-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
This damage anymore
To miał być kolejny, zwykły wtorek. Tia.
Albert stał za barem, leniwie polerując szklankę do whisky i nucąc pod nosem I was made for lovin' you, kiedy z zaplecza wyłonił się szef i poprawił nerwowo kołnierzyk koszuli. - Thallman, dziś masz dodatkowe zadanie - rzucił Carol. Nawet nie spojrzał w jego stronę. Wertował coś w dokumentach i ciągle drapał się po na nosie. Nadęty kutafon. - Wdrożysz dziś nową pracowniczkę. Nazywa się Thalia Rosenhall, przejmie wieczorne zmiany w sekcji arcade i będzie ci pomagać na barze, jak będzie tłok. Zajmij się nią - dodał szef. I’m sorry whaaaat?
Szklanka prawie wypadła mu z dłoni i miał wrażenie, że się przesłyszał. Thalia Rosenhall? Dziewczyna jego zmarłego przyjaciela, Christophera? Dziewczyna z czasów szkolnych, którą zapamiętał jako totalnie wyrachowaną sukę, wiecznie mającą coś do powiedzenia i wiecznie stojącą między nim a jego przyjacielem? No, chyba że istniała jeszcze druga Thalia Rosenhall, ale to imię było tak rzadko spotykane, że… - Kogo? - spytał Albert, dalej mając nadzieję, że może źle zrozumiał czy coś, no bo różnie bywało w National at The Well, te wszystkie uderzające o siebie kręgle, pisk maszyn arcade, brzęk naczyń i szklanek… głośno tu było, okej? Szef uniósł brwi, zaskoczony jego pytaniem. - Thalię Rosenhall. Coś nie tak? - odpowiedział i zatrzymał się wpół kroku, bo już miał gdzieś lecieć z tymi frajerskimi papierami. Nie czekając na odpowiedź Alberta, machnął ręką i ruszył dalej przed siebie.
Coś nie tak? To mało powiedziane. Nie zamierzał pracować z żadną Thalią Rosenhall. Suka zabiła jego przyjaciela w tamtym wypadku. Ace rzucił ścierę na blat i ruszył za szefem, bo nie zamierzał dyskutować przez bar. Zamierzał wygarnąć szefowi i kategorycznie odmówić użerania się z Rosenhall. Szedł za szefem, ale on zniknął za filarem i… Albert prawie na niego wpadł, bo Carol zatrzymał się przy maszynach do gier, gdzie tyłem stała jakaś kobieta. - Thalia, to jest Albert, on cię tu wszystkiego nauczy - oznajmił przełożony, po czym poklepał Thallmana po ramieniu i odszedł, zostawiając ich samych. Dziewczyna odwróciła się powoli. O chuj. Gdy ich oczy się zetknęły, Albertowi przeszło pzrez głowę, że zaraz zejdzie na zawał. Wzywajcie karetkę. Io-io-io.
Te same ciemne, migdałowe oczy. Te same pełne usta, które zaledwie kilka dni temu doprowadziły go do szaleństwa na domówce u Sary. Nie no, przecież to była Lia, a nie żadna Thalia Rosenhall. O Boże, o kurwa. Paraliż. Ratunku. Pomocy. Co tu się odkurwiało? Gdzie karetka? Halo?
No i wtedy wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. LIA. Kurwa, LIA, przecież to był idealny skrót od imienia THALIA. Tylko debil by się nie połapał.
Nope. Absurd. Nie ma szans. A jednak była szansa, fuck! Przecież na tamtej imprezie cały czas miał wrażenie, że kogoś mu przypominała. Ten zadziorny uśmieszek, ta bezczelność. Kurwa, to była ona. - Ja pierdolę, no nie wierzę - mruknął pod nosem. Nie mógł uwierzyć, że całował się (i nie tylko) z wrogiem. Wypuścił głośno powietrze i odwrócił się szybko, żeby sprawdzić, czy szef już zniknął z powrotem na zapleczu, no i gdy tylko się o tym fakcie upewnił, przeczesał dłonią rozczochrane włosy i postąpił krok w kierunku Thalii. - Świat jest kurewsko mały, co, Lia? - zagadnął z ironicznym uśmieszkiem. Zlustrował ją od stóp do głów. Był w kurewskim szoku. Otworzył usta, chcąc coś dodać, ale zamiast tego westchnął i machnął ręką. - Rzuć tę pracę, dobra? Dla naszego świętego spokoju. I usuń mój numer - rzucił, po czym zmierzył ją groźnym spojrzeniem, odwrócił się na pięcie i udał się z powrotem za bar, żeby wyczyścić do końca TE JEBANE SZKLANKI, BO JEJ PERFUMY DALEJ SIEDZIAŁY MU W GŁOWIE I ROBIŁY PAPKĘ Z MÓZGU, KURWA JEGO MAĆ!
I am
A little bit insecure
A little unconfident
'Cause you don't understand
I do what I can
ᴛʜᴀʟɪᴀ.
-
i can get real cold when I need you and you don't show up
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
I don't care at all...
Czuła, że może ta cała przeprowadzka do Toronto była jednak o wiele lepszym wyborem, niż jej się na początku wydawało. Odnawiała stare przyjaźnie, wychodziła na imprezy, a do tego poznała zajebistego kolesia, z którym wydawało jej się, że mogła mieć po prostu fun. Nie wyglądał na typa, który angażował się emocjonalnie w jakiekolwiek relacje. I dobrze. Idealnie wręcz, bo ona też wolała, kiedy relacje zostawały tylko i wyłącznie cielesne. Nie ufała swoim uczuciom. Ostatni raz, kiedy pozwoliła sobie poczuć za dużo, wpadła w toksyczny związek, który skończył się tragedią.
Wracając jednak do jej ulubionej karty w thalii, hehe.
Mieli zajebistą chemię. Poza tym, że cholernie dobrze całował, był też zabawny i dało się z nim pogadać. Naprawdę dobrze spędzało jej się z nim czas, a za drugim razem, kiedy się widzieli, przesiedzieli prawie cały wieczór grając w beer pong, całując się gdzieś w kącie salonu... Do teraz czuła przeszywający wzrok Sary z tyłu głowy. Welp.
Dzisiaj miała swoją pierwszą zmianę w National at The Well. Jej psiapsi, Karmi, poleciła ją szefowi, a Thalia nie chciała wykorzystywać braci co pięć minut. Wystarczyło już, że i tak zabierali ją na zakupy przynajmniej raz w tygodniu... Dlatego wzięła drugą pracę, do której miała przychodzić wieczorami. Uśmiechnęła się szeroko do Carola, podpisując umowę, po czym przytaknęła głową, kiedy zaprowadził ją na środek sali pomiędzy automatami do gier i kazał jej chwilę poczekać. Stwierdził, że zaraz przyjdzie chłopak, który wszystko jej pięknie, ładnie pokaże.
Z początku myślała, że może się przesłyszała, kiedy powiedział, że niejaki Thallman będzie dzisiaj z nią na zmianie. T h a l l m a n. Ostatni raz, kiedy słyszała to przeklęte nazwisko, była jeszcze w liceum. Przez jej ciało przeszły ciarki, a włosy prawie stanęły jej dęba, ale zaraz próbowała się uspokoić. No bo kurwa, bez przesady... Na świecie musiało istnieć w chuj dużo ludzi o tym samym nazwisku, prawda? Nie mogła od razu popadać w paranoję. Czekając w arcade i przyglądając się różnym gierkom, zauważyła jakąś przechadzającą się rodzinę i dziewczynę, która wyglądała jak Hannah Montana. Lol? Automatycznie oczywiście jakiś ostatni działający brain cell w głowie Thalii się obudził i zaczęła sobie nucić pod nosem. - I knew you were something special… when you spoke my name… now I can’t wait to see you again…- Dosłownie bujała się lekko do muzyczki, która leciała jej w głowie, kiedy nagle usłyszała głos Carola.
Czekaj. Czekaj, czekaj, czekaj.
Albert?
Albert Thallman?
TEN Albert Thallman?
OCHOLERAJASNABYTOJEGOWZIEŁATONIEMOGLABYĆPRAWDĄDOJASNEJPETRONELKI.
Spięła się cała i odwróciła powoli, a tam stał Ace. Ace to Albert? Ace to Albert Thallman? Jej odwieczny wróg. Ten sam, któremu życzyła zimnej albo ciepłej poduszki do końca życia, w zależności od pory roku. Ten sam, któremu życzyła swędzącej bielizny za każdym razem, kiedy poczułby, że chciałby poruchać. Ta sama gnida, która w liceum robiła wszystko, żeby zrujnować jej reputację, humor, dzień, tydzień, miesiąc i najlepiej całe jej istnienie. Nie no. Czuła, że zbladła na moment. Nawet nie zdążyła zaprotestować, że jednak wolałaby, żeby ktoś inny ją dzisiaj szkolił, bo manager zniknął jak jakiś quicksilver. Był i go nie było. Po prostu rozpłynął się w powietrzu, zostawiając ją samą z największym koszmarem jej nastoletniego życia. I to koszmarem, z którym jeszcze kilka dni temu wymieniała ślinę w kącie salonu.
Jezu.
Zrobiło jej się przez moment niedobrze, kiedy przypomniała sobie, że się z nim całowała. A potem przypomniała sobie, co jeszcze z nim robiła. UGHUHGUHGUGUHG, FUUUJKKAAAA. Przyłożyła dłoń do buzi, wyglądając jak Edward z Twilighta. To był jakiś żart, prawda? Jak mogła być tak głupia? Czemu go nie wystalkowała na social mediach? Przecież mogła sobie wszystko ładnie połączyć. Mogła tu nigdy nie przyjść. Mogła nie wysyłać mu TAKICH ZDJĘĆ.
Boże.
Już miała mu powiedzieć, że idzie do domu, ale wtedy on bezczelnie otworzył tę swoją gębę i próbował się rządzić. Jeszcze kurwa czego! Uniosła brew i parsknęła pod nosem, robiąc krok w jego kierunku. Nie chciała, żeby sobie pomyślał, że w jakikolwiek sposób miał nad nią władzę tylko dlatego, że próbował ją przestraszyć własną osobą. - Kto by pomyślał, że ze wszystkich miejsc na tym świecie będę musiała oglądać akurat tutaj twój brzydki pysk, Ace - rzuciła, krzyżując ramiona na piersi z frustracją. Szkoda tylko, że ten sam brzydki pysk podobał jej się jeszcze pięć minut temu. Złapała powietrze, próbując nie wybuchnąć. Nie. Nie będzie jej mówił, co miała robić. - To ty usuń mój numer! - prychnęła, po czym ruszyła za nim za bar. - I nie będziesz mi mówił, czy mam odejść z tej pracy, czy nie. To moja decyzja. - Zrobiła kilka kroków do przodu, przysuwając się bliżej niego. Pomimo tego, że cholernie nie chciała być blisko, coś ją do niego ciągnęło,- Lepiej wykonaj swoje obowiązki i pokaż mi, co mam robić - dodała, wyciągając dłoń. Chwyciła szklankę, którą właśnie trzymał, po czym zerknęła do góry, prosto w jego niebieskie tęczówki. Te same, które teraz przypominały zachmurzone niebo.
I'm the girl you'd die for
𝖆𝖑𝖇𝖊𝖗𝖙
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
I tear my heart open just to feel
Chwilę wcześniej przyglądał się Thalii Rosenhall z obrzydzeniem wymalowanym na twarzy i nie mógł uwierzyć, że ze wszystkich miejsc na świecie, przeprowadziła się akurat do Toronto i wybrała jego miejsce pracy na swoje miejsce pracy. Dlaczego go to spotkało? - Tylko się nie zakochaj, Rosenhall - rzucił do niej jeszcze przez ramię na komentarz o brzydkim pysku. Normalnie puszczał takie komentarze pomimo uszu i zdziwił się… hm, wewnętrznie, że musiał jej odpyskować jak jakiś szczeniak, ale na razie nie miał czasu się nad tym zastanawiać, więc ta myśl trafiła do szufladki z napisem Later.
Aha, no i oczywiście, że poszła za nim za bar, i oczywiście, że chciała przejąć od niego szklankę, którą akurat wycierał, zanim szef wyszedł z zaplecza. Stanęła blisko niego, dalej czuł oszałamiającą woń jej perfum, spojrzała prosto w jego jasne oczy i… Boże, dlaczego nie mogła być facetem? Wtedy po prostu by jej jebnął. - Tak? Chcesz lekcji? Bardzo, kurwa, chętnie - warknął zamiast tego. Puścił szklankę, którą przez chwilę obydwoje trzymali, przez co pewnie odrobinę się zachwiała. Wytrzymał jej spojrzenie, po czym chwycił w rękę ścierę do wycierania szklanek i cisnął nią w klatkę piersiową dziewczyny. - No to łap, tu wycieramy - uśmiechnął się do niej uprzejmie. Chciała, żeby pokazał jej, co miała robić, tak? No to zaczął pokazywać.
Odepchnął się od kontuaru i ruszył przed siebie, kompletnie nie dbając o to, czy za nim nadążała. - Patrz uważnie, bo nie będę powtarzał, Nowa. Tu nalewamy drinki, tu masz szkło, a tam z tyłu lodówki z lodem - oznajmił, po czym nagle odwrócił się w jej stronę i walnął otwartą dłonią w blat tylko po to, żeby wytrącić ją z równowagi. Taki prezent od przełożonego, o. Dreszczyk emocji zupełnie za darmo. - I popraw dekolt, to może dostaniesz jakiś napiwek - dodał bezczelnie. Oczywiście, że jego wzrok zjechał od jej oczu przez usta, szyję, obojczyki… i zatrzymał się na dekolcie. Był bezczelny? A no był. Był też wściekły i wkurwiony, że przelizał się z laską, której nienawidził. W ogóle jak to się stało, że teraz - po latach - wyglądała zupełnie inaczej niż w szkole? Nie widzieli się przynajmniej... z dziesięć lat. Kiedy zrobiła się z niej taka laska? Zmierzył ją jeszcze raz groźnym spojrzeniem, po czym odwrócił się na pięcie i zaczął prowadzić ją w głąb lokalu. Musiał przestać się rozpraszać. - Tu wydajemy żarcie, a tu żetony. Co jakiś czas trzeba sprawdzić, czy dzieciaki nie rozwalają automatów - dodał szorstko. Znowu rzucił jej szybkie spojrzenie - kurczę, wyglądała ładnie. No ale charakter miała bardzo nieładny, więc wyglądało na to, że musiał… odpuścić. Nic dziwnego, że był taki wściekły. Żałował, że nie odwiedził jej wczoraj w domu… w wiadomym celu.
You shouldn't ever come around
Why don't you just go home?
W końcu dotarli do końca sali. Pociągnął ciężkie, metalowe drzwi prowadzące na zaplecze techniczne torów do kręgli. Weszli w wąski, ciemny korytarz, po czym chwycił Thalię za nadgarstek i pociągnął ją do przodu, bo zaczęło mu się wydawać, że nie miała ochoty tu z nim przebywać, a przecież on jeszcze nie skończył! Najlepsze zostawił na koniec. Zatrzymali się na końcu korytarzyka. Spojrzał na nią z góry, a jego wzrok zjechał na jej usta. - A tu mamy zaplecze kręgli i tu się całujemy - oznajmił, dalej trzymając jej nadgarstek i ani mu się śniło ją puścić. Stali przez chwilę w milczeniu, po czym zaczął nachylać się w stronę brunetki, jakby naprawdę chciał ją pocałować. Nawet przymknął oczy! Znowu czuł zniewalający zapach jej perfum, znów wróciły wspomnienia z tamtej nocy w spiżarni… Chętnie by ją powtórzył, jednak kiedy był już bardzo, bardzo blisko niej, tak, że ich usta prawie się stykały… zatrzymał się i wyprostował. - Wynocha - przerwał ciszę Ace, po czym odwrócił się w kierunku dwójki dzieciaków, która skitrała się za filarem. Chłopak i dziewczyna - w wieku około lat czternastu - ze spuszczonymi głowami wyszli zza filara. Złapali się za ręce i pobiegli w kierunku wyjścia, nawet nie zaszczycając Alberta i Thalii spojrzeniem. W sumie… gdyby on był w takiej sytuacji, pewnie też by mu się nie chciało patrzeć na typa, który przerwał mu randkę. Znowu przeniósł wzrok na Rosenhall, którą przyprowadził tutaj tylko po to, aby zagrać jej na nosie. Nie zamierzał się z nią całować. Zasłużyła sobie za to wredne przywitanie. - Tutaj sprawdzamy, czy dzieciaki się nie całują, bo to ich ulubiona miejscówka - wyjaśnił, w końcu puszczając jej nadgarstek z szatańskim uśmiechem malującym się na twarzy.
Był z siebie dumny, dobra? Ciekawe, czy Rosenhall naprawdę uwierzyła, że planował ją pocałować. Oparł się o ścianę i skrzyżował ręce na piersi. - A teraz na poważnie, Rosenhall. Lepiej się stąd zwolnij, bo przysięgam, że jeśli tutaj zostaniesz, to gorzko tego pożałujesz - powiedział bardzo spokojnie jak na niego, mimo że szczękę miał zaciśniętą. Poza tym należą mu się brawa za fakt, że wypowiedział do niej tyle słów zamiast krótkiego wypierdalaj.
And I left my heart open
But you didn't understand
ᴛʜᴀʟɪᴀ.
-
i can get real cold when I need you and you don't show up
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Spoiler
some kind of psychopathic tendency...
Jedną lekcją, której Thalia Rosenhall nauczyła się w czasach liceum, była wytrwałość. Thallman dał jej możliwość zamienienia skóry, niegdyś podatnej na każdy pocisk, w coś na kształt kamizelki kuloodpornej. Czy on serio myślał, że nadal była tą samą nastoletnią gówniarą co wtedy? Please..... Była teraz dorosłą kobietą, która nie pozwoli sobie wejść tej górze siana na głowę. Uniosła brew, mierząc go spojrzeniem.- Chciałbyś - odpowiedziała głośniej, niż powinna, ale chciała, żeby do niego dotarło, że kwestia zakochania się w nim absolutnie nie wchodziła w grę. Ona miałaby zakochać się w NIM? W swoim odwiecznym wrogu? Przecież on był kurwa niczym Joffrey Baratheon. Nawet gorzej. Szła za nim, wyobrażając sobie jego łeb nabity na jednej z włóczni. Awh. What a beautiful sight. Rozmarzyła się na moment, naprawdę pozwalając sobie nacieszyć się tym pięknym widokiem. No ale dobra, była tutaj w pracy. Musiała wykonywać obowiązki, żeby tej pracy, której i tak jakoś wybitnie nie chciała, nie stracić teraz jeszcze bardziej. Zwłaszcza że nagle pojawił się kolejny powód, żeby jednak zostać.
Irytowanie go swoją obecnością.
Trzymając szklankę, zacisnęła na niej palce szybciej, gdy nagle ją puścił, a po chwili dostała w klatkę ścierą, którą również złapała w ostatniej sekundzie, zanim zdążyła spaść. Posłała mu wkurwione spojrzenie numer sześćdziesiąt siedem. Miała ich dla niego dużo, dobra? Wzięła głęboki oddech, starając się nie przewrócić oczami tak mocno, żeby zostały jej z tyłu głowy, i zaczęła wycierać tę cholerną szklankę. No bo oczywiście, że według niego nie umiała tego robić wcześniej, no nie? Myślała, że już da jej spokój, ale ruszył gwałtownie, więc szybko odłożyła szklankę, wsunęła ścierkę w tylną kieszeń tak, że zwisała za nią, i ruszyła za nim. Podbiegła kawałek, stając za nim i notując w głowie cokolwiek do niej mówił. Rzucał tym wszystkim na jednym oddechu, jakby chciał się upewnić, że może jednak czegoś nie zapamięta. Welp. Miał problem, bo w porannych godzinach pracowała w kancelarii i była pomagierem zboczeńca Patela, więc jej mózg potrafił ogarniać zdecydowanie gorsze rzeczy niż instrukcje od kłębka kurzu z westernu. Ale to już pomińmy. Zapamiętywała wszystko, co mówił, kiedy znowu ją zaskoczył, odwracając się twarzą do niej. Uniosła wzrok i od razu się naburmuszyła, słysząc świństwo wychodzące z jego ust.
Chwyciła ścierkę z tylnej kieszeni, zamachnęła się i strzeliła go nią w ramię. - Już nie masz prawa się tam gapić, oblechu - prychnęła, poprawiając koszulkę ku górze. Za każdym razem, gdy patrzyła na niego albo na jego usta, robiło jej się niedobrze. Jezu, jak mogłam się z nim… SIOFUSDIUFISDIUFISD. Będzie musiała spędzić pół godziny w łazience, szorując język, żeby tylko wyrzucić z siebie jakiekolwiek wspomnienie tego absolutnie najniższego punktu w jej życiu. Rzuciła ścierkę gdzieś na bok i znowu za nim ruszyła, bo oczywiście znalazł się spidi gonzales, który nie potrafił stać w jednym miejscu dłużej niż dwie sekundy. Spojrzała na obiekty, a po chwili na niego,- A jak je naprawić? - zapytała z czystego zaciekawienia. Im szybciej dowie się wszystkiego, co i jak rozwiązać, tym mniej będzie musiała się do niego odzywać.
Marzyła o tym, żeby ta zmiana już się skończyła. Żeby mogła wpaść do pokoju Archiego nieproszona, rzucić się na jego łóżko i powiedzieć mu, jak bardzo nienawidzi tego kurzołapa. Ale oczywiście Thallman musiał jej jeszcze coś pokazać. Weszła za nim do wąskiego korytarza i już miała rzucić jakimś bardzo błyskotliwym komentarzem, kiedy poczuła ścisk na nadgarstku i gwałtowne przyciągnięcie do niego. - Całujemy? - wydusiła z siebie, kompletnie zaskoczona. Nie. Fuj. Nie mogła go pocałować. Ale potem poczuła zapach jego perfum. Ciepło jego ciała. To, jak się do niej przybliżał. Fuuuuuuck. Przez moment, jeden naprawdę żałosny moment, przemknęło jej przez głowę, że może jednak? Kurwa, no przysuwał się. Przymykał oczy. Więc ona zrobiła to samo? Czekała na to magiczne muśnięcie, na ten okropnie znajomy moment, który jej ciało najwidoczniej zapamiętało ich ostatnie zbliżenie lepiej niż własny mózg... kiedy nagle zamiast ciepła jego ust poczuła chłód.
‘’Wynocha.’’
Mrugnęła kilkakrotnie, dopiero wtedy zauważając dzieciaki wybiegające na zewnątrz. Spojrzała na niego sfrustrowana, czując, jak złość zaczyna się w niej gotować. Jak on miał jeszcze tę cholerną czelność sprostowywać coś, co przed chwilą zabrzmiało w zupełnie inny sposób? Tak się chciał bawić? No to kurwa dostanie dokładnie to, o co prosił. Zamachnęła się i uderzyła go pięścią w ramię. - Dupek - rzuciła, odsuwając się od niego. Zacisnęła szczękę, próbując nie pokazać, jak bardzo ją to ruszyło. - Skończ z tymi groźbami, Thallman - powiedziała, po czym zmusiła się do długiego, teatralnego ziewnięcia. - To się robi naprawdę nudne, wiesz? - Uniosła brew i podeszła do niego bliżej. Stanęła przed nim, wyciągnęła dłoń do góry i wplotła palce w jego włosy, by po chwili pociągnąć za nie do tyłu. - Nie myśl sobie, że będziesz mógł mnie dotykać i oczekiwać, że ja nie zrobię tego samego w zamian - powiedziała cicho, zaciskając palce mocniej na jego włosach. - Nie boję się ciebie. - Poluzowała uścisk i posłała mu szeroki, słodki uśmiech. - Dobrze, wracamy do pracy, eh? - Ruszyła w kierunku wyjścia, otwierając te zajebiście ciężkie drzwi i wróciła za bar, jakby nic się nie wydarzyło i wróciła do suszenia tych cholernych szklaneczek, zaciskając palce na ścierce trochę mocniej, niż było trzeba. Już wiedziała, że Ace lubił rzucać randomowymi kartami w jej kierunku z nadzieją, że się podda. Ale chyba nie spodziewał się, że ona, zamiast w rękawie, miała w staniku uno reverse, hehe.
i'd catch a bullet in between my teeth
𝚔𝚞𝚛𝚣𝚘ł𝚊𝚙 ٩(ˋᗣˊ*)و
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
I just keep my head up in the clouds
Minęły dwa tygodnie, odkąd Thalia Rosenhall nie rzuciła tej roboty.
No i właśnie od dwóch tygodni wszystko go niesamowicie wkurwiało. Każdy dzień w pracy był jak chodzenie po polu minowym, bo mimo że się starał, to jego misja pozbycia się jej z National at The Well nie powiodła się. Nawet po oficjalnej rozmowie z Carolem nic nie osiągnął. Naprawdę miał nadzieję, że typ przejrzy na oczy i ją zwolni, a tymczasem nie miał absolutnie żadnych obiekcji co do pracy Thalii, czaicie? Mało tego - on ją chwalił. CHWALIŁ JĄ, KURWA. Pojebane. Świat oficjalnie stanął na głowie i pomylił kierunki.
No i jeszcze te wiadomości, które wymieniali co jakiś czas, nie zapominajmy o wiadomościach! Zupełnie jakby szatan kusił go, żeby jej odpisywał i cieszył mordę do telefonu za każdym razem, gdy do niego napisała, bo to oznaczało, że o nim myślała, mimo że dzisiaj to już totalnie przegięła pałę. A dlaczego? Ano dlatego, że najpierw poprosiła o wolne, a potem wysłała mu selfie. Wysłała mu seksowną, cholernie pociągającą fotkę, na której wyglądała tak dobrze, że prawie telefon wypadł mu z rąk. Wszystko byłoby pięknie i nawet by się nie wkurwił aż tak, gdyby nie kolejna wiadomość.
ZŁY NUMER. For real? Serio, Rosenhall?
Bardziej niż samo zdjęcie wkurwiło go nagłe uczucie zazdrości, gdy zdał sobie sprawę z jej rzekomej pomyłki. Przez jedną, cholernie krótką chwilę miał idiotyczną nadzieję, że to był selfiacz z dedykacją specjalnie dla niego, a świadomość, że chciała wysłać to komuś innemu sprawiła, że miał ochotę komuś przyjebać. I pewnie tylko dlatego, z czystej złości i bezsilności, odpisał jej wtedy, że zgłosi ją za bezpodstawną nieobecność, mimo że nie miał zamiaru tego robić. Nie był przecież kapusiem, heloł.
Eh. Szybko dopadły go wyrzuty sumienia i zrobiło mu się głupio. Postanowił odpuścić, dać jej wolne i mieć święty spokój (na co Thalia już się, oczywiście, nie zgodziła i przyjechała do roboty). Powinien trzymać się od niej z daleka i nie zadawać się z tą laską, kropka. Dlaczego więc mu się aż tak podobała? Przecież to nie miało sensu. Była dziewczyną jego zmarłego przyjaciela, przez którą wydarzyła się tragedia. Chris zmarł, a Thalia przeżyła. Ta dziewczyna nie miała prawa mu się podobać. Powinien nią gardzić i ją nienawidzić, a nie gapić się na jej zdjęcia i czuć zazdrość.
I dlatego wysłał jej kolejne smsy?????

No debil, no. Umówili się po zmianie. Bez sensu. Co on wyprawiał najlepszego? Kurwa jego mać. Robiła mu papkę z mózgu i ni chuja mu się to nie podobało. WTF. A to nie koniec! Gdy tylko zaczął zbliżać się koniec zmiany, zaczął czuć ekscytację, że spotka się z nią sam na sam… A kiedy zdał sobie sprawę z tej ekscytacji, nachmurzył się i kazał jej myć męskie kible, welp.
Honestly, she needs a little lovin'
Fuck it now I'm gettin' off the subject
Gdy wybiła dwudziesta trzecia, bez pośpiechu powycierał ostatnie szklanki, zmył podłogi i zamknął lokal. Co ciekawe - Thalii nigdzie nie było, nawet w męskim kiblu. - Cóż, jej pieprzona strata - mruknął pod nosem. I tak zamierzał się dziś upalić. Wszedł po schodach ewakuacyjnych na samą górę, na dach. Samotność miała ten jeden plus, że nikt nie będzie zadawał mu pytań, na które nie znał odpowiedzi. Ani nikt nie będzie szczuć go seksownym dekoltem. Ani… a, nieważne. Położył się na chłodnym betonie, opierając głowę na ramieniu. Wyciągnął z kieszeni skręconego wcześniej blanta i odpalił go, a potem wlepił wzrok w usiane gwiazdami niebo.
Zaciągnął się mocno i dym wypełnił jego płuca. Wypuścił go powoli w stronę gwiazd. Jebać Thalię Rosenhall. Nawet na blanta nie potrafiła przyjść, zołza.
I just think she needs a little something
Or someone to get into heavy drugs with ᴛʜᴀʟɪᴀ.
-
i can get real cold when I need you and you don't show up
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
blind to what you'll soon become
Los bezczelnie zdecydował zaśmiać się jej w twarz i zrzucić na jej drogę nikogo innego, jak Alberta pieprzonego Thallmana. Chodzącą Chewbaccę, która myślała, że miała jakiekolwiek prawo decydować za nią. Dobre sobie. Im bardziej on jej tam nie chciał, tym bardziej ona chciała tam być. Im bardziej wkurwiała go jej obecność, tym bardziej ona chciała być blisko niego. Im bardziej denerwował go sposób, w jaki myła szklanki, tym…
Upsi. Kolejna się stłukła.
Nie martwiła się jakoś specjalnie żadnymi stratami, bo Carol ją uwielbiał. Wystarczyło tylko, że śmiała się z jego cringe żarcików i skomplementowała kolejną koszulę, która, mogłaby przysiąc, wyglądała zupełnie tak samo jak poprzednia, ale oh well. Starszym mężczyznom nie było wiele potrzeba do szczęścia, no nie? No chyba że chodziło o kuzyna KTOSIA z rodziny Addamsów. Ten to, cholera, od ostatnich dwóch tygodni wyglądał, jakby miał problem z załatwieniem się za każdym razem, gdy na nią patrzył. Like… wyluzuj swoją twarz, for fuck’s sake? Ile można wyglądać, jakby miało się problemy z tymi sprawami? No po prostu samą ją wykręcało, kiedy widziała, jak bardzo potrafił wygiąć swoją twarz w obrzydzeniu, gdy na nią patrzył. A tak poza tym, to nawet nie to wkurwiało ją najbardziej. Najbardziej wkurwiało ją to, jak wysyłał jej sprzeczne sygnały, zwłaszcza jeśli chodziło o wiadomości. Bo mogłaby przysiąc, że z nią...
Ick.
A jeszcze większy ick miała na samą siebie, kiedy dochodziło do niej, że uśmiechała się do telefonu, gdy jej odpisywał. Gdy skomentował jej post na Instagramie. Gdy wysłał jej swoje selfie. I gdy momentami łapała się na tym, że myślała, że był cholernie przystojny i że bardzo chciałaby znowu poczuć jego usta na swoich. DO KURWY JEGO NĘDZY, THALIO ROSENHALL, OGARNIJ SIĘ JUŻ. TERAZ. SZYBKO. No ale anyways, jak już się ogarnęła i stwierdziła, że musi trzymać się od tego mopa z daleka, to oczywiście zgodziła się na blunta na dachu. NO CO? Robiła to dla blunta, a nie dla niego. Taka była… p r a w d a?
Próbowała to sobie wmówić, mkay?
Pracowała naprawdę pilnie tego wieczoru, pomimo tego, że zrujnował jej dzisiejsze nieplany. No dobra, wtedy to po prostu chciała się z nim trochę podroczyć. Tylko troszeczkę. Tak dla sportu, o. Jak już wykonała wszystkie obowiązki to zadowolona patatajkowała w kierunku baru, żeby ogłosić mu, że skończyła na wieczór, a ten nie dość, że ją opierdolił, to jeszcze kazał jej iść spierdalać myć kible. Okay? Fine? Naburmuszyła się, wzdychając teatralnie, obejrzała się, czy nie ma już żadnego klienta, po czym pokazała mu faka i ruszyła w kierunku tych obsranych kibli. Nie no, owinęła sobie szyję apaszką, którą miała przez zmianę, robiąc z niej improwizowaną maskę ochronną, bo jednak jakieś resztki instynktu samozachowawczego posiadała. Walczyła z odruchami wymiotnymi, a z samej złości wyobrażała sobie, że ta szczota do kibla to włosy Thallmana. I jakoś tak czas minął jej szybciej.
Po jakichś czterdziestu minutach heroicznej walki w końcu je wymyła. Ogarnęła wszystko tak, jak miało być, odłożyła sprzęt i nawet nie zameldowała mu, że skończyła, bo nadal była zła, okej? Weszła do damskiej przebieralni i zrzuciła z siebie białą, obcisłą bluzkę, którą miała na sobie, bo spociła się niemiłosiernie podczas zmiany. Podeszła do umywalki, obmyła się szybko, pięknie, z mydełkiem, wypsikała mgiełką i wsunęła na siebie samą bluzę, zapinając zamek.
Wisiał jej blunta.
Chciała się zrelaksować i sprawdzić, czy da się jakoś przebywać w jego towarzystwie bez cichej chęci pozbycia się go z tego zakątka świata. Poza tym, od kilku dni coś siedziało jej na sercu, a on… On wydawał się najlepszym kandydatem. Jakby źle to nie brzmiało. Welp. Poszła do spiżarki, gdzie trzymali snacki, które sprzedawali, wzięła opakowanie czipsów i ruszyła na górę, nucąc pod nosem i fałszując do jakiejś szwedzkiej piosenki. Kiedy otworzyła drzwi, zobaczyła go leżącego już na dachu i palącego. Phi. Nawet nie poczekał. Wygodniś.
Podeszła szybciej i rzuciła cziperkami tak, żeby wylądowały mu na kroczu. Lekkie były, więęęęęc jeszcze MOŻE był płodny, mkay? Nie, żeby to ją obchodziło, ani nic z tych rzeczy... Usiadła obok niego, zerkając na niego kątem oka, po czym wysunęła blunta z jego palców. - Gargamel z ciebie, wiesz? - rzuciła, pstrykając go drugą dłonią w nos. Po chwili położyła się obok niego, przysunęła jointa do ust, objęła go wargami i zaciągnęła się mocno, przytrzymując dym przez chwilę w płucach, zanim wypuściła go powoli w nocne powietrze. Wyciągnęła dłoń z blantem w jego kierunku, patrząc na gwiazdy. Nawet na niego nie spojrzała, tylko wyrzuciła,- Thallman, mam do ciebie sprawę.

-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
you're driving me mad
Leżał sobie na chłodnym betonie, a dym z blanta ulatywał w stronę rozgwieżdżonego nieba. Teoretycznie chciałoby się napisać - czilera, utopia i zero zmartwień, a praktycznie to znowu myślał o Thalii Rosenhall. Znowu, kurwa, o niej, jakby inni ludzie na tym świecie nie istnieli. Typiara niesamowicie działała mu na nerwy i zaledwie jedno jej spojrzenie wystarczało, aby popsuć mu nastrój albo… NIE, NIE MA ALBO. Wkurwiała go i już. I wiecie co? Dobrze, że nie przyszła (mimo że w środku odczuwał nieprzyjemne ukłucie rozczarowania, ale spokojnie, poradzi sobie chłopak). Pewnie stchórzyła albo uznała, że kible są bardziej męczące niż dotrzymanie słowa.
HEH, Thalia Rosenhall i ucieczka przed konfrontacją?
No i wtedy otworzyły się drzwi i usłyszał jej kroki. Jezu, jednak przyszła. Przekręcił teatralnie oczami, mimo że w środeczku, pod tą całą maską obojętności, poczuł ogromną ulgę. PRZYSZŁA. Zołza jednak nie odpuściła darmowego palenia. Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, w powietrzu śmignęło - ŚMIG, ŚMIG, JOŁ, MADAFAKA - małe opakowanie chipsów, które wylądowało na jego kroczu. Ace uniósł wysoko brwi, zamarł na ułamek sekundy i spojrzał na Rosenhall wyjątkowo znacząco, ale kiedy nic sobie z tego nie robiła, leniwym ruchem zgarnął chrupki ze swoich spodni i położył je obok siebie na betonie. No i znowu, zanim zdążył skomentować jej cela, bezczelnie wysunęła jointa prosto z jego palców, na dodatek nazywając go Gargamelem i dając mu pstryczka w nos.
Spojrzał na nią spod byka i zmrużył niebieskie oczy. - Mhm, taaa, a z ciebie złośnica - fuknął pod nosem, prychając. Jezu, ależ to była słaba odzywka, normalnie skisł w środeczku. No ale hola, hola, co tu się wyprawiało właściwie? Przyszła, zaatakowała go, zabrała mu zioło i jeszcze miała czelność go wyzywać? Żenada, prawda? TO DLACZEGO CIESZYŁ SIĘ W DUCHU, ŻE W OGÓLE PRZYSZŁA? Dlaczego uśmiechnął się kącikiem ust i dlaczego nie odrywał od niej wzroku, gdy przykładała tego jebanego blanta do ust i zaciągała się dymem? Ummm, dangerous. DANGEROUS WOMAN. Albo to po prostu on był debilem, idk.
Get me out of here, get me out of here
Kurwa, ten widok, zupełnie NIEPOTRZEBNIE, znowu przypomniał mu o tamtej imprezie i o tym, jak jej usta smakowały pod wpływem alkoholu. Kiedy wyciągnęła dłoń z blantem w jego stronę, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem, przez chwilę tkwił w bezruchu, zanim powoli przejął od niej zielsko. Nastała cisza. Albert przeniósł wzrok z powrotem na niebo, gapiąc się w jakieś konstelacje i inne drogi mleczne, czy tam chuj wie co tam istniało w tych niebiosach. Westchnął i zaciągnął się blantem. - Myślałem, że mnie olałaś - odezwał się, wypuszczając dym w górę. No i kurde… zabrzmiał szczerze. Pierwszy raz, odkąd odkrył prawdziwą tożsamość leżącej obok niego niewiasty, odsunął na bok złośliwości i sarkazm. Proszę o gratulacje, owacje i oklaski. Zaciągnął się jeszcze raz - w głowie myśli powoli zaczynały mu się porządkować, fantastyczne uczucie - po czym podał blanta Thalii.
No i wtedy powiedziała TO, totalnie wyprowadzając go z wewnętrznej równowagi duchowej. Thallman, mam do ciebie sprawę. I znowu nawet na niego nie spojrzała, no zaraz się wkurwi, dlaczego na niego nie patrzyła? Zresztą, heloooł? Thalia miała do niego sprawę? Od kiedy Thalia Rosenhall miała do niego jakiekolwiek sprawy, które nie kończyły się rzucaniem obelg albo tłuczeniem szkła w barze na dole? W jego głowie natychmiast zapaliła się czerwona lampka. Zmarszczył brwi i posłał jej podejrzliwe spojrzenie. Oparł się na boku, podparł głowę na łokciu i zawisł nad nią wzrokiem, jakby chciał sprawdzić, czy sobie z niego nie kpiła. - Jesteś pewna? - rzucił ze zmarszczonymi brwiami, bo dalej mu nie bajglało, że JEJ chodziło o NIEGO i miała ich połączyć SPRAWA.
Kurde, początkowo i tak z automatu chciał odpowiedzieć NIE, pewnie jeszcze wstać, zgasić blanta i kazać jej spadać, w końcu wiedział przecież, kim była, czyją kochającą dziewczynę udawała i jak destrukcyjna potrafiła być, ale coś go, kurwa, tknęło. Coś nie pozwalało mu wstać i kopnąć jej w tyłek. Hmmm… to na pewno była tylko zwykła, cholerna ciekawość, nie? Pierwszy stopień do piekła, tak? To na pewno chodziło tylko o to. Nic więcej.
Na pewno nie o to, że jej los odrobinę go obchodził.
Nope.
Na pewno nie. Lol.
You'll break my heart, take it too far
But I don't care, this isn't fair
𝗋𝗈𝗌𝖾𝗇𝗁𝖾𝗅𝗅
-
i can get real cold when I need you and you don't show up
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
𝙸 𝚠𝚘𝚞𝚕𝚍𝚗'𝚝 𝚠𝚊𝚗𝚝 𝚝𝚘 𝚠𝚊𝚜𝚝𝚎 𝚢𝚘𝚞𝚛 𝚝𝚒𝚖𝚎
Co jak co, ale tchórzem Thalii Rosenhall nie można było nazwać. Nie uciekała od swoich problemów. No chyba, że mówimy o tamtym pierdolonym wypadku i całej hordzie przepełnionych żałobą bliskich oraz przyjaciół Christophera, co finalnie doprowadziło do tego, że musiała zmienić kraj zamieszkania na bliżej nieokreślony termin. Ale to była inna sytuacja, okej? Zupełnie inna. Teraz, z biegiem lat, stając oko w oko ze swoim wrogiem numer jeden, czuła, że była w stanie mu się przeciwstawić. Chociaż napięcie seksualne i to, jak bardzo w ten niewytłumaczalny sposób go pragnęła, kiedy patrzył na nią tymi swoimi lazurowymi oczami, robiło już drugą sprawę. Nie mogła sobie pozwolić na tak trywialne uczucia jak pożądanie albo zainteresowanie tym bearded collie'm, lol.
Gdyby tylko mogła, wydłubałaby mu oczy. Tyle że za każdym razem, gdy nachodziła ją ta dziwna fantazja, dochodziła do wniosku, że zrobiłaby sobie disservice, bo pomimo tego, że go nie cierpiała, nie znosiła z nim pracować, przebywać w jednym pomieszczeniu i dzielić z nim tego samego powietrza, bo miała wrażenie, że było w tym samym momencie skażone, to jednak jego oczy jej się podobały. No trudno. Podobało jej się to, jak minimalnie zmieniały kolor w zależności od światła. Podobało jej się też to, jak jego źrenice reagowały na jej widok, zwężając się albo rozszerzając w zależności od tego, jak bardzo był na nią zdenerwowany. Ah. Denerwowanie go przynosiło jej każdego dnia najwspanialszą p r z y j e m n o ś ć.
𝙱𝚞𝚝 𝚠𝚎 𝚔𝚗𝚘𝚠 𝚒𝚝'𝚜 𝚐𝚘𝚝𝚝𝚊 𝚌𝚑𝚊𝚗𝚐𝚎 𝚜𝚘𝚖𝚎𝚝𝚒𝚖𝚎
Leżąc na plecach i zaciągając się bluntiem, parsknęła tylko śmiechem pod nosem na jego jakże uroczą obelgę. - Cute - wydusiła z siebie, przekazując mu jointa. Nie chciało jej się na razie na niego patrzeć. Dalej gdzieś tam w środku była wkurwiona, że kazał jej myć kible, chociaż zajebiście ciężko pracowała i naprawdę chciała mu pokazać, że dobrze sobie radzi. Pomimo całej tej nienawiści, którą do niego czuła, wewnętrznie chciała chyba poczuć, że był z niej dumny. Że jednak robiła dobrą robotę... że gdyby kiedyś musiał gdzieś wyjść, to mógłby zostawić ją samą ze wszystkim i nie wrócić do płonącego budynku... a co dostała?
Opierdol. I najgorszą robotę.
Wpatrywała się w niebo, gdy ciszę przeciął jego głos. W dalszym ciągu na niego nie patrzyła. - Przecież mówiłam, że będę - odparła, starając się trzymać dłonie przy sobie. Ułożyła je sobie na brzuchu, czekając, aż zobaczy przed sobą rozpalonego jointa. - Dotrzymuję słowa, nawet kiedy mój szefunio wysyła mnie za nic do robienia najgorszej roboty - prychnęła. No musiała mu to wyrzucić... no bo no... gotowało się w niej, okay?? Wysunęła dłoń, chwytając blunta, przy okazji muskając palcami jego palce. Przysunęła go sobie do ust, zaciągnęła się znowu, krótko, zanim wypuściła dymek na zewnątrz - próbowała zebrać w sobie odwagę, żeby zadać mu to jedno pytanie. Choć kolejny raz nie obdarowała jego osoby spojrzeniem. Może ciapkę niekulturalnie, ale nie czuła potrzeby patrzenia w jego kierunku. Jeszcze. Dopiero kiedy podniosła się trochę, wsuwając blunta między usta, spojrzała na niego i zauważyła, jak opierał głowę na ramieniu, wpatrując się w nią.
Dopiero teraz, pierwszy raz tego wieczoru, naprawdę mu się przyjrzała. Cholera. Wyglądał cholernie dobrze. Awh, Thalia, shut the fuck up. Zaciągnęła się znowu, podała mu blunta, a potem nachyliła się bliżej niego. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, wypuściła dym prosto w jego twarz. - Jestem - dodała z uśmiechem, wciąż znajdując się zdecydowanie za blisko jego twarzy. Specjalnie przesunęła głowę tak, że nosem musnęła jego nos. Tylko po to, żeby przypomnieć mu, że jeśli myślał, że będzie siedziała grzecznie i trzymała się w rydzach, to no, był w błędzie, welp. Dopiero po chwili odsunęła się od niego. - Potrzebuję, żebyś był moim chłopakiem przez miesiąc.
NO TO KURWA TEN.
Powiedziała to.
Na głos.
Jezu.
- Jeden miesiąc udawania, że się lubimy. Randki, jakieś głupie zdjęcia, może trzymanie się za ręce, jeśli już naprawdę będziemy musieli cierpieć dla dobra sprawy, a pod koniec sierpnia pójdziesz ze mną na ślub moich znajomych, gdzie mój były będzie prawdopodobnie próbował mnie odzyskać, czego ja w żadnym wypadku nie chcę - wyjaśniła, uciekając spojrzeniem w stronę nieba, zanim znowu zerknęła na niego. - Po tym wszystkim zrobię, co tylko będziesz chciał, i odejdę z pracy. - Uśmiechnęła się do niego szeroko - halo thalia, zachowujesz się jakbyś właśnie nie zaproponowała swojemu największemu wrogowi czegoś absolutnie pojebanego. Położyła się z powrotem na plecach, ale nie wytrzymała długo. Przewróciła się na bok, żeby być do niego zwrócona twarzą, oparła głowę o łokieć, tak jak on, i przysunęła się trochę bliżej. - Tego chcesz prawda??? To co? Mamy deal? - Wiedziała, że w tej kwestii mogły być tylko dwa wyjścia. Pierwsze, powie jej, że ma spierdalać. Hah. Wcale by się nie zdziwiła. Drugie, zgodzi się tylko dlatego, że będzie go kusiła wizja tego, że po wszystkim Thalia w końcu zniknie z jego pracy i życia. A nie, czekaj. Była jeszcze trzecia opcja. Taka, w której Rosenhall rzuci się z budynku, bo teraz, kiedy już to powiedziała i wpatrywała mu się w oczy, poczuła, jak robi się czerwona na twarzy.
𝚂𝚝𝚒𝚕𝚕 𝚋𝚛𝚞𝚒𝚜𝚒𝚗' 𝚏𝚛𝚘𝚖 𝚢𝚘𝚞𝚛
𝚌𝚑𝚊𝚕𝚔 𝚜𝚔𝚒𝚗 𝚋𝚒𝚝𝚎𝚜
𝗉𝗋𝖾𝗍𝖾𝗇𝖽 𝗍𝗈 𝖻𝖾 𝗆𝗂𝗇𝖾 𝖿𝗈𝗋 𝖿𝗂𝗏𝖾 𝗆𝗂𝗇𝗎𝗍𝖾𝗌... 𝗈𝗄𝖺𝗒, 𝗆𝖺𝗒𝖻𝖾 𝖺 𝗆𝗈𝗇𝗍𝗁
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
I'm drowning
You're holding me down and
Holding me down
Prawdopodobnie się powtórzę, ale to zdanie MUSI wybrzmieć ponownie - nie znosił Thalii Rosenhall. Każda sekunda w jej towarzystwie była jak łażenie po potłuczonym szkle. Wkurwiał go nawet fakt, że dzielił z nią to samo powietrze. Zresztą, to wcale nie było takie bezpodstawne, doskonale pamiętał, jak zachowywała się w szkole i jak durna była te… ileś tam lat temu, kiedy jeszcze chodzili do szkoły. A teraz… dlaczego wydawała mu się całkiem inną dziewczyną? To, co się z nią wydarzyło przez ostatnie lata, to był po prostu jakiś grzech. Schudła, nabrała krągłości (kuszących, tak swoją drogą), wylansiła się i nawet zdjęła ten pierdolony aparat na zęby. Dlaczego miał tak potworną słabość do ładnych kobiet?!?!? Jezu, to było niebezpieczne. Cholernie niebezpieczne.
To jednak nie było jeszcze takie najgorsze, bo lubił otaczać się w towarzystwie pięknych dziewczyn, niezależnie od poziomu sympatii. Najgorsze było to, że za nic w świecie nie potrafił zrozumieć, dlaczego ona wciąż z nim pracowała. Na jej miejscu rzuciłby tę robotę w cholerę już pierwszego dnia, serio. Naprawdę te codzienne przytyki, dogryzanie i ciągłe sprzeczki jej odpowiadały? Mało jej było wrażeń w życiu, sama prosiła się o kłopoty, czy po prostu była masochistką? Ech. Chciałby to wiedzieć, do chuja.
Jak wyrzuciła z siebie to lekceważące, ciche CUTE,
No ale Thalia nie byłaby sobą, gdyby nie nachyliła się w jego stronę, nie wypuściła dymu prosto w jego twarz i nie musnęła swoim nosem jego nosa. A, i jeszcze nie byłaby sobą, gdyby nie odpowiedziała na jego pytanie.
Jestem. Oh, shit.
Zamarł z chrupkiem w buzi. Całe jego ciało spięło się w ułamku sekundy. Była tak blisko, że czuł zapach jej perfum i czegoś jeszcze - pewnie płynu do rąk i dezodorantu. Serce zabiło mu szybciej, a w głowie zapaliła się czerwona lampka ostrzegawcza. Jezu, znowu ten dekolt, po co ona się tak do niego nachylała? PATRZ JEJ W OCZY, THALLMAN, DO CHOLERY!
Potrzebuję, żebyś był moim chłopakiem przez miesiąc.
…........
………..............
………...........................
????????????????????????
Serio? Ze wszystkich facetów na tej planecie wybrała akurat JEGO?!
Matko Boska Forumowska. Przez jego DUSZĘ (tak, miał duszę) przetoczyła się cała gama durnych emocji (bo emocje były durne). Od szoku i niedowierzania, przez czystą panikę, aż po dziwny impuls, który rozlał się gdzieś w dole jego brzucha. To było już dla niego za dużo. Była zbyt blisko, a jego granice wytrzymałości… PRZESTAWAŁY ISTNIEĆ. Nie mógł sobie na to pozwolić, nope. Gwałtownie się od niej odsunął, opadł z powrotem plecami na beton i ułożył głowę na ramionach, znów wpatrując się bezmyślnie w niebo. Znaczy - bardzo myślnie, bo gdyby cokolwiek zrobił bezmyślnie, już dawno by ją pocałował. Kurwa. - Jesteś pojebana, Rosenhell - skwitował z pełną buzią, w końcu przeżuwając chrupka.
Zatkało go, okej? Przez chwilę na dachu panowała gęsta cisza, przerywana jedynie chrupaniem Alberta. Przełknął, westchnął ciężko i pokręcił głową. Odsunął się od Thalii o kolejne kilka centymetrów, bo kiedy oparła głowę na łokciu, ich ciała zaczęły niebezpiecznie stykać się ze sobą. Nie mógł teraz pęknąć, no! Nie, kurwa, teraz. Nie teraz, kiedy gapiła się na niego całą swoją seksowną osobą. Znaczyyy co? Thalia Rosenhell go kusiła? Nope. Kpina. ŻARTY JAKIEŚ. W ciszy słuchał jej kolejnych wyjaśnień o ślubie i tak dalej. Idiotka. - Miesiąc udawania twojego chłopaka? Mam z tobą chodzić na randki, trzymać cię za rękę i grać twojego rycerza na białym koniu przed twoim byłym? Nie masz innych znajomych? Chyba cię, kurwa, pojebało - wymamrotał w niebo, uparcie na nią nie patrząc. Thalia chyba spodziewała się takiej odpowiedzi, bo zaraz dodała bardzo solidny argument...
Zrobię, co tylko będziesz chciał, i odejdę z pracy.
Dzyń, dzyń, dzyń, dzyń! Żarówka w umyśle Alberta zmieniła barwę z czerwonej na zieloną, a do niego powoli docierał sens zdania, które przed chwilą wypowiedziała. Wow. Uwolniłby się od niej. Na zawsze. Koniec durnych gierek, koniec rozpraszania go przy barze, koniec aroganckiego uśmiechu co wieczór. To był... kurewsko dobry deal. Cierpieć przez miesiąc i grać w ten jej mały cyrk, żeby potem zniknęła z jego życia raz na zawsze? Poderwał się z ziemi, usiadł po turecku i wlepił w brunetkę intensywne, błękitne spojrzenie. - Zrobisz wszystko, co będę chciał? I po weselu znikniesz stąd na zawsze? Bez żadnych gierek i kręcenia nosem? - upewnił się, bezczelnie wyrywając blanta z jej palców. Zaciągnął się głęboko, nie odrywając od niej spojrzenia i lekko mrużąc oczy. Wypuścił gęstą chmurę dymu prosto w niebo, zupełnie jakby ten dymek miał zapieczętować ich pakt, jak jakaś pieprzona fajka pokoju. Oddał jej blanta, po czym sięgnął do przedniej kieszeni swojej kangurki i wyciągnął stamtąd niewielką butelkę tequili. - Na trzeźwo nie dam rady - skomentował i bez zastanowienia odkręcił zakrętkę, biorąc solidnego łyka prosto z gwinta. Mieszanie ziółka z alkoholem? Zuch chłopak.
Na dachu znowu zapadła cisza. Oho, od tego zielska i alkoholu zaczęło nosić go od środka. Nie wiedział, co ma ze sobą zrobić ani gdzie podziać dłonie, ani jak zachować zimną krew, kiedy ona leżała obok niego taka… czerwona i spięta. Ja pierdolę. Skoro złożyła mu taką propozycję, musiała być kurewsko zdesperowana, co nie? Znów westchnął. Miał zbyt miękkie serce. - Miesiąc. Czas start, zołzo. Mamy deal - wyrzucił z siebie dość oschle, patrząc na nią z góry. Po chwili wyciągnął rękę w jej stronę, żeby przypieczętować ich układ. Miesiąc publicznego migdalenia się na pokaz w zamian za wieczny spoczynek?
Yup.
Chyba właśnie przegrał walkę o własne zasady.
You're killing me slow
So slow, oh-no
I feel like I'm drowning
I'm drowning
𝗋𝗈𝗌𝖾𝗇𝗁𝖾𝗅𝗅
-
i can get real cold when I need you and you don't show up
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
put your spell on me
Czym zasłużyła sobie na to, że z setek tysięcy mężczyzn w tym zasranym Toronto musiał momentalnie spodobać jej się akurat jej odwieczny wróg? Ktoś, komu życzyła jak najgorzej. Pieprzony Mufasa myślał, że jak rzuci jej jakimś rozkazem, to ona będzie robiła wszystko, bo co? Bo był jej przełożonym w pewnym sensie?! No dobra, musiała robić to, co jej kazał, ale nie zmieniało to faktu, że za cholerę jej się to nie podobało. Thalia nie brała rozkazów. Tym bardziej nie od dupka, który myślał, że jak ma edgy przezwisko, ACE, eye roll, ładną buźkę i jakąś tam atrakcyjną aurę wokół siebie, to będzie mógł machnąć paluszkiem, a ona padnie przed nim na kolana i zacznie kłaniać się jak przed jakimś, kurwa, bożkiem.
No wypraszam sobie.
To nie było żadne El Dorado...
Eh.
No i sam fakt, że wysyłał jej swoje zdjęcia, selfiaki albo pisał do niej randomowo, bo chyba mu się kurna nudziło, a potem, kiedy odpisała coś nie tak, rzucał jej karami jak ten pieprzony celnik w shawshank redemption. Jeszcze tylko elektrycznego krzesła brakowało w tym całym salonie gier, w którym pracowali.
Wkurzał ją. Niesamowicie.
Zmarszczyła nos ze złością, gdy z niej zakpił. - jak już, to z Oakville, Hagrid - prychnęła. No co? Nie jej wina, że za każdym razem, gdy na niego patrzyła, do głowy przychodziły jej jakieś włochate postacie z popkultury. Welp. - I dare you. Spróbuj zlecić mi coś takiego, a upewnię się, że umyjesz sobie nią zęby - rzuciła zdenerwowana. Przewróciła oczami, wzdychając głęboko, po czym zamknęła oczy, żeby się uspokoić. Co za tupet. Człowiek się starał, pracował ciężko i serio nie chciał zajść mu za skórę, a ten i tak się przypierdalał. O gówno. Niech się udławi tym chrupkiem, dziad jeden. Otworzyła oczy chwilę później, gdy zobaczyła chrupka tuż przed sobą. No nie ogarniała go. Najpierw rzucał jej jakimś chamskim tekstem, a potem karmił chrupkami? Położyła dłoń na jego nadgarstku, żeby przypadkiem nie zrobił z niej frajerki, po czym przysunęła jego rękę do swojej buzi tak, że zębami chwyciła sam koniuszek chrupka i wsunęła go sobie do ust. Dopiero wtedy puściła jego nadgarstek i chrupnęła pod nosem, wciąż wybitnie niezadowolona. No musiała się odegrać. Dlatego chwilę później wypuściła dym z blunta prosto w jego wkurzająco atrakcyjną buźkę.
you keep me restless
won't stop begging for you
No i ten, powiedziała mu coś, po czym oczywiście wiedziała, że zaraz będzie wyglądał jak duch. Jakby całe życie mignęło mu przed oczami. Jakby planował swój pogrzeb już tu i teraz. I nie, nie było to jestem w ciąży. Tylko pytanie, czy będzie jej chłopakiem. Nie znała tutaj zbyt wielu osób. Archiego nie mogła zapytać, bo był zbyt head over heels za Abby. Dean? Dean pewnie śliniłby się na widok kogokolwiek na tamtym weselu, a poza tym zbyt wiele osób znało kod do jego bokserek. Albert? Był popularny wśród kobiet, zdawała sobie z tego sprawę i prawdopodobnie stałaby się łatwym targetem jakiejś niekontrolowanej zazdrości z ich strony, ale… wydawało jej się, że byłby najlepszą osobą do tej całej szarady. Przewróciła tylko oczami, przyglądając mu się uważnie.
Jezu.
No dobra, wiedziała, że oboje nienawidzili się do szpiku kości. Do takiego stopnia, że pewnie nieraz fantazjowali o swoich śmierciach nawzajem. Jakieś 99 dumbest ways to die czy coś w ten deseń. Ale to, jak zareagował? Wygięła twarz w niesmaku, bo like, wtf? Czy była aż tak okropna? Jesteś pojebana, Rosenhell. Wzięła głęboki wdech i tylko wzruszyła ramionami. - Powiedz mi coś, czego nie wiem - prychnęła, słuchając tego irytującego chrupania. No kurna, Alvin and the chipmunks po prostu. Ale kiedy odsunął się od niej tak, jakby miała jakiegoś syfa, naprawdę zaczęła się denerwować. Próbowała mu wytłumaczyć, po co jej to wszystko, a ten bladł coraz bardziej. Nie no. Great fucking work, Thalia. Niech sobie tam jęczy i krzęczy, ale wiedziała, że przekona go argumentem, że odejdzie. I ten błysk w jego oczach tylko utwierdził ją w przekonaniu, że wcale się nie myliła. Chciała zaciągnąć się znowu, ale nagle zrobił się rozmowny i wyrwał jej jointa, na co tylko uśmiechnęła się pod nosem. - Tak jest. Będziesz mógł powiedzieć mi swoje trzy życzenia, a jak je wykonam, to zniknę. Możesz to uznać za swój wczesny prezent gwiazdkowy. Wiem, że o niczym innym nie marzysz - dodała. No bo taka była prawda, nie?
Zerknęła na jego dłoń i uśmiechnęła się cwaniacko, zaciągając się jeszcze ten ostatni raz bluntem. Wypuściła dym powoli ku górze. - Uważaj, Thallman, bo dla tej zołzy niedługo stracisz głowę - rzuciła pewnie siebie. Pstryknęła wypalonego blunta gdzieś na bok, po czym podniosła się i wysunęła dłoń, jakby zamierzała przypieczętować ich zakład. Tyle że zamiast chwycić jego rękę, zacisnęła palce na jego przedramieniu i gwałtownie przyciągnęła go do siebie. Nie była w przedszkolu, żeby zgadzać się na słowny kontrakt w taki sposób. Wolała zrobić to pocałunkiem. Choć ją brzydził, dobra? To było bardziej dla zasady. Żeby się przyzwyczaił, że przez następne trzydzieści dni należał tylko do niej, a ona do niego.
I just feel like lustin' and touchin',
I'll give you all if it's nothin'
Złączyła ich usta w pocałunku, nie czekając ani chwili dłużej. Od razu go pogłębiła, wsuwając język między jego wargi i oplatając nim jego w początkowo niezdarnym tańcu, by chwilę później wyrównać tempo. Wyprostowała się delikatnie, przesuwając dłoń z jego przedramienia na klatkę piersiową, potem na szyję, aż w końcu wplotła palce w jego włosy. Wydawała z siebie ciche pomruki, bo tak cholernie podobało jej się to, jak zajebiście smakował. Pocałunek miał smak tequili, zioła i kompletnego wariactwa. Z jej strony. Z ich strony. Spodziewała się, że się nie zgodzi. Że ją wyśmieje, zwyzywa, powie jej, że postradała rozum (co swoją drogą się stalo no, ale nie zrobił ostatniego) i odejdzie. Zamiast tego przystał na jej propozycję. Co prawda pod wpływem środków odurzających, ale chyba będzie o tym pamiętał następnego dnia, co nie? Zmarszczyła brwi przez moment, odsuwając się od niego i przerywając pocałunek. - Nie zapomnisz o tym jutro? - zapytała, patrząc mu prosto w oczy. Przysunęła dłoń do jego ust, ścierając kciukiem z nich swoją czerwoną szminkę, która teraz zdobiła jego wargi. - A tak poza tym, skoro od teraz jestem twoją dziewczyną, to zmień mnie w kontaktach, do cholery - prychnęła, posyłając mu groźne spojrzenie. - Kto normalny uwierzy nam, że jesteśmy parą, skoro jestem u ciebie zapisana jako bad bitch, hm? - Uniosła brew. No kurde, pytała go w czysto logistyczny sposób. Poza tym raz zdarzyło jej się zerknąć w jego telefon, kiedy nie odczytał od niej wiadomości i sama domyśliła się, że ta ściera to była ona.
Pathetic.
Wiedziała, że sama będzie musiała zmienić też jego, ale to z czasem. Nie wiedział przecież, jak miała go zapisanego, co nie? No ale anyways, nie odsuwała się od niego. Wpatrywała się w jego oczy, myśląc, że gdyby nie był przyjacielem Christophera, może faktycznie mogłaby porwać się emocjom. Dać się ponieść i pozwolić sobie na coś poważniejszego w jego kierunku. Ale to był Albert Pierdolony Thallman. Piesek. Prawa ręka Chrisa. Co tamten powiedział, ten zaszczekał, aportował i zrobił cokolwiek, czego od niego oczekiwano. Już mieliśmy to oklepane, ale dla przypomnienia… nienawidziła go. Tylko skoro tak bardzo go nienawidziła, to czemu jej ciało tak lgnęło do niego, a usta znowu, zupełnie bezwiednie, zbliżały się do jego ust, łącząc się z nimi w kolejnym pocałunku? Tym razem czułym.
you get me high,
high
my pretend boyfriend?
