Miała rację.
Malarz był innym człowiekiem przed rokiem 2007, innym tuż po nim i jeszcze innym dziś. Ba – przypuszczalnie miał jeszcze kilka innych twarzy, o których powinien wiedzieć jego lekarz prowadzący (gdyby takiego miał), natomiast zdecydowanie to data śmierci tamtego nauczyciela miała największy wpływ na jego życie. I prawdopodobnie nie tylko jego, bo zamieszanych w tę sprawę było znacznie więcej osób i każda z nich musiała mieć z tego tytułu jakieś przemyślenia; jedni gorsze, inni lepsze, mniej albo bardziej świadome i szczere lub nie – po prostu jakieś, przez co ich patrzenie na świat zmieniło perspektywę. Problem polegał na tym, że nie każdy punkt widzenia – na czele z tymi najbardziej interesującymi, jak
Malarza – dawał szansę na odnalezienie się w „normalnym” życiu. Albo nie, wróć – tak naprawdę to rzadko który punkt widzenia dawał tę szansę, a takie przypadki jak Bellore czy tamten polityk, któremu próbowali dobrać się do tyłka, były wyjątkiem od reguły.
Malarzy było znacznie więcej. Dlatego tak łatwo było się za nimi chować.
Tymczasem jednak Love i Anthony ukrywali się za żartami. Raczej kiepskimi, zwłaszcza z jego strony, ale wciąż żartami, które przynajmniej na moment pozwalały zapomnieć o stresie i odetchnąć pełniejszą piersią. Wbrew pozorom – nawet jeśli Tony wszystko dobrze ukrywał (niekoniecznie tak było, ale załóżmy), to tak naprawdę przejmował się razem z nią. I naprawdę mocno ściskał kciuki, żeby nie pękł żaden balonik ani nie trzasnęły drzwi.
–
Nie wiem, jak jest w kobiecych, ale w męskim widziałem facetów, którzy dress-code mieli gdzieś – mruknął z iście wisielczym entuzjazmem, ale wyraźnie rozbawiony, o czym świadczył wyraźny zarys uśmiechu na skoncentrowanej na jeździe twarzy. –
I zanim zapytasz – fundacja. Nie wszyscy podopieczni kończą w ochronie albo prywatnym wojsku. Niektórych trzeba odwiedzać w Millhaven. – Wolał uprzedzić fakty, zanim cokolwiek sobie dopowie. Dla powracających z wojen weteranów życiowy parkiet bywa śliski aż po dziś dzień, więc to nic dziwnego, że w swojej charytatywnej pracy otarł się o przypadki ekstremalne – o przemoc domową, pobicia, napady, a nawet grupy przestępcze, które znacznie lepiej radziły sobie z opieką nad bezrobotnymi żołnierzami.
Anthony potrzymał ją w niepewności. Najpierw zatrzymał samochód na pierwszym wolnym miejscu, które udało mu się znaleźć, potem odsunął sobie fotel, żeby móc wygodniej się w nim rozsiąść i dopiero wtedy spojrzał na Love, kręcąc głową.
–
Powiedział, że skoro tak często wychodzę do łazienki, to powinienem koniecznie zbadać prostatę, bo osiem wyjść na godzinę to w moim wieku za dużo. – Uśmiechnął się kwaśno. –
Przy sześciu osobach. W tym – przy dwóch kobietach. Nieźle, co? – Bellore sięgnął dłonią do twarzy i przeciągnął po policzku. –
A mnie po prostu dzień wcześniej złapała ulewa, kiedy biegałem i przeziębiłem pę… Się przeziębiłem. Nie musisz wszystkiego wiedzieć. W każdym razie przygotuj się na jakąś dziwną uwagę. I… I uważaj na siebie, dobra? Ciężko będzie to odkręcić, jak skończysz z tymi lwami. – Próbował zawoalować troskę kolejnym –
hehe – dowcipem, ale miał wrażenie, że spojrzała na niego tak, jakby wiedziała, że to nie było „dla zgrywy” i że się martwił. I trochę się tego przestraszył. Zwłaszcza po tym, jak już został sam i mógł się nad sobą zastanowić.
Czas płynął mu dramatycznie wolno. Jednym uchem słuchał niby audycji radiowej z jakiegoś trzecioligowego meczu baseballa, a jednym okiem – wojskowym zwyczajem – zbyt uważnie obserwował kręcących się wokół niego ludzi, ale to nie było zabijanie czasu – to były tortury. Warto jednak zaznaczyć, że Love chyba nie spieszyła się z tą rozmową, bo popołudniowe słońce zaczęło powolutku chylić się ku wieczorowi, a i klientela mocno się przerzedziła. Najgorsze było jednak to, że pogoda zaczęła kaprysić i jakby ktoś bawił się kranem nad zoo w Buffalo, deszcz na przemian padał i padać przestawał: raz intensywnie, a raz… Intensywniej. W każdym razie – kiedy wreszcie Love wyrosła na horyzoncie, wcale nie wyglądała, jakby spędzała czas w ptaszarni. „Zmoknięta” byłoby mocnym niedopowiedzeniem.
–
Włóż to, rozgrzejesz się trochę. – Bellore wyszedł jej naprzeciw, taki był dobry, i zanim wsiadła do auta, narzucił jej na ramiona sportową marynarkę, w której rankiem pozował do zdjęć na spotkaniu dla weteranów. –
Co tam się stało? Nie mogliście się schować? – Zaaferowany pytał, wsiadając za kierownicę, a potem od razu zabrał się za rozkręcanie ogrzewania. I po raz pięćdziesiąty ósmy zezłościł się, że siedzieli w wypożyczonym, rozklekotanym szmelcu, zamiast w jego nieprzyzwoicie drogim
krążowniku szos suvie. –
Zaraz będzie dobrze – zapewnił i jeszcze zanim wyprowadził auto z parkingu, odważnie poprawił materiał, którym próbowała się okryć. I nawet się nie zająknął, kiedy raz czy drugi jego dłoń prześlizgnęła się po jej ramieniu czy policzku.
Bohater.
Love Roderick