Reece’owi zdarzyło się relacjonować katastrofy lotnicze. Bywał na miejscu, gdy akcje ratownicze wciąż trwały, a strażacy, walcząc do utraty tchu, próbowali ugasić piętrzące się języki ognia, które zdawały się chcieć strawić wszystko dookoła. Pomimo tego, na całe szczęście, do tej pory sam nigdy nie brał udziału w podobnym wypadku, choć latał naprawdę sporo.
Niestety, tylko do dzisiaj.
Najprawdopodobniej wypadł z maszyny, gdy ta rozpadała się gdzieś nad wyspą i cudem uniknął śmierci. Przypuszczał, że wpadł do wody, a fale wyrzuciły go na brzeg. Nie pamiętał dokładnie. Doskonale wiedział jednak, że oprócz pilota na pokładzie znajdowała się jeszcze jedna osoba.
I właśnie po nią rzucił się w sam środek płonącego wraku. Namiastka zwykłego, ludzkiego instynktu kazała mu ją uratować. Albo przynajmniej spróbować, bo ostatecznie sam utknął razem z kobietą w pułapce.
Odruchowo zasłonił usta i nos przedramieniem. Próbował odgrodzić się od gryzącego dymu, ale niewiele to pomagało. Oczy piekły go i szczypały tak bardzo, że co chwilę musiał je mrużyć, a nozdrza paliły smordu spalenizny.
W tym całym chaosie przynajmniej ucieszył się, że nieznajoma była w stanie iść samnodzielnie. Szedł tuż za nią, omijając wystające, niebezpieczne elementy. Dookoła nieustannie coś trzaskało i skrzypiało, jakby ogień usiłował ich dodatkowo nastraszyć; jakby chciał udowodnić, że naprawdę zamierzał wszyzstko spopielić.
Ree starał się zachować trzeźwość, ale coraz natarczywiej do głowy wkradały mu się paniczne myśli. Instynkt przetrwania pochłonął go do tego stopnia, że praktycznie nie zwrócił uwagi na nieobecność pilota. Miał nadzieję, że mężczzyzna również wypadł z maszyny i wkrótce do nich dołączy. Wtedy zastanowią się, co robić dalej.
Skupił się na kobiecie. Obserwował, jak ostrożnie przerzuciła nogę przez otwór po oknie i wydostała się z awionetki. Był tuż za nią! Gdy tylko znalazła się na zewnątrz, sam zaczął przeciskać się przez przejście.
Reeceowi zajęło to znacznie więcej czasu. Prede wszystkim dlatego, że był zdecydowanie większy od Peach, więc musiał mocno zaprzeć się rękami i z trudem przeciągnąć swoje ciało przez okno. Kiedy w końcu się wydostał to, od razu spojrzał na kobietę, która najwyraźniej próbowała go wesprzeć.
Było to dosyć pokrzepiające, acz w tej chwili...
głupie, bo jeszcze musieli oddalić się od pożaru!
Znowu ruszyła pierwsza, a Reece, tak jak wcześniej, chciał być tuż za nią. Jednak w momencie, w którym zamierzał zeskoczyć, zdał sobie sprawę, że jedna z jego nóg zaplątała się w jakieś cholerne kable. Zaklął pod nosem i ogarnięty jeszcze dobitniej narastającą paniką, szarpał się z plątaniną przewodów.
Kiedy w końcu wyrwał stopę i zeskoczył na ziemię, za jego plecami rozległ się
trzask. To jedna z ostatnich ocalałych szyb eksplodowała od żaru.
Potem biegli. Długo i monotonnie. W pewnym momencie Reece zauważył, że z kostką kobiety było coś nie tak, więc pozwolił sobie przerzucić jej ramię przez swój kark i wsparł swoim ciałem jej poranioną sylwetkę. I kiedy myśleli, że byli bezpieczni stało się najgorsze. Eksplozja rozniosła się po całej wyspie, więc mimowolnie przyciąnął bliżej nieznajomą, aby przypadkiem oboje nie runęli na piach.
Do nieba wraz z językami ognia wzniósł się czarny dym, na który Reece spoglądał z jawną dezorientacją i przerażeniem. Ocknął się dopiero w chwili, w której kobieta bezzwiednie pociągnęła go w dół i oboje opadli na kolana.
Chyba wciąż był na tyle wytrącony z równowagi, że przez parę sekund jedynie patrzył, jak szlochała; jak jej ramiona podrygiwały w spazmach rozpaczy, a moment później o b s e r w o w a ł, jak żarliwie wtuliła się w jego klatkę piersiową. Wówczas drgnął ledwo intuicyjnie i mimowolnie uniósł ramię, aby następnie pokrzepiająco ułożyć je na jej plecach.
—
No, już — rzucił, ale wtedy zdał sobie sprawę, że przez osmolone gardło, naprawdę ciężko było mu mówić. Odkrząknął i drugą ręką nerwowo rozmasował szyję. —
Na pewno zaraz się stąd wydostaniemy. — Nie miał pewności, ale Ree był na tyle kiepski w pocieszaniu, że tylko to przyszło mu na myśl.
Sam wcale nie bał się mniej, ale chyba te wszystkie katastrofy, które relacjonował, zaszczepiły w nim pewien racjonalizm. Skoro wydostali się z wraku samolotu, o obecnie nic im nie zagrażało i choć na chwilę mogli odetchnąć.
Pomimo tego pozwolił Peach dalej tkwić w swoich ramionach, dalej miętosić swoją koszulę w dłoni i po prostu płakać. Najwyraźniej tego potrzebowała, więc jedyne co robił, to przyglądał się ogniowi, jednocześnie mając w głowie prawdziwą pustkę. Dopiero słowa kobiety, te dwa proste i prawdziwe słowa, sprawiły, że znowu drgnął i spojrzał bezpośredno w jej oczy.
Uratowałeś mnie.
Tak, uratował. Poniekąd, bo jedyne co zrobił, to po nią wrócił i wskazał drogę ucieczki.
—
Poszukajmy pilota — zmienił temat i korzystając z okazji, że się odsunęła, po prostu wstał, i otrzepał się z piasku. Następnie pobieżnie otarł osmoloną twarz koszulą i nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę miejsca, w którym się ocknął. Wciąż leżało tam kilka oderwanych fragmentów awionetki, ale nigdzie nie dostrzegł mężczyzny. —
Zbierzmy wszystko, co może się przydać — dodał kolejny rozkaz, po czym ściągnął buty, bo musiał wejść do wody, aby wyłowić dryfującą nieopodal lodówkę turystyczną.
Niestety znajdował się w niej sam alkohol.
Peach J. Pepper