-
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am home again
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am whole againnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W teorii zatem miały mniejszą ilość pracy... Zwłaszcza po tym jak Evina przemyślawszy kilka spraw w końcu zaangażowała do współpracy detektyw Lauren Whitehouse, która może i nie była jej wymarzoną partnerką, ale za to posiadała przynajmniej część umiejętności, które były przydatne dla Swanson. Mogła więc powierzyć jej część obowiązków i samej skupić się bardziej na rodzinie. Zwłaszcza, że jednak ostatnio nie było najlepiej między nią i Zaylee. W pewnym momencie nawet poczuła, że za bardzo zbliża się do swoich błędów z przeszłości, które doprowadziły do rozpadu jej poprzedniego małżeństwa, a tego z pewnością nie chciała. Zwłaszcza, że na dobrą sprawę były po ślubie ledwie dwa miesiące.
Formalności związane z adopcją Sama miały się już ku końcowi. Chłopiec praktycznie lada dzień miał zostać oficjalnie ich synem i z nimi zamieszkać. Dlatego też postanowiły zrobić coś dla niego, aby faktycznie poczuł, że ma w domu miejsce wyłącznie dla siebie.
Dawny pokój gościnny, który zajmował dotychczas miał zamienić się w pokój dziecięcy z prawdziwego zdarzenia. Oznaczało to wymianę mebli, a także przemalowanie ścian na przyjemny dla oka niebieski kolor, który na pewno spodoba się dziesięciolatkowi.
Szczęśliwie większość małżeńskich sprzeczek ograniczała się raczej do dyskusji na temat tego, gdzie powinny lepiej postawić biurko, a gdzie miałaby stanąć komoda. Było to na pewno dużo zdrowsze niż skakanie sobie do gardła z powodu toczącego się śledztwa.
- I jak myślisz? - zapytała jeszcze żonę, obrzucając okiem jedną ze świeżo pomalowanych ścian.
Nie widziała nigdzie potencjału na dokonanie poprawek, ale może perfekcjonizm Zaylee sprawi, że jednak znajdzie ona jakieś niedociągnięcia. Na razie jednak wszystko wydawało się w najlepszym porządku. W końcu Evina miała doświadczenie remontowe, które wykorzystywała już wielokrotnie w całym swoim życiu.
Prawdopodobnie właśnie to doświadczenie powinno ją nauczyć tego, że gdy ma się zwierzaki to lepiej było dwukrotnie sprawdzić czy drzwi do malowanego pomieszczenia były zamknięte, aby jakiś pocieszny czarny kocur przypadkiem nie wszedł w korytko, którego dno wciąż było pokryte cienką warstewką farby...
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Przez to wszystko nawet nie zarejestrowała, jak szybko dopełniały się formalności związane z adopcją Sama. Jeszcze niedawno tonęły w stosie dokumentów i uczestniczyły w kolejnych rozmowach, a lada dzień chłopiec miał zamieszkać z nimi na stałe. Jednak w porę zorientowały się, że wypadałoby wyremontować pokój, który przypadnie do gustu dziesięciolatkowi. Młody musiał mieć swoje miejsce. Takie, w którym będzie trzymał swoje rzeczy, odrabiał lekcje i demonstracyjnie trzaskał drzwiami, kiedy matki zaczną działać mu na nerwy.
— Myślę, że już dawno przestaliśmy przypisywać chłopcom kolor niebieski, a w psychologii ten kolor kojarzy się z emocjonalnym chłodem — stwierdziła, przyglądając się pomalowanej ścianie. — Ale wygląda dobrze. Tylko tutaj nie dociągnęłaś — sięgnęła po pędzel i przeciągnęła nim po łączeniu, gdzie został ledwie widoczny, jaśniejszy ślad. Nie byłaby sobą, gdyby się do czegoś nie dojebała. — Myślisz, że Samowi się spodoba? — zerknęła na żonę. O ile jeszcze tydzień temu jego ulubionym kolorem był niebieski, o tyle miesiąc wcześniej wariował na punkcie pomarańczowego. Równie dobrze jutro mógłby stwierdzić, że jednak najbardziej lubi zielony.
Farba, którą wybrały i która dla Swanson była przyjemnym odcieniem, profesjonalnie nazywała się Wiosennym Deszczykiem. Wiosenny, kurwa, deszczyk. Cokolwiek miało to oznaczać. W sklepie powiedzieli im, że dobrze sprawdzi się w niewielkiej sypialni, bo optycznie powiększa przestrzeń. Zaylee to przekonało.
Spuściła wzrok, próbując zetrzeć z dłoni plamę po farbie, kiedy zza jej pleców dobiegło ciche miauknięcie. Odwróciła się gwałtownie i dostrzegła Rademenesa, który najwyraźniej pomylił kuwetę malarską z tą kocią. Miller fuknęła pod nosem, zupełnie jak kot, i przeniosła poirytowane spojrzenie na żonę, choć w jej oczach dało się dostrzec pewne rozbawienie.
— Jak go nie złapiemy, to wszędzie zostawi niebieskie odciski łapek — zauważyła, zresztą całkiem słusznie. Niby i tak czekały je generalne porządki, ale producent zapewniał, że farba jest niezmywalna, więc kiedy zaschnie, ciężko będzie ją potem doszorować. Koronerce kompletnie nie widziało się zeskrobywanie jej paznokciami. Dopiero co wczoraj pomalowała je sobie na czarny jak jej serce kolor.
Evina J. Swanson
-
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am home again
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am whole againnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Młody miał spędzić u nich kolejny weekend, więc chciały go zaskoczyć wykończonym pokojem, który był skrojony pod jego gusta. Wiedziała, że na pewno się ucieszy z tego, że miał swój prawdziwy własny kąt, a nie jedynie pomieszczenie, w którym spał i trzymał swoje rzeczy. Powinien się czuć u nich jak w domu, a zapewnienie mu takiej przestrzeni było istotne dla tego wszystkiego. Potem pewnie i tak wprowadzi tam swoje drobne poprawki przez dodanie kolejnych akcesoriów i elementów wyposażenia. Na to jednak był czas, a Sam na spokojnie będzie mógł się urządzić tam jak tylko będzie chciał.
- Zostawmy może utrwalone stereotypy i jakąś wydumaną psychologię - rzuciła, zerkając w kierunku żony, ale nie wypowiadała tych słów z irytacją, z jaką pewnie zrobiłaby parę dni temu. - Sammy lubi niebieski, a te wszystkie rzeczy ze Star Wars będą dobrze wyglądać na ich tle.
Obie nie były kimś, kto szczególnie przejmowałby się tym, co wydawało się być adekwatne dla chłopców, a co dla dziewczynek. Jeśli Sam oświadczyłby, że lubi różowy to postarałyby się zaaranżować pokój w podobnym odcieniu. Z tym, że trafiły na dosyć typowego chłopca, który lubował się w piłce nożnej, kosmicznych akcjach i strzelankach na konsoli.
- Myślę, że tak. Na razie dostał, co najważniejsze i miejsce do wyeksponowania zabawek, a potem pojedziemy z nim na zakupy jeśli będzie chciał sobie dokupić coś nowego - odpowiedziała, obrzucając uważnym spojrzeniem pokój, do którego jeszcze nie wstawiły kartonów z meblami do złożenia.
Nie zaskoczyło jej w ogóle to, że Miller zdążyła dojrzeć fragment ściany, który został pociągnięty cieńszą warstwą farby. Całe szczęście nie było to nic, czego nie naprawiłby pojedynczy ruch pędzlem.
- No i idealnie - oceniła, podchodząc bliżej, aby objąć koronerkę ramieniem.
Wykonały kawał naprawdę solidnej roboty i już mogły zacząć być z siebie dumne. Szkoda tylko, że pewien mały szkodnik postanowił im to nieco zepsuć o czym świadczyło drobne miauknięcie.
- Wiem o tym - mruknęła, bo specjalnie wybierały farbę, która wedle zapewnień w sklepie budowlanym miała być trwała i idealna do zmywania z niej zabrudzeń.
Żadna z nich nie chciała na kolanach zapieprzać z rozpuszczalnikiem, który mógłby zniszczyć powierzchnię paneli czy czegokolwiek innego, czego dotknąłby się kocur. Wiosenny Deszczyk może i prezentował się cudownie na ścianacj pokoju dziecięcego, ale niekoniecznie chciały go na podłodze i meblach w postaci stempli z kocich łapek ich niesfornego kota.
Ruszyla w kierunku kuwety malarskiej, ale Rad zdążył już wyczuć doskonale jej intencje i z żałosnym miauknięciem wyskoczył ze dwojego mokrego placu zabawy, aby czmychnąć przez uchylone drzwi, które niedomknęły się przez pokrywającą framugę folię.
- Mała cholera... Poleciał na dół! - rzuciła w kierunku małżonki zanim puściła się biegiem do położonego niżej salonu.
Mogły się jedynie modlić o to, że w Rademenesie nie odezwie się teraz ochota na to, aby poskakać po wszystkich meblach.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Czy miała pretensje do Swanson? Oczywiście, że tak. Czy miała zamiar jej wszystko wygarnąć? Nie. To nie miało sensu. Widziała, że żona stara się, żeby wszystko wróciło na właściwe tory, i nie zamierzała skreślać tego przy pierwszym lepszym kryzysie. Gorzej, jeśli sytuacja zacznie się regularnie powtarzać, a one oficjalnie zostaną matkami dziesięcioletniego chłopca. Wtedy wszystko stanie się znacznie bardziej skomplikowane i będą musiały myśleć również o jego szczęściu.
— Pewnie, gdybyśmy zostawiły ściany w takim stanie, w jakim były dotychczas, to i tak byłby zachwycony — stwierdziła, bo istniało spore prawdopodobieństwo, że po prostu za bardzo się starały, a jemu i tak byłoby wszystko jedno. Zwykle cieszył się z małych rzeczy i właściwie ze wszystkiego, co dostawał. Ostatnio nawet usilnie starał się to pokazywać, co chyba miało być zadośćuczynieniem za jego wcześniejsze zachowanie. Przynajmniej Liam wybaczył mu swoje okropne zachowanie i wszystko wskazywało na to, że chłopcy zdołali dojść do porozumienia. Trudno było powiedzieć, czy wyniknie z tego trwała przyjaźń, ale na razie Młody nie robił żadnych głupstw.
— Na tej ścianie zamontujemy dwie półki, na których będzie mógł poustawiać figurki i książki — wskazała głową na pomalowaną na niebiesko ścianę, gdzie miało stanąć łóżko. Biurko natomiast miało mieć swoje miejsce pod oknem. Zaylee uparła się, że to najlepszy układ, bo zależało jej, żeby podczas odrabiania lekcji Sammy miał jak najwięcej naturalnego światła.
Spojrzała dumnie na swoje dzieło. Nie zrobiła właściwie nic. Była jak jebana Katarzyna Dowbor, która w programie Nasz Nowy Dom przychodziła na gotowe i dodawała od siebie jakiś bzdurny kwiatek, oznajmiając, że teraz dopiero wszystko jest gotowe. Ale to nie tak, że Zaylee nie zamierzała się wykazać, okej? Nie bała się pobrudzić. To byłoby naprawdę niezwykła obawa dla kogoś, kto na co dzień babrał się po łokcie w zwłokach.
Mogłaby trwać w objęciu jeszcze długo, gdyby nie kot, który postanowił zrobić sobie rajd po pokoju, a potem wybiegł na korytarz, nie dając się złapać Evinie. Miller jęknęła żałośnie, zupełnie jak Rademenes miaukną chwilę wcześniej.
— Zaraz mnie popierdoli — warknęła pod nosem i ruszyła za zbiegającą po schodach żoną. Radowie oczywiście chciało się skakać po meblach. I to jeszcze jak! Od razu wskoczył na fotel, ale zaraz zmienił swoje położenie, wcierając pobrudzone łapki w oparcie w nowiutką narzutę na kanapie. — Zabiję go. Przysięgam, że powyrywam mu wszystkie kłaki — zagroziła, co oczywiście nijak miało się do prawdy. — Poczekaj — chwyciła Evinę pod ramię, zanim ta zdążyła wykonać jakikolwiek ruch. — Zaczaimy się na niego. Ja pójdę od tyłu, a ty z tej strony — poleciła, opracowując zasadzkę. Co mogło pójść nie tak? Pewnie, kurwa, wszystko.
Evina J. Swanson
-
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am home again
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am whole againnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zdawała sobie sprawę z tego, że nawala. Podobnie jak z tego, że będzie musiała wysłuchać na ten temat przynajmniej kilka ostrych zdań. Na razie jednak na pewno nie był to odpowiedni moment na coś takiego. Głównie dlatego, że miały przed sobą bardzo zadaniowy dzień, w którym miały zorganizowane sporo zadań jeśli faktycznie chciały się ze wszystkim wyrobić.
- Pewnie tak, ale skoro już i tak tu tyle zmieniamy to możemy przy okazji odmalować na świeżo - przyznała, ale chyba przede wszystkim Swanson chciała się wyjątkowo postarać dla ich syna, który na pewno na to zasłużył.
Cóż, może ostatnio niekoniecznie, biorąc pod uwagę całą sprawę z Liamem, ale przynajmniej chłopcy się pogodzili i wydawało się, że już więcej nie będą musiały być wzywane do szkoły w sprawie zachowania Sammy'ego. Przynajmniej obie chciały w to wierzyć. Na razie zaufały młodemu w to, że coś takiego się nie powtórzy i dotychczas faktycznie trzymał się danego im słowa.
- Zaskakujesz mnie, kochanie - stwierdziła, gdy usłyszała o planach odnośnie półek. - Po tobie bardziej spodziewałabym się komentarza typu: a co jeśli się urwą i spadną na niego w nocy?
Może i powiedziała to żartobliwie, ale obie wiedziały jak nadopiekuńcza potrafiła być Zaylee, gdy chodziło o dziewięciolatka i jak czarne scenariusze potrafiła snuć odnośnie zwyczajnego zacięcia papierem. Myślałby kto, że poczuje się komfortowo z myślą, że nad jej synem wisieć będzie długa deska załadowana ciężkimi książkami czy zabawkami.
Dyskusjom odnośnie ustawienia mebli nie było końca. Evina chciała początkowo postawić biurko przy drugiej ścianie. Tak, aby młody miał światło wpadające od prawej strony, a nie miał okno bezpośrednio przed sobą. Uważała, że dzięki temu nie będzie mu tak świeciło w oczy, a dodatkowo nie będzie tak się rozpraszał widokiem zza szyb. Nie dyskutowała jednak dalej. Miały jeszcze czas, aby się nad tym zastanowić, gdy będą skręcały meble.
Już czuły pewne uczucie dumy, a to był dopiero pierwszy etap. Czekała je jeszcze cała reszta związana ze budowaniem tych wszystkich elementów wyposażenia mieszkania, którymi się obkupiły w Ikei. Na to jednak przyjdzie czas, gdy już zażegnają kryzys związany z Rademenesem.
- Poczekaj z tym, aż go złapiemy! - krzyknęła w kierunku żony, która była już na skraju załamania nerwowego.
Evina prawie zabiła się na schodach, zbiegając z nich zdecydowanie w zbyt wielkim pośpiechu. Stopa ześlizgnęła jej się z jednego ze stopni i zjechała o dwa schodki niżej, a gdyby nie nagłe chwycenie za poręcz to mogłoby to się skończyć naprawdę marnie. Mimo wszystko i tak poczuła skutki tego uderzenia w nodze, która zarwała ją mocnym bólem w kolanie, które nieco ponad pół roku temu przeszło skomplikowaną operację.
Coś takiego jednak nie mogło ich powstrzymać. Obie planowały przypuścić atak na tę czarną włochatą bestię, która postanowiła poskakać po meblach. Ile on w ogóle miał tej farby na łapach, że dalej zostawiał niebieskie ślady na wszystkim czego się dotknął?
Zatrzymała się wpół kroku, gdy tylko Zaylee zdradziła jej, że ma plan, kurwa, sprytny. Faktycznie mogły spróbować zajść skubańca z dwóch stron. To wszystko brzmiało sensownie.
- Dobra. Zagoń go do mnie jak pies pasterski - rzuciła w odpowiedzi, ustawiając się w odpowiednim miejscu.
Plan był dobry, ale wykonanie było słabe.
Może i faktycznie Miller udało się kota zagonić w odpowiednim kierunku tak, że ten biegł w kierunku detektywki, która się na niego rzuciła, aby schwytać małego skubańca, ale zdecydowanie nie doceniła kociej zwinności.
Złapała za koci kark. Miała go w swoim uścisku i już miała go podnieść, ale wtedy kocur zaczął się wić jak piskorz. Zamiast oczekiwanego sukcesu otrzymała jedynie krwawiące rany na dłoni, a Rad wyślizgnął się z jej chwytu. Następnie futrzak wpadł z rozpędu do kuchni. Wskoczył wpierw na krzesło, a następnie na stół i strącił stojącą na nim szklankę, która spadła na podłogę i rozbiła się, robiąc wyjątkowo głośny hałas, a ten... jedynie mocniej wystraszył kota. Rademenes pędził przez mieszkanie z prędkością rakiety, a Swanson usłyszała nawet jak przestraszona harmidrem Elvira spada z parapetu, na którym smacznie spała.
- Przypomnij mi... Która z nas chciała drugiego kota? - rzuciła w kierunku żony, nie wierząc w to, co aktualnie się wyprawiało w ich domu.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Dzięki. Teraz na pewno będę się nad tym zastanawiać — rzuciła mimochodem, bo jednak skomentowanie tego okazało się silniejsze od przemilczenia tematu.
Kwestię biurka uważała natomiast za zamkniętą. Ustawienie zaproponowane przez Swanson zupełnie jej nie przekonywało. Może najlepiej byłoby ściągnąć tutaj Sama i pozwolić mu zdecydować, gdzie wstawić biurko, a gdzie regał? Albo może jednak nie. Wtedy Miller dopiero oszalałaby, widząc, że chłopiec chce mieć biurko na środku pokoju, jak w gabinecie Eviny.
Jej wizja meblowania wydawała się na tyle odpowiednia, żeby pokój nie stracił na przestrzeni. Nie było nic złego w tym, żeby Młody patrzył przez okno na pobliskie drzewa. Zielony podobno uspokajał, a podobno od czasu do czasu trzeba było spojrzeć gdzieś daleko, żeby oczy mogły trochę odpocząć. Sama oddałaby wiele, żeby mieć okno w prosektorium, a tak żyła tam jak w jakiejś jebanej jaskini.
Na razie musiały jednak skupić się na złapaniu Rademenesa, który kompletnie nic nie robił sobie z pedantyzmu Zaylee. Nic dziwnego, że w koronerce zrodziła się chęć mordu. Żeby jednak go dokonać, musiały go najpierw złapać, a to z każdą chwilą miało coraz mniej sensu. Ślady niebieskich łapek były już wszędzie - na fotelu, kanapie, nowej narzucie, a teraz nawet na komodzie, bo kocur stwierdził, że najlepiej będzie trącić brudnymi szponami wypchaną łasicę, na której również pozostała widoczna plama.
— Podejrzewam, że teraz też będziesz chciała go obedrzeć ze skóry. Gary miałby kolegę — stwierdziła, doskonale zdając sobie sprawę z tego, ile łasica znaczyła dla detektywki. Pewnie więcej niż Miller.
Chciała go wziąć znienacka. Wykonała kilka pewnych kroków w kierunku zwierzaka, a ten rzucił się pędem w stronę Swanson, która złapała go za kark i podniosła do góry. Można było pomyśleć, że kryzys został zażegnany, ale nic bardziej mylnego - nie dość, że Rad wił się jak wesz na grzebieniu, to jeszcze zaczął kwiczeć jak zarzynane prosię.
— Miałaś go trzymać! — wydarła się, kiedy kocur zdołał wyswobodzić się z uchwytu Eviny i pognał do kuchni, robiąc w niej istny Armagedon. Miller niestety widziała to na własne oczy, łącznie ze spadającą szklanką, która z hukiem rozbiła się o podłogę i ewakuacją biednej Elviry, która miała serdecznie dosyć swojego młodszego brata, co akurat było totalnie zrozumiałe.
Cały ten sajgon sprawił, że Zaylee załapała się za głowę. Stała tak przez chwilę w bezruchu i dopiero pytanie żony sprawiło, że przeniosła na nią wzrok. Trudno było do końca zidentyfikować, co dokładnie znajdowało się w oczach koronerki, ale chyba była tam cała pieprzona gama emocji.
— Wzięłyśmy go na chwilę — westchnęła ciężko, przypominając sobie moment, w którym znalazły kociaka w kartonie z warzywami. — Powiedziałaś, że zapytasz rodziców i wuja Randalla, czy go nie wezmą i... — urwała, przestępując z nogi na nogę. — To twój kot — zadecydowała. Oczywiście! Jak Sammy będzie sprawiał problemy, wtedy również będzie mówiła, że to przecież jej syn. — Chryste, nigdy tego nie doczyszczę — wymamrotała, wpatrując się w to, co nawyprawiał Rad. Dla kogoś, kto miał fioła na punkcie porządków, to był pierdolony koniec świata.
Evina J. Swanson
-
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am home again
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am whole againnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Wybacz. Po prostu zawsze aż nadto wszystko analizujesz - odpowiedziała, gdy tylko sobie zdała sobie sprawę z tego, że uruchomiła trybiki, które teraz sprawiały, że Miller zaczynała wątpić w sens swojej konstrukcji. - Te uchwyty są mocne. Jak się teraz obawiasz to można te dwie półki zadedykować na zabawki, a książki i komiksy pójdą na regał. Co będzie chciał czytać odłoży na stolik nocny.
Brzmiało rozsądnie. Ewentualnie to właśnie takie drobne decyzje mogłyby zostawić młodemu, aby wszystko poukładał po swojemu. To gdzie zostanie ustawiona Gwiazda Śmierci nie miało przecież aż tak wielkiego znaczenia. W przeciwieństwie do układu biurka, ale to chyba dalej pozostawało kwestią bezdyskusyjną jak znała małżonkę.
Miały już jakąś wizję. Farba musiała tylko przeschnąć i mogły wziąć się za skręcanie tych mebli. Chociaż ten krótki wypoczynek, który miały zaliczyć na pożywny obiad zamienił się w dziką pogoń za czarnym kocurem, który terroryzował ich mieszkanie. Nie było dla niego kompletnie żadnych świętości. Nawet biedny Gary oberwał z kocich łap i został ubrudzony odrobiną niebieskiej farby.
- Oby tylko dało się go doprać, bo inaczej gnojek przez miesiąc śpi na dworze - zagroziła, ale i tak obie wiedziały, że cała ta złość przejdzie detektywce jakoś w przeciągu kilku dni.
Miały już jakiś plan i wydawał się być całkiem rozsądny, ale rzecz jasna wszystko musiało się zwyczajnie spieprzyć. O tej sromotnej porażce najlepiej świadczyły ślady krwi na dłoni Swanson oraz kilka głębokich szram, z których płynęła posoka. Teraz podłoga była nie tylko niebieska od łapek Rada, ale zdobiło ją także kilka plamek szkarłatu. Razem z pewnością mogliby coś zmalować.
- To ty go złap jak taka mądra jesteś! Wywija się! - odkrzyknęła, gdy tylko żona zaczęła robić jej wyrzuty.
To zdecydowanie je przerastało. Evina była kompletnie zdyszana i czuła się jakby przebiegła jakiś jebany triathlon. Chyba obie znajdowały się o włos od ukatrupienia kocura, który... no właśnie. Nie należał wyłącznie do detektywki.
- Miałam, ale... - zaczęła i urwała, bo w zasadzie trudno jej było stwierdzić skąd narodził się ten pomysł i od której to się zaczęło. - To nasz kot. WSPÓLNA odpowiedzialność.
Musiała to zaznaczyć. Nie będzie jej Zaylee stosować zagrywek w stylu Sarabi z Króla Lwa, która uznała, że o poranku Simba był synem Mufasy. Zdecydowanie kocur był wspólny.
- Weź smaczki... Może to go zwabi - zaproponowała, bo Rademenes był wystarczająco wkurzony na Evinę, aby syczeć na nią groźnie, gdy tylko się do niego zbliżyła.
Koronerka na pewno miała zatem lepsze szanse na to, aby go do siebie zwabić żarciem, które tak bardzo uwielbiał. Może i kawałek podłogi jeszcze ucierpi, ale czy to miało znaczenie w tym ogromie zniszczeń?
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Możemy już teraz wyjebać go przez okno — zdecydowała poważnym tonem. Nie żartowała. Najpierw trzeba było jednak złapać Rademenesa, który złapać się nie dawał. Zaylee zaczynała tracić cierpliwość i nadzieję, że kiedykolwiek uda się to zrobić. Czarny kocur siał chaos gdziekolwiek się nie ruszył, przez co zostawiał coraz więcej niebieskich śladów. Pedantyzm koronerki doznawał właśnie zawału i wylewu jednocześnie.
— Ja mam go złapać? Czy ty widziałaś, żebym kiedykolwiek biegała? — wyrzuciła ręce w powietrze, bo miała ze sportem tyle wspólnego, co z gotowaniem. Czyli nic. To Swanson była od brudnej roboty. Na co dzień łapała morderców, a nie potrafiła poradzić sobie z jednym kotem? Jak ona tak rozwiązywała sprawy, to nic dziwnego, że ostatnie śledztwo stało w miejscu. No dobra, to już było złośliwie. Na szczeście Miller w porę ugryzła się w język, żeby nie powiedzieć tego na głos.
Prychnęła pogardliwie na wieść, że to ich kot. Nie zgadzała się z tym. Na ten moment nie chciała mieć z Radem nic wspólnego. Była gotowa oddać go do schroniska albo w ręce pierwszego, lepszego przechodnia. Elvira nigdy nie zrobiłaby im takiego numeru. Była arystokratką. Księżniczką. Prawdziwą damą i czyścioszką. Zupełnie jak jej mamusia. Widać, że Zaylee wychowała ją porządnie i nie rozbestwiła jej tak, jak Evina zrobiła to z Radem.
— A w dupę sobie wsadź tą wspólną odpowiedzialność — odparła elokwentnie, jak na kogoś z tytułem naukowym przystało. Kiedy kocur była grzeczny, to Swanson nazywała go swoim synusiem, a jak odpierdalał dzikie akcje, to nagle był wspólnym? No chyba, kurwa, nie.
Wypuściła powietrze przez nos, szacując w głowie straty. Jeśli teraz spróbuje zwabić Rademenesa smaczkami, to ten na bank przebiegnie po dywanie, którego pewnie nie zdołają wyczyścić i ten nada się tylko do wyjebania. Ale czy miały jakieś inne możliwości? Niespecjalnie. Ostrożnie weszła do kuchni i sięgnęła do pierwszej szafki, w której trzymały przysmaki dla sierściuchów. Rad przechadzał się właśnie po parapecie w salonie, ale kiedy tylko usłyszał znajomy szelest, nadstawił uszy i znieruchomiał.
— No chodź tutaj, ty mały, przebrzydły... — zaczęła, wystawiając w jego stronę otwartą dłoń ze smaczkiem. Kocur zawahał się, łypiąc na nią podejrzliwie spode łba. W końcu zeskoczył z parapetu i przebiegł - oczywiście! - po dywanie, zatrzymując się przed Miller. — I co mam teraz zrobić? — zapytała przyciszonym głosem. — Ja go nie podniosę. Nie ma, kurwa, opcji. Moje dłonie są na wagę złota, Swanson — zaznaczyła, bo nie zamierzała skończyć jak Evina. Potrzebował tych rąk do autopsji, a jak Rad potraktuje ją pazurami, to przez tydzień nie nałoży na nie rękawiczek.
Evina J. Swanson
-
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am home again
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am whole againnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Pracą, która powinna Evinie dać umiejętności łapania wielkich zbiegów, a jednak jakimś cudem kot im się ciągle wymykał z rąk. Koci wandale byli chyba najgorsi do okiełznania. Zbyt szybcy i zwinni, aby móc na nich zastosować zwyczajowe techniki.
- Najpierw musisz go złapać - przypomniała jej, bo teraz właśnie to pozostawało ich największym problemem.
Współpraca przy łapaniu kocura chyba szła im jeszcze gorzej niż przy wspólnym śledztwie, ale nie wypadało takich rzeczy wypowiadać na głos. Ich relacja i tak już pozostawała zdecydowanie zbyt napięta z tego powodu, a detektywka nie zamierzała dolewać oliwy do ognia.
- Na urodziny ogarnę ci karnet na siłownię - mruknęła niezadowolona, bo jak zwykle musiała wszystko robić sama.
Nie mogła być tą jedyną odpowiedzialną za takie rzeczy, ale ten jeden raz faktycznie mogła ulec podobnemu podziałowi ról. Na pewno jednak nie zamierzała pozwolić na to, aby Zaylee jej wmawiała, że to wyłącznie jej kot. Przygarnęły go wspólnie. Był dalej stosunkowo młodym kotem w przeciwieństwie do rozleniwionej Elviry mającej już swoje lata. Zwyczajnie kotka nie miała tak psotnej natury jak półtoraroczny dachowiec.
W zasadzie nawet nie zarejestrowała momentu, w którym Rademenes postanowił jednak powrócić do salonu i poznaczyć niemal cały parter domu swoimi łapkami. Tyle dobrego, że ślady były już teraz bardziej sporadyczne, bo zdążył się już pozbyć większości farby z łapek. To tylko świadczyło o tym jak wiele z niej znajdowało się na podłodze i meblach. Straty były nieuniknione.
Plan zadziałał. Może i z początku wydawało się jakby nie miał, ale w końcu kocur się skusił. Co prawda koronerka mogła spróbować podejść bliżej z przysmakiem zamiast przywoływać go przez całą długość dywanu, ale i tak musiałyby go oddać do czyszczenia. Czemu nie mógł być jednym z tych kotów, które siedzą w miejscu i miauczą w oczekiwaniu na smaczki?
- Dobra już, pani złotoręka - mruknęła, podchodząc bliżej i porwała w dłonie Radamenesa, który miauknął w proteście, ale już tak się nie wyrywał.
Przez moment musiała się upewnić czy na pewno udało jej się zabezpieczyć kocura po czym spojrzała na małżonkę nim ruszyła do kuchennego zlewu.
- Ty myjesz łapy, a ja trzymam, żeby cię nie ujebał. Uczciwie? - zapytała, ustawiając się z kotem w odpowiednim miejscu.
Tyle chyba mogły wspólnie zrobić. Lepiej było się tym zająć we dwójkę. Na wypadek chęci ucieczki, która wcale nie była tak nieprawdopodobna.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Daruj sobie te złośliwości. To mnie nie rusza — odparła obojętnym tonem na przytyk Swanson. Chyba już się na to uodporniła. Albo z tego wyrosła. Opcji było wiele. Teraz do tego była jeszcze wkurwiona, a jej pedantyzm przechodził katusze. Wszędzie, gdzie nie spojrzała, widziała niebieskie ślady łapek. Jeszcze chwila i faktycznie pierdolnie na zawał.
Była świadoma, że kot był wspólny. Ale to nie zmieniało faktu, że to Evina najbardziej je porozpieszczała. Właziły, gdzie tylko chciały, a potem takie były tego efekty. Dopóki nie zamieszkały razem, Elvira nie była przeganiana z każdego mebla. A dla Zaylee argumentowanie, że to przecież kot i koty chodzą własnymi ścieżkami, robiąc, co im się podoba, było inwalidą. Po prostu kompletnie do niej nie trafiało. Ale w teh kwestii nigdy się ze Swanson nie dogadają. Tak, jak z dokarmianiem zwierzaków między porą posiłków.
— Uczciwie — zgodziła się niechętnie, kiedy żonie udało się w końcu wziąć Rada na ręce. — Nie obiecuję jednak, że mu tych łap nie wyłamię — ostrzegła lojalnie, bo to byłaby jedyna słuszna decyzja po tym, co odpierdolił. Ale nie była
Podeszła do zlewu, a gdy kocur miauknął żałośnie, wywróciła oczami tak mocno, że prawie zobaczyła własny mózg.
— No i co tak żałośnie zawodzisz? — zwróciła się do Rademenesa, który fuknął, kiedy tylko odkręciła wodę. — Sam zgotowałeś sobie ten los — dodała, ale zwierz nie wyglądał tak, jakby cokolwiek z tego rozumiał. Różnica między nim a Elvirą była przeogromna. Normalnie niebo a ziemia. Kotka w ogóle nie była problemowa. Właściwie przez cały czas zachowywała się tak, jakby jej nie było. A Rad? Diabeł wcielony.
Nastawiła jedną łapkę pod strumień letniej wody, co sprawiło, że kocur zaczął wierzgać kończynami, usiłując wyrwać się z uchwytu Swanson. To tylko wydłużyło czas całej żmudnej procedury, a opłukanie go z farby zajęło chyba całą wieczność.
— Poczekaj. Jeszcze trzeba go porządnie wytrzeć, bo wdepcze w te plamy i znowu wszystko poroznosi — mruknęła, od razu wizualizując sobie w głowie takie okropieństwa. Złapała za szmatkę, która i tak zamierzała wrzucić dzisiaj do prania i przyłożyła ją do łapek Rademenesa. Ten znowu miauknął. No prawda była! Zachowywał się, jakby ktoś obdzierał go ze skóry. — Teraz nie mam pojęcia, czy najpierw zająć się na świeżo sprzątaniem tego bajzlu, czy wrócić do malowania pokoju — westchnęła ciężko, spoglądając na żonę. Nie miała też pojęcia, czy miała większą ochotę ją rozszarpać, czy może jednak pocałować.
Evina J. Swanson