-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Dom wyglądał tak, jakby bal naprawdę skończył się godzinę wcześniej. W holu płonęły dziesiątki wysokich świec odbijających się w starych lustrach. Na marmurowej konsoli ktoś niedbale porzucił operowe rękawiczki, chociaż należały do elementów dekoracji. Bukiety białych lilii, róż i ciemnych dalii wyglądały już odrobinę zbyt ciężko, jakby stały tam od kilku dni. Kryształowe kieliszki czekały napełnione szampanem, zanim jeszcze przekroczyło się próg. Cały dom pachniał woskiem, starym drewnem, bergamotką, tytoniem i pot-pourri Santa Maria Novella. (Nie można się temu przecież oprzeć!) Ten zapach unosił się dyskretnie między pomieszczeniami, mieszając się z chłodnym powietrzem wpadającym przez uchylone okna.
Nie było parkietu.
Nie było sceny.
Nie było nawet jednego miejsca, w którym należało przebywać.
Salon płynnie przechodził w bibliotekę. Biblioteka w oranżerię. Oranżeria otwierała się na ogród, gdzie między starymi klonami rozwieszono dziesiątki małych lampek przypominających gwiazdy. Z gramofonu ustawionego obok fortepianu sączył się wolny jazz. Chet Baker ustępował miejsca Ninie Simone, później orkiestrze Glenna Millera, by po pewnym czasie niemal niezauważalnie przejść w bardziej współczesne, hipnotyczne brzmienia. Nikt nie zauważył momentu, w którym muzyka przestała przypominać bal, a zaczęła przypominać świt.
Goście pojawiali się pojedynczo. Mężczyźni w smokingach z rozpiętymi muszkami i marynarkami przewieszonymi przez ramię. Kobiety w długich jedwabnych sukniach, z lekko rozmazaną szminką i perłami zsuniętymi niżej niż wypadało. Niektórzy przyszli boso, trzymając lakierowane buty w dłoni. Inni wyglądali, jakby naprawdę opuścili operę zaledwie kilkanaście minut wcześniej.
— Dziękuję, że przyszliście spóźnieni — powiedział z uśmiechem do niewielkiej grupy nowych gości. — Punktualność nigdy nie była elegancka.
Minęła pierwsza. Nikt nie pamiętał momentu, w którym wieczór wymknął się spod kontroli. Być może stało się to wtedy, gdy ktoś przestawił gramofon, a jazz ustąpił miejsca pulsującej elektronice. A może wtedy, gdy pierwszy kieliszek szampana zastąpiono whisky nalewaną prosto z karafki. Albo w chwili, gdy ktoś bezceremonialnie zdjął marynarkę i zawiesił ją na kryształowym żyrandolu, uznając najwyraźniej, że właśnie tam jest jej miejsce.
Teraz wisiały tam już dwie marynarki, jedwabny szal, czyjaś czarna koronkowa bielizna i satynowa rękawiczka, której właścicielki nikt nie potrafił wskazać. Jakby to ta rękawiczka była najdziwniejszym elementem.
Salon zamienił się w parkiet. Biblioteka w palarnię. Na schodach ktoś siedział z kieliszkiem burgunda, prowadząc śmiertelnie poważną dyskusję o Caravaggiu z dziewczyną, której imienia prawdopodobnie nie poznał. W oranżerii śmiech mieszał się z zapachem cytrusów i rozgrzanego szkła, a z otwartych okien wpadało ciepłe, lipcowe powietrze niosące odgłosy miasta.
Nikt nie pytał, skąd w salonie wziął się ogromny bukiet pawiowych piór.
Nikt nie zastanawiał się również, kto postawił na środku biblioteki marmurowe popiersie Apolla, ubrane teraz w czyjąś perłową kolię i ciemne okulary przeciwsłoneczne. Takie rzeczy po prostu się wydarzały.
Goście krążyli między pomieszczeniami niczym przypływ. Jedni znikali na piętrze, inni pojawiali się na tarasie z nowymi twarzami u boku. Co kilka minut ktoś wybuchał śmiechem tak głośnym, że na moment zagłuszał muzykę. Znalazła się nawet para pięknych dziewcząt, tańczących nago na perskim dywanie. Ktoś inny siedział na podłodze z kieliszkiem koniaku, przekonując grupę zupełnie obcych ludzi, że wszystkie najlepsze obrazy powstają z poczucia winy.
Dean Vanberg
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Nie było to pierwsze spotkanie - stał się stałym bywalcem imprez, które wznosiły dobrą zabawę na znacznie wyższy level. Nie były to tanie domówki nakrapiane równie tanim alkoholem i dragami od podrzędnych dilerów, które miały w sobie więcej skrobi ziemniaczanej, niż faktycznie kokainy. Nie pachniało szczynami, perfumami z ruskich bazarków czy ogólno pojętą taniością. Nie. Tu wymiar był znacznie inny - cuchnęło drożyzną, wytwornością i dobrym smakiem, do którego nie pasował każdy.
Jak Dean, którego kieszenie nie były wypchane banknotami.
A jednak był tu i dzisiaj rozkoszując się ekskluzywnym trunkiem, który znajdował się w jego szklance. Nie plastikowym kubki, a szkle, które pewnie kosztowało więcej niż majtki od Calvina, które miał na sobie.
Dał się ponieść spełnianiu własnych fantazji i cena w postaci garnituru spoczywającego na jego ciele, którą musiał zapłacić, była tego warta. Tu nie było zasad, nikt niczemu się nie sprzeciwiał. Była wolność i zaspokajanie zachcianek, na co przystawał. Nie był w stanie powiedzieć, jak wielu ust dzisiaj posmakował, zwinnie skacząc od pięknookiej blondynki do ciemnowłosego chłopaka, który kusił go spojrzeniem jasnych jak niebo oczu. Cóż poradzić, Dean był podatny na piękno, któremu nawet nie chciał się opierać. Nie opierał się, skoro było i zainteresowanie z drugiej strony, nadal mając na uwadze własne standardy - nie zbliżał się do nikogo, kto był chociażby odrobinę poniżej kryteriów. Jego podboje musiały być odzwierciedleniem jego osoby.
Uśmiechnął się do wyższego o zaledwie kilka centymetrów, dobrze zbudowanego mężczyzny, któremu zaledwie dwie minuty wcześniej badał zawartość bokserek. Imponująca, tyle mógł stwierdzić. Kto wie, może po wszystkim, kiedy spotkanie ostatecznie się skończy, znajdą bardziej zaciszne miejsce, pozwalając sobie na więcej. Teraz stwarzali pozory, bo chociaż pruderyjność nie była tu w cenie, Vanberg nie miał najmniejszego zamiaru urzeczywistniać fantazji przy wszystkich.
Odbił się od ściany, sięgając po kolejną porcję trunku. Paliło jak cholera, ale było warto. Za darmo, drogie, czego chcieć więcej? Wlał w siebie wszystko, odstawiając szklankę. Szumiało mu w głowie, a świat wirował trochę bardziej, zmuszając go do zażycia świeżego powietrza. Zerknął na dwie nagie laski wijące się w tańcu na dywanie wyobrażając sobie, co muszą robić w sypialni, skoro każdy ich ruch wywoływał kolejny przypływ gorąca u zebranych.
Udał się na taras, opierając plecami o metalową barierkę i sięgnął do kieszeni, z której wyjął skręta. Do jego uszu dobiegły ciche pojękiwania z ogrodu - ktoś dobrze sobie poczynał.
Zaciągnął się, wydmuchując porcję dymu, przyglądając się zebranym. Całość wyglądała jak wyjęta z filmu, w którym bogaty dziedzic nie miał co robić z hajsem. Well… ten film faktycznie był rzeczywistością, w której na dodatek znajdował się i on.
Edward Wentworth
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Bez przesady. Jemu akurat pasują perły. – Odstawił okulary na kominek i ruszył dalej, jakby właśnie uporządkował najzupełniej normalną rzecz na świecie.
Edward zauważył go znacznie wcześniej. Nie dlatego, że był najgłośniejszy. Wręcz przeciwnie. W tłumie ludzi desperacko próbujących zostać zapamiętanymi, Dean sprawiał wrażenie kogoś, kto nie musiał się o to starać. Edward lubił takie twarze. Kilka tygodni wcześniej, po jednym z poprzednich przyjęć, wrócił do pracowni i jeszcze przed świtem zaczął szkicować jego sylwetkę z pamięci. Płótno nadal stało oparte o ścianę. Niedokończone. Twarz pozostawała jedynie plamą farby, jakby celowo odwlekał moment nadania jej ostatecznego kształtu.
Dziś znów pojawił się w jego domu.
Edward odnalazł go na tarasie, opartego o balustradę. Zatrzymał się tuż obok, przez chwilę patrząc przed siebie, jakby obaj znaleźli się tam przypadkiem. Dopiero po kilku sekundach odwrócił głowę.
— Uciekasz od imprezy? — zapytał cicho. Nie czekał na odpowiedź. Zrobił pół kroku bliżej. Na tyle blisko, by zapach bergamotki, tytoniu i szampana zmieszał się z dymem skręta. Pochylił się lekko nad jego ramieniem, niemal muskając ustami jego ucho. Nie było w tym pośpiechu ani nachalności. Raczej pewność człowieka, który od dawna przestał pytać o pozwolenie na skracanie dystansu.
— Powiedz mi… — wyszeptał z wyraźnym brytyjskim akcentem.
— Wolałbyś żyć krótko, ale ekscytująco… czy długo, szczęśliwie… i śmiertelnie nudno? – Wyprostował się dopiero po chwili, jakby pytanie było czymś zupełnie zwyczajnym. Na jego ustach pojawił się ledwie zauważalny uśmiech.
— Uważaj z odpowiedzią. — Uniósł kieliszek do ust.
— Mam paskudny zwyczaj zapamiętywania ludzi po tym, co mówią po pierwszej w nocy.
Dean Vanberg
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Ku uciesze młodego tancerza.
Zapatrzył się na dwie urodziwe niewiasty, które obłapiały trochę zestresowanego chłopaka, namawiając go do grzechu.
Pewnie prawiczek, dzisiaj wygrał na loterii - przemknęło mu przez myśl, kiedy ostatecznie przesunął wzrokiem na postać która znalazła się tuż obok niego, zachowując się jak cień.
-Nie w głowie mi ucieczki. Nazwijmy to resetem przed kolejną porcją zabawy, której nie chcę przegapić. Za wiele jeszcze do zaoferowania - odpowiedział, obracając głowę tak, by widzieć twarz swojego rozmówcy. Reszta ciała nadal była oparta o balustradę, bo Vanberg niespecjalnie miał ochotę na zmianę pozycji. Ta dawała mu pewnego rodzaju stabilność, której potrzebował zanim lekki szum w głowie ustanie, a świat stanie się spokojniejszy, zamiast dryfować w jego głowie.
Zmarszczył lekko brwi, kiedy chłopak przysunął się znacznie bliżej niego. Wystarczająco, by poczuł jego oddech na swoim uchu. Coś, co raczej nie zdarzało się w wykonaniu innych ludzi.
Prześlizgnął się leniwie wzrokiem po jego sylwetce. Niczego sobie. Ładna buzia, szczupłe ciało skrywane pod drogim ubraniem. Idealny przedstawiciel elity. Tej samej, którą Dean gardził, a z którą obcował chociażby dzisiaj. Hipokryzja aż się lała strumieniami.
-Towar, którego się nawdychałeś musiał być dobrej jakości - rzucił, zaciągając się ponownie. Co to było za pytanie, na litość wszystkiego? Dziwna forma flirtu, bo że zainteresował chłopaka, to już wiedział. Inaczej lawirowałby pomiędzy innymi samotnymi osobami zebranymi w salonie. - Uważaj… - powtórzył i utkwił w nim ciemne spojrzenie. - Nie muszę uważać, bo nie mam najmniejszego zamiaru na siłę ci imponować - wzruszył ramionami, pozwalając. - I zapewniam… niezależnie od odpowiedzi i tak mnie zapamiętasz - powiedział cicho, tym razem samemu nachylając głowę w jego stronę. Rozpoczął grę, więc niech się jej podda.
- Krótko - odpowiedział po chwili. Nie musiał się zastanawiać, a jedynie kalkulował czy w ogóle warto. - Na co mi długie życie, skoro na dobrą sprawę nawet bym nie żył? bezemocjonalne prześlizgnięcie się przez kolejne lata jest marnotrawstwem. Nuda nie jest tym, co mnie kręci - dodał, wyciągając w stronę chłopaka wcześniej zapalonego skręta.
Edward Wentworth
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Gdzieś w głębi domu rozległ się przeciągły śmiech, zaraz potem odgłos tłuczonego szkła i krótkie, entuzjastyczne brawa, jakby ktoś właśnie zakończył udany występ zamiast zrzucić kryształowy kieliszek z marmurowego kominka. Para dziewczyn przebiegła przez ogród boso, trzymając buty w dłoniach. Jedna z nich miała na szyi sznur pereł, druga marynarkę, która z całą pewnością należała do któregoś z mężczyzn obecnych na przyjęciu. Na schodach prowadzących do oranżerii ktoś grał na fortepianie ten sam motyw w kółko, coraz wolniej, coraz bardziej pijacko, podczas gdy obok kilku gości tańczyło zupełnie nie do tej melodii.
Edward wysłuchał go do końca bez najmniejszego drgnięcia twarzy. Nawet wtedy, gdy usłyszał uwagę o jakości towaru. Zwłaszcza wtedy. Kącik jego ust uniósł się ledwie zauważalnie.
- Całe szczęście. Już zacząłem się martwić, że naprawdę brzmię rozsądnie. – Edward stanowczo nie znał pojęcia przestrzeni osobistej. Dzieliły ich zaledwie milimetry.
– Możliwe, że już mi imponujesz.[/b] – roześmiał się cicho. Wziął nawet głęboki wdech. Jakby napawając się zapachem jego perfum, skóry, potu. Edward miał już za sobą pewnie nie tylko kolejne hausty alkoholu. Zmysły były pobudzone. Chłonął bodźce, nie tylko je rejestrował.
Na tarasie było zaskakująco cicho. Wystarczająco, by słyszeć cykady ukryte w żywopłocie i cichy plusk wody z basenu. Od czasu do czasu z wnętrza domu dobiegał jedynie ciężki bas, który sprawiał, że cienkie tafle szampana w kieliszkach drżały niemal niezauważalnie. No, prawie cicho! Co pewien czas gdzieś spomiędzy pobliskich drzew dobiegała ich prawdziwa Aria: dławienie, czasami nieśmiałe kaszlnięcia, przerywane interwalem obscenicznego mlaskania.
Edward lubił ten moment każdej imprezy. Pierwszą godzinę ludzie poświęcali na odgrywanie własnych wersji siebie. Drugą na zapominanie, kim mieli być. Trzecia należała już wyłącznie do instynktu. I właśnie tam się znajdowali.
Przyjął skręta z jego dłoni z taką swobodą, jakby robili to od lat. Zaciągnął się powoli, pozwalając dymowi na moment zatrzymać się w płucach. Potem oddał go Deanowi, nie odrywając od niego wzroku.
- Nieźle. -Skinął głową z uznaniem.
- Ale mam w zanadrzu coś znacznie ciekawszego.- Wsadził dwa palce do kieszeni marynarki. Po chwili wyciągnął niewielkie, srebrne pudełeczko, które z cichym kliknięciem otworzyło się w jego dłoni. W środku spoczywała jedna, idealnie biała tabletka. Obrócił ją między palcami, jakby zastanawiał się, czy w ogóle warto ją komuś pokazywać.
[akapit]— Spokojnie. Nie jestem aż tak nieodpowiedzialny, żeby wciskać ludziom cokolwiek bez pytania. — Uniósł brew.
— Ale skoro wybrałeś krótkie i ekscytujące życie… uznałem, że wypada sprawdzić, czy to była filozofia, czy tylko dobrze brzmiące zdanie. – wzruszył ramionami niemal niewinnie. Bezbronnie. Miał już wyciągnąć dłoń z tabletka w stronę Deana, gdy w ostatniej sekundzie: ułożył ją na koniuszku wysuniętego języka. Z trudem powstrzymywał lekko zawadiacki uśmiech rysujący się na twarzy.
Przez otwarte drzwi zobaczył znajomego kolekcjonera sztuki siedzącego na podłodze biblioteki i tłumaczącego marmurowemu popiersiu Apolla, dlaczego nigdy nie powinno się zakochiwać w artystach. Po chwili nie był już sam, wijąc się na perskim dywanie pod ciężarem muskularnego ciała jakiegoś starszego mężczyzny. Kilka metrów dalej ktoś fotografował dwie dziewczyny pozujące na stole bilardowym, a z antresoli zwisał długi szal z jedwabiu, którego nikt nie pamiętał już właściciel.
Dean Vanberg
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Lewy kącik ust powędrował lekko ku górze, kiedy chłopak po raz kolejny się odezwał.
-Spójrz na tych wszystkich ludzi. Patrz na to, co robią, pozbywając się resztek godności. Tutaj nikt nie może być rozsądny - stwierdził. On także, ostatecznie stał obok Vanberga, wdając się w jakieś dziwne filozoficzne rozmowy, które paradoksalnie pasowały do całej otoczki. Dean nie był pewien, czy gdyby nie upalenie i krążący w żyłach alkohol, ciągnąłby to dalej. Ale podobało mu się, stanowiąc odmienne doświadczenie, dalekie od szybkiego zaspokojenia pierwotnych żądzy. W powietrzu wirował flirt, niedopowiedzenia i niewypowiedziane obietnice, na które jeszcze nikt nie zwracał uwagi.
-Zdradź mi czym. Zaskocz swoją odpowiedzią. Lubię, kiedy inni łechtają moje ego - rzucił gardłowo, pochylając się nad nim. Całe szczęście chłopak był niemal jego wzrostu, dzięki czemu nie naraził swojego karku na nadwyrężenie. Lustrował przez chwile jego oczy, pozwalając sobie na kolejny lekki uśmiech. Miał niebywale umiejętność przyciągania różnych osobistości, z których niestety tylko nieliczne faktycznie były godne uwagi Vanberga. Szybko się nudził, a nie każdy miał w sobie tyle zapału, żeby zaintrygować na dłużej. Wielu było jedynie chwilowym doświadczeniem bez możliwości powtórki.
Śledził spod półprzymkniętych powiek jego ruchy, po raz kolejny zaciągając się zielskiem. Widział, jak sięga do kieszeni, jak pokazuje mu drobną pastylkę, której przyglądał się przez dłuższą chwilę. Nie często dobry towar sam do niego przychodził, a tu proszę.
-Jeśli to tabletka gwałtu, muszę cię rozczarować. Nie działają na mnie - skomentował, kiedy padła propozycja. A chwilę później źrenice lekko mu się zwęziły, kiedy padły oskarżenia o hipokryzję ukryte pomiędzy dobrze dobranymi słowami. - Podejmujesz się niebezpiecznej gry, Mister No Name. Jesteś gotowy na konsekwencje w razie przegranej? Bo będę musiał cię zmartwić - ja nie przegrywam nigdy - wymruczał. I jeśli te sądził, że Vanberg go zleje, machając ręką na jego propozycję, był w błędzie. Dean był idealną osobą do robienia wszystkiego, co inni określiliby jako spaczone.
Bezceremonialnie złapał chłopaka za włosy na karku, przyciągając jego głowę w swoją stronę tylko po to, by dość nachalnie i bezceremonialnie wpić się w jego usta w poszukiwaniu pastylki, którą kusił go zaledwie kilka chwil wcześniej.
Edward Wentworth
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Och… - To było jedyne słowo, które zdołał z siebie wydobyć.
Powoli odsunął się o kilka centymetrów, przesuwając językiem po wewnętrznej stronie policzka, jakby właśnie oceniał smak wyjątkowo dobrego wina. W jego oczach błysnęło coś pomiędzy uznaniem a wyzwaniem.
- Większość ludzi najpierw pyta o imię. - Kącik ust uniósł mu się wyżej. I nie minęła nawet sekunda, gdy pocałował nieznajomego mężczyznę drugi raz. Tym razem z większym zaangażowaniem. Z cichym świstem powietrza przy wydechu, agresywniejszym napieraniu na jego język.
- Ty najwyraźniej uznałeś, że możemy to zostawić na później. - Odwrócił głowę w stronę rozświetlonego salonu. W tej samej chwili z wnętrza domu dobiegł huk przewróconego stolika, po którym rozległy się gromkie brawa i okrzyk kogoś wyraźnie zachwyconego własnym pomysłem. Edward nawet nie drgnął.
- Doskonały timing - mruknął bardziej do siebie niż do niego. Wrócił spojrzeniem do nieznajomego.
Kilkanaście metrów dalej, na kamiennej balustradzie tarasu, siedział paw. Nieruchomy. Granatowo-zielone pióra połyskiwały w świetle lamp ogrodowych, a imponujący ogon zwisał leniwie w dół niczym kosztowny tren pozostawiony bez właściciela. Ptak obserwował rozgrywający się spektakl z miną kogoś śmiertelnie znudzonego. Gdzieś za nim dwie osoby właśnie przewróciły leżak do basenu, ktoś inny wybuchnął śmiechem tak głośnym, że echo odbiło się od oranżerii. Paw nawet nie mrugnął. Edward podążył za jego spojrzeniem i parsknął cicho.
- Nie przejmuj się nim. - Skinął głową w stronę ptaka. - Od kilku miesięcy zachowuje się tak, jakby był właścicielem tej rezydencji. - Krótka pauza.
- I szczerze mówiąc... zaczynam podejrzewać, że ma ku temu więcej powodów niż ja. - wzruszył bezradnie szczupłymi ramionami.
- Wiesz, co najbardziej lubię w ludziach takich jak ty? - zapytał.
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
Dean Vanberg
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Pocałunek był krótki, pozbawiony delikatności, acz wystarczający, by ostatecznie zdobyć to, po co sięgał, pastylka znalazła się teraz w ustach tancerza, który wyzywająco patrzył na swojego rozmówcę. Był święcie przekonany, że nie tego się spodziewał, teraz mogąc utwierdzić się w przekonaniu, że Dean był człowiekiem czynu, a nie zbędnego gadania, które jedynie niszczyło atmosferę.
-Nie potrzebuję imienia do dobrej zabawy. Poza tym powiedz mi - czy jego brak nie nadaje spotkaniu większej tajemniczości i nie zagęszcza atmosfery? - spytał, przenosząc na krótko wzrok na zebranych w salonie ludzi, którzy przesuwali się od jednej osoby do drugiej, sprawdzając możliwości wszystkich. Imiona były zbędne, znacznie lepiej było ich nie znać.
W jego oczach pojawił się błysk, kiedy tym razem to tamten zainicjował pocałunek. Nie oponował, nie opierał się. Czuł satysfakcję wiedząc, że był jego i gdyby tylko chciał, mógłby zrobić z młodym mężczyzną wszystko, dając się ponieść tak, jak ponosiło osoby znajdujące się w ogrodzie. Wygrał tę potyczkę i to mile łechtało jego ego, wznosząc je o kilka poziomów w górę.
-Zobaczymy czy po wszystkim będzie warto o to imię pytać - uśmiechnął się lekko, zerkając na niego spod lekko przymrużonych powiek. Substancje znajdujące się w jego ciele działały, z każdą kolejną chwila potęgując doznania. Mieszanina alkoholu i chemii rozchodziły się po każdym zakamarku ciała, pozwalając na wyzbycie się wszelkich granic. Wcześniej zatarte, teraz nie istniały wcale.
-Nie rozpraszaj się - mruknął, przesuwając delikatnie palcem po podbródku chłopaka. Nie interesowało go to, co działo się na około. Tamci ludzie przestali mieć znaczenie, niewarci jego uwagi. Miał przed sobą znacznie interesującą osobę, która być może miała jeszcze wiele do zaoferowania.
Uniósł lekko brwi, dostrzegając pawia. Oto, na co zostawały wydawane pieniądze, kiedy miało się ich za dużo. Był prawdziwy, czy jednak stanowił halucynację? Kwestia, której Dean nie chciał teraz roztrząsać.
-Jesteś właścicielem? - Teraz ciemne spojrzenie zostało przeniesione na mężczyznę. Do tej pory nie miał okazji dowiedzieć się, kto właściwie urządzał te imprezy; nie interesowało go to, póki dobra zabawa trwała. - Czyli dostąpiłem zaszczytu i zaciekawiłem samego gospodarza. schlebia mi to - dodał, pozwalając sobie na kolejny uśmiech. To go zaszczyt kopnął, nie ma co.
-Zawsze można to połączyć, po co ograniczać się tylko do jednej możliwości - stwierdził czując, jak atmosfera znacznie zgęstniała.
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
Edward Wentworth
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Właścicielem? - zaśmiał się cicho. - To bardzo odważne określenie. - Odwrócił się na moment w stronę ogrodu. Jakby sprawdzając czy dom albo ogród potwierdzą tytuł “właściciela”.
- Dom tylko czasem pozwala mi udawać, że nim jestem. - mruknął.
- Poza tym dzisiaj jestem zmęczony byciem właścicielem. Możesz zostać moim. – wzruszył zabawnie ramionami, jakby nieco odcinając się od rzeczywistości.
Bas z salonu uderzył mocniej. Nie był już muzyką. Stał się pulsem całej posiadłości. Edward czuł go w mostku, pod językiem, w opuszkach palców. Światło lampionów poruszało się w tym samym rytmie co korony drzew, jakby wiatr również znał tempo utworu. Wszystko zaczynało układać się w jedną, hipnotyczną całość. Ktoś przebiegł obok nich ze śmiechem, zarzucając Edwardowi na ramiona długi jedwabny szal w kolorze ciemnego wina. Pachniał irysem i dymem papierosowym. Edward odruchowo poprawił materiał, nawet się nie odwracając. Właściciel szala zniknął już gdzieś w tłumie, najwyraźniej nie zauważając nawet swojej straty.
- Widzisz? - mruknął z rozbawieniem.
- Tutaj rzeczy nie mają właścicieli. Mają tylko kolejnych opiekunów. - Przez chwilę przyglądał się Deanowi w milczeniu. Coraz trudniej było mu oderwać od niego wzrok. Nie dlatego, że był najprzystojniejszy spośród gości. W tym domu pięknych ludzi było aż za wielu. Chodziło o coś innego. Wszyscy pozostali zdawali się rozpuszczać w muzyce, alkoholu i świetle. Twarze stawały się podobne do siebie, ruchy coraz bardziej płynne, śmiech coraz głośniejszy. On jeden pozostawał wyraźny. Jak pojedyncza postać na obrazie, podczas gdy reszta była jedynie rozmytym tłem. Edward uśmiechnął się do tej myśli.
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
Dean Vanberg
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
-Czy tego chcemy czy nie, wszystko ma właściciela. Bo kto wie, co by się z tym działo, gdyby nikt nie sprawował nad tym władzy - odpowiedział. Powietrze, ziemia, domy, ludzie - wszystko należał do kogoś i zawsze ktoś pociągał za sznurki z lepszym lub gorszym skutkiem. Dean był właścicielem samego siebie, ale nadal gdzieś wisiało widmo chociażby kapitalizmu i konieczności podporządkowania się zasadom rządzącym państwem. - A czy czujesz się na siłach, by sprostać wszystkim fantazjom i zachciankom swojego nowego właściciela? - spytał cicho, mierząc go bezczelnie wzrokiem, powoli zatrzymując się w miejscach, które jego zdaniem już dawno powinny zostać odkryte. Niepotrzebny materiał jedynie przeszkadzał w dalszej ocenie, czy w ogóle warto.
Przymknął na chwilę oczy, odchylając lekko głowę do tyłu, rozkoszując się dźwiękami na około. Substancje działa, pobudzały zmysły, wznosząc ja na wyższe levele. Potrzebował tego - totalnego zapomnienia i poniesienia własnym fantazjom. Spełnienia oczekiwań, rozładowania napięcia, które rosło w ciele. Czuł powietrze na około siebie nakrapiane perfumami swojego rozmówcy. Czuł lekki powiew na swojej skórze, który delikatnie pieścił, pokazując przedsmak tego, co mogło się dziać później. Było zaproszeniem, któremu nie chciał odmawiać.
Uchylił powieki, przyglądając się jego twarzy. Zaczepny uśmiech połączony z wyzywającymi iskierkami w oczach tworzyły spektakularne połączenie. Mężczyzna znał swoja wartość tak, jak znał ją i Dean. Wiedział, jak przedstawiała się hierarchia pomiędzy nimi.
-Ilu ty planujesz ich dzisiaj mieć? - wyrzucił z siebie. Absurdalnie szal, który miał na sobie pasował do właściciela posiadłości, wpasowując go jeszcze bardziej w przedziwne otoczenie plątaniny wszystkiego. W takich miejscach wszystkie zmysły musiały być nad wyraz czujnie, by niczego nie przegapiły.
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
Edward Wentworth