na jej ogólny nastrój, jednak po upływie kolejnych dni i dziwnych, porannych nudnościach pobiegła do apteki po t e s t. Zapobiegawczo kupiła nawet dwa, które,
zgodnie z zaleceniami producenta, wykonała następnego ranka.
Wtedy również zwymiotowała, widząc na pierwszym teście dwie kreski. Przy drugim zakręciło się jej w głowie i musiała przysiąść na desce klozetowej, aby nie upaść. Ręce drżały jej ze zdenerwowania, a w oczach zebrały się łzy, kiedy żarliwie wpatrując się w obie plakietki, liczyła, że wynik ulegnie zmianie.
Ten jednak pozostał niewzruszony na dramat, jaki spadł na ramiona Zoi.
I wówczas w jej głowie zapanował chaos. Niezliczone myśli rozlały się po umyśle, jedne głośniejsze i głupsze od drugich. Trybiki w głowie Zoi ruszyły pełną parą, kiedy usiłowała dojść do tego,
jak w ogóle do tego doszło. Wówczas znowu wróciła myślami do, o zgrozo, nieszczęsnego seksu w alejce i aż przygryzła ze złości wargę, wspominając tamtą upojną chwilę.
—
Pieprzony dupek! — wrzasnęła. —
Cholerny kretyn! — Wyszła z toalety z trzaskiem drzwi. Kotłowało się w niej tyle emocji, że w pierwszej chwili całą winą obarczyła Luciena. Dopiero kilka godzin później, leżąc w łóżku z kubkiem herbaty, po morzu wylanych łez, również samą siebie nazwała
i d i o t k ą.
Kolejne dni upływały pod znakiem niepewności. Zoya usiłowała dostać się do ginekologa, ale ci byli zatrważająco oblegani w całym Toronto. Musiała poczekać trzy tygodnie.
Dwoiła się i troiła, aby odnaleźć
k o c h a n k a, jednak ani razu nie spotkała go w klubie. Próbowała pytać, ale zważywszy na to, że niewiele mogła o nim powiedzieć, barmani nie potrafili pomóc.
W końcu, pod koniec tygodnia, czekając na autobus, zobaczyła na przystanku reklamę zegarków, na której, o zgrozo, widniała twarz nieznajomego. Zoya stanęła przed billboardem i z szeroko otwartymi oczami oraz rozchylonymi ustami przyglądała się perlistemu uśmiechowi Luciena Spencer. Zachęcał on do zakupu absurdalnie drogiego Rolexa.
Czy mogła mieć większego pecha?
Do wtorku robiła research na jego temat. Przeglądała informacje w wyszukiwarkach, obejrzała parę wywiadów i zapisała się na facebooku do jakiejś grupki psychofanek. Tam dowiedziała się, że mężczyzna miał treningi w Toronto, więc czym prędzej postanowiła go odwiedzić.
Usiadła na trybunach, jak najbliżej toru, chociaż wokół znajdowało się kilka grupek kobiet, które wesoło plotkowały na temat kierowcy. Zoya spojrzała na nie z pobłażliwością, po czym skupiła się głównie na sportowym aucie. Z zatrważającą prędkością pokonywało ono kolejne okrążenia.
—
Jakiś wariat — rzucała co jakiś czas i, zgorszona tempem jazdy, cmokała nerwowo. Sama osobiście najbezpieczniej czuła się w siodle i na rowerze. Owszem, potrafiła prowadzić samochód, jednak przestrzegała wszystkich przepisów, a czasami nawet jechała wolniej niż wymagały tego znaki.
Na ławce spędziła dobrą godzinę, zanim trening Luciena dobiegł końca. Wtedy pośpiesznie zeszła z trybun i... niczym rasowa psychofanka odnalazła szatnię kierowcy, po czym, pod nieobecność jego wspólnika, który akurat gdzieś sobie wyskoczył, weszła do pomieszczenia.
Zoya nie miała w głowie planu. Ten zmieniał się z minuty na minutę. Idąc w kierunku toru, zamierzała zwyzywać mężczyznę od najgorszych i obarczyć go całą winą. Potem nieco zmiękła i przypomniała sobie, że mimo wszystko tamtego wieczoru oboje chcieli tego samego; cholernego spełnienia.
Teraz kiedy stanęła już przed Spencerem, Zoi całkowicie odebrało mowę.
Przede wszystkim nie spodziewała się tak obojętnego nastawienia. Nie przywitał jej, choć widocznie był zdziwiony tym nagłym spotkaniem. Pomimo tego jednocześnie zaraz wydawał się zupełnie pasywny, bo opieszale zaczął kontynuuować ściąganie kombinezonu.
Więc kiedy Lucien zapytał, co tu robiła, odpowiedziała jedynie westchnieniem. Na moment uciekła spojrzeniem z jego twarzy, która wydawała się zdecydowanie mniej przyjazna, niż tamtej nocy do koszulki termoregulacyjnej. Potem zerknęła jeszcze niżej na ciężki dół stroju i buty.
Postawiła pierwsze kroki w stronę mężczyzny, jednak znowu przystanęła, gdy oświadczył, że nie miał wiele czasu na rozmowę. Wówczas aż zirytowana prychnęła! Chyba mogła się domyślić, co sam o niej pomyślał, a to mimowolnie zdenerwowało Zoyę jeszcze bardziej.
Naprawdę nie chciała znajdować się w tym miejscu.
Naprawdę.
—
Niestety musisz znaleźć go dla mnie odrobinę więcej — rzuciła, po raz kolejny przesuwając spojrzenie z twarzy Luciena na jego dobrze zbudowane, półnagie ciało.
Gdyby tylko znajdowali się w innych okolicznościach z pewnością pozwoliłaby sobie popatrzeć na niego dłużej. Teraz jednak dumnie uniosła podbródek i zaciskając palce na pasku torebki, zminimalizowała dzielący ich dystans.
Stanęła pomiędzy szeroko rozstawionymi kolanami mężczyzny. Naprawdę niestosownie blisko, po czym zaczęła nerwowo grzebać w torebce. Gdy znalazła test, natychmiast kucnęła i ostrożnie ułożyła dłoń na jego kolanie.
Najpierw uważnie popatrzyła mu w oczy. Chyba intuicyjnie próbowała odnaleźć w nich coś więcej; jakąś iskrę, która mogłaby dodać jej otuchy. Dopiero potem podetknęła plakietkę pod twarz Luciena, dbając o to, aby dokładnie przyjrzał się dwóm kreskom.
Lucien Spencer