ODPOWIEDZ
24 y/o
For good luck!
176 cm
doktorant i badacz Klinika Leczenia Niepłodności
Awatar użytkownika
Miły blondyn, który bada ludzi w klinice leczenia niepłodności.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

20 grudzień 2025
Downtown; Financial District; jakiś Penthouse


   Imprezowanie nie było tym, co lubił. Od dłuższego czasu spędzał swoje wieczory z nosem w książkach i podręcznikach, ograniczając wyjścia i kontakty z przyjaciółmi do tego stopnia, że zdążył uwierzyć w to, że rzeczywiście nie potrzebował wychodzić. Nie musiał zaznawać nocnego życia i wszystkich atrakcji, które się z tym wiązały.
   Większość jego wieczorów spędzał więc w swoim pokoju, w mieszkaniu, które udało mu się wynajmować. Weekendy zaczynał zawsze w ten sam sposób. Po przyjściu z Kliniki rozbierał się, zamawiał jedzenie – najczęściej kebaba, zjadał go razem z butelką schłodzonego, owocowego piwa i szedł się kąpać, by na końcu usiąść w fotelu i czytać książkę przy akompaniamencie serialu, na który nie miał zamiaru zwracać uwagi. Było przyjemnie i miło. Nie spodziewał się więc, że dostanie wiadomość o treści zbieraj się, wychodzimy, będę za dwadzieścia minut. Nie przepadał za takimi wiadomościami i jego znajomi doskonale wiedzieli, że tego nie lubił. Wiedzieli jednak również, że był to jedyny sposób na to, by wyciągnąć go z domu.
   Dlatego, właśnie gdy jego przyjaciółka – Maya, zjawiła się w jego mieszkaniu, on dalej jadł swojego zimnego już kebaba i w swoich szarych dresach. Nie miał zamiaru się ruszać, równie mocno się w tym zapierał, jak jego przyjaciółka, która odmawiała wyjścia, jeśli on nie pójdzie z nią. Uległ więc, zarzekając się, że wychodzi tylko na dwie godzinki.
   Minęło już cztery i było już mocno po północy, gdy z trzecim drinkiem podpierał ścianę. Nie spodziewał się i nie chciał się przyznać, do tego że dobrze spędzało mu się czas. Impreza nie była w klubie, lecz w penthousie, który należał do jednego z przyjaciół Mai. Apollo ciągle nie mógł wyjść z podziwu, że udało mu się z jakiegoś powodu wbić w takie towarzystwo, bo on sam nie wywodził się z zamożnej rodziny. A przynajmniej nie takiej, której członkowie mogliby sobie pozwolić na imprezowanie w takich miejscach. Nigdy nie narzekał na swoją sytuację finansową, jednak nie ukrywał, że od czasu do czasu dobrze było rozerwać się w tym bogatszym środowisku.
   Czuł się wyśmienicie. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, a muzyka, która grała z głośników wprawiała jego ciało w ruch, dzięki czemu nie był w stanie odczuć jeszcze efektów picia alkoholu.

Bowie Vance
Ja.
Niczego się nie boję poza nudą i zbędną gadaniną.
23 y/o
I am made of memories
183 cm
celebryta ★ streamer ★ artysta audiowizualny ★ kretyn
Awatar użytkownika
I'm a little bit Nosferatu about you. It's love at first bite.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Na zewnątrz królowała zima, jak to bywało w grudniu. Nikogo nie dziwiły minusowe temperatury i opady śniegu i wszystko było fajnie, dopóki mieszkańcy mieli ciepło w swoich czterech ścianach. W penthousie, w którym znajdował się Bowie, oraz reszta licznego grona młodych i pijanych, było wręcz gorąco, chociaż głównie od rozgrzanych ciał i ciepłych oddechów, które mieszały się ze sobą, otulając wszystkich alkoholowo-papierosową mgłą.
Bowie stał na środku bez koszulki, w obcisłych, czarnych jeansach, opiętych na jego wąskich biodrach, przepasanych cienkimi, skórzanymi paskami. Po jego skórze, ozdobionej licznymi tatuażami ,przesuwały się kolorowe światła.
Część loków zebrane miał w niedbały kok na czubku głowy, chociaż kilka kosmyków zdążyło się już z niego wydostać. Między wargami tkwił tlący się papieros, którego końcówka żarzyła się lekko, gdy zaciągał się dymem, a potem z jego ust i nosa wydobywały się siwe chmury, których wstążki było widać, gdy tylko padały na nie snopy światła, rzucane przez jeden z licznych reflektorów. Pewnie nie potrafiłby powiedzieć ile drinków wypił i czy wciągnął jedną, dwie czy trzy kreski, a już na pewno nie miał pojęcia która była godzina. Kołysał się w takt muzyki z lekko przymkniętymi powiekami.
Takie imprezy nie były niczym dziwnym dla Bowiego. Bywał na nich regularnie i regularnie je urządzał. Jego życie składało się z imprez, przypadkowym wypadów gdzieś i zawierania przelotnych znajomości, z których na dobrą sprawę nic nie miał, poza rozrywką, rzecz jasna, co było dla niego w życiu priorytetem. W końcu teoretycznie wszystko inne już miał. Na pewno pieniądze, a one przecież otwierają każde drzwi. Tak przynajmniej powtarzał jego ojciec.
To w takim razie czemu te jedne, które pragnął otworzyć dalej były zamknięte? A drugie, które wydawały się przejściem na właściwą drogę sam sobie z hukiem zatrzasnął zaledwie kilka tygodni temu? Prawda była taka, że był skończonym kretynem i chociaż dopiero co czuł się tym zmęczony, to dzisiaj wcale nie było aż tak źle. Używki potrafią bardzo skutecznie poprawić humor.
Jego spojrzenie padło z ukosa na tańczącego w tłumie blondyna. Lubił takich, chociaż szkoda, że nie miał loków. Ktoś szturchnął go w ramię przechodząc, a on tylko zachwiał się, ale nie zareagował, dalej spoglądając na Apollo. Chyba go kojarzył. Tak, bywał czasami na domówkach albo w klubach. Pił z nim dwa, może trzy razy, może więcej, licząc te razy, po których urwał się Vance’owi film i lądował pod stolikiem albo w kiblu. Różnie bywało.
Zamaszystym gestem sięgnął do dopalającego się peta i chwycił go sprawnie palcem wskazującym i kciukiem, a potem zaciągnął się po raz ostatni i wyjebał niedopałek pstryknięciem przez otwarte okno. Cały czas miał go na oku, nie papierosa, tylko chłopaka. Wydmuchał dym w bok i po chwili stał już za nim, tak po prostu. Był tak blisko, że czuł jego zapach, chociaż nie był pewien czy to jakiś dezodorant czy płyn do prania, którym przesiąknięty był jego podkoszulek.
Siema — mruknął tuż przy jego uchu ze spokojem i dziwnym uśmiechem, obserwując reakcję. Nie do końca mu się to udało, bo na jego szyi uwiesiła się Maya. Stęknął cicho, ale przekręcił się nieznacznie i objął ją w talii, zerkając na dziewczynę przelotnie.
— Vance, a ty gdzie koszulkę zgubiłeś? — rzuciła, chociaż chyba miała gdzieś odpowiedź, bo nie czekając na nią zadała kolejne pytanie: — Znasz już Apollo? Przyszedł ze mną, więc nie osaczaj go za bardzo, co? — Wyszczerzyła się, dalej uwieszona, zamiast stać jak człowiek.
Znam i nie zrobię nic, czego Apollo by nie chciał — odparł, ponownie odnajdując go wzrokiem i zawadiacko puszczając mu oczko.

Apollo Bremers
Myre
nie lubię postów wygenerowanych przez ai, braku interpunkcji i inicjatywy
24 y/o
For good luck!
176 cm
doktorant i badacz Klinika Leczenia Niepłodności
Awatar użytkownika
Miły blondyn, który bada ludzi w klinice leczenia niepłodności.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Zima była jego ulubioną porą rok. Uwielbiał widok śniegu na parapecie swojego mieszkania i odgłosu, który wydawały płatki obijające się o okno. Temperatura pozostawiała oczywiście wiele do życzenia, niemniej jednak bardzo łatwo było znaleźć na to rozwiązanie w postaci odpowiedniej ilości poubieranych warstw albo grubych spodni czy swetrów. O chłopaku można było powiedzieć wiele rzeczy, ale nie to, że nie posiadał pokaźnej kolekcji swetrów. Zimę lubił też dlatego, że wszystko się uspokajało i wyciszało, co z jakiegoś powodu koiło jego rozbiegane nerwy.
   Nie miał oczekiwań, jeśli chodziło o tę imprezę i w sumie początkowo nie czuł się tutaj najlepiej. Nie znał nikogo, a przynajmniej nie na tyle, by swobodnie do kogoś podejść i zacząć rozmowę, więc polegał na swojej towarzyszce, która robiła po części za jego opiekunkę, a po części na bufor towarzyski. Doceniał jej obecność i był jej wdzięczny, że go nie zostawiła na pastwę losu. Na całe szczęście z każdą mijającą minutą ludzie zaczęli się rozluźniać. Początki imprez zawsze wydawały się najbardziej drętwe i niekomfortowe. Jednak, gdy tylko w żyłach zaczął krążyć alkohol, a u niektórych również i inne używki, ludzie zaczynali się otwierać na innych, mieszać i rozmawiać. Granice i znajomości przestawały mieć znaczenie.
   Nawet się nie zorientował, gdy stał się częścią grupy, a Maya odeszła gdzieś na bok, obdarzając go raz po raz spojrzeniami. Była roztrzepaną i chaotyczną dziewczyną, jego zupełnym przeciwieństwem, jednak, jeśli już uważała kogoś za przyjaciela, to dbała o tę osobę. W sumie musiała, bo pojawił się tutaj wyłącznie z jej powodu. To odosobnienie mu jednak nie przeszkadzało. Teraz, po kilku drinkach czuł się już wystarczająco rozluźniony, a alkohol dodawał mu pewności siebie. Cóż… pewności siebie nigdy mu nie brakowało, bo wiedział, że wygląda dobrze. Nie chodziło o to, że nie był skromny. Dbał o swój wygląd, nie zależało mu jednak na tym, by ciągle być w centrum uwagi. A to były różnice. Nie chciał też mieć pokaźnego grona znajomych, bo uważał to za wyjątkowo zgubne odwrócenie uwagi od rzeczy faktycznie istotnych – nauki.
   I tak, mogło się to wydawać nudne. On sam mógł wydawać się nudny, jednak prawda była taka, że po wypadku, który odebrał mu szanse na karierę sportową, to niewiele mu pozostało. Bo jaka była szansa, że ułoży sobie życie opierając się na swoim wyglądzie, który przecież nie był pewny i nie było gwarancji, że to się nie skończy? Ucieczka w naukę i studia była więc jedynym, logicznym rozwiązaniem. I nie była to prosta droga. Na swojej drodze napotkał sporo wyrzeczeń i problemów, jednak miał wrażenie, że udało mu się ustabilizować na tyle, by uznać, że jest dobrze.
   Z drugiej jednak strony, pewnie kierowany alkoholem, który zdążył już wniknąć do jego myśli, stwierdzał właśnie, że mógłby postarać się zrobić miejsce na imprezowanie. W końcu umysł potrzebował również rozrywki w towarzystwie. Może niekoniecznie chodziło mu teraz o całonocne imprezowanie w przepełnionych i dusznych klubach, ale bardziej kameralnych sceneriach, jak chociażby ta dzisiejsza, chociaż i tak nie byłby w stanie nazwać jej domówką.
   Nie wiedział, jak długo chciał tutaj jeszcze pobyć. W pomieszczeniu, gdzie było najwięcej osób zaczęło robić się duszno i gorąco. Wyciągnął koszulę ze spodni i rozpiął dwa pierwsze guziki, mając nadzieję, że to przyniesie mu chociaż odrobinę ulgi. Nic takiego się jednak nie stało. Nie chciał iść jednak w ślad niektórych, którzy zaczynali już zrzucać z siebie ubrania. Rozglądał się po zgromadzonych, czasami wyłapując ich spojrzenia na sobie. U ludzi pochodzących z bogatych rodzin zauważył, że nie stronili oni od wgapiania się. Uważał to jednak za dobrą cechę. Unikanie kontaktu wzrokowego było w jego oczach oznaką nieszczerości, chociaż wiedział, że czasami ludzie byli po prostu nieśmiali. On nie był.
   Pojawienie się obok niego jednego z bawiących się i do połowy rozebranego gościa nieco go zaskoczyło. Od pewnego czasu go obserwował, bo… cóż, wyróżniał się na tle innych osób.
   – Cześć – odpowiedział, uśmiechając się do niego. Lubił mężczyzn bez względu na to, w jakiej formie się pojawiali. Nieznajomy wyglądał jednak dość interesująco, by po prostu odwrócić od niego spojrzenie. Nie znał go jednak, ale wszystko wskazywało na to, że Maya tak. Trochę mu ulżyło, bo w końcu przyjaciel mojego przyjaciela jest moim przyjacielem.
   – Jest okej, Maya… dzięki ale chyba sobie poradzę – powiedział do dziewczyny, kiwając lekko w jej stronę głową. Dziewczyna wyprostowała się i wzruszyła ramionami, jakby właśnie przeszła jej koło nosa jakaś wyjątkowa okazja. Odeszła jednak, pozostawiając ich w spokoju. – Nie wydajesz się typem osaczającego – przyznał.

Bowie Vance
Ja.
Niczego się nie boję poza nudą i zbędną gadaniną.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”