Zima była jego ulubioną porą rok. Uwielbiał widok śniegu na parapecie swojego mieszkania i odgłosu, który wydawały płatki obijające się o okno. Temperatura pozostawiała oczywiście wiele do życzenia, niemniej jednak bardzo łatwo było znaleźć na to rozwiązanie w postaci odpowiedniej ilości poubieranych warstw albo grubych spodni czy swetrów. O chłopaku można było powiedzieć wiele rzeczy, ale nie to, że nie posiadał pokaźnej kolekcji swetrów. Zimę lubił też dlatego, że wszystko się uspokajało i wyciszało, co z jakiegoś powodu koiło jego rozbiegane nerwy.
Nie miał oczekiwań, jeśli chodziło o tę imprezę i w sumie początkowo nie czuł się tutaj najlepiej. Nie znał nikogo, a przynajmniej nie na tyle, by swobodnie do kogoś podejść i zacząć rozmowę, więc polegał na swojej towarzyszce, która robiła po części za jego opiekunkę, a po części na bufor towarzyski. Doceniał jej obecność i był jej wdzięczny, że go nie zostawiła na pastwę losu. Na całe szczęście z każdą mijającą minutą ludzie zaczęli się rozluźniać. Początki imprez zawsze wydawały się najbardziej drętwe i niekomfortowe. Jednak, gdy tylko w żyłach zaczął krążyć alkohol, a u niektórych również i inne używki, ludzie zaczynali się otwierać na innych, mieszać i rozmawiać. Granice i znajomości przestawały mieć znaczenie.
Nawet się nie zorientował, gdy stał się częścią grupy, a Maya odeszła gdzieś na bok, obdarzając go raz po raz spojrzeniami. Była roztrzepaną i chaotyczną dziewczyną, jego zupełnym przeciwieństwem, jednak, jeśli już uważała kogoś za przyjaciela, to dbała o tę osobę. W sumie musiała, bo pojawił się tutaj wyłącznie z jej powodu. To odosobnienie mu jednak nie przeszkadzało. Teraz, po kilku drinkach czuł się już wystarczająco rozluźniony, a alkohol dodawał mu pewności siebie. Cóż… pewności siebie nigdy mu nie brakowało, bo wiedział, że wygląda dobrze. Nie chodziło o to, że nie był skromny. Dbał o swój wygląd, nie zależało mu jednak na tym, by ciągle być w centrum uwagi. A to były różnice. Nie chciał też mieć pokaźnego grona znajomych, bo uważał to za wyjątkowo zgubne odwrócenie uwagi od rzeczy faktycznie istotnych – nauki.
I tak, mogło się to wydawać nudne. On sam mógł wydawać się nudny, jednak prawda była taka, że po wypadku, który odebrał mu szanse na karierę sportową, to niewiele mu pozostało. Bo jaka była szansa, że ułoży sobie życie opierając się na swoim wyglądzie, który przecież nie był pewny i nie było gwarancji, że to się nie skończy? Ucieczka w naukę i studia była więc jedynym, logicznym rozwiązaniem. I nie była to prosta droga. Na swojej drodze napotkał sporo wyrzeczeń i problemów, jednak miał wrażenie, że udało mu się ustabilizować na tyle, by uznać, że
jest dobrze.
Z drugiej jednak strony, pewnie kierowany alkoholem, który zdążył już wniknąć do jego myśli, stwierdzał właśnie, że mógłby postarać się zrobić miejsce na imprezowanie. W końcu umysł potrzebował również rozrywki w towarzystwie. Może niekoniecznie chodziło mu teraz o całonocne imprezowanie w przepełnionych i dusznych klubach, ale bardziej kameralnych sceneriach, jak chociażby ta dzisiejsza, chociaż i tak nie byłby w stanie nazwać jej domówką.
Nie wiedział, jak długo chciał tutaj jeszcze pobyć. W pomieszczeniu, gdzie było najwięcej osób zaczęło robić się duszno i gorąco. Wyciągnął koszulę ze spodni i rozpiął dwa pierwsze guziki, mając nadzieję, że to przyniesie mu chociaż odrobinę ulgi. Nic takiego się jednak nie stało. Nie chciał iść jednak w ślad niektórych, którzy zaczynali już zrzucać z siebie ubrania. Rozglądał się po zgromadzonych, czasami wyłapując ich spojrzenia na sobie. U ludzi pochodzących z bogatych rodzin zauważył, że nie stronili oni od wgapiania się. Uważał to jednak za dobrą cechę. Unikanie kontaktu wzrokowego było w jego oczach oznaką nieszczerości, chociaż wiedział, że czasami ludzie byli po prostu nieśmiali. On nie był.
Pojawienie się obok niego jednego z bawiących się i do połowy rozebranego gościa nieco go zaskoczyło. Od pewnego czasu go obserwował, bo… cóż, wyróżniał się na tle innych osób.
–
Cześć – odpowiedział, uśmiechając się do niego. Lubił mężczyzn bez względu na to, w jakiej formie się pojawiali. Nieznajomy wyglądał jednak dość interesująco, by po prostu odwrócić od niego spojrzenie. Nie znał go jednak, ale wszystko wskazywało na to, że Maya tak. Trochę mu ulżyło, bo w końcu przyjaciel mojego przyjaciela jest moim przyjacielem.
–
Jest okej, Maya… dzięki ale chyba sobie poradzę – powiedział do dziewczyny, kiwając lekko w jej stronę głową. Dziewczyna wyprostowała się i wzruszyła ramionami, jakby właśnie przeszła jej koło nosa jakaś wyjątkowa okazja. Odeszła jednak, pozostawiając ich w spokoju. –
Nie wydajesz się typem osaczającego – przyznał.
Bowie Vance