ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Caleb był odrobinę wstawiony.
W tym nie było akurat nic dziwnego, bo Fairchild był pijany minimum trzy razy w tygodniu, nadal zarzekając się przy tym, że świetnie sobie radzi z alkoholem. Nowością było jednak to, że pierwszy raz, od kiedy pracuje w prokuraturze, zgodził się wyjechać na ten wyjazd integracyjny. Dwa razy do roku organizowano zjazdy, które miały połączyć wszelkie oddziały, zajmujące się prawem i sprawiedliwością. W zależności od pory roku lub od aktualnych trendów, wynajmowano domki w różnych częściach kraju, zapewniając zmęczonym i ciężko pracującym prawnikom, policjantom, detektywom i innym członkom instytucji państwowych, odpoczynek. Tym razem padło na… kemping. Wynajęto bardzo dużo cabin w samym środku lasu, wokół ogromnego, pięknego jeziora; było cicho, luksusowo i przyjemnie. W gruncie rzeczy, byli bardzo odcięci od otaczającego ich świata, co pewnie każdy z nich potrzebował, skoro na co dzień użerali się z kryminalistami wszelkiej maści. Generalnie Caleb nie był fanem takich wyjazdów, ale tym razem zdołali go namówić. Poza tym miał cholernie ciężki miesiąc, dużo spraw, które nie pozwalały mu spać w nocy. Doszedł do wniosku, że odpoczynek nie mógł być tak bardzo złym pomysłem.

Zrobili ognisko. Cal poczuł się, jakby znowu miał osiemnaście lat, a szkoła przygotowała dla nich event na rozpoczęcie wakacji. W czasie dnia mieli zorganizowane różne aktywności; zawody w wodzie, jakieś piesze wycieczki i inne gry, które z początku wydawały mu się dziecinne, ale z czasem nawet zaczął się dobrze na nich bawić. Wystarczyło tylko przełknąć swoją dumę. Wieczorem mieli wolną rękę. Mogli iść spać, wziąć udział w ognisku, poimprezować albo odpocząć tak, jak tego chcieli. Fairchild stwierdził, że pójdzie z kumplami posiedzieć przy ogniu; przy okazji popijając piwo. Jedno za drugim. Szczególnie, jeśli rozmowa się kleiła, a czas miło uciekał mu przez palce. Dopiero, gdy zrobiło mu się zbyt gorąco — może przez alkohol, może przez ognisko, Caleb wstał, żeby ruszyć w kierunku domku. Nie zdążył jednak odejść szczególnie daleko, bo jego oczom ukazał się… nie kto inny, jak Hazel Brooks.

Przez ułamek sekundy, miał wrażenie, że zrastająca się blizna na jego przedramieniu, zaczęła boleśnie go piec; zupełnie, jakby przywoływała wspomnienia. Stanął w miejscu, odkładając pustą butelkę piwa na stolik i wsunął dłonie w kieszenie spodni, spoglądając na nią w milczeniu. Prawdopodobnie jeszcze go nie widziała, choć wiedział, że i ona będzie na tym wyjeździe. To nie tak, że się unikali, ale od tamtego incydentu, po prostu się już nie widzieli. Rozeszli się w... dziwnych stosunkach. Przez chwilę zastanawiał się, co powinien zrobić i czy w ogóle nawiązać z nią jakąkolwiek interakcję, ale był zbyt pijany, by myśleć logicznie. Podszedł do Brooks, stając za jej plecami i nachylając się nad jej ramieniem, spojrzał w wijące się płomienie przed nimi.
— Wyciągnęli cię z jaskini, sztywniaro? — mruknął do jej ucha, zerkając na jej twarz od boku. Za każdym razem, gdy na nią patrzył, dochodził do wniosku, że była cholernie ładna. Dlaczego musiała być taką złośnicą? — Jak nadgarstek? — zagaił, opuszczając spojrzenie na jej dłoń, która uległa niewielkiemu urazowi podczas ich ostatniego spotkania. Caleb od tamtej pory nie pojawił się już na komendzie, nie mając ani siły ani ochoty, żeby z nią walczyć. Może tamta sytuacja czegoś go nauczyła, a może była to tylko rozgrzewka przed większą bitwą. W tej kwestii był przecież nieprzewidywalny. — Jesteśmy jutro razem w drużynie na zawodach. Upewnij się, że nie zaśpisz. Nie lubię przegrywać, szczególnie jeśli jest o co walczyć — powiedział, wymijając ją, by stanąć tuż obok niej. Ramię w ramię, jakby byli sobie bliscy, choć nigdy nie określiłby w ten sposób ich znajomości.

sztywniara
26 y/o
For good luck!
173 cm
specjalistka kryminalistyki w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Hazel nie jeździła na każdy taki wyjazd. Przebywanie w dużej grupie dorosłych ludzi, którzy przez weekend czują się jak banda nastolatków, nie do końca było jej ulubionym zajęciem. Mogłaby ten czas wygospodarować na dwadzieścia różnych sposobów, ale dała się namówić koleżance z laboratorium na argument, że trzeba było otwierać się nowych ludzi. Czy ona była zamknięta na nich? Prawdopodobnie w mniemaniu innych tak. Nie chciała sprawiać takiego wrażenia, ale jej praca wymagała skupienia, odbiegania od ploteczek, a to że rzadziej wychodziła po pracy na piwo… to była inna kwestia.

Teraz uległa i pojechała na ten wyjazd, po dojechaniu na miejsce dowiadując się, że Fairchild również tam będzie. Myśl, że mogą się na siebie zetknąć, wzbudzała dziwną obawę w jej sercu i lekki podskok tego organu, jakby mimo wszystko… cieszył się z tego. Nie widzieli się od ataku na komendzie, więc po prostu była ciekawa, jak goiła się jego rana, tak? Nie tęskniła za jego odzywkami, humorkami, komentarzami na temat jej pracy i całą resztą, która w pewien sposób poniekąd definiowała Caleba. Jednocześnie brakowało jej tygodniowej dawki uszczypliwości i możliwości, aby wyładować na nim nieco swoje emocje. Czasami blokowała swoje odzywki, nie chcą marnować swojej siły na inne osoby, bo po pierwsze, mało kto potrafił prowadzić dobrze dyskusję, a po drugie, dużo osób nie rozumiało przytyków i szybko się obrażało. Wtedy wywracała oczami i rzucała jakieś krótkie usprawiedliwienie na swoje złośliwości, chociaż gdzieś z tyłu głowy przewijała jej się myśl, że istniała jedna osoba, która dowaliłaby jej bardziej i… w jakiś naprawdę pokręcony sposób l u b i ł a to.

Na pewno nie miała zamiaru tego przyznać. Ani na głos, ani przed samą sobą, bo już sama myśl sprawiała, że Hazel wyrzucała ją z głowy tak szybko jak przyszła.

Po trzech piwach i kilku godzinach rozmów, jej znajomi z kryminalistyki postanowili iść do swoich pokoi. Brooks raczej nie należała do osób, które chodzą szybko spać, mimo że wcześnie wstawała — tutaj też nie wyglądało, jakby miało być inaczej. Stała kawałek dalej, za płotem werandy i obserwowała ogień, który mimo że był cholernie niebezpiecznym żywiołem, to jednak był intrygujący; z jednej stronie nerwowo wyrzucał iskry, a z drugiej płomienie powoli plątały się i tańczyły między sobą. Nie zauważyła go, będąc skupiona na własnych myślach, więc nieco wzdrygnęła się, słysząc męski głos obok swojego ucha i zaraz obróciła głowę w bok, patrząc mu prosto w oczy przez dwie sekundy dłużej niż powinna. Odwróciła zaraz spojrzenie, stając naprzeciw niego i odsuwając się o tyle, ile mogła, zyskując nieco swojej przestrzeni osobistej. — Skąd ci się wzięło to sztywniaro, co? — mruknęła i oparła się biodrami o płot werandy, po czym spojrzała na niego spod przymrużonych oczu. Zaraz spojrzała na swój nadgarstek, który po kilku dniach już nawet nie potrzebował być owinięty w bandażu. — Lepiej, troszkę boli przy większym nacisku, ale jest już okej — odpowiedziała, kiwając lekko głową, po czym przeciągnęła swoim wzrokiem po jego ramieniu, zatrzymując się w zranionym miejscu, po czym powróciła spojrzeniem do jego oczu. — A twoja rana? Dobrze się goi? — zapytała, realnie interesując się jego stanem. W końcu gdzieś w podświadomości nadal miała myśl, że gdyby nie wykazała się altruizmem i chęcią zrozumienia kobiety, to nie musiałby jej osłonić swoim ciałem, co też swoją drogą było… niesamowite. — Oh, oni to zawsze celnie dobiorą składy drużyn — westchnęła, wywracając oczami. — Możesz mnie obudzić, skoro tak ci bardzo zależy. Preferuję od rana kawę. Nie słodzę — rzuciła rozbawiona, bo wizja Caleba przynoszącego jej od rana kawę wydawała się być kompletnie odklejona i jednocześnie niewłaściwa. Odwróciła się ponownie przodem do ogniska, a Fairchild dołączył do niej, stając ramię w ramię. — Chyba nie tylko mnie wypuścili z jaskini — zaśmiała się cicho, kiedy sam spojrzał w ogień i zaraz stanęła bokiem do płomieni, aby bardziej na niego spojrzeć. — Znudziło cię towarzystwo znajomych krawaciarzy? Czy może stęskniłeś się za mną i naszymi zaczepkami przez ten tydzień? — zapytała z rozbawieniem, patrząc na niego z dziwną lekkością. Może wypity alkohol tak wpłynął na jej postrzeganie świata, że teraz tak swobodnie chciała z nim porozmawiać?

krawaciarz
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Wyglądasz, jakbyś nie wiedziała, czym jest dobra zabawa — stwierdził autentycznie szczerze, co tylko sprawiło, że wydźwięk jego słów był jeszcze gorszy. A tym razem, wyjątkowo naprawdę nie starał się być złośliwy; co miał poradzić na to, że Hazel wyglądała mu na kujonkę? Taką, którą w liceum omijałby szerokim łukiem, bo od tego mądrego gadania bez przerwy bolała go głowa. Cóż, Caleb, będąc jeszcze w szkole średniej był naprawdę ciężkim przypadkiem; interesowały go jedynie dziewczyny i piłka nożna. Dopiero po śmierci Eleny zmądrzał, używając w pełni swojego mózgu, żeby rozwinąć się i nieco dojrzeć. Jego spojrzenie na świat, zdążyło znacząco się zmienić; na całe szczęście. Nie zmieniało to jednak faktu, że dzisiejsze podejście do Hazel było czymś nowym i z pewnością zaskakującym, nawet dla niego samego. Podświadomie wmawiał sobie, że miał ochotę na zwykłą zaczepkę. Przez ostatni tydzień, gdy w ogóle się nie widzieli, Caleb dwukrotnie wrócił do niej myślami. Pierwszy raz wtedy, gdy zamykał tę gównianą sprawę z zadowalającym skutkiem. A drugi raz, gdy wszedł na komendę, ostatecznie łapiąc innego technika.
Cal mógł zarzucić jej naprawdę wiele, ale jeśli chodziło o ich przepychanki, była naprawdę nieustępliwa. Mógł powiedzieć, co tylko chciał i nawet zrzucić na nią wiele tekstów na poziomie prywatnym, a i tak nie uginała się przed jego ostrym spojrzeniem. Imponujące. Fairchild zawsze lubił kobiety o mocnym charakterze; no, ale w tym przypadku to nie miało znaczenia. Nie patrzył na Hazel jak na potencjalną partnerkę. To było dziwne.

— Dobrze, że skończyło się tylko na lekkim obiciu. Z takimi psychopatami trzeba uważać, szczególnie jeśli są pod wpływem — wymruczał nieco marudnie. — Następnym razem nie wychylaj się tak, Brooks. Twoim zadaniem nie jest unieszkodliwianie napastników — przypomniał jej poważnie, zerkając na uszkodzony wcześniej nadgarstek. Boże, to brzmiało, jakby się martwił, ale bez takich! Jej pytanie sprawiło, że Fairchild uniósł nieznacznie rękę na powoli gojącą się bliznę. Wyglądała znacznie lepiej, ale nadal potrzebowała czasu, żeby zrobić się przyjemniejsza dla oka. Nie za bardzo dbał o efekty wizualne, więc po prostu czekał aż się zagoi, żeby aż tak na nią nie uważać. — Jak widać, chyba nie najgorzej — mlasnął, wzruszając lekko ramieniem. Nie było już co roztrząsać. — Najważniejsze, że już nie muszę do tego wracać — stwierdził. Dostał to, czego chciał i wpakował tę kobietę za kratki.

Prokurator uniósł brwi i zaśmiał się pod nosem; zrobienie jej kawy rano, wydawało mu się tak abstrakcyjną wizją, że nie potrafił na to nie zareagować. Zaraz jednak rozciągnął usta w łobuzerskim uśmiechu i przechylił głowę do boku, błądząc rozbawionym spojrzeniem po jej twarzy. — Chcesz, żebym cię obudził, Brooks? To nie będzie przyjemny początek dnia — zagroził żartobliwie. Och, był we wspaniałym humorze. Kochał imprezy. Dało się wyczuć od niego zupełnie inną aurę niż na co dzień. Co lepsze, Hazel wydawała się być w podobnym stanie; rozbawiona i łatwiejsza w obyciu. Być może dlatego Caleb oderwał wzrok od ogniska, zerkając na jej buzię. — Wiesz, jak jesteś wstawiona, to jesteś zdecydowanie fajniejsza i zabawniejsza — rzucił, kiwając głową z uznaniem. Prokurator oparł się o płotek, zerkając w stronę pozostałości prokuratorów, którzy jeszcze się jakoś trzymali. — Słabi zawodnicy — skomentował. — Ale skoro już na ciebie wpadłem, to chodź — powiedział, chwytając ją łagodnie za nadgarstek, by pociągnąć z drewnianych schodków na polankę. — Mam ochotę się z tobą pokłócić — dodał z rozbawieniem, prowadząc ją w stronę pomostu. Puścił ją dopiero, gdy wlazł na belki, przysiadając na samej krawędzi i opadając plecami na deski. Podłożył sobie rękę pod głowę, żeby zerknąć na ciemne niebo i gwiazdy, świecące w oddali. — Możesz na mnie krzyczeć, jeśli chcesz. To mnie nawet odpręża — rzucił, odchylając lekko głowę do tyłu, żeby na nią spojrzeć. Ach, był cholernie pijany.

I chyba trochę brakowało mu tego niewyparzonego języka.

you're quite funny today
26 y/o
For good luck!
173 cm
specjalistka kryminalistyki w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Westchnęła ciężko, patrząc prosto na niego, kiedy wręcz zarzucał jej, że nie wiedziała, czym jest dobra zabawa. Ona nie wiedziała?! Swego czasu była królową wszelkich imprez. Może nie tak dziko, jakby wyobrażał to sobie Caleb, ale studia były zdecydowanie momentem, w którym ożyła i zaczęła korzystać oraz doświadczać tego, co duża część nastolatków odkryła już w liceum. Pod tym względem była niestety opóźniona i była wręcz przekonana, że nie wybawi się przez długie lata, a jednak — dwudziesty piąty rok życia na karku, a ona o drugiej w nocy marzy o położeniu się do łóżka.

A jednak stała tu — wpatrzona w niego, słuchając tego, co do niej mówi i powstrzymująca się od uszczypliwych komentarzy. Przez myśl przeszło jej, czy w normalnych, prywatnych relacjach również taki był. Arogancki, uszczypliwy i niestroniący od słów, które mogą gdzieś w głębi zaboleć. Miała świadomość, że przecież mieli inną relację i sama nie miała oporów, aby odpyskować mu w niemiły sposób, rozpoczynając tym samym całą falę ich kłótni, ale teraz była tego realnie ciekawa; spoglądając na niego w nieco innych warunkach, gdzieś poza komisariatem albo sądem. Było to nietypowe środowisko dla nich, tym bardziej że prawdopodobnie pierwszy raz widziała Caleba ubranego inaczej niż koszula lub garnitur, a i tak wyglądał hot.

— Mhm, mhm, dziękuję za złote rady, nie pomyślałabym o tym — mruknęła pod nosem, odwracając od niego wzrok. Oczywiście, że wiedziała, że powinna uważać — dobrze wiedziała jak określone substancje działają na układ nerwowy człowieka, przecież opisywała takie zjawiska na co dzień! A i tak jak głupia zabrała się, żeby spróbować załagodzić tę sytuację i przez to musiała uważać na swój nadgarstek lub prosić o pomoc w pracy w różnych czynnościach, bo nagle odkręcenie durnego słoika stało się wyzwaniem. — Tak jest, panie prokuratorze, już nie będę niegrzeczna — parsknęła, patrząc na niego niewinną miną, ale nie trzeba było jej wybitnie dobrze znać, żeby w oczach dopatrzeć się iskierek, które sugerowały, że… kłamała. Bo pod tą całą otoczką jej powagi i profesjonalizmu, przebijały się nierozsądne decyzje, w których najwidoczniej była specjalistką, biorąc pod uwagę jej przeszłość jak i zdarzenia sprzed kilku tygodni. — Nie wygląda zbyt ładnie — zauważyła, bo na pierwszy rzut oka wyglądała nadal poważnie; znaczy widać, że się goiła, ale czy można było oczekiwać czegoś innego od tak poważnego urazu? — Udało się zakończyć tę sprawę? — dopytała, patrząc na niego z zainteresowaniem. W końcu już potem nie była w to zaangażowana. Przez ostatni czas w ogóle nie dostała niczego, czym zajmował się Fairchild. Potraktowała to jako przypadek, ale… może nie do końca? Może wziął sobie do serca jej słowa o zmianie labolatoranta?

To wszystko było tak cholernie inne — ten krótki, ale szczery śmiech i łobuzerski uśmiech, który sprawił, że zrobiło jej się ciepło. Co ty odpierdalasz, Brooks?; musiała zganić siebie w myślach, skupiając się na jego słowach. — Oh, a kto twierdzi, że będzie miły również dla ciebie? Nie jestem zbytnio przyjemna od rana, zwłaszcza jak się mnie budzi na cholerne biegi przełajowe po lesie — parsknęła, wywracając oczami. Była w stanie wyobrazić sobie wszystko, ale naprawdę podejrzewała, że będą bawić się w cholernych harcerzy, biorąc pod uwagę ich lokalizację. — Możesz sam się przekonać, kto komu sprawi gorszy poranek — stwierdziła, unosząc lekko brew. Kiedy była marudna to naprawdę niewiele jej było trzeba, żeby kogoś strzelić poduszką. — O dziękuje, tobie też wypadł kij z dupy. Chyba leży gdzieś tam przy ognisku, jakbyś się za nim stęsknił — odpowiedziała ze śmiechem, palce wskazując w okolice ogniska, od którego przyszedł. Sama była rozbawiona, bo nie dosyć, że była właśnie wstawiona, to na dodatek z Calebem rozmawiało się… zadziwiająco lekko. Jakby wcale przez całą ich dotychczasową znajomość się nie żarli i nie wyklinali siebie nawzajem, gdy tylko pojawiali się na swoich horyzontach.

Kolejne gwałtowne poderwanie serca nastąpiło, gdy poczuła jego dłoń na swoim nadgarstku.

Otworzyła szerzej oczy, patrząc na niego w zdziwieniu, ale jej ciało w żaden sposób nie broniło się przed pociągnięciem w bliżej nieznanym kierunku. Czy alkohol wypłukał jej jakiekolwiek resztki instynktu samozachowawczego? Nie powinna mu ufać, bo nawet jeśli teraz było dobrze i miło, tak ich relacja była burzliwa i… westchnęła pod nosem, bo gdzieś pojawiała się w niej dziwna ufność i nieco łagodniejsze spojrzenie, które posłała w jego kierunku. — Musisz mi dać powód, żebym mogła się z tobą kłócić. Jesteś dzisiaj za milutki, to aż dziwne — parsknęła, wchodząc z nim na pomost, po czym najpierw obserwowała, jak siada na jego krawędzi i kładzie się plecami na belkach. Czy ona zasnęła na werandzie i teraz śnił się jej jakiś popaprany sen? Czy zaraz z krzaków wyjdzie niedźwiedź z spódniczce baletowej i zacznie tańczyć, a z wody wyłoni się jakaś syrena? Zaplatając ręce na piersi, uszczypnęła się nieznacznie, ale to nic nie dało — to wszystko działo się naprawdę, przez co było to jeszcze bardziej… dziwne. Zaraz usiadła obok niego, opierając się na łokciach, patrząc w niebo i beztrosko machając nogami. — Odpręża? Ta mała żyłka na twoim czole, która drga jak się kłócimy, mówi nieco innego — zaśmiała się, zaraz przenosząc spojrzenie i patrząc na niego z wyraźnym rozbawieniem. — Zaraz naprawdę pomyślę, że jesteś cholernie stęskniony za moim towarzystwem. Wiesz gdzie pracuje, trzeba było przyjść zaprosić mnie na obiad — rzuciła, nawet nie kryjąc swojego rozbawienia. Czekała na falę oburzenia, aby zacząć tę przepychankę, bo nie miała dzisiaj siły kłócić się o ich pracę. Ten temat stawał się już nudny, zwłaszcza jeśli ciągle go wałkowali, a poza tym, w tym stanie jej merytoryczne argumenty raczej nie byłyby zbytnio przekonujące.

where is that annoying prosecutor?
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Caleb był naprawdę inteligentnym człowiekiem, jednak tak szybko jak w jego organizmie pojawiały się nawet śladowe ilości alkoholu, tak szybko tracił też resztki zdrowego rozsądku. Prokurator notorycznie powtarzał sobie, że nad wszystkim panuje, choć rzeczywistość nieco różniła się od jego założeń. Bywały wieczory, gdy nie kończył na przysłowiowym jednym drinku, bo ta pojedyncza szklanka nie wyciszała hałasu w jego głowie, który przyprawiał go o nieprzyjemny ból w skroniach. Przyznanie jednak, nawet przed samym sobą, że miało się problem, nigdy nie było prostym rozwiązaniem. Dlatego Fairchild po prostu zignorował tę… niedogodność, udając, że nie istnieje. Był całkiem dobry w zamiatanie wszystkiego pod dywan. Mógł zwalać swój głód alkoholowy na przemęczenie pracą, na rozrywkę, do której ponoć miał prawo jak każdy przeciętny człowiek. Mógł twierdzić, że to nic szkodliwego, bo nikomu nie wyrządzał krzywdy. No, może poza sobą, bo podświadomość gdzieś wewnątrz próbowała dać mu do zrozumienia, że granica pomiędzy przesadzeniem, a kontrolą była naprawdę cieniutka.

— Mówię poważnie, Brooks — westchnął, słysząc ton jej głosu, który mimo wszystko sprawił, że uśmiechnął się dość łobuzersko. Tamtego dnia, gdy oboje zostali ranni przez tę szaloną kobietę, coś w jego głowie uległo zmianie. Może zdał sobie sprawę, że powody, przez które się kłócili były nieco… trywialne; może naprawdę nie była to wina jednostki, a całego zespołu. Po raz pierwszy udało mu się wówczas schować dumę do kieszeni i porzucić drażliwy temat, który jedynie napędzał ich nienawiść do siebie nawzajem. A przecież współpracując i wspierając się, mogliby razem osiągnąć znacznie więcej. — Możesz być niegrzeczna, Hazel. Chętnie to zobaczę — zaśmiał się, posyłając jej rozbawione spojrzenie. — Po prostu nie ryzykuj przy tym swoim życiem. Świat nie przeżyłby tak ładnej straty — rzucił, zanim zdążył ugryźć się w język, choć będąc tak wstawionym, nie myślał o tym zbyt wiele.

Opanuj się, Fairchild, to nie jest jedna z kobiet, z którą powinieneś flirtować.


Spoglądając prosto w jej oczy, Caleb dostrzegł te niebezpieczne ogniki, świecące w jej jasnych tęczówkach. Przechylił głowę do boku, a na jego ustach pojawił się rozbawiony, pewny siebie uśmiech. Wystarczyła sekunda za długo, żeby nie potrafił oderwać od niej spojrzenia. Przez chwilę milczał, przesuwając spojrzeniem po jej twarzy, przyglądając się jej łagodnym rysom; mogła być modelką, a zdecydowała się na babranie w takich niebezpiecznych i nieprzyjemnych rzeczach. Chyba dzisiejsze słońce przygrzało mu mózg. — Jakoś to przeżyję — skomentował, niespiesznie odrywając od niej spojrzenie, by unieść ramię i zerknąć na brzydką bliznę. — Zamknęli ją na oddziale — odparł obojętnie; była niepoczytalna, a w więzieniu mogłaby zrobić sobie krzywdę. Pozostawała więc pod stałą obserwacją. Dla Caleba było to wystarczające. Ważne, że nie chodziła na wolności, być może znów narażając bezpieczeństwo innych.

— Z całym szacunkiem, Brooks, ale zwykle jesteś nieprzyjemna. Pora dnia nie ma tu wielkiego znaczenia — rzucił złośliwie, choć tym razem powiedział te słowa, żeby żartobliwie jej dogryźć, a nie naprawdę uderzyć w jakiś czuły punkt. Fairchild był naprawdę ciekawy, jak będzie im się współpracować w jednej drużynie. Do tej pory te biegi przełajowe wcale mu się nie podobały, ale może okażą się całkiem zabawne; nie mógł sobie w tym momencie wyobrazić, jak to będzie wyglądać, ale z pewnością całe ich otoczenie będzie miało dość tej dwójki. — Czy to wyzwanie? — zaśmiał się. Och, ależ on miał dobry humor, jak na rozmowę ze swoją nemesis. — Jeśli tak, to przyjmuję. Zobaczymy, kto będzie miał bardziej dość kolejnego poranka — rzucił, nachylając się w jej stronę z radosnymi iskierkami w oczach.

Caleb jak na razie, nie zastanawiał się, co będzie po powrocie do domu. Nie interesowało go też za bardzo to, jak będzie później wyglądać ich relacja, bo czy w tym momencie, miało to jakiekolwiek znaczenie? Byli na wyjeździe integracyjnym, więc powinni dobrze się poznać, żeby w przyszłości nie wracać do tak napiętych stosunków jak kiedyś. Dbał o ich wspólną przyszłość, okej? — Nie przyzwyczajaj się. Jestem pijany i mam dobry humor — wyjaśnił na swoje usprawiedliwienie. Po krótkiej chwili wyczuł, że dziewczyna zajęła miejsce tuż obok niego, więc odwrócił w jej stronę głowę. Zerknął na profil jej twarzy, czując dziwny… ucisk w okolicy serca. What the fuck? Dlaczego ona tak na niego działała? Nigdy wcześniej nie patrzył na nią jak na kobietę, więc czemu nagle przyglądając się jej twarzy, miał ochotę wyciągnąć palce w jej stronę.
— Wiesz, Brooks. Czasem chętnie zamknąłbym ci jakoś usta — rzucił, parskając pod nosem. — Szczególnie, kiedy myślisz, że jesteś najmądrzejsza na świecie i nie potrafisz się opanować z tymi swoimi uszczypliwościami — dodał z rozbawieniem, samemu podnosząc się do siadu. I to tylko po to, by mieć większe pole i możliwości na obserwowanie jej. To niesamowite; nigdy nie pomyślałby, że będą razem siedzieli na pomoście i rozmawiali, jak gdyby nigdy nic. — Poszłabyś ze mną na obiad? — zapytał, niekontrolowanie delikatnie się nad nią nachylając, żeby spojrzeć w jej oczy z rozbawieniem. — To prawie jak randka. Jak chciałaś się ze mną umówić, to też mogłaś napisać, Hazel. Może zrobiłbym dla ciebie wyjątek — rzucił złośliwie, obserwując jej mimikę twarzy z naprawdę niewielkiej odległości, lol.

Cholera, z bliska była jeszcze ładniejsza.


oh shit, you're really pretty tonight
26 y/o
For good luck!
173 cm
specjalistka kryminalistyki w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Niewinnie się uśmiechnęła i lekko wzruszyła ramionami. Ona w końcu była też poważna, prawda? Zaraz jednak uniosła lekko brwi, zagryzając lekko dolną wargę, żeby nie zacząć się śmiać. — Chciałbyś zobaczyć mnie niegrzeczną? A to ciekawe, Fairchild, ale niestety nasza relacja nie wchodzi w takie ramy — parsknęła. Nie chciała z nim flirtować. Nie mogła! Przecież jutro tego będzie żałować! A zaraz usłyszała z jego ust komplement, przez który uniosła lekko brwi. Świat nie przeżyłby tak ładnej straty.

Czy Caleb Fairchild właśnie stwierdził, że była… ładna?

— Masz rację, nie powinnam narażać świata na takie ryzyko — rzuciła, uważnie mu się przyglądając i jednocześnie odczuwając, jak niemiłosiernie szybko biło jej serce. Miała wrażenie, że zaraz się zatrzyma, a ona skona tu przed nim tylko dlatego, że zaskoczył ją swoimi słowami. I to nie tak, że nie słyszała komplementów — chodziła do barów, jednak raczej odpierała jakiekolwiek zaloty, bo nie była fanką jednonocnych przygód. Po świecie chodziło zbyt wielu psychopatów, a poza tym już zdążyła się na tym przejechać, obecnie pozostając jedynie z anegdotami na temat tych kilku razy, które przyjemnością były bardziej dla tych randomowych chłopaków niż dla niej samej. Teraz patrzyła mu prosto w oczy myśląc o tym, że przecież Caleb nie był przypadkowym nieznajomym.

Czekaj, co?!


— Przeżyjesz, na pewno — stwierdziła, klepiąc go po ramieniu i odwracając się od niego bardziej, speszona swoimi własnymi myślami. Potrzebowała zimnego prysznica albo wypicia duszkiem butelki wody, aby całkiem wypłukać z siebie alkohol, bo jej myśli zmierzały w naprawdę niepokojącym kierunku. Pokiwała zaraz lekko głową, przyjmując do faktu informację, że zamknęli ją na oddziale — tak było najlepiej. Więzienie nie byłoby dobrym rozwiązaniem, a tam może chociaż w jakimś stopniu wyprowadzą ją na prostą. Ciekawość zżerała ją od środka, zastanawiając się, jaka była prawda odnośnie morderstwa jej męża, choć jeśli miała głębokie problemy psychiczne to prawdopodobnie nie będzie nawet pamiętać, że zabiła swojego ukochanego.

— Czyli wracamy do dawnych nawyków? — zapytała, słysząc jego komentarz. Zaplotła ręce na piersi i spojrzała na niego, przechylając lekko głowę do boku. Nie wzięła tego do siebie; nie teraz, kiedy cała rozmowa od początku miała tak żartobliwy wydźwięk, a ona nie potrafiła zacząć się nagle na niego obrażać. Nawet nie potrafiła zacząć się z nim kłócić, bo w jej myślach i słowach kryła się ta cholerna zalotność, którą próbowała jak najbardziej powstrzymać. — Może po prostu nie zasłużyłeś na przyjemności z mojej strony? Możesz się jeszcze zreflektować, czas na to nie minął — odpowiedziała z rozbawieniem, chociaż ciężko było jej wyobrazić sobie tego typu rozmowę na komisariacie. Może jeszcze się zaskoczy? O ile po powrocie do Toronto, Caleb nie będzie miał zamiaru w dalszym ciągu jej unikać. — A podniesiesz rękawice? — zapytała, po czym zaraz usłyszała, że przyjął to wyzwanie. — Dobrze, więc jutro zaczynamy walkę — zaśmiała się, patrząc w jego oczy, które w świetle nocnego nieba tak bardzo błyszczały. Nie powinna na to zwracać uwagi, a jednak zbyt bardzo przyciągały jej spojrzenie.

Byli na wyjeździe integracyjnym, więc się integrowali — w ich przypadku, nawet bardzo, bo było to naprawdę wyjątkowe, że przemówili do siebie ludzkim głosem i przez tak długi czas jedno nie miało zamiaru zabić drugiego albo przynajmniej bezlitośnie nie dopiec. — Myślałeś o tym, żeby chodzić pijany do pracy? Byłbyś łatwiejszy w obsłudze — parsknęła, kręcąc z rozbawieniem głową. Czuła jego spojrzenie, ale nie robiła sobie z tego nic — no oprócz tego, że dalej jej serce biło zdecydowanie przyspieszonym rytmem, ale czy trzeba było o tym wspominać? Może warto jednak zaznaczyć, że na jego kolejne słowa, ten biegnący jak puma organ w jej klatce piersiowej nagle się zatrzymał.

Czasami chętnie zamknąłbym ci jakoś usta.

— Jak? — wyrzuciła z siebie, będąc w szoku i odwracając w jego kierunku głowę. — Nie byłoby to łatwe, jak zauważyłeś, lubię gadać — wymamrotała zaraz, żeby odciągnąć uwagę od nagłej, niekontrolowanej reakcji. Chciała wiedzieć, jak do cholery jasnej, chciał zamknąć jej usta?! Jak daleko sięgała jego kreatywność czy… wyobrażenia? — Ah wiesz, to akurat nie są jedynie moje myśli. Po prostu jestem mądra, a ty czasami pierdolisz głupoty — odpowiedziała beztrosko, zaciskając usta i próbując powstrzymać się od uśmiechu, który potencjalnie jeszcze mógłby go rozdrażnić. Chociaż czy w tym stanie zadziałałoby na niego to tak bardzo? Zwłaszcza jeśli pewnie miał świadomość, że Hazel od jakiś kilkunastu minut prowokowała go, testując jego granice bardziej niż zwykle? Bardzo szybko strony się zmieniły, bo pytanie, które usłyszała, to jedno, ale co za tym szło, to drugie. Spojrzała w jego jasne oczy z naprawdę niewielkiej odległości i aż czuła zapach jego perfum, które w tej chwili działały na nią bardziej niż by chciała. Nie mogła opuścić spojrzenia od jego wzroku, a słowa ugrzęzły jej w gardle od niespodziewanego pytania i za chwilę reszty słów, które sprawiły, że wstrzymała na chwilę oddech. Zachowywała się jak zakochana nastolatka, a w rzeczywistości Caleb nie wywierał na niej żadnego większego wrażenia — a może tak jej się właśnie wydawało, bo kiedy żarli się i rzucali w siebie kolejnymi złośliwościami, ignorowała każdą myśl na temat jego pięknych oczu, zaciśniętej szczęki, która sprawiała, że wyglądał gorąco i kiedy podwijał rękawy od koszuli pokazując bardziej przed nią umięśnione ręce…

Otworzyła szerzej oczy, uzmysławiając sobie jedno — miała kłopot, o którym nawet nie wiedziała.

— Napisać? Miałam wysłać ci maila z zaproszeniem na meeting? Dodałbyś sobie to do kalendarza? — zapytała, unosząc lekko brew, kiedy odzyskała głos we własnym gardle. — Wyjątek? A co, pan prokurator nie chodzi na randki? — dodała zaraz, z bliska uważnie przyglądając się jego twarzy i nieświadomie spuszczając wzrok na jego usta, z których po kilku sekundach powróciła do jego oczu. Do tych cholernie hipnotyzujących oczu. — Czy na wyjątki nie zasługują wyjątkowe osoby? Nie wiem, czy jestem tego godna — powiedziała ciszej, nie opierając się jego spojrzeniu, ale też próbując powstrzymać się od chęci wskoczenia do jeziora, aby ostudzić swoje emocje i skórę, która robiła się coraz bardziej rozgrzana i to nie od upału, który doskwierał im dzisiaj cały dzień.

why are you so damn hot?
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Ogromna strata — mruknął z niezadowoleniem, zaraz jednak posyłając jej kolejny zawadiacki uśmiech. — W takim razie, co wpisuje się w ramy naszej relacji, hm? — mruknął, spoglądając na nią z rozbawieniem. Oparł się nawet o balustradę, zastanawiając się, czy wspomni jedynie o ich niekończących się kłótniach, czy może wpadnie jej do głowy coś więcej. W końcu to nie tak, że nienawidzili siebie od samego początku; to przyszło gdzieś w trakcie, pewnie podczas jednej z bardziej drażliwych i męczących spraw, a potem zostało, bo tak było łatwiej. Oboje mieli dość trudne charaktery i żadne z nich nie lubiło się wycofywać, przez co te napięcia ciągnęły się w nieskończoność. Może ten wyjazd integracyjny, miał być pierwszym krokiem do ich pojednania? Do tej pory, Caleb nie brał tego pod uwagę, ale chciał przekonać się na własnej skórze, jakim człowiekiem była Hazel Brooks poza komisariatem i sądem.

Ładne miała te oczy. Im dłużej wpatrywał się w jej jasne tęczówki, tym trudniej było mu przestać. Szczególnie, gdy była tak skora do przekomarzanek, które wywoływały na jego ustach delikatny, rozbawiony uśmiech. Caleb nie był wstawiony. Był p i j a n y. Nie potrafiłby w żaden inny sposób wyjaśnić tego, co czuł, gdy na nią patrzył. Chyba, że w trakcie tego wyjazdu uderzył się w głowę, tracąc zdolność logicznego myślenia. Bo niby jak inaczej wyjaśnić to, że Hazel nagle stała się w jego oczach cholernie atrakcyjna? Zwariował. Oszalał. Chciał to przerwać, ale nie potrafił; już za daleko to doszło, żeby mógł zakończyć tę ich małą dyskusję.

Gdy poklepała go pocieszająco po ramieniu, Caleb oderwał od niej spojrzenie, choć wciąż myślał o jej palcach na swojej skórze. Jej dotyk był… przyjemny. Zaskakująco przyjemny. Chciał, żeby zrobiła to jeszcze raz, ale żeby tym razem nie cofała swojej dłoni. Rozmawiali o sprawie, która dotyczyła ich obojga, ale Fairchild nie potrafił się zbytnio skupić. Chciałby powiedzieć coś więcej, naprawdę, ale nie było to najłatwiejsze zadanie, dlatego zwyczajnie zamilkł. — Nie oszukasz tego, kim naprawdę jesteś — zaśmiał się po krótkiej chwili na wspomnienie o starych nawykach. Na nowo uniósł na nią spojrzenie, uśmiechając się w ten charakterystyczny dla siebie, nieco kpiący uśmiech. — No proszę. Jak można sobie zasłużyć na te przyjemności u pani analityk? — zapytał kąśliwie; choć jej odpowiedź nawet go interesowała. — Świetnie. Brakowało mi takiej rozrywki — zaśmiał się, bo jeszcze nawet nie podejrzewał, że kolejny poranek, może wcale nie być już tak śmieszny i prosty, jak mu się teraz wydawało. Teraz ich głupie, dziecinne zawody były zabawne; i nie zwiastowały nic złego.

Och. Zdarzało mu się o tym myśleć. Raz lub dwa, gdy kończył imprezę o trzeciej w nocy, mając pełną świadomość, ile godzin snu mu przy tym zostało. Tego jednak nie zamierzał jej mówić, bo mogłaby uznać go za prawdziwego szaleńca. — Spróbuj mnie rozgryźć na trzeźwo. Satysfakcja będzie większa, o ile ci się to uda — zasugerował niewinnie. Zaśmiał się, gdy nagle odwróciła głowę w jego stronę. Jak? — Znalazłbym parę fajnych sposobów — stwierdził, czując jak kącik ust niebezpiecznie mu drży. — Ciężko to przegapić, Brooks — zaśmiał się. Potrafiła gadać naprawdę dużo, szczególnie gdy się nakręcała i naprawdę desperacko próbowała mu dowalić. — I tu bym się mógł właśnie pokłócić — rzucił, wywracając oczami. Mógłby, ale tej nocy nie zamierzał tego robić. Tak czy inaczej, Caleb naprawdę lubił w niej tą całą zaczepność. To, że nie zwalniała tempa, odrzucając wszystkie pociski z podobną siłą, co on. Prokurator zawsze powtarzał, że uwielbiał kobiety z temperamentem. Fairchild znieruchomiał, wpatrując się w jej oczy z zaskoczeniem, jakby sam był w szoku, że tak prędko zminimalizował między nimi tę odległość. — Myślę, że nie miałabyś problemu ze znalezieniem mojego numeru — stwierdził, nadal się nie odsuwając. Zauważył jak wstrzymała oddech; był dobrym obserwatorem. Musiał nim być. Podobnie jak jego uwadze nie umknęło to krótkie opuszczenie spojrzenia na jego usta. Bardzo ciekawe. — Bywam całkiem zajęty — dodał na swoje usprawiedliwienie. — Zwykle po prostu biorę to, czego chcę — mruknął, unosząc kącik ust, gdy jeszcze bardziej się nad nią nachylił. Co on wyrabiał? — Odpowiedz mi, Hazel — rzucił niskim głosem, błądząc spojrzeniem po jej twarzy; był blisko. Na tyle blisko, że dzieliło ich zaledwie parę centymetrów. — Poszłabyś ze mną na randkę? — powtórzył.

let me be a bit closer
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”