-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Dom wyglądał tak, jakby bal naprawdę skończył się godzinę wcześniej. W holu płonęły dziesiątki wysokich świec odbijających się w starych lustrach. Na marmurowej konsoli ktoś niedbale porzucił operowe rękawiczki, chociaż należały do elementów dekoracji. Bukiety białych lilii, róż i ciemnych dalii wyglądały już odrobinę zbyt ciężko, jakby stały tam od kilku dni. Kryształowe kieliszki czekały napełnione szampanem, zanim jeszcze przekroczyło się próg. Cały dom pachniał woskiem, starym drewnem, bergamotką, tytoniem i pot-pourri Santa Maria Novella. (Nie można się temu przecież oprzeć!) Ten zapach unosił się dyskretnie między pomieszczeniami, mieszając się z chłodnym powietrzem wpadającym przez uchylone okna.
Nie było parkietu.
Nie było sceny.
Nie było nawet jednego miejsca, w którym należało przebywać.
Salon płynnie przechodził w bibliotekę. Biblioteka w oranżerię. Oranżeria otwierała się na ogród, gdzie między starymi klonami rozwieszono dziesiątki małych lampek przypominających gwiazdy. Z gramofonu ustawionego obok fortepianu sączył się wolny jazz. Chet Baker ustępował miejsca Ninie Simone, później orkiestrze Glenna Millera, by po pewnym czasie niemal niezauważalnie przejść w bardziej współczesne, hipnotyczne brzmienia. Nikt nie zauważył momentu, w którym muzyka przestała przypominać bal, a zaczęła przypominać świt.
Goście pojawiali się pojedynczo. Mężczyźni w smokingach z rozpiętymi muszkami i marynarkami przewieszonymi przez ramię. Kobiety w długich jedwabnych sukniach, z lekko rozmazaną szminką i perłami zsuniętymi niżej niż wypadało. Niektórzy przyszli boso, trzymając lakierowane buty w dłoni. Inni wyglądali, jakby naprawdę opuścili operę zaledwie kilkanaście minut wcześniej.
— Dziękuję, że przyszliście spóźnieni — powiedział z uśmiechem do niewielkiej grupy nowych gości. — Punktualność nigdy nie była elegancka.
Minęła pierwsza. Nikt nie pamiętał momentu, w którym wieczór wymknął się spod kontroli. Być może stało się to wtedy, gdy ktoś przestawił gramofon, a jazz ustąpił miejsca pulsującej elektronice. A może wtedy, gdy pierwszy kieliszek szampana zastąpiono whisky nalewaną prosto z karafki. Albo w chwili, gdy ktoś bezceremonialnie zdjął marynarkę i zawiesił ją na kryształowym żyrandolu, uznając najwyraźniej, że właśnie tam jest jej miejsce.
Teraz wisiały tam już dwie marynarki, jedwabny szal, czyjaś czarna koronkowa bielizna i satynowa rękawiczka, której właścicielki nikt nie potrafił wskazać. Jakby to ta rękawiczka była najdziwniejszym elementem.
Salon zamienił się w parkiet. Biblioteka w palarnię. Na schodach ktoś siedział z kieliszkiem burgunda, prowadząc śmiertelnie poważną dyskusję o Caravaggiu z dziewczyną, której imienia prawdopodobnie nie poznał. W oranżerii śmiech mieszał się z zapachem cytrusów i rozgrzanego szkła, a z otwartych okien wpadało ciepłe, lipcowe powietrze niosące odgłosy miasta.
Nikt nie pytał, skąd w salonie wziął się ogromny bukiet pawiowych piór.
Nikt nie zastanawiał się również, kto postawił na środku biblioteki marmurowe popiersie Apolla, ubrane teraz w czyjąś perłową kolię i ciemne okulary przeciwsłoneczne. Takie rzeczy po prostu się wydarzały.
Goście krążyli między pomieszczeniami niczym przypływ. Jedni znikali na piętrze, inni pojawiali się na tarasie z nowymi twarzami u boku. Co kilka minut ktoś wybuchał śmiechem tak głośnym, że na moment zagłuszał muzykę. Znalazła się nawet para pięknych dziewcząt, tańczących nago na perskim dywanie. Ktoś inny siedział na podłodze z kieliszkiem koniaku, przekonując grupę zupełnie obcych ludzi, że wszystkie najlepsze obrazy powstają z poczucia winy.
Dean Vanberg
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Nie było to pierwsze spotkanie - stał się stałym bywalcem imprez, które wznosiły dobrą zabawę na znacznie wyższy level. Nie były to tanie domówki nakrapiane równie tanim alkoholem i dragami od podrzędnych dilerów, które miały w sobie więcej skrobi ziemniaczanej, niż faktycznie kokainy. Nie pachniało szczynami, perfumami z ruskich bazarków czy ogólno pojętą taniością. Nie. Tu wymiar był znacznie inny - cuchnęło drożyzną, wytwornością i dobrym smakiem, do którego nie pasował każdy.
Jak Dean, którego kieszenie nie były wypchane banknotami.
A jednak był tu i dzisiaj rozkoszując się ekskluzywnym trunkiem, który znajdował się w jego szklance. Nie plastikowym kubki, a szkle, które pewnie kosztowało więcej niż majtki od Calvina, które miał na sobie.
Dał się ponieść spełnianiu własnych fantazji i cena w postaci garnituru spoczywającego na jego ciele, którą musiał zapłacić, była tego warta. Tu nie było zasad, nikt niczemu się nie sprzeciwiał. Była wolność i zaspokajanie zachcianek, na co przystawał. Nie był w stanie powiedzieć, jak wielu ust dzisiaj posmakował, zwinnie skacząc od pięknookiej blondynki do ciemnowłosego chłopaka, który kusił go spojrzeniem jasnych jak niebo oczu. Cóż poradzić, Dean był podatny na piękno, któremu nawet nie chciał się opierać. Nie opierał się, skoro było i zainteresowanie z drugiej strony, nadal mając na uwadze własne standardy - nie zbliżał się do nikogo, kto był chociażby odrobinę poniżej kryteriów. Jego podboje musiały być odzwierciedleniem jego osoby.
Uśmiechnął się do wyższego o zaledwie kilka centymetrów, dobrze zbudowanego mężczyzny, któremu zaledwie dwie minuty wcześniej badał zawartość bokserek. Imponująca, tyle mógł stwierdzić. Kto wie, może po wszystkim, kiedy spotkanie ostatecznie się skończy, znajdą bardziej zaciszne miejsce, pozwalając sobie na więcej. Teraz stwarzali pozory, bo chociaż pruderyjność nie była tu w cenie, Vanberg nie miał najmniejszego zamiaru urzeczywistniać fantazji przy wszystkich.
Odbił się od ściany, sięgając po kolejną porcję trunku. Paliło jak cholera, ale było warto. Za darmo, drogie, czego chcieć więcej? Wlał w siebie wszystko, odstawiając szklankę. Szumiało mu w głowie, a świat wirował trochę bardziej, zmuszając go do zażycia świeżego powietrza. Zerknął na dwie nagie laski wijące się w tańcu na dywanie wyobrażając sobie, co muszą robić w sypialni, skoro każdy ich ruch wywoływał kolejny przypływ gorąca u zebranych.
Udał się na taras, opierając plecami o metalową barierkę i sięgnął do kieszeni, z której wyjął skręta. Do jego uszu dobiegły ciche pojękiwania z ogrodu - ktoś dobrze sobie poczynał.
Zaciągnął się, wydmuchując porcję dymu, przyglądając się zebranym. Całość wyglądała jak wyjęta z filmu, w którym bogaty dziedzic nie miał co robić z hajsem. Well… ten film faktycznie był rzeczywistością, w której na dodatek znajdował się i on.
Edward Wentworth
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Bez przesady. Jemu akurat pasują perły. – Odstawił okulary na kominek i ruszył dalej, jakby właśnie uporządkował najzupełniej normalną rzecz na świecie.
Edward zauważył go znacznie wcześniej. Nie dlatego, że był najgłośniejszy. Wręcz przeciwnie. W tłumie ludzi desperacko próbujących zostać zapamiętanymi, Dean sprawiał wrażenie kogoś, kto nie musiał się o to starać. Edward lubił takie twarze. Kilka tygodni wcześniej, po jednym z poprzednich przyjęć, wrócił do pracowni i jeszcze przed świtem zaczął szkicować jego sylwetkę z pamięci. Płótno nadal stało oparte o ścianę. Niedokończone. Twarz pozostawała jedynie plamą farby, jakby celowo odwlekał moment nadania jej ostatecznego kształtu.
Dziś znów pojawił się w jego domu.
Edward odnalazł go na tarasie, opartego o balustradę. Zatrzymał się tuż obok, przez chwilę patrząc przed siebie, jakby obaj znaleźli się tam przypadkiem. Dopiero po kilku sekundach odwrócił głowę.
— Uciekasz od imprezy? — zapytał cicho. Nie czekał na odpowiedź. Zrobił pół kroku bliżej. Na tyle blisko, by zapach bergamotki, tytoniu i szampana zmieszał się z dymem skręta. Pochylił się lekko nad jego ramieniem, niemal muskając ustami jego ucho. Nie było w tym pośpiechu ani nachalności. Raczej pewność człowieka, który od dawna przestał pytać o pozwolenie na skracanie dystansu.
— Powiedz mi… — wyszeptał z wyraźnym brytyjskim akcentem.
— Wolałbyś żyć krótko, ale ekscytująco… czy długo, szczęśliwie… i śmiertelnie nudno? – Wyprostował się dopiero po chwili, jakby pytanie było czymś zupełnie zwyczajnym. Na jego ustach pojawił się ledwie zauważalny uśmiech.
— Uważaj z odpowiedzią. — Uniósł kieliszek do ust.
— Mam paskudny zwyczaj zapamiętywania ludzi po tym, co mówią po pierwszej w nocy.
Dean Vanberg