Dotyk jej dłoni na jego uchu, rzekomo mający uśmierzyć ból po jej własnym, nazbyt entuzjastycznym okrzyku, sprawił, że w głowie Fontaine’a na ułamek sekundy zgasło światło, by zaraz potem rozbłysnąć tysiącem małych, iskrzących się punktów. Zareagował na ten gest niemal instynktownie, przymykając na moment powieki, wypisz wymaluj niczym ten rasowy golden retriever, którego podrapano w to jedno, najbardziej ulubione miejsce. Zesłana z nieba, czy też raczej zrzucona z gałęzi przez bezlitosną grawitację, leniwco-syrenka deklarowała chęć edukowania go w kwestiach kinematografii, a jej słowa o tym, że los nie bez powodu rzucił ją w jego objęcia, brzmiały w tej chwili jak najsłodsze kuszenie. Z ust rzucała tekstami jak z komedii romantycznych i cholera, wcale a wcale mu to nie przeszkadzało. Alvin bowiem, choć nigdy nie był fanem nauki, to musiał przyznać, że wystarczyła jedna kwestia odnośnie nadrabiania braków kulturowych rzucona przez Wendy Nie-Darling i jego mózgownica sama przeredagowała własne podejście do edukacji. Także jeśli ona mówiła, że miał braki, to miał. Ogromne. I należało je nadrobić w trybie najlepiej natentychmiastowym, zaiste. Wcale nie dlatego, że połączenie ona, on i maraton kreskówek o wiewiórkach wydawał się planem idealnym. Wcale nie dlatego, że faktycznie tylko głupiec by nie skorzystał.
Problem był jednak taki, że Fontaine był głupcem. To znaczy: nie takim książkowym głupcem, nie skończonym kretynem, nie klasycznym debilem i nie totalnym idiotą, ale zdarzały się chwile, że jego mózg — zwykle pracujący na najwyższych obrotach 24/7 — w którymś momencie leciał tak zawzięcie w tworzeniu myśli i pomysłów, że dochodziło do zwarcia i… no, psikus. Teraz trochę też tak było. Tylko teraz nie do końca chodziło o przepalone styki nadmiarem myśli, co po prostu
wrażeń.
Wendy. Te wrażenia miały na imię Wendy i były wrażeniami mocno działającymi na spragniony wiecznych bodźców organizm. To miało swoje dobre strony, oczywiście, ale miało też gorsze. I te gorsze strony właśnie wychodziły na wierzch i wymuszały gapienie się na jej rumiane policzki wbrew temu, co mówiły dobre maniery i takt, i kultura i zwyczajna ludzka godność w starciu ze wstydem drugiego człowieka.
Musimy popracować nad Twoją edukacja kulturową nagle zaczęło mieć drugie dno, bo to “edukacja kulturowa” powinna rozszerzyć swoją definicję i objąć także naukę etyki i zachowywania się, skoro Alvin gdzieś po drodze ewidentnie zatracił profesjonalizm na rzecz przekroczenia pewnych granic. I absolutnie tego nie żałował. Ba. Bawił się wyśmienicie. Spojrzeniem wręcz pożerał czerwień na jej rumianych policzkach, jak rasowy strażak gotowy ugasić pożar. Albo piroman. Albo oba na raz.
Ale wciąż był głupcem. Co prawda nie takim, który miał zamiar odmówić jej propozycji, a takim, co nie do końca wiedział, jak werbalnie na nią odpowiedzieć. Przynajmniej inaczej, niż w typowy dla głupca, głupi sposób. Sposób pt. “wpraszam się na serio, nawet jeśli tylko robisz sobie ze mnie jaja”.
—
Jasne. Daj znać, który wieczór masz wolny i jakie picie i przekąski ogarnąć, to ogarnę to i jeszcze wezmę coś z nawiązką. — Prince Charming był z niego średni, maniery mu dawno kulały po tym gapieniu się na jej czerwone policzki i znajdowanie w tym jakiejś wewnętrznej satysfakcji, ale podstawy wciąż miał solidne. Wpraszać się, owszem, niemniej — nie z pustymi rączkami.
Powiódł wzrokiem po ruchu trochę niżej od jej twarzy, gdzieś w niebezpiecznej okolicy pod dekoltem, gdzie koci łeb się już gramolił i Alvin musiał się zmusić, żeby nie patrzeć w to konkretne, strategiczne miejsce na jej klatce piersiowej, a jedynie na łaszącego się futrzaka nieco w dół, którego jej dłoń i tak zaraz częściowo zasłoniła, głaszcząc i drapiąc. O, ile on by dał, żeby zamienić się miejscami! Oczywiście, w gestii ku czułościom, nie przymilania się do niewątpliwie miłych miejsc. Wiadomo. Co złego, to nie Fontaine.
Tylko, że tak naprawdę wszystko co złego, to Fontaine.
—
Ale przymilas — skomentował, chyba tylko po to, żeby samemu móc się wybić z tego dziwnego transu rozmyślania, jakby to było zamienić się z kotem na miejsca i być drapcianym, w objęciach ciepła i miękkości. Średnio to działało. Tym bardziej średnio, kiedy wyciągnął rękę i delikatnie tyknął trójkątny, wilgotny nos zwierzaka. —
Gdzie twoje maniery, co? Nie za dobrze ci?
Opuścił dłoń z powrotem, a jego palce, wciąż chłodne od wody, spoczęły delikatnie na jej prawej kostce, o której przed momentem wspomniała. Ujął jej nogę z niemal nabożnym namaszczeniem, tak ostrożnie się z nią obchodził, przesuwając kciukiem po wilgotnej skórze, badając stołówce opuchlizny I sprawdzając, czy pod opuszkami nie wyczuje czegoś niepokojącego, jak na przykład wyższej ciepłoty, która sugerowałaby coś niedobrego. Profesjonalizm wrócił pełną parą, Fontaine wszedł w tryb ratownika i na chwilę zapomniał o tym, co się działo przed nim. Czyli o tym kocie i gdzie on był i jak ten kocykowy pan i władca uznał, że pora na baranki o niewątpliwie bardzo ładny kostium kąpielowy. Alvin zamrugał, jeszcze raz używając całej swojej silnej woli, żeby nie spojrzeć na ten spektakl miłości rozgrywający się tuż przed nim, ale nie patrzenie i tak nie uchroniło go od absurdalnego, maleńkiego ukłucia zazdrości wobec tego, co przeżywał kot. Fontaine uśmiechnął się kącikiem ust, trochę cwanie, lekko lisio, minimalnie rozbawiony. Cholerny sierściuch totalnie wiedział, gdzie się usadowić, ale darował już sobie komentowanie tego na głos drugi raz.
—
Wracając do nadrabiania, mówiłaś, że coś można nadrobić szybciej niż moje braki kulturowe? — Pokusił się i zerknął w górę, z powrotem na jej twarz, samemu znowu się szczerząc, zupełnie jakby grał w reklamie pasty do zębów. Jeśli myślała, że zapomniał tę część o wymianie numerów telefonu, to się grubo myliła. Tym bardziej, że inaczej ciężko byłoby umówić się na nadrabianie zaległości kinowych. Powoli, niechętnie, wrócił wzrokiem do uszkodzonego stawu. —
Bo wiesz, powoli coś tu zaczyna puchnąć i może nie jest to złamanie, ani nic co wymagałoby pilnej interwencji lekarskiej, ale lepiej, żebyś dzisiaj już więcej kroków nie nabijała. Zalecam lód, uniesione nogi i kogoś do przynoszenia jedzenia. Co, swoją drogą, jest dość zabawne, bo przypadkiem znam idealną osobę, która zaraz kończy ćwiczenia, ma w plecaku zapas żeli chłodzących i odczuwa niebywałą potrzebę obejrzenia filmu o gadających gryzoniach. Ale może też zostać tutaj i dalej oferować usługi transportowe premium na linii koc jezioro.
Gadanie pierdół było gratis, o czym Wendy chyba mogła się już przekonać. A skoro butelka w końcu rzucona przez Szymona znalazła się gdzieś w jego zasięgu, to Alvin sięgnął po nią i przyłożył ostrożnie do kostki, którą już dawno położył na swoim kolanie. Ostrożnie, bo przecież nie chodziło o to, żeby spłoszyć Niemagiczną Syrenko Lenieco Księżniczkę nagłym chłodnym bodźcem.
—
Tak na marginesie, Twój? —
Bo ja też bym mógł być Twój. Kot. Czy kot był jej. Wskazał nawet na niego kiwnięciem łba, właśnie odkładając jej kostkę z powrotem na koc, a skoro łapska miał wolne, znowu pokusił się na dotknięcie futrzaka. Teraz już go nie tykał po nosie, a po prostu podrapał za uchem, wielce starając się nie zahaczyć przypadkiem kłykciami o skórę Wendy. Nie było to łatwe. W którymś momencie nawet żałował, że był taki
poprawny.
teach me about the pop culture miss pretty