24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
175 cm
student prawa, stażysta Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Próbował skupić się na wypracowaniu, chociaż jego myśli były aktualnie dalekie od tematu, który widniał jako tytuł na kartce papieru. Wpatrywał się w litery, starając się za wszelką cenę uporządkować chaos w głowie. Mówiąc chciał, żeby Benjamin mu odpowiadał. Żeby drwił z niego, rzucając nieprzyjemne komentarze. Podnosił głos, by zaraz go obniżyć. By stroił z niego żarty, buńczucznie zwracając uwagę, że Burreau nie miał racji. Chciał po prostu go słyszeć. Ta cisza była przytłaczająca, zupełnie jak ta, którą uraczył go w samochodzie. Tam również zależało mu na natarczywych dźwiękach, które wydawał z siebie muzyk. Na tych prostych słowach nakrapianych unikatową otoczką tworzoną przez jego głos.
On jednak milczał.
Tak po prostu.
Skazując go na monolog.
Tłumaczył to jego zmęczeniem. Wlał w siebie tak dużo alkoholu, że już dawno powinien spać, pozwalając prawnikowi na dokończenie własnych spraw. Ale nie spał. Kieran czuł na sobie jego wzrok, który wodził po sylwetce. Widział ruch pod powiekami, chociaż usta nie poruszały się wcale. Czemu tak bardzo go to drażniło, wywracając w jego wnętrzu tak wiele? Brakowało mu tego porządku, w którym żył nie tylko na około. Brakowało mu ładu w środku. Tego spokoju, który teraz czmychnął przed dziwną niepewnością.
Wcale nie potrzebujesz spokoju.
Potrzebujesz chaosu.
Dlatego się nie odnajdujesz.
Westchnął. Zdecydowanie sam potrzebował snu wierząc, że emocje brały się ze zmęczenia. Jutro, kiedy tylko otworzy oczy, spojrzy na wszystko zupełnie inaczej. Teraz po prostu działo się zbyt wiele. Nieplanowana wyprawa, zaburzony rytm dnia. To wpływało na koncentrację oraz równowagę. Jutro wszystko będzie inaczej.
Decyzja o wybraniu pokoju gościnnego była w jego oczach najbardziej racjonalna, chociaż niekoniecznie najbardziej pożądana. Coś go tu zatrzymywało, dlatego kroki były ciężkie, a nogi walczyły, by zostać chociaż jeszcze przez chwilę. Jak to by miało cokolwiek zmienić.
Kieran, jesteś zmęczony.
Równie szybko, jak się położył, tak wstał, nie będąc tego nawet świadomy. Przebywał w krainie fantazji, nie rejestrując, że jego ciało poruszało się bez woli mózgu. Wybrało bezpieczne miejsce, bo nie od dzisiaj wiadomo, że organizm wiedział, czego nam potrzeba. Wybrał ciepło, które miało dać mu bezpieczeństwo, odpędzając koszmary, które nawiedzały go co noc, wyrywając z rytmu snu.
-Je suis désolé - wydobyło się z jego ust, kiedy przewrócił się na bok, twarz kierując w stronę Benjamina. We śnie rozgrywał się inny scenariusz, chociaż zaczynał mieszać się z rzeczywistością. Na ustach pojawił się delikatny uśmiech, kiedy wypowiadały kolejne słowo - Merci.
-S'il te plaît, ne me laisse pas - wypowiedział te słowa do swojej niani, za którą tak tęsknił, a która go wychowała, poświęcając swoją własną rodzinę. Bo tak odbierał to jego umysł - wkładał mu do głowy obrazy, do których nie chciał wracać normalnie. Były zbyt bolesne.
Przysunął się bliżej Benjamina, zdecydowanie bardziej ograniczając jego przestrzeń osobistą, niż gdyby zrobił to w dzień. Oparł czoło o jego bok, wtulając się w ciepłe ciało, pozwalając, by jego ręka znalazła się na torsie chłopaka. Czuł pod palcami bicie jego serca, chociaż niczego nie rejestrował. Jutro miało być to tylko niezidentyfikowanym wrażeniem, jednak teraz było rytmem, dzięki któremu dane mu było przespać noc, ani razu się nie budząc.

*****


W pierwszej kolejności poczuł zapach, którego nie potrafił przypisać do sypialni, w której zasnął. Nie pachniało tutaj tak… dobrze? Kojąco? I jakby znajomo. Drugim, co do niego dotarło było ponadprzeciętne ciepło. Nie lubił, kiedy w pomieszczeniu było za gorąco, bo zakłócało to jego sen. Wystarczyło, że każdej nocy, niemal o tej samej porze, śniły mu się koszmary pozostawiające niesmak, z którym sobie nie radził. Nic mu na to nie pomagało, żadne książki nie dawały odpowiedzi.
Wciągnął głośniej powietrze zdając sobie sprawę z anomalii - nie przypominał sobie, by tej nocy obudził się chociaż raz, a to znaczyło, że nie śniło mu się nic. Jak?
Poruszył dłonią, czując bliżej nieokreśloną szorstkość, która nie należała do pościeli. Przesunął nią delikatnie, rejestrując również ciepło. Coś było nie tak i kiedy tylko zdał sobie z tego sprawę, poczuł jak ogarnia go uczucie niepokoju, a serce bije znacznie mocniej. Uchylił powieki tylko po to, by jego oczom ukazała się z bliska twarz Benjamina. Wodził po niej przez chwilę oczami, dając mózgowi tych kilka dodatkowych sekund, żeby przetworzył. Prześlizgiwał spojrzeniem po zamkniętych powiekach z długimi rzęsami, lekko uchylonych ustach, znajomym zarysie szczęki.
Thallman
Na wprost niego
Tak blisko
-Coooo?! - wyrwało się z jego ust. Podniósł się do pozycji siedzącej i odsunął od muzyka tak gwałtownie, że po prostu spadł z łóżka, boleśnie obijając sobie pośladki.
Jakim cudem Benjamin leżał obok niego?!
-Miałeś zostać w mojej sypialni! - wyrzucił z siebie nieświadomy, że to nie Benjamin przyszedł do niego, a on do Benjamina.

Mon Dieu!
25 y/o
For good luck!
184 cm
gitarzysta i wokalista w zespole The P!x3ls
Awatar użytkownika
shooting star, straight through the heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czuł się dziwnie.

Dawno nie miał tak skonfliktowanych uczuć względem kogoś. Ostatnim razem było tak, kiedy był z Abby, swoją dziewczyną. Było im dobrze. Kochał ją, podobała mu się, seks też mu się podobał, ale mimo to ciągle oglądał się za czymś innym. Mężczyźni przykuwali jego uwagę bardziej. Z biegiem czasu zdał sobie sprawę, że pomimo tego, że był biseksualny, to jednak mężczyźni pociągali go w zupełnie inny sposób. Dlatego teraz, czując jak bardzo pragnął bliskości Kierana, irytowało go to. Wręcz bolało, bo ten uparcie twierdził, że lubił tylko kobiety. A jednocześnie sposób, w jaki reagował na dotyk, był niemal taki, jakby nigdy wcześniej tak naprawdę nie doświadczył żadnego fizycznego gestu. Benjamin nie wiedział, co miał z tym zrobić. Ani ze sobą... ani z nim.

Próbował trzymać ręce przy sobie, nie przekraczać żadnych granic, żeby Kieran nie wykorzystał tego później przeciwko niemu. Wiedział jednak, że ten głęboko śnił, a sam fakt, że znowu mówił coś w innym języku, po francusku chyba, czymś bardzo przejęty, sprawiał, że Benji nie mógł przestać mu się przyglądać. Tej pięknej buzi, która marszczyła brwi raz po raz, gdy wypowiadał te słowa tonem zupełnie innym niż ten, do którego Benjamin przywykł.

d e l i k a t n i e j s z y m

Światło księżyca opadało na jego twarz, a on po raz pierwszy przyjrzał się pieprzykom na jego twarzy. Po raz pierwszy zauważył długie rzęsy blondyna. Po raz pierwszy poczuł, jak zaciska mu się gardło i jak musi delikatnie się odsunąć, bo serce zabiło mu nieco szybciej, niż powinno. Chciał się przesunąć, ułożyć wyżej na plecach, gdy blondyn najwyraźniej miał inne plany. - Kurwa - No nie wytrzymam z nim... mruknął pod nosem cicho, czując bezradność, gdy ciężar chłopaka nagle wtulił się w niego, a dłoń spoczęła na jego torsie.
Był tak blisko niego.
Thallman automatycznie się spiął, jednak kiedy tamten się nie poruszył, powoli się rozluźnił. Zanurzył nos we włosach chłopaka i przymknął oczy. Drugą dłoń wysunął spod Burreau, żeby lepiej mu się leżało i żeby samemu nie ścierpnąć. Automatycznie więc go objął i leżał tak, napawając się zapachem chłopaka, który pomimo tego, że nie darzył go żadną sympatią, teraz tulił się do niego tak, jakby Benjamin był najbezpieczniejszą przystanią. Albo miejscem, do którego mógł wrócić. Miał sieczkę z mózgu. Dosłownie. Nie mógł już pojąć, co miał o tym wszystkim myśleć. Burreau był bardzo ciężką osobą do rozszyfrowania. Benji nie wiedział, co siedziało w jego głowie, ale nie przeszkadzało mu to aż tak bardzo. Wiedział, że droga, żeby do niego przebrnąć, nie będzie łatwa, a teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebował się rozkojarzyć. Potrzebował chwycić się czegokolwiek, co pozwoli mu zapomnieć o tym, jakim nieudacznikiem był.

Promienie słońca przebiły się przez okno, przyjemnie rozgrzewając nagą skórę Benjiego, przez co uchylił jedno oko. Poczuł też, jak dłoń, która spoczywała na jego torsie, delikatnie się poruszyła. Nic nie powiedział przez moment, a kiedy zobaczył, jak Kieran przygląda się wszystkiemu zdezorientowany, starał się powstrzymać śmiech i szybko znowu zamknął oko, - Wyspałeś się, księżniczko? - zapytał z wciąż zamkniętymi oczami. Chwilę później usłyszał długie, przerażone... ''Cooo?'' - Parsknął śmiechem, szybko schylając się z krawędzi łóżka i wystawiając głowę, kiedy patrzył na leżącego na ziemi, przerażonego blondyna. - Halo, jestem tam, gdzie byłem. To ty przylazłeś tutaj w środku nocy - prychnął. - Poza tym przytuliłeś się do mnie i ośliniłeś mi tors. Jest dalej mokry, jakbyś potrzebował sprawdzić. - Poprawił się, siadając na krawędzi łóżka. Po chwili schylił się, chwycił chłopaka za ramię i pociągnął go ku górze. Odwrócił się, zgarnął swoje spodnie i wsunął je na siebie, a chwilę później zarzucił koszulkę. - Masz może jakąś wodę i tabletki przeciwbólowe? Cholernie mi łeb pęka - mruknął, przejeżdżając dłonią po włosach. - Tak w ogóle to byłem grzeczny. Nie dotykałem cię ani nic. Po prostu nie chciałem cię obudzić, bo wyglądałeś bardzo... comfy. - Dodał to tylko, posyłając mu lekki uśmiech. No bo tak było. Kieran wyglądał, jakby było mu bardzo wygodnie. No i uroczo. Ale tego mu już nie powiedział.

Burreau
24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
175 cm
student prawa, stażysta Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie takiego poranka oczekiwał, będąc przyzwyczajonym do swobodnego przeciągnięcia się we własnym łóżku, otworzenia oczu i napawania się pięcioma minutami bezczynności, zanim ostatecznie się z niego podniesie. To była jego rutyna, której potrzebował, by odhaczyć każdy podpunkt ze swojej listy rzeczy do zrobienia.
Dzisiejsza pobudka wiązała się z prawdziwą plątaniną emocji sprawiając, że głowa już od rana pełna była różnego rodzaju myśli. Od wspomnień nocy, które wpychały mu obrazy, wystarczająco rozmazane by stały się jedynie widmami, aż po aktualny stan, kiedy znajdował się na twardej podłodze, starając się odsunąć jak najdalej od Benjamina. Przerażało go, że ta bliskość nie była dla niego koszmarem i nie parzyła w nieprzyjemny sposób; wręcz przeciwnie - dawała niejasne poczucie, że była wręcz upragniona i potrzebna, co wprawiało go niemal w stan paniki.
Nie obudziłeś się w nocy.
Nie miałeś koszmarów.
A jedyne, co się zmieniło, to jego obecność.
Serce zaczęło bić mu szybciej, kiedy docierały do niego słowa muzyka. Tym razem prowodyrem całej sytuacji był Kieran. Zakłócił przestrzeń osobistą chłopaka, bezczelnie włażąc mu do łóżka. Po raz kolejny lunatykował, nie panując nad swoimi ruchami i konsekwencje dopadały go właśnie w obecności Benjamina.
Przesunął dłonią po włosach, mierzwiąc je. Stresowało go to wszystko na tyle, że przez chwilę milczał, szukając odpowiednich słów i starając się pozbyć ulotnych wspomnień. Ciało pamiętało kojące ciepło, pamiętało dłoń delikatnie je obejmującą. Spokojny oddech i zapach, który usypiał niczym najpiękniejsza kołysanka. Ręka pamiętała miarowe bicie serce, kiedy leżała na nagim torsie. Tylko umysł usilnie starał się z tego jakoś wybrnąć.
-Przepraszam - zaczął, bo to zdawało się być najbardziej odpowiednie. Co jeszcze powinien dodać? - Mon Dieu! - westchnął, zirytowany, że miał w głowie pustkę.
Dał się pociągnąć do góry czując, nie komentując tego słowem. Aktualnie nie miał żadnego prawa wypominać Thallmanowi wpychania się w strefę osobistą, samemu wcześniej przekraczając wszelkie granice. - Jeśli będziesz chciał złożyć na mnie skargę, zrozumiem to. Wiem, jak to działa. Nie powinienem do ciebie przychodzić, a tym bardziej kłaść się obok. Jesteś moim gościem, a ja… naprawdę przepraszam - wyrzucał z siebie potok słów, które zaczęły mu się mieszać i cudem uniknął koktajlu języcznego, darując sobie przeplatanie z francuskim. Czemu mówienie w stresujących momentach tym językiem było łatwiejsze?
Odetchnął głęboko, wpatrując się przed siebie, tym samym usilnie starając się nie patrzeć na roznegliżowanego jeszcze chłopaka.
-Tak, zaraz ci przyniosę - poderwał się gwałtownie, aż mu się w głowie zakręciło. Przy Thallmanie kompletnie nie panował nad własnymi reakcjami i nie był pewien samego siebie. Potrzebował chwili oddechu dlatego z ulgą wyszedł z sypialni, kierując się do kuchni, w której powitała go nowa gosposia, uśmiechając się do niego jakoś inaczej, niż pamiętał.
-Dzień dobry, paniczu Burreau - skinęła na niego.
-Inez, Kieran w zupełności wystarczy. Potrzebuję tabletek przeciwbólowych i odrobiny wody - zwrócił się do niej grzecznie, jak zawsze. Lubił ją, chociaż teraz odnosił wrażenie, że coś się zmieniło w sposobie, w jaki na niego patrzyła. Jakby była bardziej zadowolona?
Odebrał od niej szklankę i lekarstwa, wracając powoli do pokoju. Miał chwilę, żeby się ogarnąć i spróbować jakoś załagodzić całą sytuację. Przecież nic się nie stało, prawda? Do niczego nie doszło, a ostatecznie niczego nie pamiętał?
A chciałbyś pamiętać tak wiele.
-Proszę - zbliżył się ostrożnie do Benjamina, ostatecznie zachowując przyzwoitą odległość. Wyciągnął przed siebie obie dłonie - jedną ze szklanką wody, drugą z trzema tabletkami, którzych potrzebował. - Zostaniesz na śniadanie? Inez właśnie je szykuje - rzucił, kolejny raz nie myśląc czego właściwie chciał od Thallmana i jak mogła brzmieć jego propozycja.

Tu me mets la tête à l'envers
0 y/o
For good luck!
0 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji
czas narracji
postać
autor

Inez była dzisiaj w wyśmienitym nastroju, a wszystko za sprawą panicza Kierana i jego niespodziewanego gościa. Kiedy zobaczyła ich wczoraj w nocy, starała zachować wewnętrzny spokój i powagę wiedząc, że jej emocje mogłyby zostać źle odebrane. Zależało jej na tej pracy i robiła wszystko, żeby sprostać chorym wymaganiom rodziny. małżeństwo, które ją zatrudniło było koszmarem, ale przynajmniej sowicie groszem sypali, dzięki czemu mogła pokryć rachunki swojej rodziny. ie lubiła ich, to jasne, byli gburami, snobami, niewdzięcznikami, którzy nie potrafili docenić skarbu w postaci ich syna. Tylko on jeden był dla niej miły, zawsze dbając o jej komfort nie mówiąc o manierach, jakimi ją raczył! Złoty chłopiec, gnojony przez własnego ojca. czy to nie było przykre?
Nic dziwnego, że kiedy zobaczyła go w towarzystwie trochę co prawda sponiewieranego k o l e g i, aż jej serducho zatrzepotało z radości, że ten poważny młody mężczyzna ma znajomych. Odkąd podjęła tę pracę nie widziała, żeby zapraszał do domu kogoś innego, niż elegancików, z którymi pan domu robił interesy. Ach, to środowisko, które wysysało życie z młodych. Zero zabawy, zero szaleństwa. Tylko zasady i wymagania, którym ciężko było sprostać.
A tu proszę! Panicz Burreau zadawał się z kimś kto odstawał od narzuconych przez rodzinę kryteriów. Nic dziwnego, że zależało mu na dyskrecji, której mógł być pewien ze strony Inez. Kibicowała mu, im i w ogóle.
Pogwozdywała cicho w kuchni, przygotowując śniadanie, kiedy usłyszała kroki. Chwilę później pojawił się Kieran, który wyglądał na zmaltretowanego. Ach, czyli noc im się udała! Zaklaskać chciała, ostatecznie się powstrzymując. Jeszcze na to za wcześnie.
-Dzień dobry, paniczu Burreau - powitała go, uśmiechając się szeroko, z błyskiem w oku, który świadczył o tym, że ona wie co tam się działo. Niech młodzi szaleją, w dzisiejszych czasach to nie ważne kto z kim, byleby szczęśliwy był. Akceptowała to.
Podała mu wodę oraz tabletki, a kiedy wyszedł klasnęła w te dłoni. Tym samym stała się fanką młodzieńca, który odpowiadał za to delikatne zaróżowienie policzków blondyna. Niech tylko go skrzywdzi, to go łyżką pogoni. Ale tak? Niech mu radość przyniesie, by ten zamknięty chłopak w końcu otworzył się na świat.
Już miała nakryć w jadalni, kiedy wpadł jej do głowy lepszy pomysł. Napakowała wszystko na tacę - małe placuszki, które Kieran tak uwielbiał, dodatki do nich w postaci owoców, kawałków czekolady oraz kremowej słodkiej śmietanki, trochę jajecznicy, bekonu, tostów z masłem i kiełbasek (była pewna, że ten drugi to bardziej po męsku je, na takiego wyglądał), dzbanek soku oraz kawy i udała się na górę. Ciężkie to wszystko było niemiłosiernie, ale dla pewnych rzeczy warto było się poświęcać.
Zapukała nogą i starając się nie wywalić niczego, łokciem drzwi otworzyła trochę zastanawiając się, co teraz się działo za drzwiami.
-Paniczu Burreau, uznałam, że zechcecie zjeść śniadanie tutaj. Pańscy rodzice niedługo wrócą, a wiemy, że pański ojciec nie lubi niezapowiedzianych gości. Zresztą pański k o l e g a na pewno jeszcze trochę odpoczynku potrzebuje. Dobrze wam się tutaj spało, co? - rzuciła wymownie, posyłając pełne platonicznego uwielbienia spojrzenie w stronę bezimiennego jeszcze młodziaka. Miał u niej dużego plusa! I patrzcie państwo jaki przystojny był! Idealny dla delikatnego Kierana.
Skłoniła się jeszcze i wyszła, zadowolona z siebie. Kłamała z tymi rodzicami, byli w jakiejś podróży i wrócić mieli dopiero za trzy dni. Ale drobne kłamstwa ku wyższym celom nawet Bóg Wszechmogący jej wybaczy.
Autor: Eve
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
25 y/o
For good luck!
184 cm
gitarzysta i wokalista w zespole The P!x3ls
Awatar użytkownika
shooting star, straight through the heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Powoli starał się analizować, czy powinien sobie schlebiać, że Kieran serio miał o nim takie mniemanie i myślał, że byłby w stanie przedrzeć się przez ten ogromny dom, szukając odpowiedniej sypialni, byleby wpełznąć chłopakowi do łóżka. W nocy był jeszcze nietrzeźwy, no i był wkurwiony na chłopaka, więc nie zapominajmy o tej kwestii. A poza tym poduszka Williama pachniała tak ładnie nim, że działała na niego w sposób usypiający i stwierdził sobie, że na dobrą sprawę nie musiał się ruszać. No ale tak naprawdę nie miał zielonego pojęcia, co ten chłopak o nim myślał, bo dawał mu tak sprzeczne sygnały, jak na przykład wtedy, gdy przytulał się do niego tak słodko przez całą noc, a teraz leżał na podłodze i coś tam pultał do siebie po żabiemu. Uh, faceci, co nie? Eye roll.

No ale nieważne. Benjamin pomógł mu się podnieść i słuchał go w ciszy, z uśmieszkiem na twarzy, którego już nie potrafił zwalczać. Bawiło go to. - Skargę? - zaśmiał się pod nosem, wciągając przez głowę koszulkę i mierzwiąc sobie włosy. - Przytuliłeś się do mnie, jak spaliśmy, wielkie mi przewinienie - prychnął. - Uspokój się, Burreau, nic się nie stało - posłał mu ciepły uśmiech, zapinając spodnie. Bawiło go to co niemiara, ale zdążył już zauważyć, że blondas nie należał do najłatwiejszych osób do rozgryzienia. Był dość specyficzny w obyciu i wszystko tłumaczył albo niereformowalnością, albo starał się uzasadnić reakcję wszystkiego na wszystko.

No i ten, siedział sobie na łóżku i siedział, czekając, aż królewicz wróci do swojej komnaty, przy okazji rozglądając się po pokoju, w którym było pełno książek. Wow, szok, co nie? Było też bardzo czysto. Na tyle czysto, że siedząc tam i czekając na niego, było mu głupio, bo bał się, że samym oddechem coś ubrudzi. Upsi, właśnie, oddech. Wysunął z kieszeni spodni gumę do żucia, wrzucił ją sobie do buzi i zaczął żuć. I żuć. I czekać na niego. O, wrócił. Uśmiechnął się do chłopaka, wyciągnął gumę do żucia, położył ją na miejscu tabletek (oh nie, zaraz burreau zacznie krzyczeć, że fu ślina, fu zarazki, fu benjamin co ty wyrabiasz), wziął tabletki, wrzucił je do buzi, popił wodą, szybko zabrał gumę i znowu wrzucił ją sobie do ust, kontynuując żucie. - Śniadanie? Nie, będę się zbierał i tak już za długo zagościłem w tym zamkkk... - Nie zdążył dokończyć, bo weszła kobitka z tacką, która wyglądała, jakby kosztowała więcej niż jego... well, no... ten no. Brak słów.

''Dzień dobry, paniczu Burreau.''
Że co do cholery?

No teraz to Benji aż usiadł z powrotem na łóżku z wrażenia, uniósł brew i uśmiechnął się cwaniacko do Kierana. - Paniczu? - parsknął śmiechem pod nosem. Kurwa, serio spał z księciuniem. - Dziękujemy, cudowna pani, wygląda niesamowicie - uśmiechnął się, podchodząc do tacki i chwytając kawałek bekonu, zanim ugryzł go wymownie. - Cholera, Burreau, masz własny serwis? - Pokręcił głową z niedowierzaniem i jakoś tak zrobił się teraz jeszcze bardziej głodny. - Nic dziwnego, że tak się zachowujesz - przewrócił oczami, zanim wchłonął do końca bekon i chwycił winogronko, które wrzucił sobie do ust, bo o, taki zdolniacha był. - Teraz ma to wszystko sens. Dlaczego nawet wyglądasz, jakby twoim pierwszym słowem nie było mama albo tata, tylko niereformowalny. - Poklepał go po ramieniu. - Idę już, dzięki za śniadanie. - Uśmiechnął się szeroko, chwycił jeszcze tościk, żeby sobie go skubnąć w drodze, a przy wyjściu odwrócił się jeszcze plecami w przejściu. Ukłonił się i dodał, - Paniczu. - Starał się mówić to z powagą, ale no wiadomo, jak było. Na dół jeszcze zbiegł, dziękując pięknej pani za dobre jedzonko i przedstawił się oficjalnie, bo tego wymagała kulturka, no nie? No i wrócił sobie do domu z buta. Było to w chuj daleko, ale cóż.

It was worth it.


paniczu
24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
175 cm
student prawa, stażysta Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

To nie tak miało wyglądać. Żadne założenia, na które pozwolił sobie Kieran nie zakładały, że kiedy tylko otworzy oczy, pierwszym co ujrzy będzie twarz Benjamina. Gdyby był jedną z tych pochłoniętych romantycznymi głupstwami dziewczyną, zapewne uznałby, że nie było niczego piękniejszego od tego widoku, jednak Burreau nie w głowie były podobne stwierdzenia. Przyłapał się co prawda na tym, że przyglądał się chłopakowi znacznie dłużej, niż powinien, ale nie skupiał usilnie na tym co wtedy czuł.
Czy coś w ogóle czuł!
Przeraziła go ta bliskość. Szelest oddechu, przyjemny zapach i ciepło, które biło od leżącej obok osoby. Przeraziło, że gdyby tylko na chwilę uciszył umysł, wyłączając myślenie, uznałby, że całość była zwyczajnie przyjemna. Tak po prostu, bez zbędnej otoczki, przyjemna.
Upadek z łóżka chociaż trochę go otrzeźwił. Pozwolił przez minutę, może dwie zachować się tak, jak powinien. Zawalczyć o godność, którą w swoich własnych oczach stracił, wychodząc na hipokrytę. Dlaczego, na litość niebios, wszystko co niespodziewane przytrafiało mu się w towarzystwie Thallmana? Zupełnie jakby przy muzyku to Burreau stawał się własnym obiektem badań analitycznych, starając się rozpracować reakcje.
Czemu to musiało być takie skomplikowane?
-Naprawdę mi przykro, to wszystko. Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy - zapewnił go, chociaż skąd mógł mieć pewność? Co, jeśli jeszcze kiedyś Benjamin będzie jego gościem, co jeśli będzie nocował i co, jeśli Kieran ponownie zacznie lunatykować? Pominął już kwestię, że w ogóle zakładał, że chłopak kiedykolwiek znowu znajdzie się w jego sypialni.
Wyjście z pokoju było niczym chłodny prysznic, który pozwolił na nowo przetrawić informacje. Thallman nie wydawał się zły, nie planował się na nim odegrać i podszedł do całości tak naturalnie. Zapewne dla niego nie pierwszyzną był fakt, że zasypiał i budził się w czyichś ramionach. Młody prawnik mógł postawić wszystkie swoje oszczędności, że Thallman dodatkowo nie przykładał uwagi do tego, kim była ta osoba, byleby tylko była. Przechodził z tym do porządku dziennego, jakby to należało do normalności. Być może, jednak z pewnością nie tej, w której żył Kieran.
Westchnął, opierając się na chwilę o ścianę na korytarzu, na której znajdowało się kilka rodzinnych zdjęć. Pozory dla osób, które ich odwiedzały, głównie ze względu na interesy ojca i fundację matki. Musieli uchodzić za szczęśliwą rodzinę i pewnie taka byli. Ostatecznie nigdy go nie uderzono, nigdy nie wymierzono surowej kary, a rodzice robili wszystko, by wyszedł na ludzi.
Tylko czy to było szczęście?
Powitanie z Inez było dziwne na tyle, że dostrzegł zmianę. Uwielbiał tę kobietę i małe placuszki, które tak ochoczo mu robiła każdego dnia sprawiając, że Burreau faktycznie to śniadanie zjadał. Zanim pojawiła się w domu jego pierwszym posiłkiem była butelka wody, nic więcej. A teraz nie wyobrażał sobie, że mógłby nie zjeść normalnie. Gdyby tylko przestała się tak na niego patrzeć i uśmiechać!
Skrzywił się z jawnym obrzydzeniem, kiedy w miejsce tabletki na jego dłoni spoczęła guma do żucia, którą zaledwie chwilę wcześniej Benjamin miętosił w ustach. Obrzydliwe na tyle, że dłonią chciał wstrząsnąć, zrzucając z siebie porcję zarazków. nim zdążył to zrobić guma ponownie znalazła się w buzi chłopaka. Ohyda. Wytarł dłoń o spodnie piżamy marząc, by umyć ręce.
-Ale Inez… - nie było mu dane dokończyć, ponieważ zaraz pojawiła się gosposia z tacą jedzenia. Nie musiała! Kieran nigdy nie zmuszał jej do przynoszenia czegokolwiek do jego pokoju tym bardziej, że nienawidził okruchów na dywanie czy pościeli uważając, że boleśnie wbijały się w ciało.
-Nie mam własnego serwisu. Inez zatrudnili moi rodzice, żeby pomagała w domu. Nie wiem, czemu przyniosła tu posiłek, skoro mogliśmy zjeść w jadalni - odpowiedział, kiedy gosposia wyszła. - Zachowuję jak? - Lekko brwi zmarszczył chcąc poznać punkt widzenia Benjamina, który zabrał się za jedzenie. Nie rzucił się na nie niczym wygłodniały zwierz, a dziabnął trochę, szybko oznajmiając, że wraca do domu. Kieran mógł go zawieźć, upewniając się, że nie zgubi się po drodze, ale nie zdążył mu tego nawet powiedzieć, bo ten już zniknął z sypialni, kłaniając mu się na wyjściu. Kiedy w pomieszczeniu zrobiło się nieznośnie cicho, spojrzał na tacę z jedzeniem, którą zostawiła Inez i z jakiegoś irracjonalnego, niewyjaśnionego powodu poczuł rozczarowanie, że jednak nie zjedli tego śniadania razem.

~koniec~


Goodnight my dream
ODPOWIEDZ

Wróć do „#8”