-
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that thatnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
I'm always gonna want you back
No matter how long you're gone
I'm always gonna want you back
Wyglądało to, jakby był w stanie ją porzucić, ale czy w rzeczywistości tak było? Czy gdyby był bezlitosny to czy nie odszedłby tak po prostu, nie próbując naprawić swojego błędu? Nawiedzał ją w pracy, a teraz zastawił na nią swego rodzaju pułapkę, aby móc z nią porozmawiać bez dania jej możliwości, aby mogła tak po prostu wyjść. Był naprawdę zdeterminowany i miał nadzieję, że nie oberwie mu się za to wszystko, a finalnie dojdą do jakiegoś porozumienia. Nie dopuszczał do siebie możliwości, że Vita mogłaby już go nie kochać, nawet jeśli ciężko było mu w ogóle zrozumieć fakt, że ktoś był w stanie obdarzyć go takimi uczuciami. To było bardziej niesamowite, ale sama świadomość dawała mu poczucie rozlewającego się na sercu ciepła.
— Musiałabyś mi zaufać, ten jeden ostatni raz — powiedział, patrząc na nią z czułością. Prosił o naprawdę wiele, ale jak inaczej mógł jej to udowodnić niż pokazać, że chciał przy niej trwać? Że tak naprawdę był cholernie lojalny, ale po prostu wiedza na temat jej emocji nieco go… przytłoczyła? Nie był złym człowiekiem, chociaż zaprezentował się od najgorszej możliwej strony.
Spojrzał na tę słodką buźkę z niezrozumiałą miną. — Naprawdę myślałaś, że po prostu wypchnąłbym cię w samotną podróż do Las Vegas, żebyś zmierzyła się ze swoim prawie byłym mężem? Jestem potworem, ale nie aż takim. — Zwłaszcza jeśli znał szczegóły i wiedział o jej emocjach względem tej sprawy. Nie chciał siedzieć wtedy w Toronto i zastanawiać się, jak szła jej sprawa, czy właśnie trzęsła się ze stresu jak osika, czy zapalała kolejnego z rzędu papierosa, bo nie miała obok siebie osoby, która realnie mogłaby ją wesprzeć w tej trudnej drodze. Oczywiście, że mógłby wybłagać Eleanor, żeby poleciała razem z nią i jej potowarzyszyła, ale przecież to nie miało najmniejszego sensu, w końcu to on starał się o serce Holloway. Próbował zignorować jej teksty, ale ciężko mu to szło. — Spoko, już jedna tak stwierdziła i rzeczywiście jest daleko stąd — odpowiedział nieco bardziej gorzko niż chciał, ale nie był w stanie nad tym zapanować. Wyrzuty sumienia uderzyły w niego na momencik, jednak szybko zdystansował się od tego, próbując wyrzucić zmarłą narzeczoną ze swoich myśli. Nie, ona już nie miała żadnego znaczenia. — Radzę ci nie robić sobie zbytnio nadziei, że uda ci się ode mnie uciec. Ty masz krótkie nóżki, a ja szybko biegam — dodał po chwili z lekkim rozbawieniem. W końcu tak było lepiej, żeby zatuszować lekkie spięcie jego ramion. Był obok, nie pozwoli, aby stała się jej krzywda.
Cały czas jej się przyglądał, jak spoglądała za okno i był przekonany, że po prostu patrzyła na to, jak ziemia staje się coraz mniejsza i jak wysoko oni się znajdują. Zaraz posłała mu przerażone spojrzenie, a on nieco zniżył głowę, próbując zrozumieć, co mogło ją przestraszyć. Teraz zrozumiał, że jej nawiązanie do tej historii nie było bez znaczenia. — Coś cię niepokoi? — zapytał, marszcząc brwi i przeniósł spojrzenie na Vitę. — Nie zapytałem cię wcześniej, ale leciałaś już gdzieś samolotem? Wiem, że nie byłaś nigdzie dalej, ale jakiejś krótsze dystanse? — dodał zaraz, nie zaprzestając tego uspokajającego ruchu na jej skórze. Kolejny aspekt, przez który plułby sobie w brodę, gdyby zdecydował się nie lecieć. Kto inny miałby tu siedzieć i ją uspokajać? Albo nie darowałby sobie, gdyby teraz musiała wbijać palce we własne udo, aby uczepić się czegoś innego niż jego dłoni.
To wszystko było przeznaczeniem — mieli tu siedzieć, stewardessa miala nie pozwolić jej się przesiąść, a starszy pan miał tu siedzieć i wykonać swoje najważniejsze tego dnia zadanie. Jego miłość do zmarłej żony miała przypomnieć dzieciakom, że błędy się zdarzały i nie każdy był idealny. Aidenowi szczególnie wiele ku temu brakowało, jednak miał szczere chęci, aby się zmienić. Dla niej, żeby przyszłościowo dawać jej to, czego zasługiwała, bez swoich wewnętrznych obaw.
Chciał o nią walczyć.
Chciał, żeby była przy nim zawsze.
Chciał, żeby już do końca świata była tylko jego.
Nikogo innego, tylko i wyłącznie jego.
Poczuł przeogromną lekkość na swoich barkach, kiedy zaczęła mówić. Kiedy wspomniała o drodze powrotnej i o tym, że długo mu to zajęło. Czy to nie był pierwszy krok ku… przebaczeniu? Czy powtórzą piękną historię ich współpasażera i jego żony? Czy on zawsze będzie walczył, a ona zawsze mu przebaczy? — Wiem — przyznał, ale to że dobrze radził sobie zawodowo nie oznaczało, że ogarniał swoje życie prywatne. — Jestem debilem jeśli chodzi o uczucia, musisz mi to wybaczyć — wymamrotał niechętnie, przyznając się do swojej pięty achillesowej i próbując jej bez większych szczegółów zwizualizować, co poszło nie tak. Kiedy lampka zgasła, a charakterystyczne piknięcie rozległo się w kabinie, Vita wzięła swoją dłoń i wstała, a on w szoku uniósł brwi. — Gdzie ty idziesz? — wyrzucił z siebie zaskoczony, spoglądając z dołu na dziewczynę. Oczami, które były przepełnione nadzieją, że nie wszystko zostało stracone. Spojrzeniem, które obawiało się, że jej wcześniejsze słowa były jakimś wytworem jego wyobraźni albo że… odczytał to mylnie.
Wróciła. Usiadła. Patrzył na nią uważnie i zaraz chwyciła go za lniany materiał koszuli, przyciągając bliżej siebie i jeśli myślał, że nie potrafił unieść brwi jeszcze wyżej, to był w błędzie. Jego sympatia prawdopodobnie właśnie oszalała.
I znowu te słowa.
Kocham cię, ale teraz bardzo cię nie lubię.
Uśmiechnął się automatycznie. Kochała go. Nadal. Nie znienawidziła go, tylko… nie lubiła. To dało się wyklepać! Parsknął krótkim śmiechem, zanim złączyła ich usta i to był moment, o którym śnił od dwóch tygodni. Odwzajemnił czułą pieszczotę, tylko na krótką chwilę pogłębiając pocałunek, bo byli w samolocie, a jeśli przekroczyłby swoją granicę, to ciężko byłoby mu odpuścić i nagle się odsunąć. Oderwał się od jej ust, lekko szturchając jej nos swoim, po czym musnął jego czubek, zaraz dając jej czułego buziaka w czoło. — Jeszcze — zauważył z uradowaniem. — Jestem w stanie cierpliwie poczekać, aż znowu mnie polubisz, ale będę kręcić się w twoim życiu, żebyś czasami o mnie nie zapomniała — mruknął cicho, wzdychając i uważnie przyglądając się jej buzi. Wyglądała na zmęczoną i z pewnością też tak było. Stresowała się, a dodatkowo on sam przysporzył jej zbędnych zmartwień. — Zdrzemnij się, obudzę cię na jedzenie — rzucił, opierając się o swój fotel i wyciągając w jej kierunku rękę, delikatnie przechylił głowę dziewczyny na swoje ramię. Pogłaskał ją krótko po włosach i po krótkim namyśle, położył swoją dłoń na jej udzie, po prostu trzymając ją tam i nie wykonując żadnych ruchów, które mogłaby źle odebrać.
Lot minął dość szybko i przyjemnie, nawet i jemu samemu przymknęło się na chwilę oko. Wylądowali w Las Vegas wieczorem, odebrali swoje bagaże i Aiden już wcześniej zarezerwował wynajęcie auta. Załatwił szybko formalności i poszli wsiąść do pojazdu, kierując się do hotelu, gdzie poszli zameldować się do recepcji. — Piętro szóste, pokój 618, dwuosobowy z jednym łóżkiem — powiedział i teraz uświadomił sobie, że w obecnej sytuacji, mogło to być problemem. Znaczy nie dla niego, dlatego miał nadzieję, że Vita nie zwróci uwagi na słowa recepcjonistki i po prostu skierują się do pokoju, gdzie sam zmierzy się z jej ewentualnym niezadowoleniem albo po prostu… będzie spać na podłodze, bo przecież to jej należało się wygodne spanie.
I know you know
I will never get over you
No matter where I go
I'm always gonna want you back
Want you back
be mine forever
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
never ever spark a fire
I said you didn't mean that much
but baby I'm a liar
Bała się zaufać. Powierzyć mu jeszcze jakąkolwiek cząstkę tej najbardziej wrażliwej części siebie. Przyglądała mu się uważnie. Pojedynczym piegom rozsypanym po jego twarzy, które tak uwielbiała całować, płomiennym kosmykom włosów, w których kochała zatapiać palce. Bardzo jej się podobał. Cholernie. A odkąd dotarło do niej, że go kochała, podobał jej się jeszcze bardziej.
Nie potrafiła tego wyjaśnić.
everywhere I don't want to
- Nie wiem, czy będę potrafiła - westchnęła, odwracając na moment wzrok, zanim ponownie spojrzała na niego smutnymi oczami. - Nie jesteś potworem.- Była na niego zła, to fakt. Zranił ją. Porzucił, chociaż zaledwie noc wcześniej powiedziała mu, jak źle znosiła odrzucenie. Mimo wszystko nie potrafiła przekreślić tego, jak dobry był dla niej wcześniej, kiedy spotykali się w ramach układu, który początkowo był jasny dla nich obojga. Zanim Vita uznała, że genialnym pomysłem będzie zignorowanie wszystkich zasad i zakochanie się w nim. Nie był potworem. Może po prostu nie był kimś, kto potrafił dać jej to, czego w tamtym momencie naprawdę od niego potrzebowała? Bardzo chciała, żeby ją kochał. Żeby odwzajemnił chociaż część tego, czym ona pałała do niego od dłuższego czasu. Tylko uczuć nie dało się wywołać na siłę. Ona była ogniem w ich relacji, a Aiden wodą. I choć Vita mogła płonąć wystarczająco mocno za nich oboje, wilgotnej zapałki nie dało się r o z p a l i ć.
Dokładnie tak czuła się, kiedy myślała o jego uczuciach do niej. Lubił ją. Może nawet bardzo. Tylko w pewnym momencie przestało jej to wystarczać.. więc teraz... po prostu rzucała w niego różnymi tekstami, które nie były na miejscu, i doskonale o tym wiedziała, ale było to silniejsze od niej. Była zła, zraniona, a on bezczelnie uwięził ją w tej cholernej puszce, przez co musiała spędzić w jego towarzystwie kilka następnych godzin, a później jeszcze kolejne dni w Vegas. Ugh. Na jego słowa jedynie westchnęła, zapamiętując je sobie dokładnie. Zdziwiło ją, że wspomniał o swojej byłej, która przed nim uciekła, ale o to zapyta później. Teraz miała trochę ważniejsze problemy. Na przykład fakt, że za każdym razem, kiedy na niego patrzyła, coraz trudniej było jej utrzymać tę całą wściekłość. Parsknęła śmiechem na jego kolejne słowa. - Ja też umiem szybko biegać - odparła z uśmiechem. Zacisnęła palce na jego dłoni i ponownie zamknęła oczy, ale po chwili uchyliła jedną powiekę, żeby na niego zerknąć. - Tylko raz leciałam wtedy do Vegas. Poza tym zawsze byłam jedynie w Toronto - wyjaśniła, posyłając mu ciepły uśmiech. Stresowała się wszystkim. Nie tylko samym wyjazdem i tym całym rozwodowym chaosem, ale również tym, że była na niego tak cholernie zła, a jednocześnie wystarczał jeden jego dotyk, żeby nagle poczuła się pełna.
No więc, jak ostatnia idiotka, słuchała go. Zerkała na staruszka siedzącego obok, przez moment jeszcze się wahała i próbowała ignorować prośbę Aidena, żeby mu wybaczyła. Nie odpowiedziała też na pytanie, dokąd zamierzała pójść. Po prostu na niego patrzyła. A potem poddała się emocjom. Przyciągnęła go do siebie i pocałowała, chwilę po tym, jak ponownie powiedziała mu, że go kochała. Przynajmniej teraz nie miał dokąd uciec. Uśmiechnęła się delikatnie w jego usta, kiedy odwzajemnił pocałunek, a później przymknęła oczy, czując ciepło jego warg na swoim czole. - Będę trzymała cię za słowo - mruknęła. Przysunęła się bliżej, oparła głowę o jego ramię i objęła go w pasie. Przez chwilę napawała się jego zapachem oraz spokojem, który tak bardzo kłócił się z całym chaosem w jej głowie. Niedługo później zasnęła.
i thought that I could live with that
Stała obok Aidena, czekając, aż recepcjonistka wyda im karty do hotelowego pokoju. Spodziewała się, że zarezerwował dwa osobne, ale kiedy usłyszała, że mieli dzielić jeden, jeszcze nie zaczęła panikować. Okej, dobra. Pewnie były tam dwa oddzielne łóżka. Jakoś sobie poradzą. Tylko oczywiście nic nie mogło potoczyć się tak, jak chciała. Chwilę później dotarło do niej, że w pokoju znajdowało się JEDNO ŁÓŻKO. Spojrzała chłodno na Aidena, ale niczego nie powiedziała. Gotowała się w środku i nawet nie chodziło już o to, że na zewnątrz było zajebiście gorąco. Bardziej o sam fakt, że miał tupet zarezerwować pokój z jednym łóżkiem, doskonale wiedząc, że jeszcze kilka dni wcześniej powiedziała mu, że nie chce go więcej widzieć. Bilety na samolot kupił następnego dnia, więc hotel prawdopodobnie również zarezerwował wtedy, prawda?
Nie było innego wytłumaczenia dla tego aroganckiego zachowania.
Ruszyła w stronę windy, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach. Stanęła obok niego i przez całą drogę nie odezwała się ani słowem. Kiedy dotarli na odpowiednie piętro i skierowali się do tego przeklętego pokoju numer 618, wzięła głęboki oddech, próbując jakoś się uspokoić.
Może to był jakiś chory żart.
Może po wejściu zobaczy dwie jedynki stojące na przeciwległych końcach apartamentu i okaże się, że zrobiła awanturę jedynie we własnej głowie. Ale nie. Gdy Aiden odblokował drzwi kartą i weszli do środka, jej wzrok od razu padł na ogromne łóżko stojące pod ścianą. ONE FREAKING BED. Nie wytrzymała. Puściła walizkę i gwałtownie odwróciła się w jego stronę. - Nie wierzę, że po tym, jak powiedziałam ci, że nie chcę cię widzieć, zrobiłeś wszystko, żeby zarezerwować pokój z jednym łóżkiem - parsknęła z niedowierzaniem. - Serio myślisz, że jestem łatwa? Że rozłożę przed tobą nogi przy pierwszej lepszej okazji? - Specjalnie użyła słów, którymi Alexis rzucił w nią miesiąc wcześniej. Tych samych, które wtedy zabolały ją tak bardzo, że jeszcze przez długi czas odgrywała je w głowie, zastanawiając się, czy właśnie tak wszyscy ją postrzegali. Aiden również. Westchnęła głośno i odwróciła się od niego. -Jestem żałosna... i pomyśleć, że przez moment byłam w stanie ci uwierzyć - prychnęła, śmiejąc się gorzko pod nosem. Podeszła do walizki, otworzyła ją i wyciągnęła ubrania na zmianę. Nie zaszczycając go kolejnym spojrzeniem, ruszyła w kierunku łazienki. - Nie chce mi się z tobą rozmawiać - rzuciła, po czym weszła do środka i przekręciła zamek. Wzięła chłodny prysznic, licząc, że zimna woda ostudzi nie tylko jej ciało, ale także złość, która rozsadzała ją od środka. Nope, it didn't work... Przebrała się w wybrane wcześniej ubrania, pomalowała usta czerwoną szminką i podkreśliła oczy czarnym tuszem do rzęs. Rzadko się malowała, ale teraz była wkurwiona i chciała wyjść na miasto. Chciała wyglądać dobrze. Odblokowała drzwi i wyszła z łazienki. - Wychodzę. Nie idź za mną.
downplaying
the significance
Ruszyła w stronę drzwi, ale musiała się zatrzymać, bo Aiden akurat stał jej na drodze. Uniosła twarz, żeby na niego spojrzeć, i poczuła, jak złość ponownie ściska ją w gardle. - Aiden, nie dam rady przebywać z tobą w jednym pokoju - prychnęła. Powinna była na tym skończyć. Powinna go minąć, wyjść i dać sobie czas, żeby ochłonąć. Zamiast tego otworzyła usta i chciała wbić mu jeszcze jedną bolącą szpileczkę - Nie dziwię się, że twoja była od ciebie uciekła. Kto normalny by z tobą wytrzymał? - Słowa zawisły pomiędzy nimi, ale było już za późno, żeby je cofnąć. - daj mi święty spokój. - Posłała mu jeszcze jedno chłodne spojrzenie, po czym przecisnęła się obok niego. Chwyciła małą torebkę i telefon, wyszła z pokoju, a chwilę później znajdowała się już przed hotelem. Rozejrzała się po okolicy i ruszyła w stronę rozświetlonych budynków. Nie zaszła jednak daleko. Usiadła na krawężniku, wyciągnęła papierosa i odpaliła go drżącymi dłońmi. Po chwili wysłała mu wiadomość. Była zła. Cholernie zła. Najbardziej jednak bolało ją to, że po tym, co wydarzyło się w samolocie, przez moment znów poczuła się przy nim bezpiecznie. Pozwoliła sobie uwierzyć, że może naprawdę chciał ją odzyskać. A tymczasem.. Zakpił z niej. Udowodnił, co tak naprawdę o niej myślał. A może nigdy nie przestał uważać jej za przyjaciółkę od niezobowiązującego seksu. No kto by pomyślał?
we were casual, nothing more
so what the hell am I crying for
why are you making me so mad?
-
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that thatnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
— Poczekam — odpowiedział, kiwając lekko głową. — Wiem, że zawiodłem twoje zaufanie i że nie dostanę go z powrotem tylko dlatego, że poproszę. — Był świadomy, że to wszystko to była cholerna praca. Praca, którą już raz włożył, chociaż nawet nie wiedział, że ku temu dąży. Teraz świadomie musiał sobie na to zapracować, a ta myśl go realnie stresowała; bo co jeśli tym razem nie da rady? Nie skomentował tego, że nie był potworem. Na pewno nie był dla niej dobrą osobą, może nawet nieodpowiednią? Na pewno zasługiwała na kogoś, kto nie skrzywdzi ją przez przypadek. Mniej niż bardziej celowo, jednak dał już… tyle koszy, że powinien nauczyć się, że uczucia potrafią krzywdzić najbardziej. Jednocześnie nie mógł jej winić za to, że się w nim zakochała — przecież sam poniekąd złamał tę zasadę, chociaż nie w tak dobitny sposób. Nie była tylko przyjaciółką, tylko kochanką, była połączeniem tego wszystkiego plus najlepszym, co go w życiu spotkało. Słodki śmiech, kiedy łaskotał ją, gdy leżeli w łóżku, ciepłe objęcia w najmniej spodziewanych momentach i każdy wieczór, który spędzali… jak para. Boże, zaczął tak późno dostrzegać to, że dawał jej mylne sygnały; pozwolił by pomyślała, że to coś więcej i jednocześnie pozwolił jej pokazać mu, że również mógł być… kochany. A to bolało najbardziej, bo po tylu latach nie spotkał się od razu z narzucaniem się, a jedynie stopniowym pokazaniem, że miłość potrafi być jeszcze piękna i rozwojowa.
— Dobrze, przy najbliższej okazji zobaczymy jak szybko biegasz — parsknął z rozbawieniem. Był wręcz przekonany, że bez problemu by ją dogonił. Nie dość, że miał dłuższe nogi to regularnie biegał — znaczy jego regularność nieco podupadła odkąd się poznali, bo czasami wychodził wieczorami, ale nie było to tak orzeźwiające jak poranne bieganie przed pracą. Przez ostatnie dwa miesiące zrobił się ciepłą kluchą, której ciężko było opuścić łóżko, kiedy Vita tak szczelnie się do niego przytulała. — I jak wrażenia po tamtym locie? Nie wyglądasz, jakbyś to specjalnie lubiła — stwierdził, przyglądając się jej. Chciał odwrócić nieco jej uwagę, nawet jeśli dotyczyło to bezpośrednio lotu i wyrzucenia z siebie obaw czy złych wspomnień z nim związanym.
Mogła go trzymać za słowo, bo wszystko co mówił nie było tylko pustymi obietnicami. Miał zamiar wszystko zrealizować, wszystkiego dopilnować i Holloway mogła rozliczyć go z każdego najmniejszego słowa. Potrzebował tylko czasu i jej zgody, aby na nowo dała zawładnąć swoim sercem albo przynajmniej odpuścić tę niewidzialną blokadę, która hamowała ją przed ponownym uwierzeniem w jego intencje — tym razem szczere i kompletnie umyślne.
Nie szło mu dobrze na starcie, skoro od progu zrobił pierwszą gafę. Bilety kupował późno i pokój również rezerwował w godzinach, w których powieki powoli mu opadały. Nie mógł skłamać, że przez przypadek wziął im jeden pokój, ale był przekonany, że rezerwował taki z dwoma osobnymi łóżkami. Nie chciał powodować niezręcznych sytuacji, nie chciał stawiać jej w niekomfortowej sytuacji. A jednak nie udało mu się tego uniknąć. Czując tę napiętą atmosferę w drodze do ich pokoju, zaczął modlić się do jakiegoś makaronowego bożka czy innej siły, która mogła mu pomóc, żeby to wszystko okazało się nieśmiesznym żartem, niedopatrzeniem recepcjonistki i pokój jednak będzie zawierać dwa pojedyncze łóżka. Nawet spojrzał na rezerwację. Kurwa, jak byk napisane, że jedno.
To była kwestia sekund nim wybuchnie burza. Przygotowywał się na to mentalnie i po wejściu do pokoju nawet myślał, że tym razem dostanie plaskacza w twarz; że tym razem nie ominie go fizyczny ból. Zerknął na nią spojrzeniem zbitego szczeniaka, kiedy gwałtownie odwróciła się w jego stronę i miał nadzieję, że chociaż to delikatnie ją uspokoi, ale nie — Vita była wściekła jak osa i nie mógł jej się dziwić. — Przysięgam ci, że rezerwowałem jeden pokój, ale z dwoma łóżkami. Coś musiało pójść nie tak, robiłem to późno w nocy, miałem otwartych kilka kart… — zaczął się tłumaczyć, jednak to co usłyszał po chwili, kompletnie go zszokowało. Czy ona właśnie obróciła tekst jej przyszłego ex męża w jego kierunku? — Co? Czy ty siebie słyszysz? — zapytał zirytowany, marszcząc brwi. — Jak bym mógł tak pomyśleć, skoro sam go kurwa krytykowałem, że się tak do ciebie odezwał? Nie jestem hipokrytą, Vita, a poza tym nie dotknąłbym cię bez twojej zgody — odpowiedział, chcąc, aby to jasno wybrzmiało. Nie tknąłby jej nawet opuszkiem najmniejszego palca, dopóki nie uzyskałby od niej potwierdzenia i zgody. I tu nie chodziło o przytulenie czy trzymanie za rękę, czy inne, dość niewinne gesty. Nie dotknąłby jej w żaden inny, intymny sposób, bo najpierw musieli się pogodzić, a nie chwilowo zakopywać ten topór wojenny, który jak widać, łatwo było odkopać. — Ja pierdole, Vita, to wszystko co mówiłem i co mówię to prawda, cholerna prawda — rzucił, czując palący się grunt pod nogami. Myślał, że miał już wszystko pod kontrolą; że teraz wszystko będzie szło tylko i wyłącznie z górki. — Vicia… — zaczął spokojniej, kiedy oznajmiła, że nie chciała z nim rozmawiać, zaraz trzaskając za sobą drzwiami do łazienki. Usłyszał dźwięk zamykanego zamka i przeklął pod nosem, zaraz odwracając się i przeczesując palcami swoje włosy. Co on najlepszego wyrabiał? Albo inaczej — co powinien teraz wyrobić, żeby naprawić tę całą sytuację?! Chodził nerwowo, zastanawiając się, co miał jej powiedzieć, skoro jego tłumaczenie do niej nie docierały? Jakie słowa mogły w tym momencie załagodził sytuacji i nie wywołać większego pożaru? Nie wiedział, ogarniała go panika i myślał intensywnie podczas jej prysznica, czekając aż wyjdzie z łazienki i gdy w końcu pojawiła się w pokoju, ubrana w absolutnie pociągający sposób, lekko pomalowana i z podkreślonymi na czerwono ustami… zabrakło mu słów, bo wyglądała przepięknie.
Wychodzę. Nie idź za mną.
O nie, nie ma takich szans. Nie, gdy tak wyglądała, będąc w cholernym Las Vegas, gdzie przyciągnęłaby niejedno spojrzenie.
Wyminął ją, stając między nią a drzwiami, zagradzając jej drogę. — Porozmawiaj ze mną — powiedział, ignorując jej słowa o tym, że nie da rady wytrzymać z nim w jednym pokoju. Miał ochotę wziąć jej twarz w swoje dłonie, zmusić ją do spojrzenia mu prosto w oczy i dać do zrozumienia, że był uparty i zawzięty w walczeniu o nią; ale nie mógł. Nie w momencie, kiedy chwilę wcześniej mówił, że jej nie dotknie. Kiedy miała o nim tak okropne zdanie, sądząc, że uważał ją za łatwą. Nigdy tak o niej nie pomyślał, nie przeszło mu to przez głowę nawet na ułamek sekundy. Po czym spadły na niego jej słowa.
Nie dziwię się, że twoja była od ciebie uciekła. Kto normalny by z tobą wytrzymał?
Powiedzenie, że zaskoczyła go tymi słowami to było… spore niedopowiedzenie. Jego zamurowało, wręcz wjebało w ziemię, kiedy nawiązała do jego słów z samolotu, nie znając żadnego kontekstu. Przez chwilę po prostu patrzył się na nią — kompletnie pustym spojrzeniem, pozbawionym jakiś emocji czy w tym momencie chęci walki. Nie walczył z nią. Dał jej się wyminąć i gdy usłyszał zamykające się drzwi, miał ochotę w coś uderzyć. Czuł tak wielkie rozczarowanie, że nie potrafił tego opisać, lecz jednocześnie to wszystko brzmiało jak największy koszmar. Potrzebował chwili, aby dojść do siebie, wziąć kilka głębszych wdechów i uspokoić kotłujące w głowie myśli. Poszedł opłukać twarz zimną wodą i nieco otrzeźwić się z tego wszystkiego. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze — nie no, to musiało być jakimś snem. Sięgnął po swój telefon, z ulgą dostrzegając, że Vita nadal była niedaleko ich hotelu. Chciał dać jej chwilę na ochłonięcie, ale czy był sens w czekaniu, aż się uspokoi? Cóż, prawdopodobnie tak. Jednak jak miał czekać, jak zaraz dostał od niej smsa. Najpierw jednego, potem drugiego. Tak dyskutował z nią w wiadomościach, cały czas kontrolując jej lokalizację i przy okazji szybko odświeżając się po podróży i wyciągając z walizki ubrania, w których miał mniejszą gwarancję, że umrze z gorąca i panującego zaduchu. Gdy po chwili weszła do najbliższego klubu i jeszcze zaczęła pisać mu o drinkach, innych facetach i dostępie do bielizny… już nie wytrzymał. Zabrał portfel, kartę do pokoju i telefon, wychodząc i zmierzając do tego miejsca. Był zły, że tak bardzo się z nim droczyła, że nie była w stanie z nim normalnie porozmawiać, a jeszcze podbijała to wszystko tą prowokacją… znaczy, miał nadzieję, że to była prowokacja; że jak zwykle pisała o innych facetach, żeby wywołać w nim zazdrość, której teraz nie był w stanie opanować. Znajdowali się w jebanym Las Vegas, krainie jebanych kawalerskich i innych głupich imprez, i nie mógł dopuścić, że stanie jej się krzywda. Rozejrzał się po klubie, poszukując jej wzrokiem, aż napotkał — siedzącą przy barze, pijąc drinka, a obok niej jakiś mężczyzna, który bezwstydnie trzymał dłoń na jej nodze, nieznacznie przesuwając ją w kierunku krawędzi jej spódniczki.
Nie wytrzymał.
Zaraz znalazł się obok nich szybciej niż podejrzewał. — Wstawaj, kurwa — rzucił do typa, sięgając dłońmi do jego kołnierzyka, uprzejmie pomagając mu podnieść swoją dupę i odepchnął go; bo ustalmy jedno — Aiden dobrze wiedział, co grozi za napaść i pobicie, a on nie mógł ryzykować, że ktoś go zgłosi, zaburzając jego prawniczą reputację. Nie, dopóki nie zagrażało to jego lub czyjemuś bezpieczeństwu, i dopóki nie mógł tego podpiąć pod obronę. I miał przeogromną chęć mu zdrowo przyjebać, aby raz na zawsze zapamiętał, co oznacza tykanie czyiś kobiet.
Tak, Vita była jego, czy jej się to podobało czy nie.
W każdym razie, mężczyzna po odepchnięciu się zachwiał, podpierając się stojącego obok stołka, a Aiden głupio odwrócił od niego wzrok, spoglądając wkurzonym spojrzeniem na Holloway, dopóki dziewczyna nagle się nie zerwała, stając między nim a facetem, który nagle ożył i postanowił mu przywalić — tylko cóż, nie wyszło. Pijany nieco zniżył trajektorię lotu swojej ręki i zamiast przywalić w nos Aidenowi, zahaczył pięścią z sygnetem o piękną buźkę Vity, robiąc na niej rozcięcie od pierścienia. I nie tylko O’Cahallan zdawał się być zaskoczony tym, co się stało. Szybko ujął jej twarz w ręce i wystarczyło mu zobaczyć jej zaszklone oczy, aby rudowłosy odwrócił się na pięcie i z rozmachem jebnął mężczyźnie z pięści w jego szczękę.
No cóż, obrona, prawda?
I won't let anyone touch you
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
would you change a step you take?
Wszystko, co mówił do niej w samolocie, wzięła sobie do serca. Po części jej system obronny podpowiadał jej, że były to puste słowa rzucone przez niego na wiatr, ale z drugiej strony… widziała przejęcie w jego oczach. Ton głosu, jakim do niej mówił. Pełną determinację na jego twarzy, która musiała świadczyć o tym, że jednak mu na niej zależało, co nie? Chciała tak myśleć. Ale emocje, które ją przepełniały, buzowały w niej w tak niekontrolowany sposób, że po prostu chciała go zranić. Słowami, tym, co zrobi, wszystkim. Przez moment nawet przeszło jej przez myśl, że może ukartował to wszystko z Alexisem. Nie miało to najmniejszego sensu, ale jej mózg działał teraz w tak popierdolony sposób, że wmawiała sobie najgorsze scenariusze. Znalazła się w innym kraju, w mieście z mężczyzną, który ją zostawił, byle tylko teraz, po paru ładnych słówkach, zabrać ją do łóżka? Nawet nie było jej stać, żeby tak po prostu kupić sobie powrotny bilet bez brania dodatkowych zmian. Tym bardziej nie było jej stać na nowy pokój w Vegas, bo było tutaj cholernie drogo. Nie chciała go słuchać.
Nie miała siły.
Była tak cholernie zła.
- Skończ z tymi przysięgami, bo już w nic mi się nie chce wierzyć, Aiden - mruknęła tylko, starając się jakoś opanować. Ale wtedy zirytował ją jeszcze bardziej, pytając, czy w ogóle siebie słyszała. Robił z niej wariatkę? Zatrzymała się na chwilę, żeby na niego spojrzeć, - Ja już nic nie wiem. Jesteście wszyscy siebie warci - dodała, czując, jak zaciska jej się gardło. - Dobrze, więc nawet nie myśl o dotykaniu mnie, bo już więcej tego nie zrobisz. - Nie miała tego na myśli. Nie chciała tego mówić. A i tak wyrzuciła to z siebie. Poczuła się z tym źle, jednak zamiast się wycofać, zamiast sprecyzować, zamiast powiedzieć, że była po prostu zraniona i przestraszona, wyjęła tylko ciuchy i zamknęła się w łazience. Poczuła ścisk w sercu, gdy nazwał ją zdrobniale. Przez moment opierała się plecami o drzwi łazienki, z dłonią zawieszoną przy zamku. Chciała je odkluczyć. Otworzyć. Przeprosić go i przytulić się do niego, bo przecież tego chciała najbardziej. Chciała schować twarz w jego koszulce, poczuć jego dłonie na sobie i udawać, że wszystko dało się jeszcze poskładać. Ale nie mogła. Nie potrafiła.
of all that I don't know
To poczucie zdrady, świadomość, że nie zasługiwała na nic, że rozczarowanie towarzyszyło jej już przez tyle lat, że powinna była do niego przywyknąć, a mimo to bolało tak samo jak wtedy, gdy ją zostawił, gdy nie widziała go przez cztery dni… wszystko wróciło. Była gotowa się zasabotażować. Odepchnąć go od siebie, byleby tylko mniej bolało. Byleby tylko jeszcze bardziej nie poddać się swoim uczuciom i miłości do niego, bo jeżeli teraz bolało tak bardzo, to co będzie, jeśli jednak mu się odda? Jeśli uwierzy? Jeśli zaufa? A za tydzień albo dwa on stwierdzi, że jednak mu się znudziła? Że jednak nie chciał spróbować? Że walka o nią i jej zaufanie była czymś zbyt trudnym do ogarnięcia, a on wolał zacząć z kimś od początku?
Dlatego kiedy wyszła już całkowicie ogarnięta i stanęła przed nim, wiedziała, że nie będzie miała mentalnej siły na rozmowę bez rozpadania się na kawałeczki. Bez zakończenia nocy w jego ramionach. Bez mówienia mu, jak bardzo go kochała. Wiedziała, że musi rzucić w niego czymś, co zaboli. Czymś, co nie będzie miłe. I instynkt jej nie oszukał, bo chwilę po tym, jak powiedział, żeby porozmawiali, rzuciła tekstem o jego byłej dziewczynie. A szok, który pojawił się na jego twarzy, kupił jej wystarczająco dużo czasu, żeby wydostać się z hotelu.
Siedziała na stołku przy barze, wpatrując się w telefon, który leżał przed nią na blacie, i w alkohol wirujący w szklance przez to, że mieszała go słomką. Była cholernie zła na Aidena. Jak już myślała, że może dadzą radę jakoś się dogadać, to musiał wywalić z tym jednym łóżkiem. W zupełnie innej sytuacji nie miałaby z tym problemu. Przecież sypiali ze sobą. Znał każdą najmniejszą bliznę na jej ciele. Ale tu nie chodziło o to. Tutaj chodziło o fakt, że ten pokój był zabukowany w momencie, kiedy ona już nie chciała go więcej widzieć. Miała wrażenie, że wszystko wokół niej się sypało. Że może faktycznie nie zasługiwała na swój happy ending.
'cause I'm learning what I should've learned before
Mieszkała sama odkąd skończyła osiemnaście lat. Jej ojciec był wtedy na tyle hojny, że opłacił jej kilka miesięcy czynszu z góry, ale to szybko się skończyło w momencie, gdy poznał swoją kobietę. Musiała dorosnąć i zadbac o siebie, a jakiekolwiek bliższe relacje z mężczyznami kończyły się jedną nocą w jej albo ich mieszkaniu. Bała się, że faktycznie nie była zdolna do kochania bez żadnych destrukcyjnych skutków ubocznych. Najpierw Lexie, do którego lgnęła w momencie, gdy powiedział, że ją chciał. A potem O’Cahallan. Mężczyzna, który jasno powiedział jej, czego chciał i czego oczekiwał, a ona z premedytacją wchodziła w to głębiej i głębiej. Wiedząc, że to już nie był zwykły układ. Że to było coś tak poważnego, że każda chwila spędzana bez niego sprawiała, że czuła się, jakby nie mogła oddychać.
Tamta podróż w samolocie tylko jej to uświadomiła, bo pomimo tego, że była na niego wściekła, sama jego obecność jednocześnie ją uspokajała. Chciała wielkiej miłości. Gestów z jego strony. Chciała, żeby walczył, żeby się starał, żeby pokazał jej, że jednak była dla niego kimś więcej. A teraz, gdy naprawdę próbował, ona swoją złością sama go odpychała. Może się bała? No bo jeśli jeszcze raz się na niego otworzy, jeśli znowu mu zaufa, to skończy się to dokładnie tak samo. Da się ponieść emocjom tylko po to, by dojść do wniosku, że jednak nie zasłużyła na jakiekolwiek uczucia z jego strony.
Chciała mu utrzeć nosa.
Była złośliwa, nie mogła tego nawet przed sobą ukrywać. Odwaliła się tak tylko dlatego, że jeszcze dwa tygodnie wcześniej ubrałaby się tak dla niego. Potrzebowała mu przypomnieć to, co miał na co dzień przez ostatnie dwa miesiące. To, co był gotowy stracić. Teraz jednak, po wysłaniu mu tych smsów, nie była usatysfakcjonowana. Wręcz przeciwnie. Czuła gorzko-słodki smak w ustach i wcale nie był to posmak alkoholu. - Śliczna jesteś. Wrócimy do mnie? - zapytał mężczyzna, który kupił jej drinka. - Nie, dzięki - odparła, zerkając na jego dłoń na swoim udzie. Dłoń, która przysuwała się coraz wyżej w przerażającym tempie. Zmarszczyła brwi i już chciała mu powiedzieć, żeby zabrał tę łapę, kiedy usłyszała znajomy głos. Obróciła się i zobaczyła wkurwionego Aidena. Uchyliła usta z zaskoczenia, gdy odepchnął od niej tamtego obcego mężczyznę. - To twój facet? - zapytał koleś, chwiejnie opierając się o stołek. Vita spojrzała tylko pomiędzy nim a Aidenem. Nie wiedziała, co powiedzieć. Odetchnęła z ulgą, gdy mężczyzna się wyprostował i przez sekundę wydawało jej się, że może po prostu odejdzie. Ale on dalej patrzył z furią w oczach na płomiennowłosego, więc szybko zsunęła się ze stołka i stanęła między nimi.
that all we are is a light into the darkness
and all we are is time that's counting down
Stała plecami do swojego... nie wiedziała kogo. Uniosła dłonie ku górze. - Uspokój się - rzuciła do mężczyzny. Tylko że ten wziął zamach. A chwilę później poczuła uderzenie na policzku. Holloway zrobiła krok w tył, uderzając plecami o klatkę piersiową Aidena. Na moment ją zamroczyło. Przyłożyła palce do policzka, na koniuszkach palców poczuła krew, i przeklęła pod nosem. Odwróciła się tylko do Aidena, który już po chwili ujmował jej twarz w swoje dłonie. I przez zaszklone oczy zobaczyła coś, czego wcześniej jeszcze u niego nie widziała.
Cholera. Zazwyczaj w takich sytuacjach podchodził do wszystkiego z w miarę stoickim spokojem. A wtedy mogłaby przysiąc, że naprawdę byłby w stanie go zabić. Odwróciła się dopiero po chwili, słysząc huk upadającego ciała. - Aiden, chodź! - krzyknęła szybko. Ale zanim zdążyła chwycić go za dłoń, jakiś inny mężczyzna podszedł do nich z boku, zamachnął się i uderzył go szklaną butelka... Widać było, że próbował trafić w głowę albo skroń, ale O’Cahallan był od niego wyższy, więc Vita zobaczyła tylko, jak szkło rozbija się na jego nosie. Przerażona miała nadzieję, że odłamki nie trafiły mu do oczu. Barman zaczął przeklinać, że rujnują mu noc, ochrona zaczęła powoli się zbierać, a Holloway tylko chwyciła Aidena za dłoń, zgarnęła swój telefon z baru, wsunęła go do torebki i wybiegli na zewnątrz, przedzierając się przez tłum ludzi. Dopiero po chwili przestali biec. Odwróciła się do niego, stanęła na palcach i chwyciła jego twarz w obie dłonie. Z jego nosa jak i grzbietu spływała krew. - Jezu, Aiden, przepraszam - wyrzuciła z siebie, wpatrując się w niego przerażona. - Musimy iść do szpitala, żeby sprawdzić, czy nie jest złamany.- Rozejrzała się szybko, zanim pociągnęła go za rękę i oparła o murek, żeby usiadł. - Zaraz wrócę - rzuciła. Pobiegła do jakiegoś innego pubu, gdzie poprosiła o czysty ręczniczek i lód. O dziwo nawet się zgodzili, więc po chwili wybiegła z powrotem i podbiegła do niego. - Dobra, jestem. Będzie bolało - uprzedziła. Stanęła między jego nogami, najpierw wycierając krew, która zdążyła już częściowo zaschnąć, a później przykładając ręczniczek do jego nosa, żeby upewnić się, że przestanie lecieć. Cały czas spoglądała na niego raz po raz, kompletnie nie wiedząc, co ma powiedzieć.
W końcu to była jej wina.
Kiedy upewniła się, że wszystko było w miarę okej, przyłożyła jeszcze lód do grzbietu jego nosa, wcześniej sprawdzając, czy nie zostały tam żadne kawałki szkła. Przytrzymywała okład przez chwilę, próbując uspokoić oddech. - Nie wygląda na złamany, ale będziesz miał bliznę - mruknęła pod nosem. Opuściła okład i odłożyła go obok niego. - Przepraszam za to, co ci powiedziałam wcześniej w hotelu. I za to, że tak wybiegłam. I za te smsy - powiedziała cicho, patrząc w jego tęczówki. - I przepraszam, że dostałeś w nos przeze mnie, bo wiesz... masz bardzo ładny nos i podobał mi się. - Wysunęła dłoń ku górze, gładząc jego policzek. - Teraz też mi się podoba - mruknęła jeszcze ciszej. Próbowała się uśmiechnąć, - Przynajmniej dotrzymałeś swojej obietnicy, że jednak mnie dogonisz, eh? - Chciała jakoś rozbić tę napiętą atmosferę. Jakoś przykryć to przerażenie, które nadal ściskało ją za gardło. Po chwili przytuliła się do niego i po prostu tak tkwiła, wtulona w jego ciało. Nie była pewna, co ma jeszcze powiedzieć. Wciąż była zraniona. Wciąż smutna, że tak się wobec niego zachowała. Przerażona tym, jak szybko wszystko mogło pójść nie tak... ale była też pewna, że już nigdy nie będzie w stanie pokochać nikogo tak mocno jak jego. Walczył o nią. I… - Ochroniłeś mnie - dodała cicho. Dotrzymał kolejnej obietnicy, na której tak naprawdę zależało jej najbardziej. Bo pomimo zagrożenia i całego tego chaosu, to właśnie przy nim czuła się...
let's bury our past, and our fears, and all these bones
you are my safe place ❤︎
-
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that thatnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
And washed up on your shore (up on your shore), yeah, yeah, oh
I can't believe I'm yours
Ostatnie dwa tygodnie to był pikuś w porównaniu do dzisiejszego dnia. Dopiero teraz dostrzegł, że brał udział w cholernym konkursie na wytrwałość, ale nie miał zamiaru zmarnować swoich postępów przez swoją głupią pomyłkę. Mógł bardziej zwrócić na to uwagę, mógł przyłożyć się do tego jeszcze bardziej, ale czasu nie cofnie. — Nie — odpowiedział krótko, kiedy kazała skończyć mu z przysięgami. — Będę cię tak długo nimi męczył, aż w końcu zrozumiesz, że nie są to obietnice rzucone na wiatr — oznajmił jej, patrząc hardo w jej niebieskie tęczówki. Tak bardzo miał ochotę wywrócić oczami — na słowa, że oni wszyscy byli tacy sami, na to, że już nigdy więcej jej nie dotknie, ale nie mógł wykazać się taką ignorancją. Dał jej przestrzeń, gdy ogarniała się w łazience i miał nadzieję, że chłodny prysznic i chwila ze swoimi myślami sprawią, że odetchnie i wyjdzie z lepszym nastawieniem. Nadzieja matką głupich, prawda?
Jej słowa, chociaż bolesne i wbijające szpilkę w serce, nie zniechęciły go, aby nagle odrzucić wszystkie swoje założenia i przestać się o nią starać. Jak mógł znudzić się kobietą, która tak silnie oddziaływała na jego serce? Zostawić ją komuś innemu, wiedząc, że to on przez ostatni czas sprawiał, że była szczęśliwa i zaopiekowana? Widział różnicę w jej zachowaniu — gdzie na początku była zdystansowana i bardziej zamknięta na wszystko, co wobec niej robił. Jak po dość szybkim czasie sama się do niego przytulała, a gdy zrozumiała, że Aiden nie był tylko w te dni, w których było dobrze, to z mniejszymi skrupułami podchodziła do niego, gdy się źle czuła. On to wszystko widział, nie był ślepy. To, że przez jakiś czas wypierał możliwość głębszych uczuć to była druga, całkiem odmienna kwestia.
Potrzebował chwili uspokojenia, kilku głębszych oddechów i przypomnienia sobie wszystkiego, co przez kilka lat słyszał na co dwutygodniowej terapii. To nie twoja wina. To jest przeszłość. Jego przyszłością była dziewczyna, która teraz nie chciała go widzieć — cudownie. I choć brutalnie mogło to zabrzmieć, to jednak nic nie było stracone, bo żyła. Nie odcinała się w ten najgorszy sposób, a największym problemem były te niewypowiedziane uczucia i lęki, które cały czas między nimi wisiały. Nie pozwoli sobie popełnić tego samego błędu, dlatego tak bardzo chciał konfrontacji, tak bardzo chciał, aby wykrzyczała mu wszystko w twarz i pozwoliła wyprowadzić się ze złych myśli; żeby uwierzyła, w jego kompletnie szczere intencje i fakt…
że ją k o c h a ł.
Kochał ją, cholera, ale to jedno słowo zatrzymywało mu się w gardle z obawą, że było już za późno; że wyrzucenie uczuć na wierzch bardziej je urzeczywistni i zniszczy nie tylko ją, ale również siebie.
Miał wrażenie, że trzyma swoje nerwy na wodzy, nawet jeśli Vita pisała mu te wszystkie wiadomości. Czuł złość, czuł rozdrażnienie, ale lata spędzone na pracy z różnymi ludźmi i występowania w sądzie, nauczyły go trzymania uczuć w umysłowej klatce. Widok jakiegoś mężczyzny, dotykającego ją po zgrabnej nodze i widząc kątem oka jej niezadowoloną minę — to wszystko zwolniło blokadę, aby mógł wkroczyć do akcji. To twój facet? Vita nie odpowiedziała. — Tak, to jej facet, więc radzę ci się odpierdolić — odpowiedział, mając nadzieję, że dziewczyna nagle nie zaprzeczy, nie powie czegoś przeciwnego do jego słów albo że nagle nie postanowi przejść na drugą stronę i zagrać na jego nosie jeszcze bardziej; że nagle nie pomyśli, że fantastycznym pomysłem będzie uwiesić się na obcym mężczyźnie, jednocześnie ryzykując, że trafił się kompletny oblech, który ją skrzywdzi, a Aiden… a Aiden prawdopodobnie leci wtedy na dołek, bo nie będzie mógł na to tak po prostu spoglądać.
Nie rozumiał dlaczego Vita nagle znalazła się przed nim, ale widok jej zranionej twarzy odpalił w nim złość, której nie znał. Mężczyzna zatoczył się i upadł, a Holloway od razu postanowiła wyciągnąć adwokata z klubu. Nie zdążyła, a Aiden tylko dostrzegł zamachnięcie się butelką przez jakiegoś obcego faceta. Już za późno było, żeby zrobić uniki, tym bardziej jeśli znowu istniała szansa, że oberwie kompletnie niewinna osoba. Wystąpił krok do przodu, aby upewnić się, że jego towarzyszka nie dostanie rykoszetem i tylko zacisnął oczy, zanim poczuł piekący ból na swoim nosie.
Kurwa.
Kto wie, co by działo się dalej, gdyby nie było tam Vity? Jakiś inny gościu dopadł do chłopaka, który rzucił szkłem w Aidena, a sam O’Cahallan został wyprowadzony na zewnątrz. W głowie mu wirowało, a gdy dotknął swojego nosa i zobaczył dość sporo krwi na własnej ręce, poczuł się jeszcze słabiej. Taki duży chłopak, a obawiał się krwii? No cóż, tak wyszło! Został posadzony na murku, nachylając się lekko do przodu i kiwając głową, jak powiedziała, że zaraz wróci. Czuł metaliczny posmak krwi w ustach i zaraz wypluł trochę zakrwawionej śliny na chodnik po swojej prawej stronie. Czy ten wyjazd mógł się zacząć lepiej? Oddychał miarowo i powoli, mając nadzieję, że jakiś pierwszy lepszy kutasiarz, który się wtrącił, nie złamał mu nosa. Całe szczęście, że był trzeźwy, to przynajmniej nie będzie to zrzucone na żadną pijacką bójkę. Gdy Vita do niego wróciła uniósł głowę do góry, prawdopodobnie wyglądając jak tysiąc nieszczęść, a mimo to cieszył się, że ją widzi. Nie uciekła, nie zostawiła go samego, tylko wróciła z jakimś ręcznikiem i lodem, aby pomóc mu zatamować krwawienie. Będzie bolało. No na pewno, pomyślał w pierwszej kolejności, a zaraz syknął krótko, krzywiąc się i zaciskając palce obu dłoni na swoich kolanach. Nie był dzielnym pacjentem, mimo wszystko był facetem i to najgorszego sortu, jeśli chodziło o chorowanie i tego typu sprawy, więc równie dobrze mógł zaraz zacząć żegnać się ze światem.
A może to już było niebo?
Widok Vitki stojącej tak blisko, wpatrującej się w niego z czułością i przejęciem, i to jak delikatnie się nim opiekowała? Wpatrywał się w nią jak w obrazek, trwając w tej ciszy, kiedy próbował regulować swój niespokojny oddech. — Wyjebane — mruknął, słysząc o bliźnie. Nie pierwsza i nie ostatnia, najbardziej cieszyło go to, że nie będzie musiał przeżywać katuszy związanych z nastawianiem nosa. — Vita, przestań mnie przepraszać — westchnął, kręcąc lekko głową. Z przyzwyczajenia zmarszczył lekko brwi, jednocześnie marszcząc nieco nos, czego od razu pożałował, bo cały go zabolał. — Nie dostałem przez ciebie, sam się o to prosiłem. Najwyraźniej byłaś zajęta i przerwałem ci randkę — mruknął jak niezadowolony dziesięciolatek, patrząc na nią spod byka. Czy naprawdę zarzuciła wędkę na pierwszego lepszego chłopa, aby szybko o nim zapomnieć? Czy to jedno łóżko było aż tak straszne, że wolała rzucić się w przypadkową znajomość z jakimś szemranym typem? Serce zaczęło mu bić szybciej, gdy wysunęła przed siebie dłoń i położyła ją na jego policzku. Nie mógł powstrzymać się przed lekkim wtuleniem twarzy w jej rękę; tak bardzo tęsknił za tym dotykiem. — Mam bardzo ładny nos, tak? — rzucił z lekkim rozbawieniem, kręcąc krótko głową. Spoważniał, gdy wspomniała o jego obietnicy i cicho westchnął. — Zawsze cię dogonię, nie zmienię swojego zdania — odpowiedział cicho, ze skupienie przyglądając się dziewczynie i… z tęsknotą. Miał ochotę ją do siebie przyciągnąć, przytulić i już nigdy jej nie puścić. Jakie było jego zdziwienie, gdy dostał to, czego chciał — jak Vita zaraz objęła go w pasie, szczelnie do niego przylegając, a on nie wiedział, czy miał prawo ją objąć. Chyba raz się żyje, co? Przyciągnął ją bliżej siebie, zaraz przenosząc jedną dłoń między jej łopatki i tam zaczął ją delikatnie głaskać, żeby tylko ją uspokoić. — Nie pozwolę, żeby ktoś cię skrzywdził — odpowiedział szeptem, choć mógł brzmieć jak hipokryta, przecież jeszcze niedawno to on ją zranił, chociaż na tle uczuciowym. Odsunął się od niej nieznacznie, tylko po to, by spojrzeć na jej policzek z rozcięciem, które zdążyło już zaschnąć. — Ma szczęście, że po weekendzie wracamy do Kanady, bo pozwałbym tego gnoja za wszystko co ci zrobił — mruknął, nie dotykając jej rany, aby znowu jej nie otworzyć, ale musieli zajść po drodze do sklepu. Zaplótł ręce na dole jej pleców, trzymając ją nadal blisko siebie i spojrzał jej uważnie w oczy. — Vita, ja… — zaczął, urywając w pewnym momencie. Co chciał jej powiedzieć? Że ją kocha? Nie mógł teraz, nie w momencie, który mógłby zostać odebrany jako wykorzystanie sytuacji. Nie teraz, kiedy stali przy klubie, opierając się o murek, a jeszcze chwilę temu nie wierzyła w jego dobre intencje. Nie chciał, żeby poczuła, że w ten sposób chce ją przy sobie zatrzymać na siłę. — Przepraszam cię, za wszystko. Za to, że zostawiłem cię bez odpowiedzi, za każdą zignorowaną wiadomość, za każdą łzę, która opuściła twoje piękne oczka przez to, jakim jestem debilem — zaczął, przełykając ciężko ślinę. Należały jej się przeprosiny, za wszystko, za co tylko mógł przeprosić. — Przepraszam, że nie powiedziałem ci, że polecę razem z tobą i za pokój też przepraszam, chociaż to naprawdę był przypadek — kontynuował. — Nie chciałem, żebyś się we mnie zakochała, bo coś jest z tobą nie tak. Jesteś cudowna i dość szybko sobie to uświadomiłem, ale od wielu lat nikogo do siebie nie dopuszczam, bo mam… problematyczną przeszłość, jeśli chodzi o związki i nie chcę, żeby ktokolwiek przez to cierpiał. I jak widać, mimo to i tak oberwałaś — wymamrotał, patrząc na nią ze zbolałą miną. — Nie odpuszczę cię, a jednocześnie… jeśli nie chcesz mnie już znać to będę musiał to jakoś… przetrawić — przyznał niechętnie. Bronił ją i najwidoczniej obrona zakładała również chronienie jej przed samym sobą; nawet jeśli bolało to niezmiernie i na obecną chwilę nie akceptował faktu, że mogłaby chcieć, aby się wycofał i po prostu o niej zapomniał. Zapomniał o osobie, która prawdopodobnie była tą jedyną, mimo że przez długi czas wmawiał sobie, że ta jego jedna wybrana osoba na świecie dawno go opuściła.
I am yours, you are mine
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
lovely to be rained on with you
Stojąc tam przed nim i wpatrując się w jego tęczówki, czuła, że rozmawia ze swoim przyjacielem. Z osobą, w której była cholernie zakochana. A jednocześnie miała wrażenie, że stoi naprzeciwko swojego wroga. Kogoś zupełnie obcego. Jej mózg nie potrafił w tamtym momencie połączyć się z sercem, jakby między tymi dwoma narządami dochodziło do jakiegoś zwarcia. Wszystko w niej iskrzyło, gryzło się ze sobą i przez to po prostu nie potrafiła z nim normalnie rozmawiać. Jakakolwiek chęć, jakikolwiek impuls, żeby odezwać się do niego łagodniej, nie miały z tym chaosem żadnych szans. - Rób, co chcesz - rzuciła tylko, machając ręką w geście poddania. Odwróciła wzrok, bo nie mogła już na niego patrzeć, po czym po prostu zniknęła w czeluściach łazienki, żeby jakoś ułożyć wszystko to, co się w niej tliło.
Ucieczka wydawała jej się najrozsądniejszym wyjściem z tej całej sytuacji. W końcu wtedy, chociaż na moment, mogła się od niego uwolnić, prawda? Ale czy na pewno właśnie tego potrzebowała? Dystansu? Bo jeżeli tak było, to dlaczego tak bardzo chciała, żeby jednak zwracał na nią uwagę? Żeby odpisywał na te wiadomości? Dlaczego zastanawiała się, co sobie myślał, kiedy pisała mu o swojej bieliźnie albo o innym mężczyźnie? Dlaczego pragnęła jego reakcji, choć jednocześnie udawała, że wcale jej na niej nie zależało? Pragnęła go, pomimo tego, że próbowała go sobie wybić z głowy. Jej serce od dłuższego czasu nie biło już tylko dla niej samej, ale biło również dla niego.
but I don't wanna ruin the moment
Słysząc, jak nazwał siebie jej facetem, starała się nie uśmiechnąć, no bo kurde, to była poważna sprawa, tak? Mężczyźni się kłócili. Alfa kontra beta. I oczywiście, że alfą był tutaj Aiden, tutaj nie było nawet żadnego doubt in her mind. No zrobiło jej się cieplutko na serduszku, ale widziała, jak tamten półgłówek dyszy i piszczy pod nosem, więc stanęła między nimi, bo przecież co takiego mogłoby się zdarzyyyy? Ah. No to ten. Fanfary, fajerwerki, mroczki przed oczami i cokolwiek tam jeszcze mogło pojawić się przed oczami postaci z kreskówki, bo Vita miała wrażenie, że zobaczyła cały pakiet, kiedy tamten ziomek tym sygnetem pieprznął ją w twarz. No ale nie było czasu na żadne przerwy, bo jej facet rzucił się w jej obronie, zanim sam nie oberwał obiektem, którego absolutnie nie powinno dopuszczać się do fair walki. I ten ziomek chyba doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Trzymała Aidena za rękę, wyciągając go na zewnątrz, co jakiś czas spoglądając na niego, gdy krew lała się z jego nosa, a płomiennowłosy wyglądał coraz bladziej na twarzy. Nie no, kurna, musiała się spieszyć, żeby jej tam zaraz nie zemdlał. Wróciwszy z ręcznikiem, stanęła pomiędzy jego nogami i spojrzała na jego twarz zmartwiona. Posłała mu tylko lekki, pokrzepiający uśmiech, zanim zaczęła powoli przykładać zimny ręcznik do jego twarzy, wycierając krew. Dopiero potem przytrzymała go przy jego nosie, żeby zatamować krwawienie. - Miy lyubyy - mruknęła tylko cicho. Wyszło to z niej po prostu naturalnie. Nawet nie pomyślała o tym, że może było to teraz nie na miejscu, zważywszy na to, że no, była na niego zła i byli skłóceni, ale oh well.
Wdał się w bójkę zupełnie przez nią. Gdy go wycierała, zerkała raz po raz w jego oczy, lekko się przy tym pesząc, no bo kurde, co miała na swoje usprawiedliwienie? Nic. Pojechała po bandzie i pociągnęła go za sobą do takiego stopnia, że teraz będzie nosił na nosie przypomnienie o tym, że zrobił to dla nic niewartej dziewuchy. Ugh. - Nie zgrywaj takiego chojraka - prychnęła, posyłając mu czuły uśmiech. Zaśmiała się pod nosem, gdy zmarszczył nos z bólu. - i nie uśmiechaj się, zakaz - dodała rozbawiona. Jednak serio było jej przykro i naprawdę chciała przeprosić go za swoje zachowanie. Mówiła szczerze z tym wszystkim. Było jej głupio. Cholernie głupio.
Zmarszczyła brwi na jego komentarz o randce, wysunęła dłoń i pstryknęła go palcem w nos. - Przestań, to nie była żadna randka - burknęła pod nosem. - Poza tym powiedziałeś tam, że jesteś moim facetem, prawda? - Spojrzała w jego oczy już trochę delikatniejszym spojrzeniem. - Po prostu czekałam, aż mój chłopak do mnie dołączy, a jakiś imbecyl się przytoczył, zapominając, że nie powinien kłaść łap na kobietach, które mu na to nie pozwoliły, hm? - Powiedziała to tak, jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie, chociaż przecież nie byli parą. Znowu było to takie pierdololo, które teoretycznie rzucała, wiedząc, że Aiden zaraz w swojej starej modzie naprostuje, że chłopak, dziewczyna, zło konieczne, bla, bla, bla. No czekała już na to, co mogła powiedzieć? Uśmiechnęła się czule, kiedy wtulił twarz w jej dłoń. Musnęła kciukiem jego policzek, czując ciepło rozsadzające ją od środka. Tak bardzo za nim tęskniła, jednak chwileczkę później przewróciła swoimi niebieskimi ślepkami. - No masz. Dużo ładnych rzeczy masz, które mi się podobają. Co ja za to mogę, hm? - parsknęła śmiechem, przysuwając się do niego bliżej.
Chciała musnąć swoim nosem jego nos, ale no, przypomniało jej się, że przez najbliższy czas raczej nie będzie mogła tego robić, więc tylko zerknęła jeszcze na jego usta, potem na tęczówki, zanim po prostu wtuliła się w niego mocno. Przymknęła oczy, napawając się jego zapachem i sama zaczęła gładzić go po plecach, gdy jego dotyk uspokajał ją coraz bardziej. Uśmiechnęła się do siebie, słysząc, jak do niej mówił. Wierzyła mu, że nie dałby nikomu jej skrzywdzić. To, że skrzywdził jej uczucia, nie miało teraz najmniejszego znaczenia. W końcu Holloway zdawała sobie sprawę, że niestety nie dało się zmusić ludzi do tych samych uczuć, choć arogancko pragnęła, żeby takowymi obdarował właśnie ją. Odsunęła się, wpatrując się w jego oczy, i uśmiechnęła się szeroko.- Przynajmniej będziemy mieli pamiątki z pola walki. Na spotkaniach ze znajomymi możemy mówić, że to mój były dostał furii - parsknęła śmiechem. - Nie no, żartuję, duuuh. - Prychnęła pod noskiem, rozbawiona własnym żartem, no komediantka w pełnym usposobieniu. Przez moment spięła się delikatnie, gdy poczuła, jak przysunął ją do siebie i splótł dłonie za jej plecami. Zarzuciła ręce na jego szyję, przybliżając się jeszcze bardziej i wpatrywała się w jego oczy.
Kurwaaaa.
Czemu ściskało ją za każdym razem, gdy zwracał się do niej po imieniu? Uwielbiała jego głos. Zwłaszcza wtedy, gdy mówił właśnie do niej. Stała przed nim, pozwalając mu wyrzucić wszystko z siebie. Widziała, że mówił to z prawdziwą skruchą i każde słowo, które opuszczało jego usta, było szczere. Przygryzła dolną wargę, zaciskając na niej zęby, starając się walczyć z łzami, które zbierały się w jej oczach. Cholera, potrzebowała wiedzieć, o co dokładnie chodziło z tą jego problematyczną przeszłością, ale znowu się rozkojarzyła i teraz skupiała się tylko na tym, jak mówił jej, że jakoś przetrawi to, jeśli nie będzie chciała go już znać. - Aiden - pokręciła głową przecząco, przesuwając dłonie delikatnie ku górze, by wpleść palce w jego włosy. - Chcę cię znać - powiedziała cicho, zbliżając się do jego twarzy. - To wszystko, co powiedziałam wcześniej… to było w złości. Próbowałam się bronić. - Spojrzała mu prosto w oczy. - Chcę cię znać. Potrzebuję cię znać - sprostowała od razu. - Jesteś mój, a ja twoja odkąd polałam cię tamtą lemoniadą w pracy. - Uśmiechnęła się, przechylając głowę, zanim delikatnie musnęła jego usta. Ostrożnie, bo nie chciała, żeby zabolało go przy jakimś gwałtowniejszym ruchu. - Podpisałam wtedy kontrakt z diabłem, pamiętasz? - dodała z nikłym uśmiechem, odsuwając się od niego tylko odrobinę, zanim musnęła go jeszcze raz. - Dobra, chodź, idziemy, Rocky. - Rzuciła to żartobliwie, oczywiście nawiązując do Sylvestra Stallone’a i roli boksera rocky’ego balboły(cholera wie jak to sie odmienia), lol.
and it feels like the start of a movie
I've seen before
Po drodze do hotelu kupili sobie jakieś jedzonko do pokoju. Zjedli je, ogarnęli się do spania i oboje mieli plasterki na swoich ranach bitwy. Vita stanęła przy łóżku i ułożyła poduszki pośrodku niczym mur, zanim wsunęła się po swojej stronie, no bo ta druga zawsze należała do niego, co nie? Zerknęła na niego, siadając i opierając się o zagłówek łóżka. Czekała, aż do niej dołączy. - Proszę, opowiedz mi, o co chodzi z tą przeszłością, bo nie daje mi to spokoju, a widzę, że cię to męczy - powiedziała, patrząc na niego prosząco. Musiało być coś na rzeczy, skoro już nie raz był skłonny zakończyć wszystko. Nawet zasabotować własne szczęście, myśląc, że robił jej przysługę, chociaż wcale tak nie było. Teraz potrzebowała szczerości. I choć sama wcześniej nie była w stanie dać mu jej w pełni, wiedziała, że już z niczym więcej go nie okłamie.
i've been yours for some time now
-
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that thatnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
I've learned to lose you, can't afford to
Spojrzał na nią i może nie był szczególnym mistrzem języka ukraińskiego, ale przez te dwa miesiące zdążył podłapać co nieco. A słowa, które padły z ust Vity, przypisał do jednego z któryś czułych określeń, które już padało z jej ust w momentach, kiedy była czymś rozczulona. Miał nadzieję, że niczego nie pokręcił, że nagle nie okaże się to jakieś wyzwisko, ale żyjąc w tej swojej świadomości słodkiego określenia, ciepło rozlało się po jego sercu. Czy gdyby go nienawidziła tak bardzo, jak się zarzekała, to czy nazywałaby go czule? Czy spoglądałaby w jego oczy co jakiś czas, nie potrafiąc utrzymać kontaktu wzrokowego, bo co kilka sekund peszyłaby się tym, że on uważnie jej się przyglądał? Aiden czasami był pozbawiony skrupułów czy nieśmiałości, a jeśli chodziło o nią, to tym bardziej nie miał zahamowań. Znała go całego, w każdym najmniejszym calu, oprócz tych kłębiących się w jego głowie myśli na temat uczuć. Oprócz tego nie miał czego przed nią ukrywać, był jak otwarta księga, więc też dobrze wiedziała, że utrzymywał kontakt wzrokowy do momentu aż druga osoba nie odpuści, a nawet i dłużej, uśmiechając się z zadowoleniem. I teraz też tak było. Uśmiechnął się i zaraz spoważniał, kiedy usłyszał o zakazie. No musiał być grzeczny, tak? — Dobrze, dzisiaj już starczy chojrakowania. Teraz będę ci jęczeć cały wieczór o tym, jak mnie boli — marudził jej. Jeszcze pewnie nie dostanie buziaka, żeby lepiej się goiło — to była największa tragedia tego dnia. Sam ból nie doskwierał, jeśli mocno nie ruszał nosem i podejrzewał, że jeszcze dzisiaj przypominać sobie o tym będzie właśnie w tych momentach, w których się po prostu zapomni.
Wydął lekko dolną wargę, kiedy pstryknęłą go palcami w nos; żeby tak kopać leżącego? I zaraz poruszyła ten temat — nie miał co się łudzić, że w całym tym zamieszaniu tego nie usłyszała. Czy było sens negować jej słowa? Wciskać jej kolejny kit, skoro znaleźli się w takiej sytuacji. — Tak, a co? — zapytał, unosząc lekko brwi. — Hm, dobrze że masz przy sobie takiego dżentelmena, który pojawia się w odpowiedniej chwili i broni cię przed natarczywymi typami — mruknął, starając się utrzymywać powagę. To był pierwszy raz, kiedy nie robił jej wykładu o tym, że nie byli w związku i to się nie zmieni. Czy wizja jej utraty odblokowała w jego głowie jakieś do tej pory zamknięte obszary? — Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu… ubarwieniu rzeczywistości. — I nadal, brak opierdzielu. Jednak musiał to zaznaczyć, musiał chociaż wspomnieć o tym, skoro jeszcze przed chwilą pewnie by go uderzyła za samą sugestię, że mogli być razem. Całe szczęście, ta cała napięta sytuacja i nerwowa atmosfera sprawiła, że obydwoje nieco zeszli z tonu. Parsknięcie śmiechem było mniej bolesne niż wykrzywienie twarzy w uśmiechu. Pokiwał niedowierzająco głową i spojrzał na nią z czułością, oddychając z ulgą, że już przestała rzucać mu złowrogie spojrzenia.
I nie wyrywała się z jego ramion, a na dodatek sam poczuł jej delikatny dotyk na swoich plecach. Mógłby pozostać w tym miejscu już na zawsze, czując się, jakby cały swój świat właśnie trzymał w rękach. Było to dla niego niesamowite, że ponownie czuł się, jakby oddawał komuś swoje serce. Już od dwóch tygodni doświadczał takiego wachlarzu uczuć, jakiego nie spodziewał się poczuć. Nie wiedział, że na nowo boleśnie będzie mu spędzać czas w osamotnieniu i nie mieć okazji widzieć się z tą jedną osobą, która rozjaśniała jego dzień. Na dodatek nie mógł do niej pisać, męczyć jej i dopytywać, kiedy wróci, proponować jej odebrania z pracy czy zabierać czas głupimi pytaniami, co zjedzą wieczorem. Tęsknił za tym, tęsknił za każdym małym szczegółem ich codzienności i przede wszystkim, tęsknił za nią.
I could lie, say I like it like that, like it like that
— Czyli jeszcze oczerniamy twojego prawie byłego męża? — parsknął z rozbawieniem, kręcąc głową. Poczuł to niewielkie spięcie, kiedy przyciągnął ją do siebie i był gotów ją puścić, ale zaraz zarzuciła swojego dłonie na jego szyję.
Było dobrze, nie ma co panikować. Baby steps, rączki zostają tylko w jednym miejscu.
Teraz byli przy sobie blisko, ale jaką miał gwarancję, że nie było to swego rodzaju pożegnanie? Że zaraz nie odpowie mu, że bardzo chciałaby o nim zapomnieć i zostawi go tutaj, z obolałym nosem w jakimś obcym mieście? Może dostrzegał, że jej oczy robiły się mokre, bo tak naprawdę gdzieś w środku wiedziała, że musi go właśnie odrzucić przez to, jakim dupkiem był jeszcze dwa tygodnie wcześniej? Uwielbiał, jak miękko wypowiadała jego imię i to na kilka różnych sposobów, w zależności od sytuacji — każdą wersję uwielbiał. Jeszcze to delikatne wplątanie jej palców we włosy, przez co czuł, jakby serce miało zaraz wyrwać się z jego klatki piersiowej.
Chcę cię znać. Potrzebuję cię znać.
— Ja pierdziele — wypuścił powietrze ze swoich ust i oparł swoje czoło o to jej. Poczuł ulgę. Cholerną ulgę, jakby właśnie dowiedział się, że nie umiera. — Moja mała złośnica — westchnął cierpiętniczo, wznosząc spojrzenie ku niebios. — Czyli polane zaklepane, tak? — zaśmiał się krótko, zaraz będąc kompletnie rozczulonym przez ten delikatny pocałunek, przez który uważała, aby go nic nie zabolało. — O tak, pamiętam. Gdzieś mam jego kopię w domu — parsknął, drugi pocałunek nieco przedłużając. W końcu wtedy ogłosił się jako upadłego anioła; definitywnie był jakimś wysłannikiem z piekieł, żeby skusić ją do jeszcze większego buntowania się, ale to wszystko w ramach tej cholernej miłości, której obydwoje rozumieli tak trzy po trzy.
Wrócili do hotelu, zjedli kupione jedzonko, Aiden jeszcze zajął się jej policzkiem, żeby odkazić kupionymi po drodze lekami i z plasterkami przyklejonymi na ich poranione twarze, zaczęli zbierać się do spania — albo przynajmniej do położenia się do łóżek. Wyszedł z łazienki, w momencie którym Vita stawiała płot z poduszek pośrodku materaca. — Serio? — zapytał, niedowierzając i opierając dłonie na biodrach, stanął przed łóżkiem. — Mam nadzieję, że wymierzyłaś odległości z linijką i mamy po tyle samo miejsca — parsknął śmiechem, ale zaraz przestało mu być zabawnie, kiedy poprosiła, żeby opowiedział o swojej przeszłości. Czy mogło go to dziwić? No nie, ale i tak był lekko zaskoczony. — To nie będzie lekka dobranocka — zaznaczył, zaraz wchodząc na swoją połowę; na tę co zwykle, niezależnie od tego, gdzie spali, to zawsze była to ta sama połówka. Sama historia może nie była jakoś ciężka, ale bał się, że końcówka może ją przytłoczyć. Oparł się również o zagłowie łóżka i po raz kolejny zaśmiał się rozbawiony na to, jak absurdalna była ta sytuacja — siedzieli rozłączeni od siebie murem chińskim, po raz pierwszy w czasie ich dwumiesięcznej relacji, bo zawsze od razu przyciągał ją do siebie, zamykając w swoich ramionach. — Zakochałem się na początku liceum, szybko zaczęliśmy być razem, lata mijały, to już mniej ważne, ale po skończeniu liceum stwierdziliśmy, że zrobimy sobie age gap na wyjazd do stanów. Był to nasz plan już od jakiegoś czasu, oczywiście moi rodzice, zwłaszcza ojciec, tego nie popierali, ale moje relacje z nimi to już jest zupełnie inna historia. No i po skończeniu liceum postanowiłem, że jej się oświadczę, tak bardzo symbolicznie, z pierścionkiem z supermarketu, kiedyś kupiłbym jej jakiś ładny, ale no plany mieliśmy dość kosztowne — zaczął, czując, jak serce bije mu niesamowicie szybko. Nie opowiadał tej historii od lat. W zasadzie odkąd się ona wydarzyła, bo wszystkie najważniejsze osoby w jego życiu po prostu już ją znały. Zapomniał, że wpuszczenie kogoś nowego wiązało się z powrotem do przeszłości. — Nie wiem, czy jest się co dalej rozwijać w tym temacie. Były wzloty i upadki, kochałem ją. Tak bardzo ją kurwa kochałem, ale ona miała swoje problemy i jednego dnia po prostu… już jej nie było — dodał, przenosząc spojrzenie przed siebie, zagryzając krótko wnętrze policzka, czując przepotworną gulę w gardle. — Popełniła samobójstwo, skacząc z balkonu w naszym hotelu — doprecyzował ciszej, zaraz odchrząkując. — Na tamten moment sądziłem, że to była ta jedyna, więc zarzucałem sobie, że nieodpowiednio się nią zająłem. Jej rodzice też mieli do mnie pretensje, że odebrałem im córkę, a z biegiem czasu okazało się, że zmagała się z problemami, o których mi nie mówiła. — Puste spojrzenie utkwione miał w nocnym widoku zza oknem, nie mając odwagi, żeby spojrzeć na Vitę. Czuł pustkę, gdy o tym mówił i jednocześnie wstyd, że zjebał na całego. — Nie chcę skrzywdzić kolejnej osoby. Byliśmy blisko, a ja nie zauważyłem, że to nie było tak powierzchowne jak twierdziła. Miała tak głęboką depresję, że nie powinniśmy nigdzie jechać. Powinienem się nią bardziej zająć. — Długie tygodnie spędzał, obwiniając siebie za to, że wyciągnął ją z Toronto. Wszystkie te wydarzenia i niesłuszne oskarżenia rozwaliły go na łopatki, chodził na terapię, a później na kontrolne wizyty, bo przez chwilę bliscy bali się, że przez rozpacz podzieli los zmarłej narzeczonej.
Don't you know too much already?
I'll only hurt you if you let me
Call me friend, but keep me closer
don't let me go
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
smoky by nature, charmingly sane
Nie musiał przy niej cały czas odgrywać manly facia. Kurna, drwala z lasu, który musiał udowadniać na każdym kroku, że miał w spodniach odpowiednio wysoką ilość testosteronu. Aiden już i tak zachowywał się cholernie męsko według jej uznania, więc gdyby od czasu do czasu pobawił się w beksę-lalę czy jak to się tam zwało, to serio nie robiło jej to żadnego problemu. Nie stwierdziłaby zaraz, że omagad, ja tak nie mogę! Za żadne skarby albo inne tego typu duperele. - Jęcz ile chcesz, czyli należysz do tych mężczyzn, którzy wyglądają jak umierające wiktoriańskie dzieci z obrazów, gdy mają lekkie przeziębienie? Noted - parsknęła śmiechem. Miał szczęście, że była bardzo dobrą kucharką, a ukraińskie przepisy, które poniekąd ukradła matce, odgrywały jej się bezpardonowo w główce i rzadko kiedy musiała guglować coś w necie. No chyba że chciała zrobić coś, czego jeszcze nie umiała, mkay?
Zdawała sobie sprawę z tego, że nie była jego dziewczyną, a to, co powiedział, było tylko i wyłącznie na potrzeby odegrania roli superbohatera. Odbicia jej z objęć złego King Konga, żeby ten odpierdolił się na dobre, a ona mogła wrócić w ramiona swojego wybawcy na pięć minut. Tylko po to, żeby wyjść z klubu i dalej żyć w tej bańce niedopowiedzeń, złości i poczucia zdrady. No ale gdy po chwili jednak powiedział jej, że ma nadzieję, że nie ma nic przeciwko temu ubarwieniu rzeczywistości, poczuła ciepło w sercu. Cholera. Znowu nie wiedziała, co ma myśleć. Tak bardzo chciała być jego. Już naprawdę. Czuła się zmieszana, patrzyła w jego oczy, czuła ciepło i bliskość jego ciała, ale w dalszym ciągu nie wiedziała, na czym stała. Miała dość tej nieustannej niepewności i strachu, że jednak coś mu się odwidzi. Że jednak nie była wystarczająco dobra dla niego. W końcu był szanowanym prawnikiem, a ona barmanką, która lubiła rysować, no błagam. Nie pasowała do jego świata, prawda? Jezu, Holloway, nie nakręcaj się. Jest teraz przed tobą. Skup się na tym. Więc posłuchała siebie. Wtuliła się w niego mocno, napawając się wonią jego perfum, czując ciepło i miękkość, za którymi tak cholernie tęskniła.
hearts in a cage
Przyłożyła palec wskazujący do jego ust. - Ale ciiiii, we have to be smart about it, mkay? - mruknęła cicho, niemal konspiracyjnie. No po prostu agentka 007, proszę państwa, jak ta lala. Po chwili zaczerpnęła głęboki haust powietrza i powoli się uspokoiła, pozwalając sobie zrelaksować się w jego uścisku. Przyglądała mu się, szybko prostując kwestię tego, co czuła i jak bardzo chciała mieć go w swoim życiu. Tamte teksty? Pomimo tego, że brzmiały naprawdę poważnie i szczerze, gdy wychodziły z jej ust, to wcale nie miała ich na myśli. Nie mówiła prawdy, gdy podnosiła głos, twierdząc, że nie zniesie przebywania z nim w jednym pokoju. Nie mówiła prawdy, gdy mówiła, że nie chce go więcej widzieć. Że nie chce go znać. Nie mówiła prawdy, gdy pisała, że nie chce, żeby za nią szedł. Chciała jego. Chciała, żeby był przy niej już zawsze. Chociaż kwestia jego uczuć nie była dla niej do końca jasna i nadal stawiała wszystko pod jednym wielkim znakiem zapytania, to ona była pewna swoich. A mianowicie tego, że go kochała. - Pamiętaj o oddychaniu, Vohnyk - prychnęła pod nosem, uśmiechając się, gdy oparł swoje czoło o jej. - Mhm, twoja - dodała, śmiejąc się cicho. Jejku, czyżby Aiden dziękował jakimś niewiadomym bożkom, że jednak nie zdzieliła go w buźkę przez te kilka ostatnich spotkań? Oh. Pocałowała go. Czule, delikatnie, nie chcąc, żeby poczuł jakikolwiek ból. Aczkolwiek nie mogła się powstrzymać. Chciała go posmakować. - Oczywiście, że zaklepane - mruknęła przy jego ustach. A na jego komentarz o kontrakcie, który trzymał w domu, tylko zacisnęła palce w jego włosach nieco mocniej, pogłębiając pocałunek. W dalszym ciągu jednak uważała. No bo nie chciała, żeby jęczał jej tam w usta z bólu, bo jeszcze mogłaby wziąć to za zupełnie inne światełko. Takie typu GOGOGO Vita, nie stopuj się, kiedy tak naprawdę chodziłoby tylko o jego biedny, obity nosek.
Am I right?
Okej, zdawała sobie sprawę, że ustawianie tej fortecy, tego całego muru z poduszek, mogło być a bit too much, ale nie robiła tego dlatego, że obawiała się, że Aiden się na nią rzuci czy coś w tym stylu. To bardziej było dla niej. Jako przypomnienie, że powinna przystopować, bo wewnątrz miała nieodpartą chęć składania na nim pocałunków, wtulania się w niego i mówienia mu, jak bardzo go kochała. A wiedziała, że nie powinna tego robić. Nie chciała znowu go przestraszyć. Nie chciała sprawić, że poczuje się przytłoczony tym wszystkim, co w niej siedziało i tylko czekało, żeby wylać się na niego jak jakaś emocjonalna powódź. Więc tak, no. Ten mur był dla niej. Miał odgrodzić i ochronić Aidena przed falą uczuć, którymi mogła go uderzyć, gdyby tylko pozwoliła sobie na zbyt dużo. Nie chciała drugiego biegu po mleko, okay?
‘’To nie będzie lekka dobranocka‘’
Leżała, przyglądając mu się i uważnie słuchając, jak opowiadał o swoim związku z czasów liceum. How cute. Poczuła nawet nutkę zazdrości w sercu, wyobrażając sobie inną kobietę będącą z nim w związku. Jezu, czy to nie było chore? Obróciła się na bok, dalej go słuchając, ale z każdym kolejnym słowem uciekającym z jego ust zauważyła, że jego głos zaczynał się łamać. Albo że mówił to w trochę bardziej zdenerwowany sposób. Uniosła się więc wyżej, ale nie przerwała mu ani go nie dotknęła. Uśmiechnęła się na wspomnienie o pierścionku z supermarketu. Wiedziała od początku, że był słodki. Nawet jeśli nie lubił tego określenia i wiedziała, że lepiej było w jego towarzystwie nie mówić tego na głos.
Ups.
burn all the proof
Uśmiech spowijał jej twarz, aż do momentu, w którym wspomniał, że jednego dnia jej już nie było. Zmarszczyła brwi, a uśmiech zniknął z jej twarzy. Czy to był ten moment, w którym miał powiedzieć, że go zostawiła? Rzuciła go? Odeszła? Nie. Serce stanęło jej na moment, gdy dodał, że popełniła samobójstwo. Cholera. Jezu, no idiotka ze mnie. Przysunęła dłoń do ust, próbując nie powiedzieć na głos żadnego przekleństwa skierowanego do samej siebie za te wszystkie świństwa, które rzuciła w jego kierunku. Nie tylko w samolocie, ale też dzisiejszego wieczora, przed wyjściem z hotelu. Teraz to miało sens. To, dlaczego ten tekst tak łatwo przez niego przeszedł. Dlaczego nie zatrzymał jej po tym, jak rzuciła w niego tamtymi słowami. Zrobiło jej się niedobrze, zwłaszcza kiedy wspomniał o tym, że jej rodzice mieli mu to za złe. Że sam się za to obwiniał. Za to, że jej nie dopilnował. Nie mogła pozwolić, żeby tak się z tym czuł. Przecież tak nie było. Nie, nie, nie, nie, nie, nie.....
Siedziała w ciszy jeszcze chwilę po tym, jak skończył mówić. Przyglądała mu się, a raczej jego profilowi, bo przez cały ten czas, kiedy o tym opowiadał, nie patrzył na nią. Zerknęła na fort z poduszek, po czym chwyciła jedną i wyrzuciła ją gdzieś do tyłu. Potem kolejną. I następną. Jeszcze jedną kopnęła gdzieś na bok, o mało co nie rozwalając lampki. Nieważne. Kurde, chciała go widzieć. Nie chciała, żeby odchylał głowę i uciekał spojrzeniem gdzieś w bok. Odwróciła się, siadając obok niego, ale bokiem. Nachyliła się, kładąc dłoń na jego policzku, po czym delikatnie przesunęła jego twarz w swoim kierunku, żeby spojrzał jej prosto w oczy. - Aiden - zaczęła cicho. - Mogę ci obiecać na wszystko, że nic sobie nie zrobię. A gdybym kiedykolwiek czuła się gorzej, będziesz pierwszą osobą, która będzie o tym wiedziała, dobrze? - Spojrzała mu prosto w oczy, chcąc, żeby naprawdę to usłyszał... żeby nie uciekł od tych słów, nawet jeśli jego myśli pewnie już próbowały zrobić z nimi coś niedobrego. - Wiem, że słyszałeś to już setki razy, ale to nie jest twoja wina, dobrze? - pogładziła jego policzek. - Jeżeli dbałeś przez te ostatnie dwa miesiące o mnie chociaż w namiastce tak, jak dbałeś o swoją byłą narzeczoną, to uwierz mi, nie miałaby powodu, żeby od ciebie uciekać. - Uśmiechnęła się delikatnie, przysuwając się bliżej. Opatuliła go swoimi ramionami i przesunęła się tak, żeby to on mógł przytulić się do niej. - Proszę, nie martw się o to, czy coś mi się stanie albo czy mnie zranisz. Nie odbieraj sobie szansy spróbowania ze mną przez strach - dodała, masując dłońmi jego plecy.
Czuła ścisk w sercu.
Cholera, tak bardzo go kochała.
Nie mogła uwierzyć, że była tak arogancka i tak samolubnie rzucała w niego tamtymi tekstami, byleby tylko poczuć się ze sobą lepiej. Odsunęła go od siebie na chwilę, chwytając jego twarz w obie dłonie. - Jeżeli byś tego chciał, to chętnie zaopiekuję się tobą i twoim sercem - powiedziała ciszej. Przysunęła swoją twarz bliżej niego i musnęła go czule w usta. - Jeżeli będziesz potrzebował, to pójdziemy nawet zapalić dla niej znicz, okej? Powiem jej, że się tobą zajmę. - Przysunęła go bliżej siebie i przytuliła najmocniej, jak tylko potrafiła. Chciała, żeby czuł w niej wsparcie. Oddanie. Chciała, żeby tym razem to on poczuł się bezpiecznie w jej ramionach.
fly by my feelings,
land on your moon
𝓴𝓸𝓬𝓱𝓪𝓷𝓲𝓮 ♡
-
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that thatnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Nie mógł powstrzymać się, żeby nie parsknąć na jej komentarz śmiechem. — Lekkie przeziębienie? Moje przeziębienie nigdy nie jest lekkie. Jak już diabli złego biorą to tak, że prawie traci życie — odpowiedział z przekonaniem; był pewien, że mógłby ją tym przekonać, przez co pewnie nastawiłaby się na czterdziesto stopniową gorączkę i gruźlicę, a w rzeczywistość mogła być inna. Aiden był tym najgorszym sortem chorobowego faceta i był w stanie wynaleźć sobie najdziwniejsze choróbsko, które swoje podłoże miałoby w lekko ściekającym z nosa katarze.
Nawet przez chwilę nie spojrzał na nią przez pryzmat dwóch odmiennych światów, z których pochodzili. Nigdy nie pomyślał, że była tylko barmanką i to jeszcze kompletnie nie pasującą do jego życia. Ostatnie tygodnie zwłaszcza uświadomiły mu, że była niezmiernie ważnym elementem całej układanki. Jego rodzice go osaczali, nie lubił rodzinnych obiadów czy innych spotkań, na które zazwyczaj jeździł za namową Eleanor. Nie lubił słuchać, jak jego ojciec udziela mu kolejnego moralizatorskiego wykładu na temat życia, które nijak go dotyczy. Z biegiem lat dostrzegał ich działania, które teraz postrzegał jako manipulację — czystą prezentację, kto tu tak naprawdę rządził i czyje słowo liczyło się najbardziej. Dzięki Vicie odrywał się od tego świata i przypominał sobie, że życie mogło jeszcze słodko smakować. Przy niej miał wrażenie, jakby pochodził ze względnie normalnej rodziny, pozbawionej tego zapyziałego ego. Była powiewem świeżości, ale także tym ciepłym, otulającym bandażem, który owijał jego serce i pokazywał, co oznaczało bycie chcianym i… kochanym. W końcu przyznała, że go kochała, więc również wszystkie jej gesty i czynności podciągał pod właśnie to uczucie.
Była jego, to nie podlegało wątpliwością. Przecież powiedzieli sobie to już dobry miesiąc temu, a ta krótka… sprzeczka, nie mogła zaburzyć ich obietnic. Aiden chciałby powiedzieć o niej jako o swojej dziewczynie, czuć w stu procentach, że mógł sobie względem niej rościć jakieś prawa — i vice versa, oczywiście. Chciałby, aby Vita nie zastanawiała się nad odpowiedzią, kiedy ktoś zapyta, czy był jej facetem; żeby mogła ze spokojem to potwierdzić, pozostawiając oprawcy już to, jak zareaguje, chociaż po dzisiejszym dniu powinna chodzić legenda o tym, że nie warto denerwować płomiennowłosych. Nawet jeśli na co dzień podchodził do dużej ilości rzeczy z ogromnym spokojem, tak w tamtym momencie nie mógł usiedzieć na miejscu — nie w momencie, kiedy ktoś obcy jej dotykał, wchodząc na rejony jej nogi, na które tylko Aiden miał pozwolenie, traktując ją jako pierwszę lepszą łatwą i bezwartościową dziewczynę w klubie, w czasie kiedy Vita była ponad wszystkimi kobietami na świecie. Była tym kawałkiem diamentu, zakopanym przypadkiem na piaszczystej plaży, który udało mu się odkopać i zagarnąć dla siebie. Kompletnie nieświadomie, ale teraz wiedział, co takiego zyskał, kiedy wrócił się tamtego wieczora do baru i pocałował ją aż do utraty tchu.
Teraz obnażał się przed nią ze swojej najgorszej tajemnicy, mówiąc o swojej przeszłości, do której nie chciał powracać, ale należały jej się wytłumaczenia. Wiedział, że jeśli naprawdę szczerze chciał ją do siebie dopuścić, to najpierw musiał pokonać swoje obawy i przepracować z nią to, czego najbardziej się obawiał.
A obawiał się, że nie sprosta; że po fali czułości, którą ją obdarowywał, nadejdzie etap regresu, przez co będzie czuć się źle — opuszczona, zaniedbana i smutna. Samotna i niekochana. Wmawiał sobie kompletnie nieprawdziwe rzeczy, wyolbrzymiając problemy, które nigdy nie miały miejsca i nie będą mieć, bo nawet jeśli Aiden mógł sprawiać wrażenia niedostępnego i badassa, to jednak był wierny i lojalny. Czy najlepszym przykładem nie było to, że przez tyle lat nie wchodził w powierzchowne związki? Nie miał na to siły, bo wiedział, że jak już zaczynał kochać, to całym swoim sercem.
Nie miałby za złe nawet gdyby nie była w stanie odezwać się po tej historii. Gdyby siedzieli w ciszy, po prostu idąc w pewnym momencie spać, bez zbędnego komentarza odnośnie całej sytuacji. Po prostu chciał, żeby wiedziała, tym bardziej jeśli sama zaczęła drążyć temat. Chciał, aby miała świadomość, z jakimi problemami się zmierzał i jakie kłopoty mogą nawarstwiać się w momencie, gdy już całkowicie wejdzie butami do jej życia.
Widział kątem oka, jak burzyła mur chiński i przedzierała się przez niego, a mimo wszystko nie potrafił w pełni na nią spojrzeć. Czuł pustkę w sercu, której nie był w stanie niczym wypełnić, a przynajmniej tak myślał, dopóki nie poczuł dłoni dziewczyny na swoim policzku. Tego obezwładniającego, znajomego ciepła, przez które poczuł, jak zaszkliły się jego oczy, jednak szybko zahamował tę dziwną reakcję własnego organizmu — bo Aiden nie płakał. Spojrzał na nią smutnym, nieco lśniącym spojrzeniem, kiedy miękko wypowiedziała jego imię i próbowała uspokoić jego rozbiegane myśli, które w tym momencie nie wybiegały już tylko ku przeszłości, ale zaczęły nieznośnie analizować przyszłość. — A co jeśli przegapisz ten etap, w którym bez problemu przyznałabyś mi się, że coś jest nie tak? A ja później tego nie zauważę? — zapytał, patrząc jej uważnie w oczy; jej niebieskie jak ocean oczy, które… tak bardzo kochał. I to prawda, setki razy słyszał, że to nie była jego wina i gdzieś wiedział, że tak naprawdę było. Teoretycznie miał już przepracowany ten problem, ale najwidoczniej nie do końca, aby móc zaufać samemu sobie w bliskiej relacji z drugą kobietą. W tym momencie było to jak miód na jego serce, pocieszenie, którego potrzebował usłyszeć i tkwiąc w jej ramionach, czując jak delikatnie masowała jego plecy, czuł się po prostu… mały. Jak mały chłopiec, który potrzebował kojącego i uspokajającego dotyku kochanej osoby. — Nie jestem w stanie się tym nie martwić, ale wizja utraty ciebie jest jeszcze bardziej przerażająca — przyznał jej cicho, zaraz przerzucając jej nogi przez swoje, aby mógł wygodniej przyciągnąć ją do siebie i wtulić się jak w ulubioną przytulankę. Potrzebował tego wszystkiego, nawet jeśli powrót do przeszłości otworzył w jego sercu niewyobrażalny ból i żałość, to przy okazji czuł spokój i lekkość przez to, że nie musiał w sobie tego dłużej tłumić. Powiedzenie o tym drugiej osobie było poniekąd uzdrawiające.
Hey girl, let me talk to you
Spojrzał w jej twarz z bliska, kiedy ujęła jego twarz w dłonie. Przeniósł swoje ręce na jej talię, w pewnym momencie zaciskając je mocniej, ale nadal delikatnie, żeby nie zrobić jej krzywdy. Nie chciał, żeby się odsuwała, tak bardzo nie chciał, aby nagle zniknęła z zasięgu jego rąk czy nawet oczu. — Po prostu mnie nie puszczaj i zaopiekuj się mną — mruknął cicho, uważnie spoglądając w jej oczy. Pokazanie przed nią słabości nie wywoływało u niego poczucia, że był słaby. Wręcz przeciwnie, bo to ogromne wsparcie, które widział w jej wzroku, dodawało mu tylko siły. I może właśnie dlatego czuł się na tyle mocny, aby mówić dalej? Wcześniej odpowiedział krótko na jej czułe muśnięcie, odruchowo szturchając swoim nosem ten jej, czego też od razu pożałował. Bolało. — Po prostu bądź moja — kontynuował dalej. — Pozwól mi o siebie zadbać, ale nie będę ci obiecywał, że zawsze będę idealny i że nie odpierdolę czegoś głupiego — rzucił cicho, odsuwając się od niej nieznacznie, tylko na tyle, by spojrzeć na nią i zaraz sięgając dłonią do jej twarzy, odgarnął nieco kosmyk włosów z jej buzi, zakładając go za ucho. — Bądź tylko moja. I to nie tylko tak jak do tej pory. Chciałbym stanąć naprzeciw tego strachu, napluć mu w twarz i przedstawić cię jako swoją kobietę, swoją wybawicielkę od tego całego gówna, które mnie dręczy — westchnął, czując gdzieś w sercu lęk, że mimo wszystko nie będzie chciała się zgodzić, aby nie wchodzić obydwiema nogami do tego bagna problemów. — Nie chcę mieć poczucia, że przez strach być może ucieka mi coś niesamowicie cennego i niepowtarzalnego. — Bo była cudowna. Była osobą, z którą kiedyś wyobrażał sobie idealne życie. Tą iskiereczką nadziei, która od dwóch miesięcy obijała się o jego zbolałe serce. To jej chciał oddać swoje zaangażowanie, oddanie, bronić od złego świata i dostawać w zamian najpiękniejsze uczucia, o jakich jeszcze niedawno mógł śnić. W końcu to teraz on czuł się bezpiecznie, kiedy mógł ją przytulać do siebie jak najcenniejszy skarb, a przy tym czuł jak to ona dbała o jego poczucie bezpieczeństwa — i wychodziło jej to fenomenalnie.
So give me a chance, ‘cause you’re all I need girl
Spend a week with your boy I’ll be calling you my girlfriend
If I was your man, I’d never leave you girl
I just want to love you, and treat you right
my precious treasure
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
i'll look away and smile wide
Nawet przez moment nie przeszło jej przez myśl, że mogłaby zostawić go w takim momencie. Nosił ze sobą przez tyle lat tak cholernie wielki ciężar. Na barkach, w sercu, w głowie... w każdym oddechu, który pewnie nieraz brał tylko dlatego, że m u s i a ł. I teraz, patrząc na to z perspektywy czasu, wcale nie dziwiła mu się, że tak często przypominał jej, że miała się w nim nie zakochać.
Może w pewnym sensie robił to nie dla niej, a dla siebie. Żeby sobie uświadomić. Przypomnieć obietnicę, którą złożył sobie po śmierci zmarłej ukochanej. Może za każdym razem, gdy mówił jej, żeby tego nie robiła, tak naprawdę próbował zatrzymać samego siebie przed poczuciem tej namiastki dawnych uczuć, które poczuł właśnie do Vity. Słuchając każdego słowa, które opuszczało jego usta, widziała go w coraz lepszym świetle. Ani przez sekundę nie pomyślała, że to, co się wydarzyło, było jego winą. W żadnym wypadku. Przez tyle lat był w stanie odsuwać na bok własne szczęście z obawy, że mógłby zranić drugą osobę. Że mógłby kogoś nie uratować... że nie zdąży na czas... że z a w i e d z i e... że kolejny raz znów będzie musiał żyć z czymś, czego nie da się już cofnąć.
Kurde.
Poczuła, jak serce ściska jej się boleśnie. Przełknęła ślinę, po czym powoli przesunęła dłonią jego twarz tak, żeby spojrzał jej w oczy. Ta piękna zieleń z brązowymi elementami, teraz przeszklona i ciężka od wszystkiego, czego nie potrafił już dłużej trzymać w środku, kompletnie ją rozbiła. Pokręciła głową, wpatrując się w niego, zanim przybliżyła swoją twarz do jego i delikatnie oparła czoło o jego czoło. - Nie, nie, nie, kochanie - powiedziała cicho. - Będę ci mówiła wszystko. Ty mi też. - Odsunęła się odrobinkę, tylko po to, żeby znowu spojrzeć w jego lśniące tęczówki.
Jezu.
Znowu próbowała przełknąć ślinę, ale czuła taką suchość w gardle, że po prostu przytuliła go do siebie, masując go delikatnie po plecach, jakby chciała mu pokazać, że w jej ramionach mógł być bezpieczny. Chciała, żeby wiedział, ze nie musiał udawać. Starała się być silna dla niego. Nie wzruszać się. Nie płakać za niego. Ale serce ściskało ją za każdym razem, gdy myślała o tym, jak długo walczył z tym sam. Jak długo odbierał sobie możliwość szczęścia z obawy, że ktoś znowu nie udźwignie bólu, a on nie będzie w stanie tego powstrzymać. A ona jeszcze rzucała w niego tamtymi tekstami, żeby mu, kurwa, dogryźć? Unbelievable.
Uśmiechnęła się delikatnie, kiedy poprawił ją na sobie, przerzucając jej nogi przez swoje, żeby była bliżej. - Nie stracisz mnie - powiedziała stanowczo. - Bardziej podoba mi się wizja, że umrzesz ze złamanego serca, kiedy jako staruszka w jakimś europejskim miasteczku odejdę na łożu śmierci, a ty stwierdzisz, że jednak za bardzo za mną tęsknisz i dołączysz do mnie chwilę później. - Uśmiechnęła się trochę szerzej, obejmując go i przytulając mocno. Może trochę popłynęła w wizję bycia razem jakieś kilkadziesiąt lat później, ale chciała mu pokazać, że nigdzie się nie wybierała. Nie była c h w i l o w a. Nie zamierzała zniknąć tylko dlatego, że było ciężko. Wpatrując się w jego twarz z bliska i gładząc kciukami jego policzki, czuła, jak czule i ostrożnie obejmował ją w talii. Jakby była czymś ważnym. Czuła się tak, jakby pierwszy raz od dawna była we właściwym miejscu. - Nie puszczę już nigdy i zaopiekuję się tobą - potwierdziła cicho. Chciała, żeby wiedział, że nie miała żadnego problemu z przystaniem na tę prośbę. Oczywiście, że się nim zaopiekuje. Będzie o niego dbała każdego dnia. Tak długo, jak tylko będzie chciał mieć ją u swojego boku.
as evidence I left there on purpose
Krótki, czuły pocałunek, który zakończył się noskiem eskimoskiem, wywołał szerszy uśmiech na jej twarzy. Zwłaszcza gdy tak szybko zmarszczył nos, no bo nosek jednak bolał, huh. Cholercia. Poczuła błogą radość, kiedy usłyszała, że chciał, żeby była jego. Starała się nie pokazać tego po sobie, choć czuła, jak policzki rozgrzewają jej się od nagłego zawstydzenia tą prośbą. Próbowała wymyślić, jak odpowiedzieć mu w swoim stylu, więc tylko przewróciła oczami i westchnęła głośno, zanim spojrzała na niego z uśmiechem. - Już myślałam, że jestem twoja, uh - prychnęła pod nosem. Zbliżyła się do niego jeszcze bardziej, zmniejszając dystans nie tylko między ich ciałami, ale też twarzami. - A tak serio, to bardzo chcę być twoja. Chcę być twoją dziewczyną i chcę cię mieć już zawsze - powiedziała cicho, a potem uśmiechnęła się trochę szerzej. - I nie martw się, ja też pewnie odpierdolę coś głupiego. Muszę przecież sprawdzić, jak długo te płomyki utrzymają się na twojej główce, zanim przeze mnie osiwiejesz.- Przejechała palcami po jego włosach i cmoknęła go szybko w usta. - Jestem twoja. A każdemu kolejnemu strachowi, który stanie na twojej drodze, pomogę ci się przeciwstawić, dobrze? - Uśmiechnęła się, składając na jego ustach kolejny pocałunek. Tym razem wolniejszy. Czulszy. Delikatnie muskała jego wargi, chcąc po prostu nacieszyć się tym, że w końcu był jej. I że ona była jego. A Aiden? Aiden był…
Gdzieś tam, głęboko w sercu, bała się, że znowu popełni błąd, że może przyzwyczai się do jego obecności za szybko. Bała się, że zostawi ją samą, porzuci, pozwoli jej znowu zmagać się z niską samooceną i tym cholernym przeświadczeniem, że nie zasługiwała na żadne większe uczucia względem swojej osoby. W końcu zawsze wszystko niszczyła, prawda? Burzyła głębsze więzi, gdy tylko czuła, że grunt pod nogami robi się zbyt ruchomy. Że zaczyna ją wciągać. Powoli, paskudnie, aż pod samo dno, sprawiając, że z każdą kolejną pieprzoną sekundą brakowało jej tchu. Zaczynała panikować. Bała się, że nie znajdzie już drogi wyjścia, a jedyna dłoń, która miała wysunąć się ku niej, chwycić ją i wyciągnąć, powoli odsuwała się do tyłu. A osoba, do której ta dłoń należała, była właśnie tą, na której w tamtym momencie zależało jej najbardziej. Teraz jednak? Teraz, wtulając się w niego, słysząc bicie jego serca, kiedy leżała na nim i gładziła dłonią jego przedramię, czuła, że może pierwszy raz odkąd skończyła osiemnaście lat, nie musiała się bać. Nie musiała szukać drogi wyjścia. Nie musiała uciekać od możliwej szansy, by zatrzymać się przy kimś na dłużej.
Nareszcie widziała swoją przyszłość w wyrazistszych barwach. Kto by pomyślał, że czerwień i pomarańcz staną się jednymi z jej ulubionych kolorów, hm? - ja kohaju tebe - mruknęła pod nosem, zamykając oczy. Nie sprostowała, że właśnie powiedziała mu, że go kocha. Przecież ostatnim razem, kiedy wypowiedziała te słowa, miała na myśli, że życzy mu dobranoc, co nie? Najwyżej powie mu rano. Teraz czuła się bezpiecznie. Wyciszona. Miała wrażenie, że pierwszy raz od wielu nocy będzie mogła spokojnie zasnąć.
a sad sap laying on the surface
can you find me?
Pustka.
Odizolowanie.
I ten posmak zimnej…
Holloway wzdrygnęła się przez sen, przewracając się z brzucha na bok, żeby móc wtulić się w niego mocniej. Jednak po chwili jej ramię nie odnalazło niczego poza pustką. Zaczęła odruchowo macać materac, sprawdzając, czy może przypadkiem nie leżał po drugiej stronie. Nie było go. Dalej go nie czuła. Nie była już pewna, czy znajdowała się pomiędzy snem a jawą, gdy uchyliła oczy i spojrzała w stronę okna, przez które do pokoju wpadała zaledwie blada smuga księżycowego światła. Nie, nie, nie, nie. To się nie dzieje naprawdę. Rozejrzała się po pokoju, ale było tak cholernie ciemno, że nic nie widziała. W panice nachyliła się w kierunku jego strony łóżka, żeby dłonią zgarnąć telefon, który odłożył tam jeszcze zanim położyli się spać. Próbowała wyczuć urządzenie opuszkami palców, ale dotykała tylko drewnianego blatu. Pustego i tak cholernie zimnego, że aż odebrało jej dech. - Aiden? - wyrzuciła z siebie przerażona, rozglądając się po pokoju. Znowu to samo. Zostawił ją. It was too much. She was too much. Nie dał rady. Przeraził się tą odpowiedzialnością. Mogła nie mówić mu, że go kocha. Boże, a co, jeśli jednak się zorientował, że to wcale nie znaczyło dobranoc?
Kurwa mać.
Znowu dała się wrobić.
Nic niewarta.
Zerwała się do siadu i podwinęła kolana do klatki piersiowej, próbując nabrać powietrza, ale oddech ugrzązł jej gdzieś w gardle. Nie chciał zejść niżej. Nie chciał wypełnić jej płuc. Zamiast tego z jej ust wydobył się tylko zduszony szloch, który od razu spróbowała stłumić dłonią, jakby wstydziła się własnej reakcji na to odrzucenie, kolejne odrzucenie.
Może uda mi się go znaleźć.
Nie, on mnie nie chce.
Wsunęła paznokcie we włosy, wciąż próbując oddychać, ale miała wrażenie, jakby zaraz miała zwymiotować. Serce biło coraz szybciej, zaciskając się w niej boleśnie, a każda próba zawołania o pomoc, każda próba krzyknięcia, żeby wrócił, kończyła się tylko ciszą. Bo do tego była przyzwyczajona, prawda? Do nieuniknionego odrzucenia. Do tego, że zawsze, ale to zawsze, na końcu zostawała sama.
𝓈𝓉𝒶𝓎 𝓌𝒾𝓉𝒽 𝓂𝑒