Z początku, Logan sądził, że Laurent naprawdę go nie znosi. W końcu tej nocy w kuchni przyznał się do tego otwarcie. A jednak w sposobie w jaki do niego mówił, nie wyczuwał niechęci. Była tam raczej ta sama dziwaczna satysfakcja z przekomarzania się z nim, którą i on sam odczuwał.
Nie mylił się wcześniej. Ich obu to bawiło.
–
Polubię bardziej, jak grzecznie założysz toczek - mruknął tonem rodzica zwracającego się do dziecka grymaszącaego nad warzywami. “Zjedz wszystkie, to dostaniesz deser". W ogóle nie przywiązywał wagi do jego słów, nie brał ich na poważnie. Wyczuwał za to jego spojrzenie, podczas siodłania Pixie, ale ani razu nie zerknął, by się upewnić. Podejrzewał, że dostrzegłby na jego twarzy ten dziwny, prowokacyjny uśmieszek, który od pracy przy pompie jakoś zbyt często pojawiał się na jego twarzy. Logan nie był pewien dlaczego coś się zmieniło, ale wyczuwał, że ewidentnie coś. Może chciał się odgryźć za tego rzeczoznawcę?
Cokolwiek to było, nie zamierzał dać się sprowokować.
Cierpliwie obserwował jak dzieciak próbuje udowodnić coś, chyba tylko samemu sobie i wsiąść na grzbiet klaczy bez użycia schodka. Jakby drewniana podpora godziła w sam środek jego dumy. Zabawne, bo jak na gościa, który ostatni raz w siodle siedział ponad dekadę temu, nie chciał wyjść na żółtodzioba.
Logan nie musiał bać się, że Pixie spanikuje, ale i tak poklepał ją uspokajająco po szyi, kiedy Laurent gramolił się na siodło z gracją słonia w przysłowiowym składzie porcelany. Nie pochwalił go za te próby, bo i nie było czego chwalić. Chyba, że durny upór.
Bez słowa poprowadził klacz bliżej środka padoku, gdzie dużo wygodniej mógł instruować nadaktywnego ucznia.
–
Nieprawda - odparł niezrażony jego marudzeniem o sprzeczne polecenia. – Dociskacz
kolana do siodła, o tak. - Pchnął lekko wspomniane kolano. -
Żeby łydka prawidłowo się ułożyła. O tak. - poklepał ją, gdy znalazła się w odpowiednim miejscu. -
Chodzi o to, żebyś nie dał koniowi łydki, bo ruszy.
Laurent pamiętał zdecydowanie mniej, niż do tego pretendował. Nie potrafił nawet dobrze siedzieć w siodle, dlatego Logan przeczuwał, że to będzie długa i niezbyt owocna lekcja. Sprawy nie poprawiał fakt, że Laurent zachowywał się jak nadaktywne i niepokorne szczenię, cały czas buntując się, zaczepiając go i chyba umyślnie źle wykonując polecenia.
Ewidentnie chciał znaleźć mu za skórę.
A podobno mieli współpracować.
Mimo to, Logan dobrze się bawił. Od lat nie pracował jako instruktor, ale przypomniał sobie, że kiedyś się w tym spełniał. Bo te momenty gdy Laurent na chwilę się skupiał, kiedy głaskał czule grzywę klaczy i wydawał się mimo wszystko uroczo dumny z siedzenia w siodle, dawały satysfakcję i jemu. Dlatego kiedy adwokat stwierdził nagle, że “nie da się przy nim rozluźnić", Logan łypnął na niego wyraźnie urażony, co w jego wykonaniu przypominało raczej próbę mordowania wzrokiem, a nie grymas spowodowany przykrością. Więc nie, kompletnie nie zdawał sobie sprawy, że młody Ashcroft w tym momencie z nim flirtuje.
Nie odpowiedział na zaczepkę i bez słowa wskoczył na grzbiet Pixie. Im bardziej Laurent spinał się i narzekał, tym bardziej Logan chciał mu udowodnić, że się mylił - on nie był beznadziejnym przypadkiem, a Callahan nie był beznadziejnym nauczycielem.
Potrzebowali po prostu innych metod nauki.
Kiedy Laurent przyległ plecami do jego piersi i odwrócił głowę tak, że niemal zetknęli się nosami, Logan bezceremonialnie odchylił się i naparł dłonią na jego kręgosłup. Zrobił to na tyle stanowczo, że samym gestem poprawił mu pozycję.
–
Plecy proste. Nie przechylaj się w siodle. Musisz znaleźć balans.
Na końcu języka miał upomnienie żeby się nie wygłupiał, bo koński grzbiet to nie miejsce na brawurę, jeśli nie miało się odpowiedniego przeszkolenia, ale się powstrzymał.
Poza tym, mógł być sobie ignorantem i nigdy nie mieć do czynienia z flirtujacym facetem, ale nie żył po kamieniem i jak na takiego mruka empatię miał na przyzwoitym poziomie. Tym razem więc ton i wymowność słów odczytał prawidłowo.
Zacisnął szczęki, czując niechcianą mieszankę ekscytacji i złości na samego siebie. I przede wszystkim na bezczelnego szczeniaka przed sobą. W co on grał? Chciał go wkurzyć? Przecież wiedział, że był żonaty z kobietą, miał syna, na Boga!
Zbył jego podchody i uparcie ignorował wszystkie natarczywe pytania i komentarze. Próbował skierować jego myśli na właściwe tory, ale w żaden sposób nie mógł zamknąć tych wyszczekanych ust. Dopiero po jakimś czasie przyszło mu na myśl, że może Laurent po prostu się denerwował. Ludzie często pletli głupoty i dziwnie się zachowywali, kiedy coś ich przerastało. Przy czym Logan nie sądził, żeby był to jedynie koń pod nimi. Coraz wyraźniej zaczynał dostrzegać, że sam to powoduje.
Wiedziony ciekawością i chęcią uciszenia go, umyślnie przesunął dłonie wyżej i omiótł oddechem jego kark. Uparcie wmawiał też sobie, że nie robi tego dla własnej satysfakcji.
Podziałało.
Laurent zamilkł, a on bezbłędnie wyczuł jak ciało pod palcami zamiast się rozluźnić, spina się bardziej. Nie był z siebie dumny, bo w ogóle nie o to chodziło, ale świadomość, że Laurent odczuł ten dotyk równie mocno jak on sam, dawała mu przewrotną satysfakcję.
Przypomniał sobie jego słowa o głaskaniu. Widać rada miała sens.
–
Czyli głaskanie działa. Dobrze. Rozluźnij się - powtórzył tym samym cierpliwym, niskim tonem. Nawet odrobinę ciszej i w sposób, którego potem przyjdzie mu pożałować, ale który teraz wydawał się tak cholernie właściwy. Laurent reagował na niego jak spłoszony koń, który wreszcie skupia na czymś uwagę. –
I przestań mówić. I chichotać.
Przez chwilę trwali w ciszy. Pixie spokojnie maszerowała przy ogrodzeniu, wprawiając ich w przyjemne kołysanie, a Logan nie mógł przestać myśleć o tym, jak gorące było ciało pod jego palcami.
Nie cofnął dłoni, kiedy Laurent położył na nich własne. Zacisnął tylko szczęki, na moment wstrzymując oddech. Przegapił moment, w którym to wszystko przestało być narzędziem dydaktycznym, a stało się… sam nie wiedział czym. Mimo to pozwolił mu poprowadzić je w dół, zbyt wolno, tak jak on wcześniej zbyt wolno przesuwał je w górę. W tym momencie obaj byli już szalenie świadomi tego, że żaden z tych gestów nie był przypadkowy.
Logan miał nieodparte wrażenie, że w pytaniu też kryje się drugie dno. Że Laurent nie pyta o ruch bioder, ale o swoje dłonie przykrywające jego.
Jezu Chryste.
–
Tak jest okej - odpowiedział cicho. Po chwili ciężko przełknął ślinę. Starał się panować nad oddechem, boleśnie świadom tego, że wilgotny od potu kark czuje każde muśnięcie wydychanego przez niego powietrza.
Odchylił lekko głowę, natychmiast zabierając ręce, gdy tylko Laurent je puścił. Westchnął z czymś na kształt ulgi. Było to długie, ciężkie westchnienie, które urwało się niemal komicznie, gdy adwokat znów się odwrócił. Powinien przestać kręcić się w siodle, ale Logan na moment o tym zapomniał. Mając tuż przed sobą orzechowe oczy; tak blisko, że mógł policzyć plamki w ich tęczówkach, zapomniał nawet o oddechu.
Wpatrywał się w nie o sekundę zbyt długo. O chwilę zbyt wymowną, by się jej bez wstydu wyprzeć.
–
Skup się - mruknął, tym razem szorstko i upominająco, odwracając wzrok.
Oderwał jego dłoń od swojego uda i naparł na niego piersią, tylko po to, by odłożyć ją na łęku.
Dosyć tych gierek.
Nie miał pojęcia w co Laurent grał, ale zasady wcale mu się nie podobały. I wkurwiał się na siebie, że ciału za to podobały się za bardzo.
–
Masz sam utrzymywać równowagę. I patrz przed siebie.
Potem przytrzymał się jego ramion i sprawnie zeskoczył z końskiego grzbietu.
Pixie zarżała cicho, zaskoczona niespodziewanym ruchem i zatrzymała się. Logan zamruczał do niej uspokajająco, chwytając wodze.
–
Zrobimy jeszcze kilka kółek. Popróbuj stawać w siodle. - Oddał mu je, a sam zgarnął z ogrodzenia wcześniej przygotowaną lonżę i podpiął ją pod klacz. Zachowywał się tak, jakby przed chwilą nic się nie wydarzyło, jakby wystarczyła tylko odrobina dystansu by wrócił do zwyczajowego siebie, który nie tracił oddechu pod wpływem zbyt natarczywego spojrzenia i niewinnego dotyku dłoni.
Instruował go cierpliwie, próbując nauczyć podstaw anglezowania, a kiedy Laurentowi zaczęło wychodzić, bo najwyraźniej w tym przypadku zadziałała pamięć mięśniowa, uśmiechnął się nawet i go pochwalił. Dystans zdecydowanie działał na jego korzyść.
Laurent Ashcroft