26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
187 cm
młodszy adwokat w Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Well, I found a girl, beautiful and sweet
Oh, I never knew you were the someone waitin' for me


Już dawno przysiągł sobie kawalerstwo do końca swoich dni, a zasady odnośnie ich relacji były głównie dla niej, ale w późniejszym czasie, z kolejnym powtórzeniem słów o nie zakochaniu się, zaczynał przypominać sobie samemu, że nie powinien. Przecież już dawno zorientował się, że nie nadawał się do miłości. Wolał wmawiać sobie nieprawdziwe informacje jak fakt, że szybko się nudził, nie był czuły, tylko po to, aby zacząć w to wierzyć. Tutaj ta cała udręka budowana latami zaczynała się kruszyć — mur, który tak szczelnie wokół siebie zbudował rozsypał się, kiedy zauważył, jak dobrze czuł się w jej towarzystwie, jak Vita uśmiechała się do niego rano i jak szczelnie go obejmowała, jakby bała się… że ucieknie. Może gdzieś podświadomie czuła, że tak to może się skończyć? Że wyglądał na niestabilnie emocjonalnego, na cholernego tchórza, który torował sobie drogę do ucieczki, gdy tylko sytuacja robiła się napięta? Nie chciał, żeby miała jego taki wizerunek, a przez ostatnie tygodnie odczuwał to aż za bardzo. Wiedziała, że ma mu za złe i nie mógł jej się dziwić — postanowiła się przed nim otworzyć, a on postawił ją a najbardziej niekomfortowej sytuacji, kompletnie zdezorientowaną, jeszcze w momencie, gdzie kilka godzin wcześniej, pod osłoną nocy, zdzierała z siebie największe obawy dotyczące samotności i poczucia odrzucenia.

Dlatego uważał się za cholernego potwora, ponieważ wykazał się kompletną ignorancją na jej problemy, w tamtym momencie egoistycznie myśląc o sobie i o swojej własnej traumie. A nie był pępkiem świata i nie tylko on mierzył się z własnymi demonami.

I will not give you up this time
But, darlin', just kiss me slow


I to nie tak, że jej teraz nie wierzył. Ufał jej całym swoim sercem, a jednocześnie miał pełno obaw dotyczących tego, że w końcu ściągnie na nią jakąś cholerną klątwę; że nagle okaże się, że był jakiś przeklęty i kobiety przy jego boku były skazane na coś złego. Skąd w ogóle mu się to wzięło? Był tylko jeden obiekt badawczy, który rzeczywiście poległ w tej próbie, aczkolwiek to nie definiowało go jako przeklętego bożka. W końcu przypadki chodziły po ludziach.

Jej delikatny dotyk na jego plecach, czułe obejmowanie i zapewnienia, które słyszał z każdą kolejną minutą sprawiały, że ten emocjonalny ciężar coraz bardziej opadał z jego ramion. Nie był sam. Nie musiał tłumić w sobie uczuć, którymi nie chciał zasypywać swoich bliskich, a jednak… jednak znalazła się osoba, odpowiednia osoba, która dowiedziała się o tym wszystkim i która była w ogóle chętna, aby podjąć próbę pracy nad tymi wszystkimi nieprzyjemnymi ewentualnościami.

Stanowczy ton nieco go zadziwił, przez co uniósł brwi i uważnie spojrzał się w jej oczy. W tęczówki niebieskie jak spokojny ocena, które kochał tak mocno i w które mógłby wpatrywać się godzinami, a nadal nie byłby znudzony. Nie mógł powstrzymać się od krótkiego parsknięcia śmiechem, gdy usłyszał tę wizję — i to nie dlatego, że wydawała mu się być ona żenująca czy coś w tym rodzaju. Wydawała się być niewyobrażalnie niemożliwa i nigdy nie przypisywał sobie tak pięknego scenariusza, jak posiadanie przez większość życia tej jednej, ukochanej osoby, aby finalnie umrzeć z tęsknoty za nią. — Nigdy nie przewidywałem dla siebie tak romantycznego scenariusza, wiesz? — odpowiedział cicho w jej ramię. — Chyba wolałbym, żebyś umarła pierwsza albo w ogóle żebyśmy byli nieśmiertelni i już od pewnego wieku po prostu zwiedzali świat — rzucił z uśmiechem, bo skoro wspominała o europejskim miasteczku, to znaczyło, że chciała jechać gdzieś dalej. A on pojechałby za nią nawet i na drugi koniec świata, w najbardziej niebezpieczną puszczę, byle być z nią, dopilnować jej bezpieczeństwa i… widzieć te wszystkie piękne widoki razem z Vitą. Całować ją podczas każdej ulewy, przytulać przy najpiękniejszych zachodach słońca i obiecać, że będzie z nią już na zawsze w każdym nowym miejscu, które będą mieli możliwość zwiedzić.

Darlin', just hold my hand
Be my girl, I'll be your man
I see my future in your eyes


Spojrzał na to przewrócenie oczami i głośne westchnięcie. Już myślałam, że jestem twoja. Pokiwał głową z niedowierzaniem, uśmiechając się rozczulony, bo taka właśnie była jego Vita. Czy mógłby spodziewać się innej odpowiedzi? — Jesteś moja — przytaknął. — Ale nigdy nie zapytałem, czy będziesz moją dziewczyną. I to nie taką do końca dnia, bo szczerze to średnio mnie interesuje taka propozycja. Okres trwania do byłoby jakieś nie wiem… plus minus pewnie sześćdziesiąt lat, chociaż to i tak może być optymistyczna wersja — rzucił z rozbawieniem, przysuwając się do jej ust, ale nie pocałował ich. — Ale zaokrąglijmy to do na zawsze, żebyś jako osiemdziesięciosiedmiolatka nagle nie stwierdziła, że chcesz ze mną rozwodu. A poza tym, nie pozbędziesz się mnie nawet jak umrzemy, wiesz? — Ciężar z serca powoli spadał i był w stanie nawet nieco zażartować; jednak było w tym nieco prawdy. Nie chciał się z nią rozstawać — już nigdy nie chciał jej zostawiać na pastwę losu czy rozłączać się, nawet po śmierci, kiedy może przyjmą swoją postać z tej chwili i będą psocić jako duszki kacperki.

Chcę być twoją dziewczyną.

Zdanie, przez które odetchnął z ulgą, po czym złączył ich usta w pocałunku, celebrując tę chwilę, w której była jego. No może nie tylko i wyłącznie jego, bo według prawa, takie przywileje, aby nazywać ją w ten sposób, nabędzie dopiero za kilka godzin, jak uporają się z rozprawą. — Dobrze. Będziemy stawiać czoła ze swoimi wzajemnymi obawami. Tylko ty też musisz mi o tym mówić i nie dusić swoich lęków w sobie — przypomniał jej, bo wspominała o tym. Wspominała, jak z wieloma lękami się mierzyła, a on — jako jej pełnoprawny chłopak — chciał mieć możliwość, aby na każdym kroku wspierać ją i pokazywać, jaka jest wartościowa i cudowna. Zasługiwała na wszystko co najlepsze, a on… nie wiedział, czy jej to da, ale przynajmniej postara się, aby ściągnąć dla niej każdą gwiazdkę z nieba.

Nie miał zamiaru popełnić największego w życiu błędu i kiedykolwiek przestać wierzyć, że kobieta, którą właśnie tulił w swoich ramionach do snu i która właśnie życzyła mu dobranoc, nie była tą jedyną. Nie, jeśli po całym emocjonalnym wieczorze czuł spokój i pewność, że to właśnie z nią będzie w stanie przeciwstawić się każdej kłodzie, która zostanie rzucona pod ich nogi.

Przebudził się w nocy i spojrzał kątem oka na leżącą obok dziewczynę. Uśmiechnął się półsennie, kiedy do jego zaspanego mózgu dotarło, że była jego dziewczyną. Podniósł się z łóżka, żeby iść do toalety — trzeba było pić wczoraj tyle wody? W połowie drogi wrócił się po telefon, sprawdzając, czy Eleanor nie wpakowała się w żadne kłopoty podczas jego nieobecności i ustawił budzik, o którym obydwoje wczoraj zapomnieli w natłoku emocji, które nagle w nich uderzyły. Odłożył telefon na komodę, poszedł się wysikać, w łazience nie słysząc, że jego dziewczyna się przebudziła. Dopiero gdy wyszedł z pomieszczenia i w ciemności dostrzegł jej zgrabną sylwetkę zwiniętą w kulkę i obejmującą własne nogi. — Vita? — zapytał cicho, ale nie zareagowała, a jedynie usłyszał zduszony szloch. W trybie natychmiastowym podszedł do łóżka, rozbudzając się gwałtownie, gdy zobaczył przyspieszony oddech i jawną panikę. Nie mógł pomylić tego z niczym innym, spotykał się już z atakami paniki u swojej siostry, więc dobrze wiedział, jak to wyglądało.

Aiden poczuł przejmujący strach, który zawładnął jego sercem. Usiadł na łóżku przed nią, delikatnie ujmując jej buzię w swoje dłonie, aby złapała z nim kontakt wzrokowy. — Hej, jestem przy tobie — powiedział cicho, zaraz równie delikatnie siadając obok i przysuwając ją do siebie. Z każdym swoim dotykiem i gestem był absolutnie uważny, żeby czasami nie wystraszyć jej bardziej albo dać jej możliwość odsunięcia się. W końcu nie wiedział, co sprawiło, że wpadła w atak, zwłaszcza teraz, gdzie dwie minuty wcześniej był przekonany, że była w naprawdę głębokim śnie. — Viciunia, jesteś bezpieczna. To zaraz minie — mówił, nie gładząc jej, tylko trzymając w ramionach, aby nie wywoływać dodatkowych bodźców. — Oddychaj ze mną powoli, dobrze? Wdech — powiedział, biorąc sam wdech i nieco ją odsuwając, żeby upewnić się, że brała z niego przykład. — I wydech — odpowiedział po czterech sekundach, wydychając dłużej powietrze z płuc i powtarzając jeszcze kilka razy ten schemat, do momentu, w którym dziewczyna zaczęła brać z niego przykład i już samodzielnie mogła zaczerpnąć głębiej powietrza. — Jest wszystko w porządku, jesteśmy w hotelu, nic nam nie grozi. Jestem tu przy tobie — mówił jej cichutko, dopiero po chwili decydując się, aby delikatnie pogłaskać ją po plecach i ukołysać lekko w swoich ramionach. Póki co, jego jedyną myślą było to, że musiało jej się coś przyśnić — po emocjonalnym dniu, również przed kolejnymi, wielkimi emocjami. Miała dużo stresu i poczuł ścisk w sercu na myśl, że być może już jej się to zdarzyło wcześniej, a on nie mógł jej pomóc. Będzie musiał z nią porozmawiać, chociaż póki co skupił się na tym, aby w tej chwili doprowadzić ją do porządku i okazać jej maksymalne wsparcie w tej trudnej chwili. Nie spodziewał się w końcu, że to on był czynnikiem, który wywołał w niej tę silną reakcję; że to chwila jego nieobecności przyprawiła ją o tak silne poczucie samotności i niepewności.

I have faith in what I see, now I know I have met
An angel in person
27 y/o
Enjoy the simplest things
173 cm
Barmanka, The Painted Lady
Awatar użytkownika
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

are you over?
you don't even look me over


s z c z ę ś c i e

Pojęcie tak względne, że momentami wydawało jej się kompletnie nieosiągalne. Holloway przeżywała zauroczenia w przeszłości. Nawet zakochanie, którym wydawało jej się, że darzyła swojego już prawie byłego męża, teraz w porównaniu z tym, co czuła do Aidena, wydawało się takie nikłe. Jakby było tylko cieniem czegoś, co dopiero przy nim zaczęło nabierać prawdziwego kształtu. Może chodziło właśnie o to, że z wszystkimi innymi mężczyznami łączyła ją głównie fizyczność. Dotyk. Chwilowe zapomnienie. Coś, co działało przez moment, ale nie zostawało z nią na dłużej. Z O’Cahallanem było inaczej. To było coś w i ę c e j. Rozumiał ją na tak wielu płaszczyznach. Znał ją jak nikt inny i naprawdę przykuwał wagę do szczegółów. Wystarczyło, że raz mu coś powiedziała, a on o tym pamiętał. A jeśli czegoś zapomniał, nie miał problemu, żeby zapytać ponownie, zamiast udawać, że wie wszystko najlepiej. Dbał o nią jak nikt nigdy wcześniej. Upewniał się, że bezpiecznie wracała do domu po każdej późnej zmianie. Martwił się. Zwracał uwagę. I robił to wszystko, nawet nie będąc jej chłopakiem. Serio wydawało jej się, że był dla niej za dobry. Momentami zastanawiała się nawet, czy aby na pewno była godna tego, żeby spędzać z nim tyle czasu. Bała się, że na dłuższą metę nie będzie pasowała do jego świata. Nie tylko pod względem materialnym, edukacyjnym czy profesjonalnym, ale też uczuciowym. Bo przecież przez cały ten czas wydawali się różnić od siebie na każdej możliwej płaszczyźnie. A jednak rozumieli się tak, jakby właśnie te wszystkie różnice wcale ich od siebie nie oddalały. Tylko w jakiś cholernie dziwny sposób sprawiały, że pasowali do siebie bardziej niż ktokolwiek inny.

trust me, I'm not falling
no supersonic heartbeats in the morning

Pragnęła, żeby czuł się przy niej bezpiecznie. Żeby miał tę błogą świadomość, że była w stanie się nim zaopiekować. Że pomimo tego, iż sama momentami nie czuła się pewnie we własnej skórze, pomimo tego, że jej myśli czasami okrywały się czarną chmurą niepewności, dla niego była w stanie przedrzeć się przez nią do ostatnich promyków słońca. Byle tylko mogły go ogrzać w najchłodniejszy dzień roku. Vita nie uważała się za romantyczkę. Zwykle po prostu mówiła to, co ślina przyniosła jej na język. Była transparentna w każdej kwestii. No, poza tą jedną, że tak długo ukrywała, iż się w nim kochała, ale przecież obawiała się dokładnie tego, co później faktycznie się stało, więc kto miałby ją winić, hm? Teraz jednak, snując ten romantyczny zbieg wydarzeń, nawet wizja bycia przy nim przez tak długi czas wcale jej nie przerażała. Wręcz przeciwnie. Właściwie to wydawało jej się, że i tak byłoby go za mało. - Nieśmiertelność z tobą brzmi bardzo kusząco, O’Cahallan - uśmiechnęła się szeroko, przechylając głowę delikatnie, żeby musnąć jego usta. - Myślisz, że nie miałbyś mnie dosyć? - Mruknęła to przy jego ustach, zanim odsunęła się odrobinę i wpatrzyła w jego oczy.

p r z y n a l e ż a ł a

Do niego. Nie było tutaj nawet cienia wątpliwości. Oddała mu się w sposób o wiele bardziej dosłowny niż wtedy, gdy zakładała na palec obrączkę, przyrzekając całą wieczność przed Elvisem, pod wpływem neonowych świateł i własnej głupoty. Teraz było inaczej. Teraz oddała mu swoje serce. Już na zawsze. I wcale nie miała wątpliwości, że od tego momentu będzie tylko jego. Uśmiechnęła się szeroko, słuchając, jak tłumaczył jej, na jak długo chciałby, żeby była jego. I cholera, ten plan bardzo jej odpowiadał. Podobał jej się bardziej, niż pewnie powinna przyznawać po tak krótkim czasie, ale nie potrafiła powstrzymać cichego śmiechu, zanim musnęła jego usta jeszcze kilka razy krótkimi całusami. - Hola, hola, daj mi się najpierw rozwieść - rzuciła rozbawiona. Brzmiało to tak, jakby pytał ją jednocześnie, czy będzie jego dziewczyną, żoną i jego forever. I szczerze? Ani przez moment nie poczuła strachu. Była go pewna. - Ale zgadzam się - dodała ciszej, przejeżdżając palcami po jego włosach. - Będę twoja już na zawsze. Nawet po śmierci. - uśmiechnęła się do niego czule i wtuliła w niego mocno, napawając się tym, jak idealnie pachniał. Od tego momentu obiecała sobie, że już z niczym go nie okłamie. Że będzie wiedział o wszystkim. Nawet o tej najciemniejszej myśli, która w danym momencie mogłaby spowijać jej umysł. - Obiecuję - powiedziała cicho, patrząc mu prosto w oczy. - Ale ty też będziesz musiał mi to obiecać. Cokolwiek by się nie działo, musisz mi o tym powiedzieć. - Musnęła ustami jego czólko, zanim wtuliła się w niego mocniutko. Nareszcie wtulała się nie w swoje situationship. Tylko w swojego chłopaka.


don't trust me,
i might fall in

p r z e r a ż e n i e

Zawładnęło nią na moment w całości. Niska samoocena i ten nieodstępujący strach, który towarzyszył jej przez tyle lat, strach, że finalnie nie będzie miała nikogo przy sobie, przejął kontrolę nad całym jej systemem nerwowym. Nie mogła się uspokoić. Urywany oddech wydobywał się z jej gardła jak błaganie o chociaż odrobinę powietrza, którego ciało nagle nie potrafiło przyjąć. Zaciskała paznokcie na skórze głowy coraz mocniej, jakby w ten sposób mogła sprowadzić się z powrotem na ziemię. Jakby ten ból miał odciąć ją od myśli, od przekonania, że znowu zaufała. Znowu pozwoliła sobie zbliżyć się do kogoś na tyle, by mógł odejść. Znowu pozwoliła sobie uwierzyć w te wszystkie obietnice, które teraz śmiały jej się w twarz i zostawiały ją z niczym. Nie. To ona była niczym.

n i k i m

Spojrzała na niego przez zaszklone oczy, a jej klatka piersiowa unosiła się gwałtownie i urywanie. Patrzyła na niego, ale jej mózg jeszcze nie rejestrował, że naprawdę był przy niej. Że faktycznie, do cholery, tutaj był. Poczuła znajome ciepło obejmujące jej twarz. Chwilę później to samo ciepło otuliło ją bokiem i przyciągnęło bliżej. Dopiero gdy usłyszała zdrobnienie swojego imienia, łzy zebrały się w jej oczach i wypłynęły na zewnątrz, gwałtownie spływając po policzkach. Wysunęła dłoń, obejmując go niezdarnie, po czym wtuliła się w niego, próbując upewnić się, że naprawdę tam był. Oddech wciąż miała urywany. Nadal nie potrafiła się uspokoić, a gdy poczuła, że odsuwa ją od swojego ciała, natychmiast zacisnęła na nim palce, przerażona, że zaraz znowu zostanie porzucona. Ale on nie odszedł. Dalej czuła jego ciepło. Jego dłonie. Te uspokajającą o b e c n o ś ć. Dopiero wtedy, powoli, bardzo powoli, zaczęło do niej docierać, że tutaj był. Nie zostawił jej... nie uciekł od niej.

Wdech.
Wydech.

Słuchała jego poleceń, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami. Próbowała oddychać miarowo, powtarzać za nim każdy ruch. Wciągać powietrze i wypuszczać je powoli, chociaż jej ciało dalej walczyło z nią, jakby nie ufało nawet temu. Ale ton jego głosu. To, jak delikatnie zaczął ją głaskać. Jak koił ją w swoich ramionach. Nie wytrzymała. Rozpłakała się mocniej, wtulając się w niego, - Myślałam, że mnie zostawiłeś - wydusiła przez szloch. - Że znowu wystraszyłam cię tym, że cię kocham. - Uniosła wzrok, wpatrując się w niego z przerażeniem. - Mogę przestać to mówić. Tylko nie odchodź, proszę.

do you like me?
do you want me?

Cholera jasna.
To nie miało sensu.

To, co mówiła, nie miało żadnego sensu. Jak mogła obiecywać mu, że przestanie mówić, że go kocha? Jak mogła odbierać sobie możliwość i przywilej wyznawania mu, że go potrzebowała? Że czuła do niego coś tak silnego, że czasami aż ją to przerażało? Tylko dlatego, że bała się, że ją opuści? Nie potrafiła sobie tego wyjaśnić. Wiedziała tylko, że gdzieś głęboko w sercu bała się, że szczęście nigdy nie było zapisane w jej kartach, a wszystko, co dobre, prędzej czy później musiało się skończyć. Wmawiała sobie, że te kilka godzin wcześniej, kiedy zasypiała wtulona w niego, były tylko czymś tymczasowym. Iluzją. Okrutnym pokazem tego, jak szczęśliwa mogłaby być u boku Aidena, gdyby tylko nie była sobą.

hold me close ♡
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
187 cm
młodszy adwokat w Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

'Cause you're a sky
'Cause you're a sky full of stars
I'm gonna give you my heart


To wszystko zdawało się być zbyt piękne.

Gdy po tych dwóch tygodniach mógł trzymać ją w swoich ramionach i obiecywać, że to wszystko nie trwało na chwilę — snuć plany i prosić ją, aby była już na zawsze. Aby nie zostawiała go, a on także nie miał zamiaru jej już opuścić. Czuł w tym wszystkim niewyobrażalny spokój i oczyszczenie, że nie musiał męczyć się ze swoimi myślami, ukrywać swoich obaw i nie próbował już omijać niewygodnego tematu. Nie musiał, bo wiedziała o wszystkim, łącznie z myślami, które tak bardzo dobijały go w tamtym okresie. Wiedziała już dokładnie to, że przez ostatnie lata nie pakował się w związki, że ostatnią poważną relacją jaką miał, była z jego narzeczona. To, co działo się po drodze, nie miało dla niego najmniejszego znaczenia. Nikomu nie oddał swojego serca, nikomu nie pozwolił również dotrzeć do niego — każdy prosił, każdy próbował kulturalnie, ale nie o to w tym wszystkim chodziło. Nieważna była zgoda, a sama moc przebicia i wparowanie do jego życia z butami, jak to zrobiła Vita. Ich relacja nie miała w sobie pytań, a jedynie samo przyciąganie i chemię, której żadne z nich nie mogło się oprzeć, ale przy tym zrozumienie i poczucie opieki, które dawali sobie nawzajem; w końcu nie tylko Holloway czuła się zaopiekowana. Aiden dostrzegał jej zaangażowanie w każdym małym geście, kiedy robiła mu dobre jedzenie ze swoich rodzinnych stron, jak próbowała poprawić mu humor, gdy sam miał dosyć nieprzyjemny dzień w pracy, każdy czuły gest i delikatne przytulanie, podczas którego czuł, że nie potrzebował nic więcej do szczęścia. Prawda była taka, że O’Cahallan zakochał się już dawno, tylko potrzebował czasu, aby emocje z serca mogły znaleźć drogę do tego tępego umysłu.

Myślisz, że nie miałbyś mnie dosyć?

— Kurczę, jak teraz tak mówisz, to może istnieje taka opcja — rzucił zaczepnie, patrząc z bliska w jej oczy i szykując się, że może oberwać. Przyciągnął ją mocno do siebie, dając jej możliwości ani żeby go pacnąć, ani tym bardziej żeby uciec. — Pierwszą rzeczą, nad którą musimy popracować, to jest twoje krytyczne spojrzenie na samą siebie — zaczął, delikatnie głaszcząc ją po plecach. — Boli mnie to, że nie doceniasz, jak cudowną jesteś osobą, wiesz? — dodał nad jej uchem, żeby te słowa dotarły w każde najmniejsze miejsce w jej umyśle. Chciał, aby potrafiła dostrzec w sobie tyle zalet, ile on był w stanie w niej dostrzec. Zauważyć, jak wartościową osobą była i jak zasługiwała na wszystko co najlepsze, łącznie, a nawet i przede wszystkim z szacunkiem i pewnością, że mogła być kochana; że nie zostanie odrzucona i że zasługiwała na to, aby ktoś ją uwielbiał. W końcu miała żywy przykład tych emocji — Aidena, który tracił dla niej głowę i był w stanie zrobić wszystko, byle była szczęśliwa i spełniona, z uśmiechem na twarzy i beztroskim spojrzeniem, jakie już potrafił u niej zauważyć.

'Cause you're a sky
'Cause you're a sky full of stars
'Cause you light up the path


Chciał zabierać od niej wszelkie zmartwienia. Załatwiać skomplikowane sprawy i nie zostawiać jej samej z problemami. Czy teraz, kiedy zgodziła się być jego dziewczyną, być jego już na zawsze, to czy kłopoty nie zyskiwały etykiety wspólne? Przede wszystkim te jej zmartwienia, z którymi obiecał pomagać jej walczyć i bronić, aby nie musiała już zaprzątać swojej pięknej główki.

Będę twoja już na zawsze.

na zawsze.


— Gratulacje, podpisała pani kolejny pakt z diabłem — parsknął, szczerząc się do niej uradowany. Wszystko już straciło znaczenie — ten ogromny ból, który jeszcze przed chwilą towarzyszył mu po wspominkach, ta obawa, że nie będzie w stanie dać jej wszystkiego, co chciałaby usłyszeć; co chciałaby dostać od osoby, którą kochała. Byli tu dla siebie, więc z pewnością wszystko ogarną albo wypracują, aby móc finalnie wieść razem cudowne życie. Ta cała sielankowość zdawała mu się nienaturalna, ale postanowił nie roztrząsać tego, że było za dobrze i skupić się na tym, że pierwszy raz od bardzo dawna czuł naprawdę pełnię szczęścia. — Będę mówił, obiecuję.

Przerażenie przeszło przez jego ciało na moment, kiedy dziewczyna zdawała się nie kontaktować na tyle, aby zarejestrować jego obecność. Patrzyła mu w oczy nieobecnym spojrzeniem, a Aiden poczuł strach, że nie będzie w stanie wyciągnąć jej z tego lękowego zawieszenia. Już miał kilka razy taką sytuację, gdy jego siostra wpadała w atak paniki i pamiętał swój szok, gdy znalazł ją po raz pierwszy. Okropnie to zabrzmi, ale był wdzięczny za tę możliwość, bo teraz dzięki temu wiedział, jak odpowiednio zareagować i uspokoić ją, nie pogłębiając uczucia, podczas którego nie do końca wiedziała, co się działo z jej ciałem. Znał to, wiedział, jak się czuła, bo prześladowało go to od lat w koszmarach, kiedy kilka razy do roku budził się z kołatającym sercem, kiedy przeszłość postanowiła go odwiedzić, przypominając o najgorszym okresie życia.

W pewnym momencie poczuł, jak go obejmuje. Okej, odzyskuje świadomość. Nie miał zamiaru jej od siebie odsuwać, nie chciał jej zostawiać, a i tak zaraz łapczywie się go chwyciła, jakby obawiała się najgorszego. — Jestem tutaj, nigdzie się nie wybieram — odpowiedział spokojnie na jej reakcję, po raz kolejny mówiąc to samo, ale wiedział, że potrzebowała tego; że potrzebowała zapewnienia, że nie była w tym sama, a to wszystko było okropnym, krótkim epizodem, który zaraz zniknie, ale być może pogłębi jej traumę. Widział jej łzy na policzkach, które starł delikatnie kciukami, kiedy zaczęła nabierać nieco śmielsze oddechy. Nie odsuwał się ani na milimetr, dalej trzymając ją w swoich ramionach i pozwalając jej wtulać się w swoją klatkę piersiową, mocząc koszulkę coraz to kolejnym potokiem łez. Serce ściskało mu się z bólu, gdy widział ją w tym stanie, a mimo to musiał być dla niej silny, opanowany i dawać jej to poczucie bezpieczeństwa, które teraz było najważniejsze — nawet, jeśli jej słowa rozerwały mu serce na pół. — Kochanie — rzucił spokojnie, kiwając głową na boki. — Nie zostawię cię, nigdzie się nie wybieram. Chwilę wcześniej obiecałaś mi być przy mnie na zawsze, to gdzie miałbym cię zostawić? — mruknął cicho w jej włosy. Zaczynała bardziej kontaktować to mógł nieco rozbudować swoją wypowiedź. Tłumaczenie nigdy nie miało sensu, kiedy panika władała całym ciałem i nie pozwalała umysłowi przyjąć sensownych argumentów. — Vicia… — powiedział, a jego głos nieco się załamał. Serce biło mu szybciej za każdym razem, gdy mówiła, że go kocha — to prawda, ale to wszystko było spowodowane tym, że sam… jeszcze w to nie wierzył. Tym bardziej gdy patrzył w jej oczy i widział w nich szczerą miłość, teraz pomieszaną z bólem i lękiem, że jej osoba była zbyt osaczająca. Że jej miłość odstraszała, mimo że była dla niego największym skarbem, który udało mu się znaleźć w najmniej oczekiwanym momencie.

Cholera, kochał ją.

Czuł jak serce rośnie mu z niewyobrażalnie wielkiego uczucia za każdym razem, gdy wpatrywała się w niego niebieskimi oczami. Gdy tak ufnie wtulała się w jego klatkę piersiową, gdy śmiała się z jego żartów i gdy sama mówiła mu… że go kocha. — Nie chcę, żebyś przestała to mówić — przyznał. To było miłe — słyszeć, że było się dla kogoś kimś więcej. — To wszystko jest nowe, ale to nie znaczy, że jest złe. Już się tego nie boję wiesz? — zapytał, gładząc delikatnie jej policzek i przysuwając wargi do jej czoła, składając na nim kilka drobnych muśnięć. — Tym bardziej, jeśli sam czuję to samo — dodał cicho, zaraz odsuwając się nieznacznie, żeby spojrzeć w jej oczu. — Kocham cię, Vita — dokończył, czując, jak jego serce mocno bije. Z jednej strony chciał jej powiedzieć to w jakimś wyjątkowym momencie, na pewno nie wtedy, kiedy jedną nogą była jeszcze nieco otumaniona, ale musiała to wiedzieć; musiała to wiedzieć, że ta miłość nie była już czymś przerażającym; że nie trzymała już sama tych uczuć, tylko podzieliła się nimi, przez co Aiden mógł uzmysłowić sobie, że czuł do niej to samo. Teraz i na zawsze.

Bo w końcu to ona była jedyną i najprawdziwszą miłością jego życia.

the most beautiful star in the sky
27 y/o
Enjoy the simplest things
173 cm
Barmanka, The Painted Lady
Awatar użytkownika
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

in the cold
to warm me up again

b l i s s f u l
f e e l i n g

Tak właśnie czuła się w jego obecności. Pomimo przepełniających ją obaw, które górowały nad jej życiem i nad tym, jak czuła się we własnej skórze, on sprawiał, że na moment te wszystkie lęki, każda ciemna chmura przysłaniająca jakiekolwiek trzeźwe myślenie, powoli rozpływały się w nicość. Dawał jej możliwość po prostu tkwienia w momencie. W tym, co działo się tu i teraz. Overthinking, jakiekolwiek scenariusze, które tworzyła w głowie i które zawsze kończyły się jakimś dramatycznym finałem, odchodziły gdzieś na boczny plan.
He was grounding her.
Działał jak ucieczka od wszystkiego, co zatrzymywało ją w miejscu. Był dokładnie tym, czego potrzebowała.

o d s k o c z n i ą

Dlatego teraz, kiedy już wiedziała, a przynajmniej miała nadzieję, że mogą szczerze rozmawiać o swoich uczuciach, chciała się upewnić, że nie była too much... że nawet gdy pokazywała mu swoje pazurki, tę mniej przyjazną wersję siebie, on się nie wystraszy... że zmierzy się z nią niczym godny jej przeciwnik, a zarazem chwyci ją w ramiona i przytuli, żeby ją uspokoić. Ona chciała być tym samym dla niego. Chciała, żeby miał możliwość otworzenia się przed nią w stu procentach. Żeby nie hamował się z żadnymi zachowaniami, emocjami czy myślami, bo ona i tak będzie go uwielbiała. Bez względu na to, z czym przyjdzie im się zmierzyć.

breathing out
or forced to breathe back in

Otworzyła usta w szoku, kompletnie nie wierząc w to, co on właśnie do niej mówił. - Tyyyy… - zaczęła, ale chwilę później znowu była już wtulona w tego złoczyńcę jednego. - Już sobie grabisz, cwaniaku - prychnęła pod nosem, obejmując go mocniej i wtulając się w niego. Przymknęła oczy, bo tak milusio głaskał ją po pleckach... Na jego kolejne słowa spięła się troszkę, bo nie myślała, że zauważył, jak krytycznie na siebie patrzyła. Nie wiedziała, co ma powiedzieć. Nie uważała się za cudowną osobę. W żadnym wypadku. W jej głowie było zdecydowanie za dużo bałaganu i za dużo rzeczy, których wolałaby nikomu nie pokazywać. - Postaram się - mruknęła tylko pod nosem. Bo kurcze… serio chciała móc kiedyś pomyśleć o sobie w lepszym świetle. Bez dobijania się na każdym kroku. Bez tego głupiego głosu w głowie, który zawsze musiał dopowiedzieć coś paskudnego. Może przy nim faktycznie będzie umiała to zrobić.

- Kolejny, oh myyyy - westchnęła głośno, przewracając oczami. - Z tego piekła to ja chyba już nigdy nie wyjdę. - Uśmiechnęła się do niego, bo serio była cholernie mocno podekscytowana na ten nowy etap. Chciała przekonać się, jak będzie im razem w związku, chociaż według niej już i tak zachowywali się jak para od samego początku tego ich układu. Ale mimo wszystko była podekscytowana tym, jak to wszystko się potoczy. Tym, że będą mogli mówić sobie bezgraniczną prawdę. Bez uciekania i udawania- Good answer - mruknęła, dając mu szybkiego buziaka.

the panic's setting in
p a n i k a

Zawładnęła na moment jej całym ciałem i umysłem. Próbowała nie przejmować się aż tak wizją kolejnego odrzucenia, jednak świadomość tego, że aż tak bardzo otworzyła przed nim swoje serce, no kurde, przeraziła ją. Nie zdawała sobie sprawy, jak mocno tamto odejście, to zniknięcie z kuchni w przeciągu kilku sekund od momentu, gdy wyznała mu swoje uczucia, miało na nią wpływ. Może tutaj nie chodziło tylko o to, że znowu została porzucona. Może chodziło o to, kto to zrobił. Może chodziło właśnie o niego. O tę podświadomość, że Vita wiedziała, że on był tym jedynym. Wyjątkowym. Niezastąpionym. Serce pękało jej z każdym momentem, gdy była od niego oddalona, a rozum mówił jej, że powinna go nienawidzić, co tylko jeszcze bardziej ją rozrywało. Miała wrażenie, jakby znajdowała się pod taflą wody. Starała się wypłynąć, ale nie mogła. Zamarła w ruchu. Słyszała go jakby przez jakąś przeszkodę, a jego przytłumiony głos docierał do niej powoli, próbując ją uspokoić. Wtulała się w niego mocno, zaciskając na nim dłonie. Sprawiał, że stopniowo docierało do niej, że faktycznie tutaj był.

Kochanie.
Nie zostawię cię.
Nigdzie się nie wybieram.
Vicia…

Wpatrywała się w jego oczy z niemal błagalną prośbą, gotowa zaryzykować niemówienie mu już nigdy tego, co czuła, byle tylko trwał przy niej. Potrzebowała go. Był jej lepszą połówką. Przyjacielem. Podporą. Dawno się tak nie bała. Starała się opanować, ale ten strach był silniejszy od niej, więc tylko wsłuchiwała się w jego głos, próbując uspokoić oddech. Oddychać powoli. Tak, jak pokazał jej kilka minut wcześniej.

i'm freaking out again


''Kocham cię, Vita.''

Z początku nie uwierzyła w to, co usłyszała. Było to coś tak odległego. Coś, co od dawna pragnęła usłyszeć z jego ust, że kiedy faktycznie to powiedział, jej system obronny po prostu to z siebie wyrzucił. Zajęło jej dobre kilka sekund, zanim świadomość w końcu dogadała się z sercem. Przygryzła policzek od środka, próbując zatamować łzy, które od razu zebrały się w jej oczach. Kurwa. Poczuła ulgę. Poczuła się naprawdę chciana. - Aiden - wymsknęło jej się cicho. - Ja też cię kocham. Nawet nie wiesz, jak mocno. - Wydusiła to z siebie i oczywiście znowu zaczęła kompletnie loosing it, bo łzy popłynęły po jej policzkach. Chwyciła jego twarz w dłonie i pocałowała go długo. Czule. Tak, jakby chciała wlać w ten pocałunek wszystko, czego nie umiała mu powiedzieć bez całkowitego rozpadniecia sie... Dopiero po chwili wtuliła się w niego mocniutko. Nigdy nie wierzyła w ten cały koncept bycia czyimś na zawsze, co jest paradoksalne, bo przecież rzuciła się na głęboką wodę i pod wpływem emocji i strachu przed samotnością wyszła za kogoś za mąż. Ups.
Ale teraz?
Ze wszystkich miejsc na świecie, będąc w Vegas, parę godzin od rozprawy sądowej, która miała zadecydować o tym, że znowu będzie legalnie singielką, chociaż Aiden był już jej chłopakiem, przez moment przemknęło jej przez myśl, że to właśnie on stał się jej na zawsze. I szkoda tylko, że tamten ślubny wybryk odbył się z tamtym mężczyzną... bo to właśnie jej chłopak... teraz mógłby być jej always and forever.

12 godzin później

- Jezu, nie wierzę! - wybiegła na zewnątrz, a gorące powietrze od razu uderzyło ją w twarz. - Jestem freeeeeeeeeeeeeeee! - Krzyknęła to, unosząc dłonie ku górze, dziękując pogodzie, gwiazdom, bożkom, whatever there was out there... Po chwili odwróciła się do swojego chłopaka i rzuciła mu się na szyję. - Dasz wiarę? Udało się! Dziękuję, dziękuję, dziękuję! - Mówiła pospiesznie, obdarowując go milionem pocałunków po buzi. W policzek, w kącik ust, w brodę, znowu w policzek, w czółko... no bo nie mogła się zdecydować, gdzie chce go całować najbardziej. Cholera. Czuła się tak kurewsko...

s z c z ę ś l i w a

Miała ten rozdział zamknięty za sobą, a teraz mogła skupić się na zupełnie nowej historii. Swojej i jego. Była mu tak cholernie wdzięczna, bo jaki mężczyzna zrobiłby coś takiego? Pomógłby kobiecie, która wtedy była jeszcze tylko jego friends with benefits, a teraz była jego dziewczyną? Kto by tak po prostu wszedł w ten chaos, poleciał z nią do Vegas, trzymał ją przy sobie i pomógł jej zamknąć coś, co wisiało nad nią jak jakaś pieprzona klątwa? Wiedziała, że trafiła w jackpota. Może nie w tej finansowej kwestii, bo dalej była biedna jak mysz kościelna, a każdy jej dorobek został wchłaniany przez Milo XD, ale trafiła na cudownego chłopaka. Chłopaka, który od teraz będzie tylko jej. Kiedy w końcu skończyła z tymi wszystkimi buziakami, stanęła obok niego i chwyciła go za dłoń, splatając ich palce ze sobą. - Idziemy coś zjeść najpierw czy chcesz wrócić do hotelu, wziąć prysznic i pokazać mi, jak bardzo masz na mnie ochotę?

𝓶𝓲𝓷𝓮 ♥
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Painted Lady”