ODPOWIEDZ
31 y/o
For good luck!
186 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Głośna, dudniąca muzyka wcale nie umilała spędzania czasu przy piwie. Wręcz drażniła Louisa, który pomimo starań, nie był w stanie zrozumieć, co mówił do niego siedzący naprzeciwko kolega. Rosier zmarszczył brwi, próbując połączyć sensownie „ganek” oraz „kierunkowskaz”, które – jak się domyślał – padły ust drugiego mężczyzny. Pokręcił głową, poniekąd poddając się i po prostu poprosił, aby powtórzył.
To Louis wyszedł z propozycją, aby tu się spotkać. Słyszał same dobre opinie o tym miejscu. Znajomi zachwalali obsługę, różnorodność alkoholową i przede wszystkim muzykę na żywo, która do tej pory chyba najbardziej blondyna do tego miejsca zniechęcała. Rosier nie miał wygórowanych oczekiwań, co do dźwięków w tle przy popijaniu piwa i obgadywaniu aktualnej sytuacji w szpitalu, ale nie miałby za złe, gdyby ta muzyka po prostu w tym nie przeszkadzała.
Może za bardzo dramatyzował; może po prostu nie trafiał do niego przekaz stojący za melodią i tekstem; może jednak miał jakieś oczekiwania, o których sam nie wiedział – można byłoby to wszystko podejrzewać, gdyby nie fakt, że jego towarzysz miał podobne odczucia, a po twarzach innych klientów dało się wywnioskować, że również mieli obiekcje do trwającego właśnie występu. Wszyscy po prostu czekali końca, a gdy gitarzysta zagrał ostatni akord widać było ulgę. Otrzymali brawa, jednak Louis nie wiedział czy za swojewidać było ulgę. Otrzymali brawa, jednak Louis powątpiewał, że było to za wykonanie kultowego utworu filmowego z lat osiemdziesiątych (a raczej jego zmasakrowanie). Prędzej uciecha z końca.
Jeszcze chwila i proponowałbym wyjście — zarzucił Rosier, podnosząc swój kufel. Znajomy mu zawtórował.
— Żeby jeszcze chociaż było na co popatrzeć — powiedział mężczyzna naprzeciwko, odprowadzając wzrokiem ze sceny zespół. Prędko jednak skupił się na czymś innym – Louis dostrzegł zainteresowanie w jego oczach. — Nie to co teraz — dodał. Na ten komentarz Rosier prychnął pod nosem, kręcąc głową. Ten dopiero był psem na baby.
Następna ekipa rozpoczęła swoje dostrajanie, a mężczyźni wrócili do wcześniejszych dyskusji i piwa, które w kuflu Louisa chyba się nie kończyło. Dopił jednak ostatniego łyka, słuchając o tym, co zrobiła najnowsza praktykantka na oddziale. — Nas by za to wylali na zbity pysk — skwitował odważnie jej zachowanie, chociaż nie była to zupełna prawda. Louisa nikt by raczej nie wyrzucił – ze swoim nazwiskiem musiałby się o to porządnie postarać.
I już miał mówić coś jeszcze, ale usłyszał melodyjny, damski głos. Zwrócił się w jego kierunku i zauważył, że należy on do wokalistki, która chwilę wcześniej weszła na scenę.
— Nie dość, że jest na co popatrzeć, to jeszcze posłuchać — rzucił znajomy. Miał rację. Głos miała niepowtarzalny, urodę zresztą też, ale nie ona w zwróciła uwagę blondyna, który z uwagą wysłuchał całego występu. Chyba o niej mówili ludzie, twierdząc, że warto w to miejsce przyjść dla muzyki.
Grała dłuższą chwilę i tym razem faktycznie przyjemniej spędzało się czas, który tym razem został przerwany przez telefon. Wyświetlacz pokazał twarz znajomej mu dziewczyny, przez co przeprosił kolegę i wyszedł na zewnątrz, aby odebrać. Co prawda zrobił to niechętnie, jednak zdecydowanie gorsze okazałoby się dla niego nieodebranie. Musiał zdać relację: co, kto, gdzie i z kim. Standard. Po rozłączeniu się uznał, że wykorzysta ten czas na papierosa – niby rzucał te nałogi, jednak każdy kto kiedykolwiek próbował, wiedział, że było to bardziej niż ciężkie. Zaciągnął się raz i drugi, aż w końcu fajka się skończyła i zmuszony był wyciągnąć kolejną. Ledwo odpalił i schował zapalniczkę do kieszeni, a bocznymi drzwiami wyszła prędko dziewczyna, która chwilę wcześniej śpiewała na scenie. Tuż za nią namalował się zdecydowanie większy mężczyzna. Chwycił ją dość mocno za ramię coś pod nosem bąkając i pociągnął. I Louis zazwyczaj by się tym nie przejął; udał, że nic nie widzi i wrócił na miejsce, ale może to było to piwo, może późna pora, przez co momentalnie uznał, że jednak się wtrąci.
Hej! — zawołał, chcąc zwrócić jego uwagę na siebie, ale widząc, że to nie działa podszedł bliżej, upuszczając praktycznie całego papierosa na ziemię. — Pani ewidentnie nie jest zainteresowana — dodał i dopiero wówczas puste spojrzenie natrętnego typa przeniosło się na niego. Nie puszczał jednak dziewczyny, więc Rosier również postanowił użyć siły. Chwycił go za rękę i zrzucił ją z brunetki, a żeby tego było mało, odepchnął go. — Chłopie, naprawdę, odejdź — powiedział dość dosadnie. Sądząc po stanie w jakim był mężczyzna, sądził, że tyle będzie z jego rycerskiej akcji, jednak ten znalazł w sobie na tyle siły, aby zamachnąć się i zaciśnięta pięścią uderzyć w twarz Louis’a.
Tego się nie spodziewał. Syknął z bólu i momentalnie przyłożył dłoń do najbardziej bolącej części ciała, czyli nosa. Poczuł również jak lekka stróżka krwi popłynęła z jednej z dziurek nosa. A sprawca postanowił raz jeszcze spróbować swoich sił u wokalistki, jednak tym razem Rosier zareagował agresją i uderzył faceta, który po tym uznał, że chyba nie warto dalej się starać. Albo upojny stan mu na to nie pozwolił. Nieważne, co to takiego było; ważne, że burknął coś niezrozumiałego i wrócił na salę.
Jasna cholera — mruknął Louis, pociągając bezsensownie nosem. Odwrócił się plecami do wejścia i dostrzegł dziewczynę, dzięki której w takiej sytuacji się znalazł. — Niezłych masz tych fanów — powiedział, kucając i spuszczając głowę w dół. — Masz jakąś chusteczkę? — zapytał. Dostrzegł jednak, że rękawy koszuli były już pobrudzone krwią, a tego chciał unikać. To się już raczej nie spierze.

Rae Westlake
25 y/o
For good luck!
163 cm
muzykuję w klubach Toronto
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjipierwsza osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rae stała na zapleczu, z powątpiewaniem przyglądając się wokaliście. Rzuciła okiem na jedną z koleżanek z pracy, ta odpowiedziała porozumiewawczym uśmiechem.
- I to jest gwiazda wieczoru? - wyszczerzyły się do siebie i chwilę potem parsknęły śmiechem, który akurat przebił się przez chwilę ciszy, jaka zapadła, kiedy muzyk przestał śpiewać i zbierał się, żeby coś powiedzieć.
Mężczyzna spojrzał na zaplecze zaskoczony i nieco zmieszany. Zresztą porozumiewawcze spojrzenia pojawiły się też w kilku miejscach na sali pełnej widowni.
- Amm... No dobrze! To teraz chwila odpoczynku dla zmęczonego głosu! Ostatnio dużo graliśmy...
W powietrzu zawisła cisza pełnego wyczekiwania. Widownia autentycznie reagowała zupełnie inaczej, niż wokalista się tego spodziewał. Jakby czekali na to, co ma się wydarzyć teraz, a nie na niego... Ale jak to?
- Na szczęście mam dla Was dobre zastępstwo! Dziewczyna stąd, utalentowana, młoda, ale przede wszystkim piękna!
Na twarzy Rae pojawiło się powątpiewanie. Skrzywiła usta w kwaśnym grymasie. Nie tak chciała być przedstawiona.
- BARMANKA stąd! - skurwiel musiał podkreślić jej miejsce... - Rae Lake!
Nawet nie zapamiętał nazwiska!
Nogi same poniosły ją na scenę, a kiedy na sali wybuchł entuzjazm, na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, pokazujący wszystkie ząbki kogoś, kogo rodzice wydali sporo kasy na aparat. Triumfalne spojrzenie odprowadziło wokalistę, kiedy podeszła do mikrofonu. Luźny tiszert, koszula przewiązana w pasie, dżinsowe szorty, kabaretki i ciężkie buty od razu zwiastowały ogień. I był...
Usiadła na stołku, sięgając po swoją gitarę, już podłączoną do nagłośnienia. I chwilę potem sala się uciszyła, a spod jej palców popłynęły pierwsze dźwięki. Chwilę potem czerwone usta zbliżyły się do mikrofonu i niemal intymnie zaczęły:

- How do you fall in love?
Harder than a bullet could hit you
How do we fall apart?
Faster than a hairpin trigger

Głos załamał się jej lekko, poetycko wpadając we fragment tuż przed wstępem do refrenu.
- Don't you say, don't you say it
Don't say, don't you say it
One breath, it'll just break it
So shut your mouth and run me like a river

I wreszcie prawdziwy wybuch emocji, pełna moc głosu, która nie miała prawa mieścić się w tak niewielkim ciele. Emocji, które mogłyby zniszczyć od środka nawet spiżowy pomnik.
- Shut your mouth, baby, stand and deliver
Holy hands, will they make me a sinner?
Like a river, like a river...

Louis nie widział, jak schodziła ze sceny w akompaniamencie okrzyków i braw, zaraz po drugim utworze, który zaśpiewała. Ten drugi był już znacznie mocniejszy, mniej intymny, za to z ogniem, który eksplodował po sali. Wychodząc z telefonem, minął tylko dużego faceta, który przyglądał się wokalistce, patrząc na nią groźnie...

***


Szarpnięta za ramię spojrzała groźnie na typa, który był dosłownie dwa razy większy od niej. Zarówno wzrostem, jak i resztą swojej postury. A mimo to jej oczy jasno mówiły, że zadarł z niewłaściwą dziewczyną.
- Nie rzucaj się, jakbym chciał ci zrobić krzywdę, to nie tutaj. - ciężki, niski głos sprawił, że Rae aż przełknęła ślinę.
Nieco obniżyła się na nogach, przez moment przypominając kota, który szykował się do ataku albo ucieczki. Orzechowe oczy pociemniały, kiedy wpatrywała się w zaciętą, okrutną twarz. Niby wyglądał jak każdy inny facet, ale w jego oczach było coś. Umiał nastraszyć, to na pewno.
- Twoja siostra ostatnio dużo robi... Powinna się zastanowić nad tym, z kim trzyma. - jego słowa sprawiły, że dziewczyna zrobiła się jeszcze bardziej czujna.
- Nie wiem, o kim mówisz, ja nie mam siostry... - powiedziała, odwracając się od niego, by przy ladzie sięgnąć po swoją torebkę, podawaną przez jednego z barmanów.
Przez moment poczuła się bezpieczniej, łapiąc jego spojrzenie, ale jakaś lafirynda właśnie zajęła jego uwagę, prosząc o drinka i świadomie eksponując dekolt, jakby liczyła na zniżkę.
- Nie rozumiesz. To, z kim będzie współpracować, może wpłynąć znacznie na bezpieczeństwo wielu ludzi...
Groźba zawisła w powietrzu, mrożąc krew w żyłach Rae. Odruchowo rozejrzała się za ochroniarzami, ale nikogo nie było, więc wykorzystała tłum ludzi, by się w niego wmieszać i w nim zniknąć. Niestety odgradzał jej drogę na zaplecze, ale mogła jeszcze wyjść z klubu. Dopiero przy drzwiach, kiedy ją dostrzegł, pokazała mu środkowy palec i schowała się w korytarzu.

***


Zaciągnął się raz i drugi, aż w końcu fajka się skończyła i zmuszony był wyciągnąć kolejną. Ledwo odpalił i schował zapalniczkę do kieszeni, a bocznymi drzwiami wyszła prędko dziewczyna, która chwilę wcześniej śpiewała na scenie. Tuż za nią namalował się zdecydowanie większy mężczyzna. Chwycił ją dość mocno za ramię, coś pod nosem bąkając, i pociągnął. I Louis zazwyczaj by się tym nie przejął; udał, że nic nie widzi, i wrócił na miejsce, ale może to było to piwo, może późna pora, przez co momentalnie uznał, że jednak się wtrąci.
Hej! — zawołał, chcąc zwrócić jego uwagę na siebie, ale widząc, że to nie działa, podszedł bliżej, upuszczając praktycznie całego papierosa na ziemię. — Pani ewidentnie nie jest zainteresowana.


Nie była, była nawet wyraźnie przestraszona, mimo prób grania hardej. Spojrzała na Louisa z czymś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak błaganie o pomoc. Tyle że nie było tym... Ona się bała, że coś się stanie komuś niewinnemu.
Napastnik najwyraźniej nie był tak pijany, jak się wydawało rycerzowi. Silny cios mógł zamroczyć i pokazać wszystkie gwiazdy. Nic dziwnego, że z nosa poszła farba. Dziewczyna coś krzyknęła, sięgając do swojej torebki. Bach! Pow! Buum! Czy inna komiksowa onomatopeja sprawiła, że tym razem napastnik się cofnął jak niepyszny. Chwilę potem powietrze przeciął charakterystyczny dźwięk pykania wydawany przez paralizator.
Rae była za daleko, żeby sięgnąć któregokolwiek z koziołków, ale typ spod ciemnej gwiazdy uniósł dłonie w geście poddania się. Wycofał się i odszedł jak niepyszny. Ale w głowie Rae zostały jego ostatnie słowa, bąknięte przed chwilą. Pogadaj z siostrą... Te, których Louis nie słyszał.
Z zamyślenia wyrwało ją przekleństwo jej rycerza. Skontrolowała jeszcze szybko otoczenie, czy niebezpieczeństwo minęło, i schowawszy zabawkę do torby, zbliżyła się do niego. Skrzywiła się na komentarz o fanach, nie odpowiadając na niego. Za to powiedziała dźwięcznym, głębokim i ciepłym głosem:
- Pokaż...
Odsunęła dłonie od jego twarzy, by móc przyjrzeć się nosowi. Krew krwią, i tak był nią umazany, ważne, czy nos nie był złamany.
- Mógłbyś? - zapytała, ale widząc brak zrozumienia, przewróciła oczami i wskazała murek niedaleko wejścia.
Kiedy na nim siadał, wygrzebała chusteczki z torby i mu wręczyła, by zaraz dotknąć dłońmi, ozdobionymi czarnymi paznokciami i wieloma pierścionkami, jego nosa.
- Chyba nie jest złamany. - zawyrokowała, dopiero teraz patrząc w jego oczy.
Spojrzenie trwało dobre dwa, trzy uderzenia serca. Dopiero teraz jej brwi lekko się zmarszczyły, kiedy cofnęła o milimetry głowę.

W coś Ty się wmieszał?
31 y/o
For good luck!
186 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Tak się właśnie kończyło rumakowanie. Louis doskonale z tego zdawał sprawę, a mimo to, dał się ponieść chwili, przypływowi nagłej adrenaliny i może jakąś empatią względem drobniejszej od niedoszłego oprawcy dziewczyny. Obwiniać za to mógł również piwo - może nie wypił nie wiadomo jakiej ilości alkoholu, jednak szukał wciąż sensownych powodów, przez które znalazł się w takiej sytuacji. Myślał, że już trochę zmądrzał, że z czasów studenckich zostały jedynie wspomnienia, a jednak - niektóre zachowania gdzieś się uchowały. Ku jego niezadowoleniu, raczej te, których wolałby się wyzbyć.

Rosier nie miał wysokiej granicy bólu i doskonale o tym wiedział. Zdawał sobie sprawę, że bardzo często przesadzał i dramatyzował. Z tego też powodu, nauczył się wszelakie swoje urazy z lekka lekceważyć. Jako przyszły lekarz powinien wiedzieć, że było to jedno z gorszych rozwiązań i sam wolałby nie trafić na pacjenta, który swój dyskomfort ukrywa. Wiadomo jednak, siebie z lekka inną miarą mierzył.

Nos go bolał cholernie. Czy podejrzewał złamanie? W pierwszej chwili tak, jednak był to wynik szoku. Gdy ten zaczął ustępować miejsca zdrowemu rozsądkowi, Louis powoli orientował się co się wokół niego dzieje i co się przede wszystkim z nim dzieje. Cóż, ewidentnie pomagała mu w tym również jednej z powodów jego krwawiącego nosa. Zgodnie z jej poleceniem usiadł na murku. Przyjął również chusteczkę, którą najpierw otarł krew spod nosa. Chciał od razu też tamować, jednak pani doktor uznała, że sprawi mu jeszcze trochę bólu. Dotknęła zimną dłonią rozgrzanego od urazu nosa, na co skrzywił się lekko i przy okazji syknął. I w tym momencie spotkał się z nią spojrzeniem. Miała ciemne, ładne oczy, które wpatrywały się w jego jasne – w porównaniu do niej – spojrzenie. Trwało to chwilę, dosłownie jeden czy dwa oddechy, w trakcie których nic nie było słychać poza biciem serca. Nawet muzyka z sali jakby nagle zamilkła.

Brunetka jednak w końcu uciekła spojrzeniem i skierowała je gdzieś indziej. Louis wykorzystał ten moment, aby ponownie przetrzeć krew spod nosa. — Nie dość, że piosenkarka to w wolnych chwilach również lekarz pierwszego kontaktu? — zapytał trochę żartobliwie, wydmuchując więcej krwi w chusteczkę, która powoli robiła się bardziej czerwona niż biała. — Czy pani doktor mi powie czy do jutra — zaczął, jednak spojrzał na zegarek na swoim nadgarstku — dzisiaj rano mi zejdzie? — Było to oczywiście pytanie retoryczne, bo wiedział, że nie. Niezliczona ilość okładów by w tym nawet nie pomogła. Nie przejmowałby się tym aż tak, jednak o ósmej zaczynał dyżur. Już widział te oceniające spojrzenia, już słyszał te ciekawskie pytania i domysły nie z tej ziemi. Chyba już powinien zacząć wymyślać sobie jakąś porządną wymówkę. Ratowanie damy w opałach było banalne. Może i dobre dla znajomych i ludzi z pracy, ale rodzinie ta historia by się nie spodobała. Uznaliby, że zachował się nieodpowiedzialnie i nie powinien ingerować aż tak w problemy innych. A jego dziewczyna-nie-dziewczyna pewnie zrobiłaby lekką scenę zazdrości. Już lepiej byłoby, gdyby powiedział, że wdał się w pijacką bójkę typu “było ich trzech, a ja jeden i wszystkich poskładałem” i chyba tego zamierzał się trzymać. — Gdyby ktoś pytał, to ich było minimum trzech i wzięli nas z zaskoczenia — powiedział na głos, aby i dziewczyna znała “prawdziwą” wersję wydarzeń, gdyby ktoś ją pytał. Aczkolwiek po niej nie było widać, że jakiś osiłek uznał, że sprawdzi siłę swojego ciosu na czyimś nosie, więc ona takich pytań nie powinna się spodziewać.

Wiesz kto to był? — zapytał z czystej ciekawości. Oczywiście, że mógł to być kompletny nieznajomy, który za dużo sobie wyobraził - może pomyślał, że Renne, Rena czy jak jej tam było śpiewa jedynie dla niego? Pomyślał jednak, że czasami za artystami ciągną się delikatnie mówiąc, za bardzo zaangażowani fani, którzy bardziej się naprzykrzają niżeli wspierali. Może był właśni jednym z nich? — I czy myślisz, że może czekać na ciebie w środku? Bo nie wiem czy mój nos kolejne zderzenie z pięścią wytrzyma bez większego szwanku.

Rae Westlake
25 y/o
For good luck!
163 cm
muzykuję w klubach Toronto
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjipierwsza osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Aż się skrzywiła, kiedy syknął z bólu, i uśmiechnęła się przepraszająco. Niemal z czułością. Zaraz jednak przywołała się do porządku, uciekając spojrzeniem, by agresywnie zacząć szukać czegoś w swojej torbie.
Po co on w ogóle się mieszał? Mógł sobie zrobić krzywdę!
Nie skomentowała, za to wyrwało jej się z ust triumfalne "ha", kiedy wydobyła z torebki tampon. Zapakowany, świeżutki. Wróciła spojrzeniem do jego oczu, uśmiechając się przepraszająco, a potem odpowiedziała znacznie cieplejszym głosem, niż by chciała.
- Jutro będziesz miał przepiękną śliwę pod okiem... Twoja dziewczyna będzie z Ciebie dumna. - czemu założyła, że kogoś ma?
Bo takie miała szczęście...
Odpakowała tampon i, ująwszy jego szczękę lewą dłonią, uśmiechnęła się przepraszająco.
- To trochę zaboli... - dodała i wcisnęła mu prowizoryczny opatrunek w dziurkę.
Chwilę potem wyjęła mokrą chusteczkę z pojemnika i zaczęła go z wielkim skupieniem wycierać z krwi, chociaż, jak to bywa z nosem, niewiele to dało. I tak miał całą koszulę we krwi, więc, przywróciwszy go do względnej używalności, odpuściła.
- I wzięli Cię z zaskoczenia! - przytaknęła, nieco rozbawiona męską potrzebą zachowania ego. - Może lepiej na pytania odpowiadaj: "musiałabyś zobaczyć tamtych". Nie będziesz musiał się tłumaczyć.
Jeszcze raz sięgnęła do jego twarzy, żeby otrzeć zaciek z krwi, i westchnęła z rezygnacją.
- Nie wiem... nikt ważny, coś mu się pomyliło. - ale na pytanie o niedoszłego oprawcę spięła się wyraźnie.
Unikając jego spojrzenia, odsunęła się. Wytarła ręce w kolejną chusteczkę i spojrzała w kierunku wejścia do klubu.
- Myślę, że już zrezygnował... Zresztą znam się dobrze z ochroniarzami. Wystarczy, że im go wskażę... - zawahała się.
No właśnie, jeśli to człowiek związany z jej siostrą czy ludźmi, których ona mogła mieć za wrogów, to nawet najtęższy bysio z ochrony nie byłby w stanie go pewnie powstrzymać. Najważniejsze, że pewnie chciał ją tylko nastraszyć. Przełknęła ślinę, zastanawiając się nad tym, czy sprawa jest na tyle poważna, by odzywać się do Val...
- Poczekaj tu chwilę. Przyniosę lód, a potem zabiorę Cię gdzieś... Gdzie będę mogła Ci wyprać koszulę? - zaproponowała, a słysząc, jak bezsensownie to brzmi, wzruszyła ramionami i ruszyła do klubu, zastanawiając się nad tym, dlaczego tak dużo mu poświęca uwagi. Może dlatego, że tym razem zdecydowanie nie obroniłaby się sama...

Wróciła po dłuższej chwili, dalej w zamyśleniu, za to mając w ręku strunowy worek pełen lodu. Rzuciła swoją torbę koło jego nogi, a lód na jego kolana. Niewiele myśląc, odplątała koszulę ze swoich bioder i zawinęła w nią torebkę.
- Pokaż. - trochę to brzmiało jak polecenie, a trochę jak prośba.
Kiedy odsunął dłonie od nosa, zachichotała pod nosem, widząc ten sznureczek smętnie zwisający z końcówki jej "opatrunku".
- Mój bohater... - mruknęła z czymś, co chyba było rozczuleniem, po czym przyłożyła kompres do nasady jego nosa i podbitego oka.
Kiedy przejmował od niej kontrolę nad nim, poczuła jego dłoń na swojej. Ten kontakt znowu trwał odrobinę za długo. Aż otworzył jedno oko, by ich spojrzenia znowu skrzyżowały się czujnie, szukając w sobie nawzajem czegoś. Cofnęła rękę troszkę zbyt gwałtownie, ale zatuszowała to szelmowskim uśmiechem, przeczesując jego włosy drugą dłonią.
- Będziesz żył! Potem opowiesz kolegom o wariatce, którą musiałeś ratować. Jesteś tutaj z kimś? Czy wzywać taksówkę? - zapytała, podnosząc się na palcach po to, żeby rozejrzeć się za transportem.

my hero...
ODPOWIEDZ

Wróć do „Emptiness”